jasno ciemno
Codziennostrzał#6 - Pętla promocyjna Codziennostrzał#4 - Droubble - Powinienem być...

Codziennostrzał#5 - Farma listonoszy cz.1

  Dzień 5

 

 

 #codziennostrzał

 #TW

 

 

 

 

 

 

 

  Jeśli Tommy nadal posiadał tak dobrą pamięć, jak dekadę wcześniej, to nie musiał mieć wątpliwości, kiedy mówił: Był listopad, konkretnie piąty. Same fakty. W istocie był jedenasty miesiąc roku, kiedy nagie drzewa w upiornym tańcu kołysały się na wietrze wzdłuż ulicy, na której mieszkał. Tommy lubił przyglądać się ich choreografii. Była banalna i zawsze taka sama, ale mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku. No chyba, że akurat oglądał namiętnie kolejny ustawiony filmik z Azjatą ratującym bezbronne kocięta zaklinowane między oponami ciężarówki.

 Piątego listopada dzień był jedną wielką szarą plamą. Nudną i zimną. Zaraz po szkole Tommy z radością zasiadł przed monitorem i odhaczył dwugodzinną sesję na YouTube, po czym niechętnie zszedł do kuchni wezwany surowym głosem swojej matki. Oznajmiła, że wychodzi, a on zostaje w domu sam. Taki to już los jedynaka, którego ojciec odmeldował się do szalup ratunkowych widząc, że statek o nazwie „RODZINA”, na którym przebywał, zamiast oferować luksusowy wypoczynek i beztroskie sny, zafundował mu brutalną rzeczywistość, na którą nie był i nigdy nie będzie gotowy. Odpłynął latem siedem lat temu. Tommy nie pamiętał taty, ale z zapewnień mamy wywnioskował, że to nic złego. Skoro nie pamięta, znaczy — nie warto. Można się rozejść. Na otuchę pobiegł szybko do swojego pokoju i przyglądał się w oknie jak mama wsiada do auta i odjeżdża. Spotkali się wzrokiem na ułamek sekundy, tak jak chciał Tommy. Kiedy już było po wszystkim, uradowany mógł zbiec z powrotem do kuchni, zjeść dwa batony czekoladowe z lodówki i pobiec pod okna sąsiadów, aby znowu zobaczyć jak pan Mugoulie rozrywa na strzępy lewitującego w ich salonie listonosza.

 Na zewnątrz panował przejmujący chłód. Lekka mgiełka kropel rosiła ulicę i domy i martwe trawniki. Ludzie nie wychodzili z domów. Było pusto i cicho. Tommy ostrożnie podkradł się do frontowego okna i zaczął nasłuchiwać. W kuchni nikogo nie było. Tym lepiej. Miał pewność, że cała rodzina siedzi w salonie. Oby nie zaczęli bez niego.

 Rozejrzał się konspiracyjnie za siebie. Czuł czyjś wzrok na plecach. To tylko wiatr. Mógł iść dalej. Był już całkiem blisko. Tuż za rogiem oszklone drzwi tarasowe, za którymi znajdował się salon. Na razie tylko nasłuchiwał, nie patrzył. Nie chciał jeszcze patrzeć. Mogliby go zauważyć, wciągnąć do środka i ... zrobić pokaz specjalny. Słyszał tylko niewyraźny bełkot. Żadnych spazmatycznych ataków śmiechu jak ostatnio. Żadnego kurwienia na listonoszy jak ostatnio. Nic. Tylko niewyraźny bełkot sugerujący, że to po prostu rozmowa. Naciągnął mocniej czapkę. Wiatr wzmógł się jakby siłą chciał przepędzić ciekawskiego bachora. Ale już nie takie sztuczki Tommy znał. Zbyt mocno jarał się kolejną możliwościom zobaczenia spektakularnego widowiska.

 Od ostatniego przedstawienia minęło trochę czasu. Niespełna miesiąc. Tommy dobrze je pamiętał, tym większą ekscytację odczuwał, czekając na kolejne. Wydawało się, że nastąpi właśnie piątego listopada. To prawda, ale wtedy ten ciekawski bachor jeszcze tego nie wiedział.

 *****

 Fredrich Mugoulie był szanowanym magazynierem w fabryce zabawek. To nasuwało niepodważalne fakty, że w tej rodzince karierę robi zaradna żona. Nie inaczej. Eusemia Mugoulie, choć jeszcze na studiach poważnie zastanawiała się nad zostaniem zawodową prostytutką, ostatecznie ukończyła prawo i rozpoczęła maraton z dumnym szyldem na mecie: KARIERA. Wszystko szło w dobrym kierunku. Oto nowy dom, nowe auto, całkiem nowe dzieci – trójka. Ale Friedrich coś ukrywał. Niewielką kiełkującą tajemnicę, która dojrzewała w jego głowie na odpowiedni moment, aby zaszczyciła swym istnieniem rodzinę Mugoulie.

 — Trochę wyżej i uważaj na wazę obok telewizora. To prezent od mamy — instruowała małżonka Eusemia, kiedy Fredrich gestem dłoni uniósł martwe ciało listonosza i zaczął nim obracać jak kukłą w teatrze lalek.

 Cała rodzina w euforii oglądała, jak zdolny tatuś rozkazuje nieboszczykowi zatańczyć w powietrzu fragment Jeziora Łabędziego, by potem subtelnie przejść do polnego miażdżenia nóg, rąk, żeber i czaszki. Krwawa miazga, która wystrzeliła na wszystkie strony, od razu została zamknięta w polu siłowym ku uciesze żony, która kolor ścian w salonie wybierała osobiście, razem z dekoracjami.

 — No to teraz ktoś musi przynieść tatusiowi puszkę zimnego piwa z lodówki. Pan listonosz jest bardzo ciężki.

 Kiedy dostał czego chciał, wydoił w kilka sekund całą zawartość i jednym gestem sprawił, że każda część mózgu, i czaszki wróciła na swoje miejsce, a złamania zniknęły, jakby nigdy się nie pojawiły.

 

 *****

 

 Ciekawość zwykle posiada kilka stopni. U Tommy’ego były kroki. Zwykle wiedział ile ich zrobić, aby pozostać niezauważonym, jednocześnie zaspokajając swą rządzę ujrzenia po raz kolejnych niesamowitych zjawisk jakie działy się w salonie państwa Mogoulie. Ale to był przecież piąty listopada. Ten wyjątkowy dzień, kiedy ciekawość Tommy’ego osiągnęła pułap wykraczający poza skalę dopuszczalnych kroków. Umysł nie walczył. Dwa... trzy... pięć. Przez oszklone drzwi tarasowe ujrzeli go w całej okazałości, a pierwszy krzyknął oczywiście pan domu. Był nabuzowany, jednocześnie nie przestawał się uśmiechać, jakby w tym samym momencie w jego głowie tlił już się niewielki płomyk nowego pomysłu, który diametralnie przeważył szalę na stronę dobrego humoru.

 — Witaj Tommy. — To był już trzeci raz jak się z nim witał. Wcześniej powtórzył tę sekwencję dwa razy. A więc można łatwo obliczyć, że odwiedził go w piwnicy po raz trzeci.

 Ale zaraz jak to w piwnicy? No bo widzicie, dobry humor to jedno, ale trzeba było jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji, kiedy dzieciak sąsiadów podglądał, co wyprawia się w domu obok. Pan Mogoulie przytomnie schwytał (z dużą pomocą żony) Tommy’ego i bez większych strategicznych rozważań kazał związać i zataszczyć do piwnicy. Tam zakleił jego usta taśmą, wcześniej dwa razy ostro spoliczkował (nadal uśmiechając się z pełną serdecznością) i zostawił na piętnaście minut. Potem w równych odstępach odwiedził go jeszcze raz i kolejny, do którego już doszliśmy.

 — Wybacz, że cię spoliczkowałem, ale to była swoista kara. Najwyższa, jaką wymierzam swoim pociechom, a i żona czasami oberwie. — Kąciki ust uniosły się jeszcze bardziej. — No to, powiedz mi. Ile razy gościłeś pod moimi drzwiami tarasowymi?

 Zerwał taśmę. Było przy tym trochę łez, ale wszystkie należały do grupy męskich kropel potu ocznego. Na pewno coś takiego istnieje.

 — Nie wiem, może dziesięć.

 — Dziesięć? Ha! Dobry jesteś. Konspiracyjne hobby. Podobały ci się moje przedstawienia?

 Skinął głową. Nie było w tym nic ze strachu, po prostu potwierdził, co było prawdą. Nie bez przyczyny narażał się na przyłapanie tyle razy. Jedni spędzają całe godziny przed komputerem, inni wychodzą z kumplami, a Tommy czaił się pod drzwiami tarasowymi sąsiadów i przyglądał się jak rzeczywistość, której zasady wpajano mu w szkole pęka niczym nieprzezroczysta bańka, w której ukryta jest jej prawdziwa tożsamość.

 

 część 2 - https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=5323

7057 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne

Liczba wejść: 35

Opis:

No to lecimy z serią. Co najmniej 6 części, więc dużego zapasu nie przewiduje. Zresztą, wiecie jak to u mnie z seriami bywa. Zasłona milczenia zostanie spuszczona za trzy... dwa... jeden :)

Dodano: 2020-10-25 19:53:51
Komentarze.
~oko 2 m.
Skoro nie pamięta, znaczy — nie warto. - zauważenie godne Nobla. poważnie
Kiedy już było po wszystkim, uradowany mógł zbiec z powrotem do kuchni, zjeść dwa batony czekoladowe z lodówki i pobiec pod okna sąsiadów, aby znowu zobaczyć jak pan Mugoulie rozrywa na strzępy lewitującego w ich salonie listonosza. - och! za taki widok większość dzieciaków oddałaby niedzielny deserek...
byt mocno jarał się kolejną możliwościom zobaczenia spektakularnego widowiska.- możliwością - bo ona była jedna jedyna, a nie w masie.
— Trochę wyżej i uważaj na wazę obok telewizora. To prezent od mamy — instruowała małżonka Eusemia, kiedy Fredrich gestem dłoni uniósł martwe ciało listonosza i zaczął nim obracać jak kukłą w teatrze lalek.

Cała rodzina w euforii oglądała, jak zdolny tatuś rozkazuje nieboszczykowi zatańczyć w powietrzu fragment Jeziora Łabędziego, by potem subtelnie przejść do polnego miażdżenia nóg, rąk, żeber i czaszki. Krwawa miazga, która wystrzeliła na wszystkie strony, od razu została zamknięta w polu siłowym ku uciesze żony, która kolor ścian w salonie wybierała osobiście, razem z dekoracjami. - czytałem i czytałem ten fragment i czułem się gościem w nieznanym mi świecie, ale jest ok. nie rozumiem, bo to nie moje okolice, a obcy musi się dostosować.

To nasuwało niepodważalne fakty, że w tej rodzince karierę robi zaradna żona. - sorry, ale nie brzmi. nasuwało? poszukaj może lepszego słowa. nasuwanie faktów brzmi jakoś tak nie-z-tego-świata.
nie chcę wiedzieć ile kroków poza jesteś w stanie wykonać. a jednocześnie czekam, aż to zrobisz. faluję na synapsach. przez Ciebie!
Odpowiedz
~marok 2 m.
oko no i chyba faktycznie te nasuwające się fakty takie obce jakieś
Odpowiedz
~marok 2 m.
Oko, postaram się niezbyt namieszać w następnych częściach. To dopiero 1 z co najmniej 6 części, więc mogę trochę w stronę normalności, ale mogę też trochę w inną stronę
Odpowiedz
~oko 2 m.
marok To Twój tekst, ja napisałem, co mnie urzekło, albo zaniepokoiło. reszta należy do Ciebie.
Odpowiedz
marok w inną stronę, na pewno nie ku normalności
Odpowiedz
Zajebiste i zarazem genialne. Nie wiem czy to bizarro czy może już weird ale jest świetnie jak na razie.
Odpowiedz
~marok 2 m.
fanthomas nie wiem co dokładnie, ale nie przewiduje strasznie mocnego bizarro, jeśli w tej deseń pójdzie
Odpowiedz
Tam masz powtórzenie z domami związane zdanie po zdaniu. No i link do kolejnej cześci by się przydał bo nie widzę
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin