Wszystkiego dobrego, dziewczyny!
jasno ciemno
ulryka klauderlaut
<
drabble konkursowe (#3 Niepokojące wydarzenie kulturalne)
>

tylko nie to

 Kiedyś mieszkałem we Wrocławiu, w dziesięciopiętrowym bloku.

 Blok stał na ulicy Gajowickiej. Zbudowany za późnego Gomułki,

 był wyjątkowo minimalistyczny. Minimalistyczne były klatki

 schodowe, pomalowane farbą olejną w kolorze gówna zmieszanego

 z błotem. Minimalistyczne były mieszkania z ciemną kuchnią,

 i przedpokojem wielkości toy-tojki. W jednej bramie mieściło się

 66 mieszkań. Nigdy wcześniej, ani poźniej nie budowano w taki

 sposób. Na każdym piętrze były trzy mieszkania, ale to mało...

 mieszkania były też na półpiętrze. Moje właśnie było położone

 między czwartym, a piątym piętrem. Jak kto mnie pytał, na którym

 piętrze wysiąść z windy, mówiłem : "na piątym, a potem trzeba zejść

 pół piętra w dół". Paranoja. Zresztą, w ogóle odradzałem podróż

 windą. W windzie często alkoholicy załatwiali swoje potrzeby.

 Alkoholicy i psy. Czasem zdarzało się, że alkoholik wyprowadzał

 na spacer swojego psa. I szczali razem. Solidarnie. Dlatego

 proponowałem schody. Na klatce schodowej też śmierdziało,

 ale jednak bardziej żarciem niż szczochami. Bigos, kapuśniak,

 kotlet schabowy, frytki, kotlet mielony, buraki czerwone,

 zapiekanka, stary tłuszcz, zjełczały olej. Musiałem zaakceptować

 te zapachy. Nie można wejść na czwarte i pół piętro z zatkanym

 nosem. Miałem wybór. Albo pojechać windą i nawdychać się

 oparów moczu, albo iść po schodach. Po schodach trochę

 dłużej, ale za to mniej śmierdzi.

 

 W moim mieszkaniu, tak samo jak we wszystkich innych w tym

 bloku, zamiast zwyczajnego sufitu, straszył sufit "falisty".

 Sufit falisty wyglądał mniej więcej tak:

 

  VVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVVV

 

 Architekt, który to wymyślił powinien zostać rozstrzelany

 bez sądu i zakopany pod płotem. Sufit wyglądał upiornie.

 Kiedyś odwiedził mnie kumpel z żoną i małym synkiem.

 I ten dzieciak pyta się ojca : "Tatusiu, dlaczego tu są schody na

 suficie ?" Nie wiadomo. Trzeba by zapytać architekta. Może pił

 na studiach, zamiast się uczyć. Albo wąchał butapren...trudno

 wyczuć skąd się mogła wziąć taka wizja u człowieka. W zamierzeniu

 ten falisty sufit miał tłumić hałas. Czyli, że to niby dla naszego,

 lokatorów dobra. Ale sufit niczego nie tłumił. Chyba przeciwnie-

 wzmacniał każdy dźwięk.

 

 Więc przewracałem się w nocy z boku na bok. Rzężący za ścianą

 sąsiad. Najpierw wybuch kaszlu okropnego, potem krztuszenie,

 potem przeciągłe yyyyyyyyyyyyyy, łapanie powietrza, potem znowu

 seria kaszlnięć, jakieś kwiknięcia, pochlipywania i znowu yyyyyyyy,

 jakby koleś miał się zaraz wywrócić na drugą stronę.

 

 A potem odcharkiwanie i spluwanie. Raz. Dwa. Trzy razy. Chwila

 przerwy i charknięcie. Potem tfu ! tfu ! Musiał mieć chyba jakiś

 słoiczek na gluty, no bo chyba nie pluł na podłogę.

 

 Nade mną ostre pieprzenie. Skrzypienie łóżka, stękanie,

 chrumkanie, klaskanie ciała o ciało. Jakieś krzyki, jakieś

 pojedyncze słowa, ale za ciche, żeby zroumieć sens.

 Słucham pieprzenia i nie mogę zasnąć. Jestem podwójnie zły.

 Raz, że hałasują, dwa, że się pieprzą. Też bym sobie popieprzył,

 ale jestem teraz sam, nie mam z kim. A oni tam na górze, nie

 oszczędzają się. Jadą na całego...

 

 Ale czy na pewno ? Zapalam światło. Patrzę na żyrandol. Żyrandol

 zwisa nieruchomo. Nie drży. Nie kiwa się...

 

 A więc lipa ! Wszystko lipa. Pieprzenie lipa ! Gdyby ktoś pieprzył

 naprawdę, żyrandol powinien był się kiwać chyba jednak ?

 Więc tam na górze żadne pieprzenie, tylko pornos włączony

 przez jakiegoś onanistę.

 

 Trochę mi ulżyło. Ale o zaśnięciu nie mogłem nawet marzyć.

 Tym bardziej, że pode mną jakiś nocny Marek właśnie włączył

 radio. Program pierwszy Polskiego radia. Długie fale.

 

 Program pierwszy Polskiego Radia. Długie fale. Odcharkiwanie.

 Jęczenie. Klaskanie ciał. Zduszony kaszel. Plunięcia.

 

 A potem słyszę zbliżające się kroki. Ktoś idzie po schodach.

 Mija moje drzwi. Po chwili słychać walenie w drzwi. Gdzieś nade

 mną.

 

 -Otwieraj ty kurwo ! -po klatce schodowej niesie się pijacki

  wrzask.

 -Otwieraj ty pierdolona kurwo ! Otwieraj kurwo ! Otwieraj ty

 pierdolona kurwo ! - facet powtarza te trzy wyrazy jak mantrę.

 Chwila ciszy, potem walenie w drzwi, mocne, soczyste.

 A potem znowu mantra : otwieraj kurwo !!

 

 Zastanawiam się kto jest za drzwiami. Kto jest w środku.

 Żona ? Córka ? Kochanka ? Ktokolwiek tam jest, nie odzywa

 się. Nie reaguje na łomot i bluzgi.

 

 Po dwudziestu minutach pijak rezygnuje. Słyszę zbliżające

 się z góry człapanie. Kiedy mija moje drzwi rozróżniam

 kilka słów z plugawej wiązanki, którą mamrocze.

 

 Program Pierwszy nadaje piosenkę Krzysztofa Krawczyka.

 

 "Parostatkiem w piękny rejs !" zawodzi Krawczyk.

 

 .............................................................................................

 

 O siódmej rano wychodzę tak jak co dzień do roboty.

 Przed bramą stoją już Bocian i Plecak. Piją nalewkę

 owocową, palą paierosy "popularne", i plują. Plecak

 nosi wielki garb na plecach, a Bocian chodzi o kulach,

 bo nie ma nogi. Mimo, że jest dopiero siódma, obaj są

 już kompletnie pijani. Kłócą się. Jeden twierdzi, że staniało,

 drugi, że wręcz przeciwnie, podrożało. Omijam ich szerokim

 łukiem, chodnik zapluty, nie da się przejść suchą nogą.

 

 Pod śmietnikiem stoi Edek narkoman. Mówią na niego

 "Alberto Tomba". Narciarz. Edek jest tak wyniszczony przez

 narkotyki, że ledwo stoi na nogach. Stoi, to chyba złe określenie.

 On pływa ! On walczy ! Wygina się i przechyla w zupełnie

 nieprawdopodobny sposób. Nurkuje. Pikuje. Wydaje się,

 że już nic nie powstrzyma go przed upadkiem...a on dalej

 trzyma się w pionie rozedrganym. I potrafi tak stać i nie stać

 równocześnie wiele godzin. Patrzy gdzieś w dal, i w jego

 oczach jest straszny ból. Przerażenie jest ledwo widoczne,

 bo już wyblakłe, już jakoś tam oswojone.

 

 Do wszystkiego można się przyzwyczaić, myślę sobie.

 

 Za chwilę na osiem godzin zamienię się w automat

 do pukania na komputerze. I będę powtarzał jak mantrę :

 Zrobiłem sobie jajecznicę z trzech jajek. Wcześniej nakroiłem

 chleba, posmarowałem chleb masłem. Masła nie zapomniałem

 wyciągnąć z lodówki odpowiednio wcześniej, więc teraz nie

 musiałem się wkurwiać, że twarde.

 

 Włączyłem telewizor do śniadania. Nadawano wiadomości

 o sytuacji w Libii. Że dwieście pięćdziesiąt ofiar. Niedużo-

 pomyślałem, bo od razu przypomniałem sobie Rwandę.

 Tam to było dużo. Oglądałem relacje z Libii, jadłem jajecznicę

 z trzech jajek, i myślałem o Rwandzie. Tam to się mordowali !

 Prawie milion ludzi w sto dni ! 10 000 dziennie. Jadłem

 i myślałem o Rwandzie. Jajecznica była smaczna.

 Myślenie o rzezi w Rwandzie nie psuło smaku jajecznicy.

 

 Co z tą empatią ? Czy nie powinno mnie zemdlić ? Czy nie

 powinienem odstawić jejcznicy, kiedy zacząłem myśleć

 Rwandzie ? Czytałem o tych rzeziach kiedyś i to wróciło

 teraz podczas jedzenia śniadania. O tym, że ludzie uciekali

 do kościołów, bo myśleli, że tam ich nie zabiją. Rwanda

 to kraj katolicki. O tym, że jednak w kościołach byli zabijani.

 Dzieci roztrzaskiwano o ściany kościołów, gwałcone były

 kobiety i potem mordowane. No tak-pomyślałem-ale to

 przecież gdzieś daleko...jacyś czarni...

 I wtedy przypomniałem sobie holocaust. I przestałem

 "śmiać" się z Hutu i Tutsi. Wcale nie jesteśmy lepsi.

 To znaczy lepsi...owszem, ale w innym znaczeniu.

 Jednak Rwanda przy holocauście...Błysnęła mi myśl,

 że chyba muszę być mocno powalony, skoro zajmuję

 sobie głowę takimi sprawami podczas jedzenia śniadania.

 Ale co ja na to poradzę, że myślę o tym właśnie teraz ?

 Czy można sobie zabronić myślenia na jakiś konkretny

 temat ? Ale jak to zrobić ? Właśnie przez myślenie

 o tym, że o czymś się myśli, tym bardziej się o tym myśli.

 I to, że wiem, że nie powinienem o tym myśleć, i że

 chciałbym myśleć o czymś innym, o czymś przyjemniejszym,

 nic nie pomaga.

 

 Kiedyś tak miałem z kapciami, że muszą stać równo.

 Ciągle o tym myślałem. Jeden obok drugiego. Muszą

 się stykać wewnętrzymi krawędziami i stać prostopadle

 do łóżka, idealnie w połowie między głową a nogami.

 Żeby przestać o tym myśleć, ciągle sprawdzałem

 czy kapcie równo stoją. A im częściej sprawdzałem,

 tym bardziej o tym myślałem. O kapciach. A im bardziej

 myślałem, tym częściej sprawdzałem...Matnia !

 Życie upływające po dyktando kapci. Kapciowatość.

 Skapciowacenie rzeczywistości. A przecież była jeszcze

 spłuczka, która lubi się zacinać. Po spuszczeniu wody

 nie zawsze wracała do poprzedniego stanu. Czasem

 pozostawała wciśnięta i woda lała się przez cały czas.

 Najgorsze były chwile, tuż po zgaszeniu światła, przed snem.

 Czy na pewno odciągnąłem spłuczkę ? Jeśli nie, woda

 będzie się lać przez całą noc i nabije mi licznik w wodomierzu.

 Czy kapcie stoją równo przy łóżku ? Czy może walają się pod

 biurkiem w nieładzie anarchistycznym ? Musiałem to sprawdzić.

 Zapalałem światło. Sprawdzałem kapcie, chociaż to sprawdzenie

 niewiele dawało, bo musiałem je założyć, żeby pójść do łazienki

 i sprawdzić spłuczkę, więc nawet gdyby były równo ustawione

 przy łóżku, było to już nieaktualne. Nadal musiałem pamiętać

 o tym, żeby je równo ustawić, jak już wrócę z łazienki,

 po sprawdzeniu spłuczki.

 Stan w jakim była spłuczka nigdy nie był dla mnie dobry.

 Jeśli się zacięła, znaczyło to, że dobrze zrobiłem wstając

 i sprawdzając, czy woda nie będzie się lać, bo przecież

 wodomierz, licznik, koszty. Ale znaczyło to również, że

 conocne-tuż przed zaśnięciem-sprawdzanie spłuczki

 ma sens...Czyli jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu,

 że trzeba sprawdzać. A to przecież nie dawało mi zasnąć..

 Jeśli spłuczka była OK. zaczynałem ganić się w myślach, że

 po co wstawałem, że mogłem już pójść spać, bo wszystko

 było OK. I kapcie i spłuczka, a teraz trzeba znowu pamiętać

 o kapciach, żeby nie porzucić ich w nieładzie.

 

 Po uporaniu się ze spłuczką i kapciami zawsze pojawiał się

 problem masła.

 

 Czy wyciągnąłem masło z lodówki ?

 Jeśli nie, jutro będzie twarde i będę się rano wkurwiał podczas

 smarowania kromek. Rano nie ma czasu na skrobanie zmrożonego

 masła. Czy powinienem wstać z łóżka, pójść do kuchni i sprawdzić

 masło ? Ale już prawie zasypiam...Jeśli wstanę, znowu rozbudzę

 się ze snu, włożę kapcie, znowu będę musiał pamiętać, żeby

 je równo ustawić przy łóżku. Ale jeśli nie wstanę i nie sprawdzę,

 i rano przekonam się, że masło jest w lodówce..Co lepsze-

 wstać i sprawdzić, czy ryzkować ?

 I wiem, że im dłużej będę przeciągał wstanie i sprawdzenie

 masła, tym nieuchronniej to nastąpi.

 

 Ale problem kapci miałem już z głowy. Olałem je. Po prostu.

 Przestałem się przejmować, czy stoją równo czy nierówno.

 Spłuczka tymczasem "sama" sie naprawiła-przestała się

 zacinać.

 

 Zostało więc tylko masło. Zasypianie przestało być takie

 męczące. Ale ponieważ po wyrzuconych z mojej głowy

 kapciach i spłuczce pozostała pustka, na ich miejsce

 wkradły sie myśli o rzeziach. Hitler, Stalin, Mao Tse Tung,

 Polpot, Idi Amin. Rzeź Ormian, noc św. Bartłomieja,

 noc długich noży. I teraz przy śniadaniu- Rwanda.

 

 Czytałem, że już po zakończeniu rzezi, misjonarze i duchowni

 wracali do swoich kościołów, robili wielkie sprzątanie

 i dezynfekcję. Ciekawe czy mieli dobry preparat do

 usuwania krwi ze ścian i podłóg ? Zastanawiałem się

 co ja mógłbym im polecić. Czy raczej zasadowy środek

 do mycia łazienek, czy może lepiej kwaśny płyn typu

 "kamień i rdza" ? Nie mogłem sobie przypomnieć,

 który preparat byłby lepszy. Kiedy było szkolenie w pracy

 na temat środków powierzchniowo czynnych, nie mogłem

 się skupić. Ciągle myślałem o pozostawionych w domu

 kapciach i spłuczce.

 

 

 

 

 

 

 Ojciec opowiadał mi, jak będąc w wojsku zawsze miał pod ręką

 pięciolitrowy pusty kanister na benzynę. Ten kanister pozwalał

 mu chodzić gdzie chce po jednostce. Posiadanie kanistra służyło

 zmyleniu oficerów i kaprali, których mój tato mógł spotkać na swej

 drodze. Idzie z kanistrem, znaczy idzie służbowo, w jakimś celu

 idzie. Należało tylko iść zdecydowanym krokiem i nie rozglądać

 się na boki. Nie zdarzyło się, żeby jakiś wojskowy zapytał ojca

 po co szwenda się z kanistrem po jednostce.

 

 Wiele lat później zatrudniłem się w dużej firmie w dziale sprzedaży.

 Zauważyłem szybko, że szefowie firmy i inni moi przełożeni nie

 lubili jak pracownicy szwendają się po firmie dokładnie tak samo

 jak wojskowi nie znosili szwendania się żołnierzy po jednostce

 podczas służby.

 

 Pomyślałem, że aby zdobyć trochę wolności, może uda się

 zastosować pomysł mojego taty z czasów służby wojskowej.

 Musiałem tylko zastąpić kanister jakimś innym przedmiotem

 bardziej pasującym do sytuacji w jakiej się znalazłem.

 Zrozumiałem, że najlepszy będzie jakiś dokument. Obojętnie

 jaki. Jakaś faktura, albo jakiś raport, albo jakieś zestawienie,

 wcale nie musi być aktualne. Mając w ręce dokument nikt

 kto mnie zobaczy nie pomyśli, że się szwendam, tylko że

 idę gdzieś w służbowej sprawie. Najlepiej, żeby dokument był

 w przeźroczystej koszulce. Wygląda bardziej profesjonalnie.

 Można oczywiście nosić ze sobą cały plik dokumentów, wygląda

 to nawet jeszcze bardziej profesjonalnie, ale taki plik jest ciężki,

 więc szkoda zachodu. Dokładnie z tych samych powodów mój

 tato nosił ze sobą kanister pięciolitrowy, a nie dziesięcio, czy

 dwudziestolitrowy.

 

 Zadziałało. Szwendałem się po firmie, kiedy tylko chciałem i ile

 chciałem. W ręce miałem dokument w koszulce, szedłem

 zdecydowanym krokiem, ale nie za szybko, nie należy się

 śpieszyć. Na twarzy optymizm, oczy wpatrzone gdzieś w dal,

 oczy patrzące na cel jaki sobie obrałem. Dokument nosiłem

 wysunięty lekko do przodu, w zgiętej ręce, aby podkreślić jego

 ważność. Nie można nosić dokumentu trzymając go

 w opuszczonej ręce. Trzymanie dokumentu w opuszczonej

 ręce deprecjonuje dokument, a przynajmniej zmniejsza jego

 wartość. Na ustach miałem lekki uśmiech. Nie za mocny.

 Ten uśmiech miał wyrażać entuzjazm, a nie radość, to są

 dwie różne rzeczy przecież, i nie należy ich mylić. Przełożeni

 wymagają entuzjazmu, a nie radości. Radość może wzbudzić

 podejrzenia. Co im tak wesoło ? Więc absolutnie nie można

 się śmiać, ale mieć minę smutną też niebezpiecznie. Smutna

 mina to jawnie okazywany brak entuzjazmu. Tego należy

 unikać. Minę trzeba mieć taką "w sam raz" i taką właśnie

 miałem. Ruchy zdecydowane, energiczne. Nie można tu

 przesadzić i zachowywać się jak chory z ADHD, ale pewien

 zapał jest bardzo pożądany.

 

 Wyrobiłem sobie te wszystkie odruchy i mogłem poruszać

 się po firmie swobodnie jak ptak po niebieskim niebie.

 Do czasu. Pewnego razu otworzyłem jak zwykle

 zdecydowanym ruchem drzwi do kuchni i usłyszałem

 głuchy łomot, brzęk tłuczonego szkła i okropny wrzask.

 Za drzwiami stała pani od BHP.

 

 Pani od BHP nalała sobie do filiżanki za dużo kawy.

 Z meniskiem prawie. Stojąc tuż przy drzwiach zbliżyła

 filiżankę do ust. I wtedy pojawiłem się ja. Niechący złamałem

 pani od BHP przedniego zęba, rozciąłem wargę i stłukłem

 okulary.

 

 Tydzień potem wyleciałem z pracy. Pani od BHP, mimo

 że nie była pracownicą firmy, miała stały, swobodny,

 niczym nieskrępowany dostęp do ucha mojego szefa.

 Dlaczego miała dostęp chyba nie muszę tłumaczyć.

 

 

 

 

 

 

 Kurt Kashenblade miał na głowie wielką szopę siwych włosów

 i był uczonym. Pracował nad preparatem, który po zażyciu

 powodowałby u mężczyzn wydłużenie penisa. Mało który się

 przyzna, ale przecież wiadomo, że większość facetów chciałaby

 mieć dłuższego i oddałoby sporo za środek, który to sprawi.

 

 Do Kurta Kashenblade zgłosił się na ochotnika Otto Ruhm.

 Miał przetestować działanie preparatu. Wziął duży łyk i...

 

 Cudowny lek zadziałał. Niestety wydłużeniu uległ nie członek

 Otto Ruhma, lecz jego nos. Mało tego. Nos Otto Ruhma wydłużał

 się, wydłużał i wcale nie chciał przestać! Ale to jeszcze mało.

 Nos wydłużał się coraz szybciej!

 

 Po trzech minutach nos Otto Ruhma miał trzydzieści centymetrów

 i wcale nie zamierzał na tym poprzestać. Przestraszony Otto wybiegł

 z gabinetu Kurta Kashenblade, kiedy wypadł blady na ulicę jego

 nos był już dłuższy od swojego właściciela. Otto stanał jak wryty

 i przyglądał się oddalającemu się z coraz większą chyżością

 czubkowi własnego nosa.

 

 Nos wydłużał się coraz szybciej, był przy tym idealnie prosty,

 roztrącał wszystko, co stanęło mu na drodze: staruszka, który

 wyszedł na spacer, robotnika budowlanego, policjanta nawet,

 wytrącił matce dziecko z rąk, zerwał kapelusz jakiemuś elegantowi,

 lecz wcale się tym nie przejmował, tylko wydłużał się i wydłużał.

 Kiedy czubek nosa znalazł się o pięć kilometrów od swego

 właściciela można było zaobserwować pierwsze skutki kulistości

 ziemi. Stopniowo rozciągający się w zawrotnym tempie nos Otto

 począł unosić się i oddalać od powierzchni ziemi. Było to

 oczywiście złudzenie. Nos nie unosił się. To ziemia z racji swej

 krzywizny opadała, a nos pędzący z narastającym przyśpieszeniem

 szturchał już najniższe chmury, cumulusy chyba, a potem przebiwszy

 się przez cumulonimbusy, przeciął jak strzała stratosferę i wystrzelił

 z pierwszą prędkością kosmiczną w bezmiar galaktycznej próżni.

 

 Opuszczenie układu słonecznego zajęło mu piętnaście minut,

 ale że wciąż przyśpieszał, miliardy lat świetlnych drogi mlecznej

 były dla niego jak rzut beretem, po dwudziestu sekundach mijał

 już Pierścień Oriona, po następnych piętnastu dotarł do Mgławicy

 Andromedy, by po kolejnych trzydziestu znaleźć się w najdalszym

 zakątku wszechświata pełnym gasnących gwiazd i czarnych dziur.

 A potem nie było już nic. Tylko rozpędzający sie nos Otto Ruhma

 pośród kosmicznej pustki. Nieprzenikniona czerń, potworny mróz,

 zero stopni Kelvina, czyli minus 273 Celsjusza, jakby kto nie wiedział.

 Ostatnie czarne dziury zapadły się same w siebie.

 

 Ktoś mógłby powiedzieć, że nie bardzo da się dalej ciągnąć tę

 historię. Że się zagalopowałem i już się z tej pustki zimnej nie

 wywikłam. Otóż nie!

 

 Nos otto Ruhma pędził nadal przez eony kosmicznej próżni,

 a ponieważ przestrzeń, jak stwierdził dziadek Einstein, jest

 zakrzywiona, każda materia wyrzucona odpowiednio mocno

 w jedną stronę, wróci do punktu startu, tyle że od strony drugiej.

 

 I tak też stało się z wydłużajacym się ponad miarę nosem Otto

 Ruhma. Po godzinie metagalaktycznej podróży nos wbił się

 na powrót w atmosferę i pędząc po stycznej do powierzchni

 ziemi zbliżał się do Otto Ruhma celując prosto w jego kark.

 

 Odmrożony w kosmicznym chłodzie nos wbił się w głowę

 Ruhma jak nóż w masło. Otto nawet nie jęknął. Umarł natychmiast,

 a jego organ powonienia pozbawiony swego żywiciela wreszcie

 przestał się wydłużać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Doktor M. wyciągnął pieniądze z koperty. Jak zwykle czuł przyjemny

 dreszczyk podniecenia. "Ciekawe ile tym razem tego będzie ?"-

 myślał. Pieniądze. Szmal. Forsa. Kapusta. Uwielbiał je. Uwielbiał

 je liczyć, segregować, układać banknoty "ryjami do przodu",

 sprawdzać znaki wodne, czuć pod palcami ich specjalne

 wypukłości. Kochał to. Brał łapówki tak często jak się dało. Brał

 za wszystko. Za lepsze łóżko, za lepszą salę. Za szybszy termin

 operacji. Za ogólny "nadzór". Brał chętnie te "nie

 proszone"

 i te, które wymuszał mało subtelnymi aluzjami. Nigdy nie uważał,

 że wziął za dużo, albo że mu się właściwie nie należy, bo nic nie

 zrobił, żeby na łapówkę zasłużyć.

 

 Tym razem zainkasował 3000 zł. za załatwienie poza kolejką

 endoprotezy dla swojej pacjentki. Kiedy wkładał plik banknotów

 do portfela nagle coś go zaniepokoiło. Rozejrzał się po swoim

 gabinecie. Coś było nie tak, ale nie mógł sobie uzmysłowić co.

 Przez chwilę siedział bez ruchu. Było cicho. Szczelnie zamknięte

 okna tłumiły odgłosy ulicy. Powoli do jego świadomości docierał

 nowy bodziec.

 

 "Coś śmierdzi"-doktor M. nie miał już wątpliwości. W gabinecie

 zalatywało gównem. Wstał z fotela. Sprawdził podeszwy butów.

 Były czyste. Skąd ten zapach ? Smród właściwie. Jeszcze raz

 rozejrzał się po pokoju. Zaglądnął we wszystkie kąty. Nic.

 Panował idealny porządek. Doktor M. był czuły na punkcie

 porządku. Wyrzucił już trzy sprzątaczki z roboty za niechlujnie

 pościerany kurz i inne niedopatrzenia. Obecna sprzątaczka

 była perfekcjonistką-do niczego nie mógł sie przyczepić.

 A jednak śmierdziało. Czuć było, może niezbyt intensywny,

 ale jednak wyraźny zapach gówna. Doktor chodził po pokoju

 i węszył. Próbował odnaleźć źródło przykrego zapachu.

 Wyglądał trochę jak dzieciak bawiący się w "ciepło-zimno".

 Jego poszukiwania nie przyniosły skutku. Wszędzie śmierdziało

 jednakowo.

 

 Doktor M. powąchał sobie pachę. Potem dłoń. Kiedy zbliżał

 nos do dłoni, zaczynał rozumieć, choć jeszcze nie mógł uwierzyć.

 Załomotało mu serce. To on ! To on był źródłem smrodu !

 Czuł wyraźnie. Im bliżej dłoni był jego nos, tym wyraźniej

 czuł w nozdrzach zapach gówna. Był zszokowany.

 "To niemożliwe"- biegiem prawie rzucił się w stronę łazienki,

 zdarł z siebie ubranie i wszedł pod prysznic. Mydlił się

 i szorował ostrą gąbką przez ponad godzinę, aż skóra zrobiła

 się czerwona. Potem wytarł się do sucha i jeszcze raz powtórzył

 próbę z nosem i ręką.

 

 Kąpiel nic nie pomogła. Nadal śmierdział.

 

 

 

 

 

 

 

 Doktor M. wydezodorantował się i spryskał obficie perfumami.

 Kosmetyki zabiły, albo przynajmniej przykryły przykry zapach.

 Ubrał się i wyszedł na miasto.

 

 ..........................................................

 

 Następne dni minęły doktorowi pod znakiem maskowanego

 smrodu. Doktor M. unikał ludzi. Któregoś dnia, kiedy wyszedł,

 z pracy, zobaczył, że jakiś podlec przebił mu wszystkie koła

 w samochodzie. Klnąc pod nosem poszedł na przystanek

 autobusowy, wolał jechać autobusem niż taksówką. Nienawidził

 taksówkarzy. W autobusie udało mu się zająć miejsce przy oknie.

 Siedział i patrzył na mijające go samochody. Na którymś przystanku

 wsiadła kobieta w zaawansowanej ciąży. Doktor M. ustapił jej

 miejsca. Jakoś tak odruchowo. W domu, kiedy ściągnął krawat

 i koszulę, ze zdziwieniem stwierdził, że przestało śmierdzieć.

 Znowu chodził po mieszkaniu jak lunatyk i węszył, wąchał pachy

 i dłonie. Ale tym razem oględziny wypadły pomyślnie.

 Usiadł na fotelu i zadumał się głęboko.

 

 Po trzeciej szklance burbona zaczął kojarzyć fakty.

 smród pojawił się po wzięciu łapówki, ustał po ustąpieniu

 cieżarnej kobiecie miejsca w autobusie. Zły czyn sprawia,

 że ciało przestaje być filtrem zapachów, które mamy w sobie.

 Jakby go nie było, i wtedy to co jest w środku, ten cały szlam,

 to wszystko cuchnie. Dobry uczynek niweluje skutki złego.

 Wtedy przestaje śmierdzieć. Jakie to proste !

 

 Uskrzydlony zrozumieniem problemu, doktor M. nie mógł

 się doczekać następnego dnia. Skończył butelkę burbona;

 tak przez rozum, z przyzwyczajenia. Ciągle myślał o tym ,że musi

 sprawdzić w praktyce to co wykoncypował.

 

 Następnego dnia ukradł morfinę ze szpitalnej apteczki.

 Tak jak przypuszczał zaczął znowu śmierdzieć. Wrócił

 autem do domu. Zrzucił kurtkę i usiadł do komputera.

 Zalogował się na swojej stronie bankowej i przelał 300 zł.

 na konto Domu Pomocy Społecznej Dla Matek z Małymi Dziećmi.

 

 Przestał śmierdzieć.

 

 Doktor M. westchnął z ulgą. Dzięki wrodzonej inteligencji

 i spostrzegawczości odkrył nowe reguły rządzące światem.

 Teraz, kiedy poznał zasady, przystosowanie się było prostą

 sprawą.

 

 ..........................................................................

 

 Doktor M. brał łapówki jak dawniej. Wracał potem tramwajem

 i ustępował miejsca ciężarnym albo babom z siatami. Wolał

 to niż wpłacanie datków na sieroty i domy straców. W końcu

 nie po to brał łapówy, żeby potem dzielić się nimi z obcymi.

 Ale najlepsze było przeprowadzanie staruszków przez jezdnię.

 Roboty niewiele, czasu marnować nie trzeba, a efekt murowany.

 

 Któregoś dnia wychodząc z pracy spotkał się w windzie z dr K.

 Cuchnęło od niego kwaśnymi rzygowinami.Może dlatego,że był

 wielki i gruby jak knur i uwielbiał się objadać białą kiełbasą.

 Najbardziej lubił surową. Doktora M. aż zemdliło.

 "Ten to musiał nabroić"-pomyślał.

 

 Wyszli razem na ulicę. W tym samym momencie dostrzegli

 staruszka stojącego na czerwonym świetle. Oczy im zaświeciły.

 Staruszek, i to w dodatku niewidomy ! Trzymał w suchej dłoni

 białą laskę. Doktorzy rzucili się w jego stronę, dopadli go w tej

 samej chwili. Każdy z nich chciał przeprowadzić niewidomego

 przez drogę. Zaczęli się szarpać.

 -Oddawaj staruszka ! -krzyczał doktor M.

 -Zostaw ! Puść !-darł się doktor K.

 Każdy ciągnął w swoją stronę. Doktor M. wyrwał staruszkowi

 laskę i zaczął nią okładać doktora K. Niewidomy wywrócił się

 na bruk i stłukł sobie ciemne okulary. Doktor M. nawet tego nie

 zauważył, nadal tłukł laską doktora K. Tłukł i przeklinał go

 plugawymi słowami. Adrenalina miotała nim jak kukłą. Doktor

 K. kulił się pod ciosami i wył.

 

 Po chwili na ulicy zaczęło potwornie śmierdzieć. Śmierdziało

 tak strasznie, że tłum, który zgromadził się zwabiony bijatyką,

 rozpierzchł się. Zostali tylko doktor K. i doktor M. Staruszek

 uciekł w popłochu, kulejąc. Doktor M. przestał bić doktora K.

 Popatrzyli na siebie. Obaj ciężko dyszeli.

 

 Mieli poszarpane ubrania.

 

 

 

 

 Wróciłem do domu po pracy.

 Nie mogłem otworzyć drzwi do mieszkania.

 Mój klucz zacinał się w zamku.

 W końcu otworzył mi Yeti.

 Był większy od Szwarcenegera.

 Zwalisty.

 Cały obrośnięty futrem.

 

 Założył sobie moje spodnie i koszulkę.

 Tylko butów mi nie zabrał, bo były o wiele za małe.

 Wypalił mi całą marychę i wypił ostatniego browara.

 

 -Przecież ty nie istniejesz-powiedziałem-nie ma Yeti.

 -Są-powiedział Yeti-pomyliło ci się z E.T.

 E.T. nie istnieje.

 -No to dlaczego nie siedzisz w górach, skoro jesteś Yeti ?

 -Nie twój interes- powiedział Yeti i strzelił mnie z piąchy

  w szczękę. Upadając zawadziłem jeszcze o kant szafki

  i podbiłem sobie oko. Straciłem przytomność.

 

 Kiedy się ocknąłem Yeti już nie było.

 

 Później kiedy opowiadałem o tym kolegom, śmiali się

 ze mnie. Nie wierzyli nic a nic, szczególnie, że czasem

 ze zdenerwowania mówiłem, że to był E.T. a nie Yeti.

 

 

 DRAMAT

 

 X - fecet z psem na smyczy

 Y - facet z teczką

 Z - baba w oknie

 

 

 

 X

 

 ciekawe co on sobie myśli ten głupek kiedy tak lezie z teczką

 na przystanek zawsze się muszę na niego napatoczyć na tego

 skurwysyna dzień w dzień go widzę udam że odbieram

 komórkę żeby nie mówić mu dzień dobry nie mogę patrzeć na

 tego szmatławego parszywca

 

 Y

 

 co on sobie może myśleć ten dureń jak tak lezie codziennie

 z tym swoim głupim psem zawsze go muszę spotkać skurwysyna

 rano jak idę na przystanek odbiorę niby komórkę nie chcę się

 się z nim witać nie wiadomo kto głupszy on czy ten głupi kundel

 rzygać mi się chce jak widzę tego parszywego szmatławca

 

 Z

 

 co oni sobie mogą myśleć jak tak lezą w te i we wte jeden

 z chujową teczką a drugi z głupim psem udaję że nie patrzę

 na nich tylko gdzieś w górę i tylko czasami łypię ten z teczką

 kroczy jakiś taki sztywny brzuch wypina durny pies ciągnie

 durnego pana szura pazurami po chodniku i poszczekuje

 niedobrze mi się robi jak patrzę na tych skurwysynów

 w tej samej chwili wyciągają komórki i niby gadają żeby

 nie musieć się witać

 

 X

 

 co ona się ciągle gapi ta głupia kurwa w oknie siedzi

 i się patrzy tępo w dal i tylko czasem łypnie że też jej

 sie nie znudzi tak ciągle w oknie siedzieć musi być

 głupia jak but żeby tak ciągle siedzieć

 

 Y

 

 znowu ta małpa w oknie siedzi i wybałusza gały

 gapi się jak niedorozwinięta co to za tłuk wstrętny

 

 ***

 

 Nagle następuje potężny wybuch atomowy. Na horyzoncie

 pojawia się wielka kula światła. A potem widać zbliżającą

 się falę uderzeniową, która niszczy wszystko na swojej

 drodze.

 

 ***

 

 X

 

 o kurwa!

 

 Y

 

 ja pierdolę!

 

 Z

 

 kurwa ja pierdolę!

 

 

 

 KURTYNA

 

 

 

 

 

 Wczoraj wpuściłem do domu akwizytora.

 

 - Nie jestem akwizytorem - powiedział akwizytor, kiedy był

 już w moim mieszkaniu. - Jestem przedstawicielem

 handlowym firmy "Jan Kobylak - Sprzedaż dziur sp. z o.o."

 i chciałbym zachęcić pana do zakupu dziury.

 - Po co mi dziura? - zapytałem akwizytora.

 - Dziura, którą panu proponuję nie jest taką sobie pierwszą

 lepszą dziurą. To mega dziura! To dziura w całym!

 - A mógłbym ją zobaczyć? Tę dziurę.

 - Nie może pan zobaczyć dziury w całym.

 - Chciałbym jej dotknąć, pomacać.

 - Nie może pan dotknąć dziury! Dziurę może pan zobaczyć

 tylko w kontekście innego przedmiotu. Tymczasem my

 sprzedajemy same dziury bez dodatkowych bonusów.

 - To gdzie ona jest? Ta dziura.

 - Nigdzie. Dziura oderwana od kontekstu jest nicością,

 jest brakiem czegoś... a nasza dziura, ponieważ jest dziurą

 w całym, jest brakiem wszystkiego, jest wszech - dziurą,

 można powiedzieć, że nasza dziura jest antytezą

 wszechświata, i z tym właśnie teraz do pana przychodzę,

 za jedyne 299 zł może pan być posiadaczem dziury, w której

 zawierają się wszystkie inne dziury, wszystkie dziury w serze,

 co ja mówię, wszystkie dziury we wszytkich serach,

 jakie mleczarze właśnie wyprodukowali na całej kuli

 ziemskiej. Wszystkie dziury w zębach wszystkich ludzi,

 miliony, miliony dziur, wszystkie dziury po kulach, dziury

 w ziemi, wszystkie leje po bombach, czarne dziury,

 wszelkie otwory, wszystko to może być pana, jeśli kupi

 pan mega dziurę, dziurę w całym, która wszystkie te dziury

 ma w sobie.

 - Ale po co mi w ogóle dziura?

 - To pan nie wie? Dziura przynosi szczęście!

 

 Akwizytor wyjął z kieszeni marynarki plik kolorowych zdjęć.

 Były to okropne fotografie. Pokrwawione, rozczłonkowane

 ofiary nalotów bombowych i katastrof kolejowych, zdjęcia

 zagłodzonych na śmierć afrykańskich dzieci, krwawe jatki

 po terrostycznych zamachach, ludzie po amputacjach,

 trędowaci...

 

 - Ci wszyscy nieszczęśnicy nie byli posiadaczami

 dziury, którą właśnie teraz panu oferuję. - powiedział

 akwizytor.

 - A skąd pan to wie? - zapytałem.

 - Zdjęcia pochodzą sprzed 2010 roku, a interes prowadzimy

 od 2011, więc nie mogliśmy wcześniej sprzedać nikomu

 żadnej dziury.

 

 ***

 

 Dałem się przekonać akwizytorowi. Kupiłem trzy dziury

 w cenie dwóch za jedyne 599 zł. Dodaktowo nabyłem

 jeden egzemplarz kotlet - maski za 99 zł. Kotlet - maska

 to taka maska na twarz, w której każdy wygląda jak kotlet.

 I właśnie nie wiem, nia pamiętam właściwie, po co mi

 ta maska. Poza tym dręczą mnie wątpliwości, czy

 akwizytor mnie nie oszukał. Kupiłem trzy dziury w całym.

 Czy mogą być w ogóle, czy mogą istnieć równocześnie

 trzy dziury w całym? Skoro dziura w całym jest antytezą

 całego wszechświata i zawiera w sobie wszystkie inne

 dziury? Jak może istnieć druga dziura w całym, a nawet

 trzecia, skoro dziura w całym jest dziurą w całym?

 

 

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 więc co mu tam

 co mu tam

 co mu tam

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 więc co mu tam

 jeden mały łyk

 

 jeden mały łyk

 to jest mały myk

 

 przecież odwyk

 sprawił że odwykł

 

 więc co mu tam

 co mu tam

 co mu tam

 

 jeden mały łyk

 to jest mały myk

 

 dwa łyki

 to małe miki

 

 no bo odwyk

 sprawił że odwykł

 

 więc co mu więc co mu

 więc co mu tam

 

 skoro odwyk

 sprawił że odwykł

 

 tylko jeden łyk

 to mały myk

 

 cztery łyki

 to małe miki

 

 bo odwyk

 sprawił że

 odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 odwyk sprawił

 że odwykł

 

 

 

 Najlepsza do plucia była metalowa rurka po ołówku. Na kulki

 z plasteliny. Trzeba było utoczyć kulkę odpowiednich rozmiarów,

 tak żeby obwód kuli kulki pasował do średnicy rurki. Strzał z rurki

 był naprawdę bolesny. Tylko trzeba było wcelować w odkrytą część

 ciała. Najczęściej była to szyja koleżanki z klasy albo jej policzek.

 Dobra też była proca z gumki modelarskiej owiniętej na palcach.

 Strzelało się ze skobelków ugniecionych z papierowych zwitków.

 Strzał ze skobelka był bardziej bolesny od strzału z rurki plastelinową

 kulką. Najbardziej hardkorową odmianą tej zabawy było strzelanie

 ze skobelków utworzonych z drutu w gumowej izolacji. Ale takimi

 pociskami naparzaliśmy się między sobą. Dziewczęta objęte były

 ochroną przed bronią naprawdę ciężką.

 

 Godzinami graliśmy w kolarzy. Gra w kolarzy zabierała sporo czasu.

 Najpierw trzeba było narysować kredą trasę na chodniku. Fajne były

 trasy z udziwnieniami, na przykład prowadzące po schodach, albo

 po murku okalającym piaskownicę, potem ciężka przeprawa po

 piasku zalegającym wokół piaskownicy. Kolarzami były zakrętki

 do słoików typu "twist-off". We wnętrzu zakrętki można było

 wymalować flamastrem barwy narodowe, oraz wykaligrafować imię

 i nazwisko kolarza, którego reprezentuje zakrętka. Gra polegała

 na tym, aby nie wypaść z trasy i zwyciężyć innych kolarzy. Czyli

 było tak jak w realu. Każdy miał trzy pstryknięcia, jak wypadł

 z trasy krzyczeliśmy "wylota" i grę zaczynał następny "kolarz".

 Pamiętam jak bawiliśmy się już kilka godzin, trasa wyścigu

 była wyjątkowo długa, ale już zbliżaliśmy sie do końca gry,

 i wtedy pojawił się Kotlet-Maska ze swoimi kolegami.

 Nie mieliśmy żadnych szans. Kotlet-Maska i jego kumple byli

 chuliganami, poza tym byli strasi i silniejsi. Wbiegli na naszą

 trasę i rozkopali kolarzy. Potem ze śmiechem rozgniatali je

 obcasami. Patrzyliśmy bezsilnie jak nasi kolarze-Szurkowski,

 Mytnik, Szozda ginęli pod butami chulihanów.Kotlet-Maska

 miał dwie siostry bliźniaczki Brunhildy, które miały psa Czarka,

 który tak naprawdę był suką. Brunhildy szczuły wszystkich psem

 Czarkiem. A ich brat był hersztem bandy. Kotlet-Maska miał

 na nazwisko Robak. Nikt nie odważyłby się powiedzieć przy Robaku

 "Kotlet-Maska". O Robaku mówili Kotlet-Maska tylko wtedy, kiedy

 Robaka nie było w pobliżu. Robak miał ksywę "Kotlet-Maska"

 dlatego, że miał gębę jak kotlet maska. Jego siostry bliźniaczki

 były szpetne, wszyscy mówili na nie "Brunhildy", a one szczuły

 tych, co na nie tak mówili, psem Czarkiem, który był małym

 złośliwym kundlem, z zadartym skręconym w @ ogonem,

 potrafiącym z zaskoczenia ugryźć w łydkę, albo przynajmniej

 uszkodzić nogawkę.

 

 W zimie Koltet-Masaka z kumplami złośliwie solili ślizgawki.

 Kiedy ślizgawka powoli robiła się fajna, fajna górka taka

 w sam raz, i trasa wyślizgana, tak akurat, wtedy pojawiał się

 Kotlet-Maska z torbą soli i posypywał ślizgawkę. Po piętnastu

 minutach ślizgawka była do niczego-rozmrożona. Słychać

 było krakanie wron, rechot Robaka i jego kumpli, i ujadanie

 Czarka, który szczuł przechodnia podjudzony przez siostry

 Brunhildy. Kiedy Robak nie miał pieniędzy stosował sprytną

 sztuczkę. Najpierw był grzeczny. Pytał delikwenta "masz

 pieniądze ?" "nie mam" odpowiadał delikwent "a może

 nie wiesz, że masz" upewniał się Robak po czym wywracał

 delikwenta, chwytał za kostki, podnosił do góry i potrząsał.

 Zabierał wszystkie pieniądze wytrząśnięte z nieszczęśnika.

 

 Wiele lat później Robak Kotlet Maska rządził w restauracji

 "Gościnna". Miał swój stolik przy którym odbywały się codzienne

 party. Robak dostawał od rodziny za granicą 100 dolarów raz

 na miesiąc. Stać go było na utrzymanie kompani i posłuch.

 W "Gościnnej" można było kupić wódkę na wynos, tylko

 trzeba ją było przelać z kieliszków do butelki, niby pod stołem,

 że niby nikt nie widzi. Wódka była ciepła.

 

 Ale dużo wcześniej każdy chciał mieć zegarek elektroniczny.

 Zegarek elektroniczny był tak samo ważnym gadżetem jakim

 jest teraz telefon komórkowy. Na początku lat osiemdziesiątych.

 Każdy miał zegarek elektroniczny z wyświetlaczem z ciekłych

 kryształów. Już sama nazwa robiła wrażenie. Zegarek

 z wyświetlaczem z ciekłych kryształów. Ale to jeszcze nic !

 Zegarki te miały zajebiste melodyjki, które mogły służyć jako

 budzik. Ale to jeszcze nic ! Zegarki te miały opcję pipkania

 o równej godzinie, czyli pipkały kiedy kończyła się jedna godzina,

 i zaczynała następna. Ta opcja była wykorzystywana nagminnie.

 Każdy kto miał zegarek elektroniczny wykorzystywał opcję

 pipkania o równej godzinie.

 

 To pipkanie doprowadzało do denerwujących sytuacji.

 Np. w kinie. Kim Basinger oddaje Rurce to co ma najświętszego,

 gra muzyka nastrojowa, następuje zbliżenie, ale akurat jest,

 powiedzmy, dwudziesta pierwsza i zamiast muzyki nastrojowej

 i stęk stęk oh oh słychać pipkanie, narastające, bo najpierw pipkają

 zegarki śpieszące się, najpierw pip pip nieśmiało, ale statystyka

 działa, im bliżej równej godziny, tym więcej pipnięć. Najwięcej

 o równej godzinie. I potem zjazd, coraz rzadziej pipkają zegarki

 spóźnione, ale jednak. I jest tak nie tylko, kiedy Kim Basinger,

 ale np. Arnold demoluje i strzela z rozpylacza, a tam zamiast

 rozpylania pipkanie.

 

 Tak właściwie nie wiem po co o tym piszę. Przeżyłem różne mody.

 Proce, rurki, noże, Byłem chuliganem osiedlowym. Tłukłem butelki,

 rzucałem kamieniami, wybijałem szyby...

 

 Wszystko to minęło. Zastanawiam się, czy digart jest taką samą

 modą, jak strzelanie z rurki, albo z procy. Albo tez zegarek

 elektronicynz.

 

 

 

 

 A co by było, gdyby Jezus Chrystus nie umarł na krzyżu?

 

 ***

 

 Tylko został powieszony. Nie ukrzyżowanie było jego

 kaźnią, a szubienica.

 

 ***

 

 Czy szpice kościołów zdobione by były szubienicami?

 Czy kapłani i wierni nosiliby srebrne łańcuszki z małą

 szubieniczką? Albo złote. Czy leżeliby na zimnej posadzce

 szubienicą i czy byłyby ołtarze rzeźbione z mega

 szubienicami i dyndającymi na sznurku (drucie)

 naturalistycznymi wisielcami z wybałuszonymi oczami

 i wywalonym przez otwarte usta sinym językiem?

 

 ***

 

 Czy niewiernych tępiono by ogniem i mieczem, i kazano

 klęczeć przed Świętą Szubienicą? Czy żegnano by się

 znakiem szubienicy? I czy mała drewaniana szubieniczka

 wisiałaby na ścianie w każdym domu, w każdym miejscu

 zadaszonym? Czy piłkarze przed wejściem na boisko

 nie robiliby na piersiach pośpiesznie znaku szubienicy,

 i czy nie całowaliby szubieniczki na łańcuszku

 wierni w dramatycznych chwilach swego życia?

 

 ***

 

 A kiedy wyciągnę kopytka, czy nad moją mogiłą nie

 wyrośnie nowa szubienica? Jeszcze jedna. Kolejna.

 Jedna z wielu.

 

 

 

 Pan Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo, a potem ich

 wszystkich wymordował, bo nie byli grzeczni. Zrobił im lany

 poniedziałek i lany wtorek i laną środę i lany czwartek i lany

 piątek i laną sobotę i laną niedzielę i tak dalej. Tylko Noe dostał

 cynk i zawczasu się przygotwał do kataklizmu. Zbudował Arkę.

 Pan Bóg kazał mu wziąć na statek po jednej parze z każdego gatunku

 zwierząt. Noe zbudował wielki statek, na którym schronił się wraz

 z rodziną i wszystkimi zwierzętami jakie były, ale tylko po jednej

 parce. I wtedy Pan Bóg postanowił wszystkich wymordować

 i sprowadził na ziemię wielkie ulewy, które spowodowały potop.

 Woda załała wszystkie kontynenty, miasta, wioski, pola. Zmiotła

 wszystkie domy i zagrody dla zwierząt. Woda przykryła nawet

 najwyższe góry. Wszyscy ludzie, oprócz Noego, umarli. Na całej

 kuli ziemskiej powstał jeden wielki ocean. Na wodzie unosiły się

 wzdęte trupy. Trupy ludzi i zwierząt. Trupy dzieci i trupy źrebaków,

 młodych baranków, owieczek i świnek. Od czasu do czasu, to

 tu, to tam do trupów podpływały rekiny i odgryzały im jakąś część

 ciała, a to głowę, a to rękę, a to nogę. I po pewnym czasie zostały

 już tylko kadłubki ludzi i zwierząt. Kadłubki dzieci i kadłubki źrebaków,

 kadłubki baranków i owieczek. I kadłubki świnek. Pan Bóg patrzył

 na to z Nieba przez niebieskie musztardówy i cieszył się, że tak

 surowo ukarał ludzi, których stworzył, a oni nie chcieli być mu

 posłuszni.

 

 Tymczasem na Arce Noego kwitło życie. Noe zabrał na statek

 tyle jadła i napojów, że starczyło dla wszystkich. Dla pary baranków

 miał siano, dla innych zwierząt też coś miał. Płynęli przez ocean,

 jedli, pili i rżnęli się znudów, każdy z każdym. Rżnęli się, a w dole

 po wodzie pływały gnijące kadłubki tych wszystkich, którym się

 nie poszczęściło. Co jakiś czas Noe przerywał rżnięcie i wychodził

 na pokład wypuścić gołąbka. Wypuszczał gołąbka w nadziei, że

 gołąbek nie wróci, co by oznaczało, że gdzieś jest ląd, ale gołąbek

 wracał, więc Noe wracał pod pokład, żeby dalej rżnąć. A konie,

 psy, lwy, tygrysy, sarny, antylopy, antylopy gnu, rosomaki, lisy,

 gibbony, jażozwierze, zwierzojeże, niedźwiedzie, niedźwiedzie

 polarne, niedźwiedzie grizzli, pantery, lamparty, zebry, żyrafy,

 nutrie, bobry, tchórze, tchórzofretki, świnki morskie, krety, szczury,

 myszy, komary, muchy, rozwielitki, pantofelki nawet nie przerywały

 ruchania.

 

 Aż w końcu, któregoś dnia gołąbek nie wrócił, co oznaczało, że

 gdzieś w pobliżu musi być ląd, albo że gołąbek zdechł.

 Noe płynął dalej i wreszcie dopłynął do suchego lądu.

 Razem z nim na ląd wyszły wszystkie zwierzęta, po jednej parce.

 

 Wszyscy byli strasznie zjebani.

 

 Na suchym lądzie każdy urządził się jak potrafił.

 A potem, po paru tygodniach, miesiącach na świat przyszło

 potomstwo tych wszystkich co się dmuchali na Arce Noego.

 Przyszły na świat dzieci Noego i młode źrebaki, baranki i świnki.

 Przyszły na świat lwiątka, panterki, niedźwiadki, sarenki, rosomaczki,

 antylopki, antylopki gnu, małe liski, zeberki, kreciki, szczurki, myszki,

 komarki, muszki...

 

 A wszystko to z kazirodczych związków !

 

 Dlatego wszyscy są tacy powaleni !

 

 To przez brak świeżego dopływu genów.

 

 Ludzie są powaleni i zwierzęta są porąbane.

 Ludzie zadręczają się nawzajem. Muchy potrafią krążyć

 godzinami i się nie męczą i brzęczą, żeby zadręczać ludzi.

 Z kolei małe dzieci, jak już uda im się złapać muchę, męczą

 ją. Urywają nóżki i skrzydełka. Jest jakaś kontynuacja w tym, co

 robią dzieci. Kontynuacja działalności rekinów obgryzających ciała

 potopionych. I tu i tam kadłubki. Koty miauczą w marcu rozrywane

 żądzą. Karaluchy w ogóle się nie przejmują tylko mnożą się. Potem

 zeżrą ser. Tak jak jeże, Jeże też lubią ser.

 

 Ale jednak strasznie chałasują. Trudno jest jednak jeżowi

 zeżreć ser. Muchy siadają na serze. Odegnane rozbrzęczają,

 więc nawet kiedy brak tuptania jeżego-słychać brzęczenie.

 

 Wygląda to mniej więcej tak:

 

 Idzie jeż :

 

 -Tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup

 tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup tup .

 

 Podchodzi i rozgania muchy. A wtedy muchy robią :

 

 -BZZZZZZZZZZZzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz

 

 I wtedy się budzimy.

 

 I ratujemy ser.

 

 

 

 

 W barze "Galaktycznym" spotkali się trzej Etanie. Etanie

 czyli mieszkańcy planety Eta. A może Etańczycy? Przed

 nimi stały trzy kufle z resztkami piwa bez gazu. Nasi

 bohaterowie polewali pod stołem "jowiszówkę", którą

 przywiózł jeden z nich, z wyprawy do układu słonecznego.

 

 Mówię wam - powiedział ten, który miał "jowiszówkę",

 rozejrzał się, czy nikt nie patrzy i łyknął ze szklaneczki -

 oni mają tylko jedne usta.

 - Kto? - spytał drugi.

 - Ziemiole, oni mają tylko jedne usta. Te usta służą im

 równocześnie, jako wpust do układu pokarmowego

 i odbyt układu informacyjnego.

 - Pierdolenie o Etaprobenie* - zaśmiał się trzeci -

 połykając równocześnie drugimi ustami, ostatni

 chaust piwa.

 - To co? Gadają nimi i żrą?

 - Dokładnie! napychają sobie jedzenie w odbyt

 informacyjny.

 - Niesłychane!

 - To jeszcze nic! Oprócz pojedynczych ust, mają coś

 jeszcze, coś dziwnego.

 - Jedno ucho!

 - Jedno oko.

 - Nie! Mają tylko jednego penisa.

 - Jak to?

 - Ano, tak to. Nie mają osobnego siusiaka do sikania

 i osobnego do wiecie... ten tego.

 - Jak to? Tym samym fiutem, którym się odlewają,

 robią potem ten, tego ?

 - Panowie! Nie przy jedzeniu - powiedział trzeci i czknął.

 Z drugich ust pociekła mu stróżka śliny.

 - Przy jakim jedzeniu? - zapytał pierwszy.

 - Przecież mamy tylko "jowiszówkę".

 - Już nie mamy. Skończyła się.

 - Skoczę po następną flaszkę - powiedział ten, który

 opowiadał o ziemiolach - i odszedł od stołu.

 

 - Pierdolenie o Etaprobenie - powiedział po chwili

 drugi.

 - Schlał sie jak zwykle - powiedział trzeci.

 - I głupoty wygaduje.

 

 

 * Etaproben - wybitny kompozytor.

 

 ach gdybym miał

 tysiąc dział śmierć

 i zniszczenie bym siał

 

 śmierć i zniszczenie

 bym siał

 

 ach gdybym miał

 tysiąc proc pokazałbym

 swoją moc

 

 pokazałbym swoją

 moc

 

 śmierć i zniszczenie

 bym siał

 

 ach gdybym

 miał rakietę

 

 zdobyłbym każdą

 kobietę

 

 zdobyłbym każdą

 kobietę

 

 gdybym miał

 rakietę

 

 zdobyłbym co bym

 chciał gdybym rakietę

 miał

 

 zdobyłbym co bym

 chciał gdybym sztachetę

 miał

 

 i z tysiąca raziłbym dział

 śmierć i zniszczenie bym siał

 

 

 jestem w chwili

 albo albo

 

 przykrywa mnie

 prześcieradło

 

 z lewej memłanie

 z prawej ciamkanie

 

 ale najgorszy ten

 co ma słowotok

 

 próbuję mu przerwać

 ale on nie da sobie

 

 ktoś beknął

 ktoś pierdnął

 

 ktoś smarknął

 ktoś w sobie

 

 na kacu się

 zamknął

 

 ktoś beknął

 ktoś pierdnął

 

 ktoś smarknął

 ktoś w sobie

 

 na kacu się

 zamknął

 

 

 Najlepsza do plucia była metalowa rurka po ołówku. Na kulki

 z plasteliny. Trzeba było utoczyć kulkę odpowiednich rozmiarów,

 tak żeby obwód kuli kulki pasował do średnicy rurki. Strzał z rurki

 był naprawdę bolesny. Tylko trzeba było wcelować w odkrytą część

 ciała. Najczęściej była to szyja koleżanki z klasy albo jej policzek.

 Dobra też była proca z gumki modelarskiej owiniętej na palcach.

 Strzelało się ze skobelków ugniecionych z papierowych zwitków.

 Strzał ze skobelka był bardziej bolesny od strzału z rurki plastelinową

 kulką. Najbardziej hardkorową odmianą tej zabawy było strzelanie

 ze skobelków utworzonych z drutu w gumowej izolacji. Ale takimi

 pociskami naparzaliśmy się między sobą. Dziewczęta objęte były

 ochroną przed bronią naprawdę ciężką.

 

 Godzinami graliśmy w kolarzy. Gra w kolarzy zabierała sporo czasu.

 Najpierw trzeba było narysować kredą trasę na chodniku. Fajne były

 trasy z udziwnieniami, na przykład prowadzące po schodach, albo

 po murku okalającym piaskownicę, potem ciężka przeprawa po

 piasku zalegającym wokół piaskownicy. Kolarzami były zakrętki

 do słoików typu "twist-off". We wnętrzu zakrętki można było

 wymalować flamastrem barwy narodowe, oraz wykaligrafować imię

 i nazwisko kolarza, którego reprezentuje zakrętka. Gra polegała

 na tym, aby nie wypaść z trasy i zwyciężyć innych kolarzy. Czyli

 było tak jak w realu. Każdy miał trzy pstryknięcia, jak wypadł

 z trasy krzyczeliśmy "wylota" i grę zaczynał następny "kolarz".

 Pamiętam jak bawiliśmy się już kilka godzin, trasa wyścigu

 była wyjątkowo długa, ale już zbliżaliśmy sie do końca gry,

 i wtedy pojawił się Kotlet-Maska ze swoimi kolegami.

 Nie mieliśmy żadnych szans. Kotlet-Maska i jego kumple byli

 chuliganami, poza tym byli strasi i silniejsi. Wbiegli na naszą

 trasę i rozkopali kolarzy. Potem ze śmiechem rozgniatali je

 obcasami. Patrzyliśmy bezsilnie jak nasi kolarze-Szurkowski,

 Mytnik, Szozda ginęli pod butami chulihanów.Kotlet-Maska

 miał dwie siostry bliźniaczki Brunhildy, które miały psa Czarka,

 który tak naprawdę był suką. Brunhildy szczuły wszystkich psem

 Czarkiem. A ich brat był hersztem bandy. Kotlet-Maska miał

 na nazwisko Robak. Nikt nie odważyłby się powiedzieć przy Robaku

 "Kotlet-Maska". O Robaku mówili Kotlet-Maska tylko wtedy, kiedy

 Robaka nie było w pobliżu. Robak miał ksywę "Kotlet-Maska"

 dlatego, że miał gębę jak kotlet maska. Jego siostry bliźniaczki

 były szpetne, wszyscy mówili na nie "Brunhildy", a one szczuły

 tych, co na nie tak mówili, psem Czarkiem, który był małym

 złośliwym kundlem, z zadartym skręconym w @ ogonem,

 potrafiącym z zaskoczenia ugryźć w łydkę, albo przynajmniej

 uszkodzić nogawkę.

 

 W zimie Koltet-Masaka z kumplami złośliwie solili ślizgawki.

 Kiedy ślizgawka powoli robiła się fajna, fajna górka taka

 w sam raz, i trasa wyślizgana, tak akurat, wtedy pojawiał się

 Kotlet-Maska z torbą soli i posypywał ślizgawkę. Po piętnastu

 minutach ślizgawka była do niczego-rozmrożona. Słychać

 było krakanie wron, rechot Robaka i jego kumpli, i ujadanie

 Czarka, który szczuł przechodnia podjudzony przez siostry

 Brunhildy. Kiedy Robak nie miał pieniędzy stosował sprytną

 sztuczkę. Najpierw był grzeczny. Pytał delikwenta "masz

 pieniądze ?" "nie mam" odpowiadał delikwent "a może

 nie wiesz, że masz" upewniał się Robak po czym wywracał

 delikwenta, chwytał za kostki, podnosił do góry i potrząsał.

 Zabierał wszystkie pieniądze wytrząśnięte z nieszczęśnika.

 

 Wiele lat później Robak Kotlet Maska rządził w restauracji

 "Gościnna". Miał swój stolik przy którym odbywały się codzienne

 party. Robak dostawał od rodziny za granicą 100 dolarów raz

 na miesiąc. Stać go było na utrzymanie kompani i posłuch.

 W "Gościnnej" można było kupić wódkę na wynos, tylko

 trzeba ją było przelać z kieliszków do butelki, niby pod stołem,

 że niby nikt nie widzi. Wódka była ciepła.

 

 Ale dużo wcześniej każdy chciał mieć zegarek elektroniczny.

 Zegarek elektroniczny był tak samo ważnym gadżetem jakim

 jest teraz telefon komórkowy. Na początku lat osiemdziesiątych.

 Każdy miał zegarek elektroniczny z wyświetlaczem z ciekłych

 kryształów. Już sama nazwa robiła wrażenie. Zegarek

 z wyświetlaczem z ciekłych kryształów. Ale to jeszcze nic !

 Zegarki te miały zajebiste melodyjki, które mogły służyć jako

 budzik. Ale to jeszcze nic ! Zegarki te miały opcję pipkania

 o równej godzinie, czyli pipkały kiedy kończyła się jedna godzina,

 i zaczynała następna. Ta opcja była wykorzystywana nagminnie.

 Każdy kto miał zegarek elektroniczny wykorzystywał opcję

 pipkania o równej godzinie.

 

 To pipkanie doprowadzało do denerwujących sytuacji.

 Np. w kinie. Kim Basinger oddaje Rurce to co ma najświętszego,

 gra muzyka nastrojowa, następuje zbliżenie, ale akurat jest,

 powiedzmy, dwudziesta pierwsza i zamiast muzyki nastrojowej

 i stęk stęk oh oh słychać pipkanie, narastające, bo najpierw pipkają

 zegarki śpieszące się, najpierw pip pip nieśmiało, ale statystyka

 działa, im bliżej równej godziny, tym więcej pipnięć. Najwięcej

 o równej godzinie. I potem zjazd, coraz rzadziej pipkają zegarki

 spóźnione, ale jednak. I jest tak nie tylko, kiedy Kim Basinger,

 ale np. Arnold demoluje i strzela z rozpylacza, a tam zamiast

 rozpylania pipkanie.

 

 Tak właściwie nie wiem po co o tym piszę. Przeżyłem różne mody.

 Proce, rurki, noże, Byłem chuliganem osiedlowym. Tłukłem butelki,

 rzucałem kamieniami, wybijałem szyby...

 

 Wszystko to minęło. Zastanawiam się, czy digart jest taką samą

 modą, jak strzelanie z rurki, albo z procy. Albo tez zegarek

 elektronicynz.

 

 

 

 - Palić mi się chce. Gdzieś się szwendał? Wyszedłeś tylko po fajki, a nie było cię pół godziny!

 - Słuchaj! Widziałem nieudane podpalenie!

 - Co widziałeś?

 - Mijałem właśnie dom pogrzebowy przy ulicy Ofiar Oświęcimskich, patrzę w lewo na Plac Matki Bolesnej, a tam facet z dużym kanistrem siedzi na gołym bruku. Dalej od alei Ofiar Katynia tłum napływa i otacza siedzącego kręgiem. Wszyscy patrzą, oczy wytrzeszczają, czekają co się stanie. Facet przyszedł tu na pewno, żeby się podpalić. To był jego protest przeciwko chrzczeniu be

49792 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~sensol
Kategoria: poezja

Liczba wejść: 48

Opis:

Dodano: 2020-10-21 20:32:33
Komentarze.
Niestety już mi dupką wychodzi ten Kraśnik i żarciochowanie o tym, więc - jakby... posiłkując się słowami z filmu PSY: "spóźniłeś się o dwadzieścia dwie dechy"
Odpowiedz
~sensol 4 m.
Canulas ja zawsze jestem sto lat za afroamerykaninami.
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
Hahhahah ja pochodzę spod Kraśnika, w Kraśniku chodziłam do liceum :-)
Miasteczko jak miasteczko. Hhahahah.
Odpowiedz
~oko 4 m.
w sumie, czemu nie. czym Kraśnik gorszy od Warszawy, czy Londynu? tylko ciut mniejszy, a to kwestia inwestycji. do stolicy, bez względu na nazwę, muchy zlecą się błyskawicznie i się rozbuduje.
Odpowiedz
~sensol 4 m.
nie ma takiego miasta Londyn
Odpowiedz
~oko 4 m.
sensol och... już nie ma? czy jeszcze nie?
Odpowiedz
~sensol 4 m.
jest Lądek Zdrój
Odpowiedz
~oko 4 m.
sensol rozumiem... się kolega naoglądał komedii i chwali się pamięcią.
Odpowiedz
~sensol 4 m.
oko ta scena zapada w pamięć
Odpowiedz
~sensol 4 m.
ta scena zapada w pamięć
Odpowiedz
~oko 4 m.
wstyd powiedzieć. lepiej byłoby chyba nie pamiętać takich czasów.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.