#Cod — Żyjemy na szachownicy We własnym worku kości wrzucę się do rzeki

#Cod — Diabli dukat

 

 Cztery pary oczy – z uwagą i pełnym skupieniem – penetrowały kamyk po kamyku, ślizgając się po resztach wysuszonych na wiór liści i przypatrując każdej z kamiennych rys. Cztery pary oczu, walczące przy pomocy daszków utworzonych z opalonych dłoni z ogromną mocą niegasnącego Słońca. Cztery chłopięce buzie zasznurowane w tajemniczej ciszy.

 — Dupa — ogłosił ze wpajanym od małego Werteryzmem, najstarszy Anton. Jedenastoletni szczerbol w drucianych okularach na trójkątnym nosie i cienkich włosach koloru sierpniowego spiżu. Chłopak z racji wieku piastował tu miano wodza, więc kiedy zamilkł, reszta dzieciaków kolejno odmeldowała.

 — Nigdzie nie ma — wycedził przez zęby Szymon Porębo: maszyna zagłady o wiecznie startych łokciach i kolanach.

 — Dupsko dwa. — Padło z ust najniższego w bandzie Mikołajka.

 — Noo, całe stado dupsk — Kropkę nad "i" postawił Thorgal, któremu tak naprawdę było Bronek, ale póki reszta wierzyła, że... — Nigdzie jej nie widzę — dodał.

 Pot spływał z twarzy, zabarwiając dziecięce koszulki. Maleńkim rynkiem nie przetaczał się nawet jeden wóz. Pozamykano sklepy i stoiska, więc żadna z zakochanych par czy zwiedzających rodzin – hipotetyczna, bo takich także nie było – nie mogła liczyć na odpoczynek w cieniu czy schłodzeniu gardeł napojami, choćby i ciepłymi. Wyglądało na to, że – poza anemicznym bzyczeniem nielicznych much – świat po prostu zamarł. Dosłownie jakby do Pana Boga ktoś zadzwonił, ten wcisnąłby pauzę w najcieplejszym momencie, a potem poszedł i zagadał się z gościem na śmierć. Albo w przypadku nieśmiertelności, na bardzo, bardzo długo.

 Palec Bronka Thorgala wskazał na leżącą tuż obok studni nieszczęsną kupkę skołtuniałej sierści.

 — Myślicie, że żyje czy zdechł?

 — Myślę, że już zdechł — nieroztropnie wyrwał się Mikołajek i od razu spojrzał na Antona.

 — Zdechł — oznajmił tamten. — już zdechł.

 — Ja też myślę, że zdechł — szybko zgodził się z przywódcą Szymon. — Od początku myślę, że już zdechł. Nie macha ogonem, nie warczy, nie rusza się, znaczy, zdechł. — Skończył wyliczać na palcach. — Kaput dog.

 Z okna jednej z kamienic okalających rynek, nagle przestały płynąć dźwięki fortepianu. Padła karabinowa seria inwektyw dotycząca otwierania okien w taki upał, po czym zostało ono szybko zatrzaśnięte, dołączając tym samym do innych. Gardła zasychały od niedostatków śliny, którą chłopcy w zastępstwie dla wody próbowali zwilżyć sobie krtanie.

  — Dupa z psem. Stąd jej nie znajdziemy.

  Psa wczoraj przywiązał do rynkowej pompy właściciel, wymyślając sobie, że ją zawłaszczy i w ten sposób uratuje rodzinę. Mieszkańcy jednak – na początku zaledwie kilka osób, ale wkrótce niemal wszyscy – postanowili wyjechać, licząc, że anomalia pogodowa dotyczy tylko ich miasta. Wkrótce właściciel psa wyjechał także. Nawiasem mówiąc: chłopcy także już siedzieli na walizkach.

 — Czyli skąd ją znajdziemy?

 Przerażony głosik Mikołajka był najlepszym dowodem na to, że jego właściciel wiedział, co się święci.

 — Wleziesz na murek, zejdziesz i jej poszukasz. Woda wyschła, więc moneta musi gdzieś tam być?

 — A to nie pieniążek?

 — To, to samo. Chodź. Wskakuj.

 Malec poszukał ratunku na twarzach kolegów, ale zarówno wkurzone oblicze Thorgala, co nieco zezowate, ale równie nieprzychylne spojrzenie Szymona nie przyniosły oczekiwanego wsparcia. Nawet już nie dopytał, czemu on. Nie dopytał, bo przecież dobrze wiedział.

 Pieniążek. Życzenie. Czas.

 "Studnio, proszę, zabierz deszcz i daj nam wieczne Słońce."

 — Po co im to mówiłem — pisnął, sądząc, że nie zostanie usłyszany. I być może został, być może nie.

 Herszt wskazał palcem na zaiwaniony z domu kalendarz ścienny przedstawiający dwanaście najlepszych horrorów ostatnich lat. Grudniowe Lśnienie – scena z przerażoną Wendy, widzącą siekierę roztrzaskującą drzwi – odbiło promienie Słońca.

 — Dziś wigilia. Dwudziesty czwarty grudnia: czas prezentów i spełniania życzeń. — Anton próbował natchnąć dziewięciolatka przemową. — Więc idź tam i wszystko odmień. Znajdź ten pieniążek-monetę i wywal, mówiąc, że już nie chcemy. Że w dupie mamy pięćdziesiąt pięć stopni ciepła i chcemy teraz wiatru oraz deszczu. Albo samego wiatru, bo deszczu to jednak nie. Ale idź i ją znajdź. Od ciebie, kapralu, wszystko teraz zależy. Los miasta, mieszkańców, nas i tego psa, co to może nawet nie jest zdechły. Po prostu wszystko! Idź bez obaw i znajdź ten pieniążek. Szymon cię opuści.

 I tak, chcąc nie chcąc, mały Mikołajek wszedł na obrys ni to miejskiej fontanny, ni to jednak trochę płytszej studni. Wszedł odczynić wszystko, co zmalował.

 "Dobrze, że nie wygadałem im o diable" – myślał, kiedy śliskie od potu ręce opuszczały go na samo dno.

 ...

 

 <><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

  Dołącz do nas na: https://t3kstura.eu/

 "Codziennostrzał — 200 mililitrów słowa pisanego dziennie" to nowa inicjatywa literacka Treningu Wyobraźni mająca na celu wypracowanie systematyczności i regularności w pisaniu.

 

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 35

Opis:

#Codziennostrzał (-2)

#TW

TEMAT PIĄTKOWEGO CODZIENNOSTRZAŁU: — Wybierz miesiąc i osadź w nim nieadekwatną porę roku. Możesz zapełnić tło fabularne, ale niech zauważalne w opisie będę owe anomalie —

Dodano: 2020-10-16 20:29:22
Komentarze.
~oko 5 d.
wraca temat - uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze ci się spełni. interesująca historia.
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
oko w zasadzie preludium, niż historia, ale czasem - żby do reszty nie zdziczeć - przydaje się szczypta naiwności. Stąd takie cuś

Odpowiedz
~Karawan 5 d.
z dużym wykopem
grymasy Czepialskiego:
z opalonych dłoni z ogromną mocą niegasnącego Słońca. - imho; z opalonych, z ogromną mocą niegasnącego Słońca, dłoni. Tu zapytnik dodatkowy; czy to Słońce to ziemskie?, bo jeśli nie to jednak słońce
Po co im to mówiłem — pisnął, sądząc, że nie zostanie usłyszany. I być może zostać, być może nie.
Tu wywód długi; widze scenę następująco i prosze o korektę widzenia i rozumienia. Malec stoi na krawędzi i ma rozterkę (oczywiste). Mówi półgłosem, może piskliwym ze strachu. Ale robi to z nadzieją, że zostanie ułaskawiony. Inaczej trzeba by pokazać brak reakcji (mimo, że pisnął!), typowe okrucieństwo grupy wobec najsłabszego. Tak jednak nie jest. Autor zamknął sprawę okrutnie lapidarnym "I być może zostać, być może nie". Brak więc mi jakiegoś dopełnienia.
Dziękuję za całą resztę
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Karawan Pierwszemu się przyjrzę. W drugi inny odbiór załatwiła literówka, więc po zmianie powinien wybrzmieć zamysł (mam nadzieję)
Dziena, mesje Trupowóz.
Odpowiedz
~Karawan 5 d.
Canulas Pozwól jednak, że przyjemność czytania zostawię sobie
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Karawan a proszzz.
Odpowiedz
*Ritha 3 d.
z dużym wykopem
"Gardła zasychały od niedostatków śliny, którą chłopcy w zastępstwie dla wody próbowali zwilżyć sobie gardła" - nie wiem czy powtórzenie gardeł jest tu celowe

"Pieniążek. Życzenie. Czas" - cudne, mała rzecz - taka wstaweczka - a cieszy

"— Po co im to mówiłem — pisnął, sądząc, że nie zostanie usłyszany. I być może zostać, być może nie" - być może został*

Nooo postapo, łatwo mnie kupić Klimacik miodzio, kurde, rozbrykałeś się z tymi tekstami, zazdraszczam i mam zamiar wbić się z podobny pęd! A co! Brawo, Canulardi, podobała mi się miniaturka
Odpowiedz
*Canulas 3 d.
Ritha już reperuję "gupolstwa". Na pniu. Dziękuję i tu
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin