#Cod — Patrzcie, tędy droga Codziennostrzał — Momenty #2013

Rura w ziemi — część II

 Link do części I: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4905

 

 Nie podejrzewałem, żeby Manny próbował zrobić coś więcej, by mnie powstrzymać. Pomimo zawodu, jaki wykonywał, nie był facetem, który każdy konflikt rozwiązywałby „spotkaniem na ubitej ziemi“. Był raczej jak przerośnięty szóstoklasista, zdolny do odbierania młodszym dzieciakom drugiego śniadania lub drobnych. Nigdy jednak nie postawiłby się komuś swoich rozmiarów. Pomimo tego, iż z jego strony nie spodziewałem się kłopotów, zamieniłem płytę Linkin Parku na rzecz policyjnego pasma radiowego. Mój przełożony wiedział, że mimo niekonwencjonalnych metod, jakich użyłem podczas zeznania (— Dobre sobie. Rozgniotłeś chłopakowi jaja — rzekłaby Laura w czasach, kiedy jeszcze byliśmy razem)poznałem nazwiska pozostałych sprawców. A znając mój obecny psychiczny stan, mógł mieć tylko nadzieję na ich wcześniejsze złapanie. Na stare dobre zatrzymanie. Być może z równie dobrym wykręceniem rąk na masce samochodu czy rzuceniem o glebę. Jeżeli dorwę ich pierwszy, o klasyce z zakresu aresztowań na pewno nie będzie mowy.

 Przyspieszyłem, rozświetlając drogę długimi pasmami świateł. Zgniłozielony Nissan z niezliczoną ilością błotnych wysp na karoserii i niemal zupełnie łysymi oponami prowadził się całkiem dobrze. Problemem była tylko umykająca ciągle koncentracja. A jako że drzewa rosły po obu stronach szosy, modliłem się tylko, by jakiś zbłąkany jeleń nie próbował przedostać się na drugą stronę lasu.

 Droga do Greenwood wiodła niemal prosto, czasami łagodnie skręcając, co tylko potęgowało znużenie.

 (Kiedy ostatni raz spałem, goliłem się, myłem?)

  — Kiedy ostatni raz patrzyłeś na drogę, tato? — doleciał do mnie głos z tyłu, kiedy odpalałem papierosa. Uniosłem głowę i instynktownie odbiłem kierownicą w prawą stronę. Dwudziestotonowy potwór przetoczył się z rykiem, torując sobie drogę klaksonem. Z całą mocą wcisnąłem hamulec w podłogę i zasłoniłem twarz. Na szczęście pierwszymi przeszkodami zjeżdżającego w dół zbocza samochodu okazały się niewielkie świerki i krzaki, wyhamowując końcowe uderzenie. Kiedy jednak nastąpiło, moje czoło przywitało się z szybą.

 Większości osób po wypadku wydaje się, że nastaje absolutna cisza. Oczywiście są rodzaje wypadków, po których cisza rzeczywiście jest absolutna, jednak nie o to mi chodzi. W każdym razie moje wrażenia były bardzo podobne, a odludność miejsca i ciemności tylko te doznania potęgowały.

 Dotknąłem ręką czoła, wyczuwając solidnego guza, który z pewnością nie był jeszcze w ostatnim stadium rozwoju. Przednia szyba była pęknięta, ale nawet w niemal kompletnym mroku wiedziałem, że spływa z niej krew.

  — Prosiłem cię, byś uważał — dobiegł głos zza pleców. Spojrzałem w lusterko. Ciemność. — Prosiłem, byś był rozważny i rozsądny. Byś dał sobie spokój.

 Na karku osiadł mi dreszcz, spływając do najgłębszych zakamarków kręgosłupa. Uniosłem rękę, próbując oświetlić tył samochodu zapalniczką, ale za bardzo mi drżała. Kiedy już wyglądało na to, że się uda, podmuch niewiadomego wiatru obrócił wszystko w niwecz.

  — Nie chcesz mnie oglądać w takim stanie, tato. Nie chcesz. Uwierz mi.

 To przepełniło czarę długo tłumionej rozpaczy. Wybuchnąłem szlochem, tłukąc jednocześnie pięściami w deskę rozdzielczą. Z nosa pociekły smarki.

  — Dla… dlaczego mi przeszkadzasz, Jossy? Teraz, kiedy jestem tak blisko?

  — Blisko czego? — usłyszałem albo tylko to sobie wmówiłem. Prochy, alkohol, brak snu. Do tego jeszcze wypadek, rozbita głowa oraz od dawna gromadzący się stres. Miałem aż nadto wymówek, by zachować cząstkę racjonalności. — To niczego nie zmieni, tato. Niczego nie rozwiąże. Nadszedł czas, by pogrzebać stare sprawy i zacząć normalnie żyć.

  — Był twoim przyjacielem! Chodziliście do tej samej pieprzonej klasy!

  — Nadal jest moim przyjacielem. Dlaczego przestałeś brać leki?

  — Biorę — powiedziałem, szlochając. Jednocześnie przysiągłem sobie w duchu, że nikt już nigdy, nieważne czy zjawa, czy człowiek, nie zobaczy mnie w tak chujowym stanie. – Biorę.

  — Jeżeli byś brał, nie mielibyśmy okazji do rozmowy. A teraz idź, jeśli musisz. Idź, jeśli naprawdę chcesz.

 Wtedy właśnie przypomniałem sobie o latarce w kieszeni kurtki i momentalnie skierowałem snop światła na tylne siedzenie wozu. Jakimś cudem leżąca niedbale strzelba nie wypaliła. Poza tym pusto. Oszacowałem straty, czując jak ostania łza kończy żywot, spływając podbródkiem na szyję. Czas podsumowań.

 Niedziałające radio – źle.

 Prawie rozładowany telefon – umiarkowanie źle.

 Rozbita butelka – bardzo źle.

 Wyszedłem.

 Powietrze było świeże, a las drażnił nozdrza tysiącem silnych zapachów. Wiedziałem, że do baru w Greenwood jest od dwóch do jakichś czterech mil. No, maksymalnie pięć, ale na pewno nie więcej.

 Idąc w górę zbocza, miałem niepohamowaną chęć poświecić latarką za siebie. Byłem niemal pewny, że gdybym tylko to zrobił, dostrzegłbym całe mrowie (mrowie, tak, to dobre słowo) śladów bosych stóp wokół auta, pozostawionych w podeszczowej ziemi. Nie zrobiłem tego jednak, ponieważ gdyby rzeczywiście tam były, musiałbym chyba strzelić sobie w łeb.

 Kiedy szedłem wzdłuż drogi, ponownie zaczęło padać i mimo że co jakiś czas mijały mnie samochody, byłem pewien, że zmoknę. Ubłocony, nieogolony mężczyzna z mętnym wzrokiem i strzelbą zawieszoną na plecach ma raczej marne szanse na podwózkę.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

 Na obrzeża Greenwood dotarłem grubo po pierwszej. Cały ubłocony, z płatami zakrzepłej krwi na brudnej twarzy. Wyobrażałem sobie, że robię piorunujące wrażenie na paniach, kiedy tak wędruję przez parking, kierując się do spelunki Moby’ego.

 Swoje przybycie zwiastowałem chlupotem przemoczonych butów, tak głośnym, że stojący przy motorach i ciężarówkach ludzie mogli mnie bez problemu usłyszeć. Najczęściej uśmiechali się tylko z politowaniem, a wtedy ich wzrok przykuwała strzelba, kaliber bam-bam. Nie, żebym był jedynym, który miał tutaj broń. Jednak to, iż była widoczna, spowodowało, że nie zostałem ani razu zaczepiony. Co więcej, niektórzy zaczęli się wzajemnie nawoływać i iść za mną, żądni jakiegoś dramatycznego spektaklu.

 Wszystko to powodowało, że czułem się jak bohater „Siedmiu Wspaniałych” w początkowej scenie filmu. Ten, który prowadzi karawan w kierunku wzgórza, próbując pochować Indianina na cmentarzu dla białych.

 Gdzieś po prawej zawył głośno motor, przerywając westernowe wizje. Zatrzymałem się i rozejrzałem, zdając sobie sprawę, jaki tłum za mną idzie. Kierowcy ciężarówek zbudzeni przez koleżków opuszczali swe kolosalne wyra, by za kilka lat móc powiedzieć:

  — Hej, pamiętasz masakrę na parkingu w Greenwood? Kolesiowi zupełnie odjebało.

  — Co prawda, to prawda. Piwo i panienki mieli tam do dupy, ale świrów za to pierwsza klasa.

 Tak więc miałem za sobą masę ludzi.

 Amatorów nocnych wrażeń, robotników pracujących przy przebudowie dróg albo wyrębie lasów, zwykłych pijaków czy choćby drobnych cwaniaczków, chcących tylko wypić lufkę przed snem i pogapić się w cycki, za 5.59$ od pary.

 Była tu także sól ziemi, w swych kusych spódniczkach i głębokich do przesady dekoltach. A także co najmniej tuzin motocyklowych bandziorów, dla których długa broda, skórzane ubranie i ciemne okulary musiały być chyba głównymi kryteriami przyjęcia do gangu.

 Wszystko to spowodowało, że po prostu nie pomyślałem, żeby schować broń. Może to się wydawać dziwne, ale człowiek, który rozmowę z nieżywym synem świętuje zażyciem lekarstw, zapijając je do tego alkoholem, nie ma raczej głowy do takich spraw. Teraz jednak było już za późno na załatwienie całej sprawy po cichu. Zwłaszcza że nie miałem pewności, czy chcę to cicho załatwić.

 Kierowałem się właśnie do wejścia, nad którym świecił krwiście czerwony neon przedstawiający farmera chwytającego na lasso coś, co przy działaniu wszystkich diod i lampek mogło być bykiem, kiedy pierwszy raz od dawna dopisało mi szczęście.

 Zauważyłem ich na parkingu. To znaczy, na pewno, Sonny`ego. Wyróżniał się z grupy, niczym najdłuższy ogórek w spożywczym sklepie. W swojej „świętej” motocyklowej kurtce, jasno-niebieskich jeansach i długich czarnych włosach wyglądał jak brat Banderasa. Pod pachą zaś obejmował – nie, nie obejmował. Trzymał. Tak, żeby było wiadomo, że należy do niego – dziewczynę i sądzę, że trzeba by przejechać naprawdę od wuja drogi, żeby znaleźć piękniejszą. Typ Indianki: Korale. Obcisłe ubranie. Wyzywające, chociaż smutne spojrzenie.

 W grupce był jeszcze Chuck Beton, miejscowe wcielenie Kurta Cobaina, ćpun i amator darmowego pieprzenia w jednym, a obok niego jakiś wsiowy grubasek. Przy obu dżentelmenach stały ledwie trzymające się na nogach wywłoki, które pewnie można było nabyć w promocji.

 Towarzystwo toczyło się do półciężarówki typu pickup, której światła zamontowane na masce świeciły jaśniej od słońca.

 Sonny zauważył mnie pierwszy, a później spojrzał na tłum i mógłbym przysiąc, wiedział, że będzie ciężko. Czuł, że przyszedłem po niego. Rozumiał to.

 Sądzę, że gdyby nie ci wszyscy ludzie wokół, mógłbym się z nim dogadać. To znaczy, powiedziałbym, czego od niego oczekuję, a on by to spełnił. Człowiek jest w stanie przełknąć gorycz porażki, kiedy wie, że nikt tego nie widzi.

 Niestety dla nas wszystkich przyprowadziłem za sobą pół miasteczka, a takiej publiczności nie mógł zawieść.

  — Więc co? — spytał, kończąc butelkę jakiegoś ścierwa na jeden łyk. — Aresztuje mnie pan?

 Przystanąłem, zastanawiając się, jak to wszystko rozegrać. Czekać na impuls? Na szczęk łańcucha wydarzeń, które miałyby po sobie nastąpić?

  — A może mnie pan zastrzeli — krzyknął, odpychając dziewczynę. — Śmiało!

 Chuck się odwrócił i podreptał, by upamiętnić to wydarzenie chodnikowym odlewem z wymiocin. Jeden z głowy – pomyślałem,k kierując wzrok na tłuścioszka.

 Splótł ręce i opuścił głowę, zawstydzony, że został nakryty przy samochodzie z butelką Guinnessa w ręku. Nie bardzo pasował do towarzystwa i pewnie zaskarbił je sobie posiadaniem świetnego samochodu – niegroźny.

 A więc jeden na jednego. Jak w szachach, tenisie albo walce na noże.

  — Może wyzwanie, tatuśku — wrzasnął z irytacją i chyba nawet strachem. Prawdopodobnie nie wiedział, czego się może spodziewać. Zachodził pewnie w głowę, czy moją jedyną odpowiedzią nie będzie zwyczajne paf-paf, przerabiające go na rozdeptany słonecznik i klnę się na Boga w niebiosach, przez chwilę chciałem to zrobić. — No co powiesz, staruchu? Może odłożysz tę rurę, a wtedy pokażę ci, że w tej okolicy psi warkot szybko zamienia się w skowyt. Co ty na to?

  — Gruby, dawaj kluczyki! — Moje pierwsze słowa od rozmowy z nieżywym synem. — A ty wskakuj i przykuj się do ramy! — Rzuciłem kajdanki na asfalt.

 Owalny młodzieniec wypełnił polecenie bezszelestnie, kładąc srebrno-czarny brelok na masce i ponownie opuścił głowę.

  — Pocałuj mnie w dupę, psie — syknął Sonny, spluwając w moim kierunku. — Zabijesz mnie przy trzystu, kurwa, świadkach?

  — Lepiej posłuchaj, szczeniaku. Posłuchaj i wykonaj, póki możesz. W tej chwili rodzą się we mnie naprawdę straszne instynkty. Jeżeli mną zawładną, nic już nie da się zrobić.

 Uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby mówiąc: „Wszyscy widzicie. Mam do czynienia z wariatem“. W pewnym sensie miał.

 Neonowy kowboj ponownie złapał lampkowego byka na lasso, układając żółte diody w słowo Muuuu albo Uuuu. Coś w tym stylu. Wiedziałem, że to ten moment.

  — Jak chcesz, Sonny. Ty wybierasz.

 Położyłem broń na ziemi, a kiedy nie zareagował, kopnąłem dalej.

 Być może to przez niepewność tego, jak to się skończy, lub też chciał mieć wszystko jak najszybciej za sobą: w każdym razie, kiedy uniosłem wzrok, był w powietrzu. Wyskoczył niczym jakiś komiksowy bohater o supermocach i lateksowym wdzianku. Zrobił to z szybkością, o jaką nigdy nie posądziłbym kogoś takiego wzrostu.

 Próbowałem zejść z linii ciosu, słysząc w głowie to samo gówno, które musieli słyszeć od sekundantów przeciwnicy Mike’a Tysona, gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych.

 „Nie daj się trafić, szefuńciu. Jeżeli tylko cię pacnie, będzie po wszystkim“.

 Więc nie dałem się trafić. Uniknąłem ciosu chyba tylko przy pomocy siły woli, zakładając mu przy tym dźwignię na staw łokciowy. Potem mocno szarpnąłem i... Tu muszę rozczarować wszystkich zagorzałych fanów MMA, ponieważ było po wszystkim. Rozległ się dźwięk dobrze znany miłośnikom wczesnych filmów z Seagalem (zanim ten stał się starym zboczeńcem), jak choćby „Nico – Ponad Prawem“ czy „Wygrać Ze Śmiercią“. A wraz z owym dźwiękiem (przeciągłym, tłustym chrupnięciem) doleciał okrzyk bólu i… to już w zasadzie wszystko.

 Z tłumu nie wychylił się nikt. Żaden żądny miejscowej sławy gladiator nie przestąpił progu dzielącego mnie i „Pana Połamanego“. Nikt.

 Już bardziej spodziewałem się odwetu od Pocahontas, jednak jej twarz zamiast gniewu ledwie skrywała radość. Ciekawe, ile razy ją uderzył – pomyślałem lub powiedziałem półgłosem.

 No nic. Będę miał okazję spytać chuja i o to.

 

 Link do części III: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=5044

Liczba ocen: 2
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 31

Opis:

Metkuję jako horror, choć to wielogatunkowiec

Dodano: 2020-10-15 14:32:40
Komentarze.
*Ritha 11 d.
Uuaaa, czwartek, wjechała Rura, zacna realizacja planu, muszę na publikacje Lei i Rankora też opracować harmonogram, bo hula mi to w każdą stronę. A tu proszę, dyscyplina, cały Can.
Wrócę
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Ritha ano tak, cały on-ja. Uporządkowany chaos
Odpowiedz
*Ritha 11 d.
Git!
Odpowiedz
~alfonsyna 11 d.
"To przepełniło szalę długo tłumionej rozpaczy" - nie lepiej byłoby "czarę długo tłumionej rozpaczy"?
"to samo gówno, co musieli słyszeć" - "które" albo "jakie" zamiast "co";
Tak, to czytałam na pewno, ale czyta się dobrze, więc nie narzekam.
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
alfonsyna tak, tak, zapewne lepiej. Pozwolisz, że już naprawię jutro bo teraz – tak zwyczajnie, po ludzku – nie mam siły
Odpowiedz
*Canulas 8 d.
alfonsyna ponaprawiane i tu. Dziękować
Odpowiedz
~oko 11 d.
— rzekłaby Laura. W czasach, kiedy jeszcze byliśmy razem - gdyby po Laurze nie było kropki brzmiałoby znacznie lepiej.
Może to się wydawać dziwne, ale człowiek, który rozmowę z nieżywym synem świętuje zażyciem lekarstw, które następnie popija alkoholem, nie ma raczej głowy do takich spraw. - podwójne które, tych drugich łatwo się pozbyć zmieniając na zapijając alkoholem
brutalnie - jak w filmach w wczesnym Seagalem...
Odpowiedz
*Canulas 10 d.
oko masz rację w obu przypadkach. Dziś to skoryguję
Odpowiedz
*Canulas 8 d.
oko zastosowałem Twoje sugestie.
Odpowiedz
z wykopem
"Mój przełożony wiedział, że mimo niekonwencjonalnych metod, jakich użyłem podczas zeznania (— Dobre sobie. Rozgniotłeś chłopakowi jaja — rzekłaby Laura w czasach, kiedy jeszcze byliśmy razem) dowiedziałem się nazwisk pozostałych sprawców. "

Czy nie lepiej byłoby: poznałem nazwiska pozostałych sprawców?

"Pod pachą zaś obejmował (nie, nie obejmował. Trzymał. " Bardzo, bardzo obrazowy opis, podoba mi się


"Towarzystwo toczyło się do półciężarówki, typu pickup, której światła zamontowane na masce świeciły jaśniej od słońca."

Bez pierwszego przecinka. To coś jak: "telewizor marki Sonny", jedno określa drugie, nie jest uwaga dodatkowa, więc nie trzeba tego traktować jak dopowiedzenie

"Pocałuj mnie w dupę[,] psie — syknął Sonny, spluwając w moim kierunku. — Zabijesz mnie przy trzystu, kurwa, świadkach?"

przecinek, bo bezpośredni zwrot do adresata

"Wyskoczył niczym jakiś komiksowy bohater o super mocach i lateksowym wdzianku. Zrobił to z szybkością, o jaką nigdy nie posądziłbym kogoś takiego wzrostu."

supermoce - razem, jak superbohater czy supermarket

"Być może to przez niepewność tego, jak to się skończy, lub też chciał mieć to po prostu już za sobą. W każdym razie, kiedy uniosłem wzrok, był w powietrzu."

a tu z kolei, żeby zachować ciągłość, połączyłaby te zdania w jedno średnikiem bądź przecinkiem.

Chyba tyle.
Ok, klimat jest, napięcie narasta, dowiadujemy się trochę o przeszłości bohatera, ale nie jest to nachalne. Póki co zachowujesz równowagę, no i co tu dużo mówić - jest ciekawie, a na ile, to może tylko podsumować moja reakcja - przyspieszony rytm serca na widok tego, że jest już trzecia część

Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Enchanteuse nooo, mam co robić, mam. Własnie siadam, dziękuję za poświęcony czas. Duuużop czasu

Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Enchanteuse ponawiam podziękę z końca podróży naprawialskiej.
Odpowiedz
~alka666 7 d.
Rozmowa z synem bardzo mi podeszła... Klimat dobry, nadal trzyma w napięciu.
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
alka666 Witam Cię pod częścią numer dwa.
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
"No, góra pięć, ale na pewno nie więcej.
Idąc w górę zbocza" - troszkę za blisko siebie te góry

Świetna rozmowa z synem, z naciskiem na to jaki rodzaj rozmowy z synem to jest, z jakim synem... Dobre odkrywanie kart.

"Najczęściej uśmiechali się tylko z politowaniem, a wtedy ich wzrok przykuwała strzelba, kaliber bam-bam"

"Gdzieś po prawej zawył głośno motor, przerywając westernowe wizje. Zatrzymałem się i rozejrzałem, zdając sobie sprawę, jaki tłum za mną idzie. Kierowcy ciężarówek zbudzeni przez koleżków opuszczali swe kolosalne wyra, by za kilka lat móc powiedzieć:
— Hej, pamiętasz masakrę na parkingu w Greenwood? Kolesiowi zupełnie odjebało" - Kingowy fragment

"Była tu także sól ziemi, w swych kusych spódniczkach i głębokich do przesady dekoltach. A także co najmniej tuzin motocyklowych bandziorów, dla których długa broda, skórzane ubranie i ciemne okulary musiały być chyba głównymi kryteriami przyjęcia do gangu.
Wszystko spowodowane było tym, że po prostu nie pomyślałem, żeby schować broń" - była/być/było, wywaliłabym ostatnie na zasadzie (luźna sugestia):
"Wszystko spowodowane tym, że po prostu nie pomyślałem, żeby schować broń"

zw
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
I tuż obok mamy:
"Teraz jednak było już za późno na załatwienie całej sprawy po cichu. Zwłaszcza że nie byłem pewien, czy chcę to cicho załatwić" - było/byłem
Może:
"Zrobiło się już za późno na załatwienie całej sprawy po cichu"
albo drugie:
"Zwłaszcza że nie miałem pewności, czy chcę to cicho załatwić".
(raczej to drugie, bo pierwsza opcja zdubluje "się" z sąsiednimi zdaniami)

Pod pachą zaś obejmował (nie, nie obejmował. Trzymał. Tak, żeby było wiadomo, że należy do niego) - średnio mi się podoba, że w nawiasie zaczyna się z małej litery, potem wjeżdżają duże, ale w zasadzie nie wiem jak zmienić, bo z dużej też mi nie pasuje, być może się czepiam, ale no taki zgrzyt wizualny, wolę się podzielić

"W grupce był jeszcze Chuck Beton, miejscowe wcielenie Kurta Cobaina, ćpun i amator darmowego pieprzenia w jednym, a obok niego jakiś wsiowy grubasek. Przy obu dżentelmenach stały ledwie trzymające się na nogach wywłoki, które pewnie można było nabyć w promocji" - świetny opis, opisy miejscowej gawiedzi masz zazwyczaj przekapitalne

"Człowiek jest w stanie przełknąć gorycz porażki, kiedy wie, że nikt tego nie widzi" - w punkt

"Przystanąłem, zastanawiając się, jak to wszystko rozegrać? Czekać na impuls? Na szczęk łańcucha wydarzeń, które miałyby po sobie nastąpić?" - pierwszy pytajnik zamieniłabym na kropkę, obadaj (według mnie to zdanie oznajmujące)

wklejam, zaraz reszta
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
z dużym wykopem
"Jeden z głowy – pomyślałem – kierując wzrok na tłuścioszka" - "kierując wzrok na tłuścioszka" to nie jest dalszy ciąg myśli, tylko już narracja, więc:
"Jeden z głowy – pomyślałem, kierując wzrok na tłuścioszka"

"Jak w szachach, tenisie albo walce na noże.
— Może wyzwanie, tatuśku — wrzasnął z irytacją albo i nawet strachem" - 2x "albo", może jedno na "lub"?

"Neonowy kowboj ponownie złapał lampkowego byka na lasso, układając żółte diody w słowo Muuuu albo Uuuu. Coś w tym stylu. Wiedziałem, że to ten moment" - dobra wstawka

"Być może to przez niepewność tego, jak to się skończy, lub też chciał mieć to po prostu już za sobą" - 3x "to", pierwsze bym wywaliła, ogólnie zdanie jest dziwne...

"Być może to przez niepewność tego, jak to się skończy, lub też chciał mieć to po prostu już za sobą. W każdym razie, kiedy uniosłem wzrok, był w powietrzu" - można by połączyć w jedno, ale podmiot wtedy się gubi, może wówczas tam w środku:
"lub też chęć/pragnienie, by mieć to po prostu już za sobą"


Obadaj całą końcówkę po tym zdaniu:
"— Jak chcesz, Sonny. Ty wybierasz"
Wszystko co masz niżej - obadaj czy nie za dużo enterów, dość mocno pociachane. Ogólnie, patrząc na całość, masz bardzo dużo krótkich akapitów, nie wiem czy momentami nie za gęsto enterowane - w opowiadaniu spoko, patrząc jednak na Rurę jak na obszerną całość - pod rozwagę.

"jak choćby „Nico – Ponad Prawem“. Czy „Wygrać Ze Śmiercią“" - połączyłabym to w jedno zdanie

"Z tłumu nie wychylił się nikt. Żaden żądny miejscowej sławy gladiator nie przestąpił progu dzielącego mnie i „Pana Połamanego“. Nikt"

"Ciekawe, ile razy ją uderzył, pomyślałem lub powiedziałem półgłosem" - trzeba rozdzielić myśl:
"Ciekawe, ile razy ją uderzył? – pomyślałem lub powiedziałem półgłosem"

Narracja świetna, budowanie scen świetne, czyta się samo, trochę drobnicy jednak do obadania tu masz
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Ritha oż kurwax, jaki dosiad. Matko jedyna. Już zakasuję rękaw i to nie, że wirtualny, tylko prawdziwy. Kurde blaszka. Aż się boję wstawiać następne części.
Dziękuję w imieniu swoim oraz jeszcze nieistniejącego jeżyka i jamniczki.
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Ritha ło jezuńcu. Napowyprawiałem. Jeszcze raz stokrotne
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
Can
Powiem Ci, że bardzo przyjemnie mi się w tym grzebało, planuję przyglądać się Rurze pod lupą
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Ło jezuńcu II
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
😂
(już widzę te słowniki, co Ci spadają z kolan przed publikacją 😂)
No nic, bydzie git!
Odpowiedz
*Canulas 7 d.
Ritha uniesę brzemię i poprawię, co będzie trza
Odpowiedz
*Ritha 7 d.
Zuch!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin