Wszystkiego dobrego, dziewczyny!
jasno ciemno
fefe (#komediokonkurs)
<
drabble konkursowe #4 Czas Apokalipsy (UPS)
>
Praca Wyróżniona

TW#4 Leichenschrei

 Postać: Człowiek w kwarantannie

 Zdarzenie: Spacer z psem

 Efekt: brak

 

 

 

 

 

  W poniedziałek dziewiątego listopada 2020 roku patrol policji dostał wezwanie na osiedle Kozanów we Wrocławiu. Mężczyzna w średnim wieku wypadł z balkonu mieszkania na dziesiątym piętrze. Na miejscu policjanci zastali leżące na chodniku zwłoki. Ciało ubrane w lepiący się od brudu dres było niezwykle wychudzone. Starsza kobieta, która wyszła na spacer z psem była świadkiem zdarzenia. Widziała jak mężczyzna próbował zejść z balkonu po piorunochronie ale robił to jakoś dziwnie. Zamiast opuścić się nogami w dół, on wychylił się, złapał linki piorunochronu, a potem runął. Po wyważeniu drzwi do mieszkania denata policjantów przywitał okropny smród. Lokal był kompletnie zdemolowany, na podłodze walały się sterty śmieci, potłuczone butelki po winie, pogniecione puszki po piwie, puste konserwy z resztkami gnijącego mięsa, setki niedopałków po papierosach, ludzkie odchody... Obok cuchnącego moczem tapczanu stały kapcie. One jedne w tym całym bałaganie ułożone były równo. W szufladzie biurka funkcjonariusze znaleźli zeszyt w kratkę wypełniony częściowo notatkami. Oto one.

 

 

 Poniedziałek

 

 Dosyć już miałem tego pierdolnika. Całej tej krzątaniny. Tych wszystkich niechcianych interakcji, small talków. Codziennego wstawania, mycia. Mycia ciała, mycia głowy, mycia zębów, zakupów, pogaduszek, do pracy, z pracy, ploteczek, podgryzań, wbijania szpilek, ględzenia, nieśmiesznych dowcipów, nieśmiesznych filmików przesyłanych na maila, nieśmiesznych filmików pokazywanych na komórce, kretyńskiego rechotu, czerwonych świateł, pasów, korków, zbiegowisk, rowerzystów, kierowców tirów, pielgrzymek, maratonów, półmaratonów, wieców partyjnych, blokad, parad. Ale chyba najbardziej nienawidziłem jednak small talku. Konieczności uprawiania pustej konwersacji, aby nie wyjść na gbura. Więc unikałem jak się da całego tego syfu. Właściwie dobrze czułem się tylko na spacerze z psem. Kiedy brałem ze sobą plecak i psa. A w plecaku miałem tylko wodę i chleb. I wytrawne wino. Mając wino i chleb i zwierzaka do towarzystwa wypuszczałem się na wielogodzinne masajskie wyprawy-włóczęgi po leśnych ścieżkach i łąkach. Z psem nie musiałem prowadzić small talku i to było piękne.

 

 Poniedziałek

 

 Ale psa już nie było. Psy mają szybszy metabolizm i całe ich życie to tylko część życia człowieka. Więc odchodzą prędzej od swoich właścicieli.

 

 Poniedziałek

 

 Sprzedałem samochód i wziąłem kredyt hipoteczny pod zastaw mieszkania. Do pracy wysłałem mailem wymówienie ze skutkiem natychmiastowym.

 

 Poniedziałek

 

 Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i odciąć się od wszystkich negatywnych bodźców atakujących mnie codziennie z nużącą monotonią powtarzalności. Zamknąć się w mieszkaniu na długie miesiące (może lata?) i w ogóle nie wychodzić na zewnątrz. Jeśli będę terminowo spłacał kredyt, czynsz i inne należności, nikt nawet nie zauważy, że zniknąłem.

 Zrobiłem duży zapas jedzenia, alkoholu i papierosów. Konserwy mięsne, konserwy rybne, dużo konserw, pieczywo chrupkie, suchary, pestki dyni, dżemy, miody, makarony, wino, piwo, dużo piwa. Mnóstwo papierosów, niezliczone kartony papierosów. Cały jeden pokój zamieniłem na spiżarnię i wypełniłem po sufit.

 Załatwiłem również (nie powiem jak, ani gdzie) pełną torbę po cukrze całkiem niezłej marihuany i słoiczek suszonych grzybków halucynogennych.

 Mając ten cały staff mogłem spokojnie poddać się upragnionej, dobrowolnej i bezterminowej kwarantannie.

 

 Poniedziałek

 

 Nic nie muszę. Nie muszę siedzieć, nie muszę leżeć, nie muszę stać. Nie muszę iść do pracy. Przyrządzam sobie najprostsze jedzenie. Żeby nie czuć głodu. Chodzę cały dzień w dresie i to jest piękne. Dres jest wygodny, zarówno bluza od dresu, jak i spodnie od dresu. Spodnie od dresu mają dodatkową zaletę: nie mają rozporka.

 

 Poniedziałek

 

 Zdaję sobie sprawę, że katalizatorem zmian, które zaszły w moim życiu nie była bynajmniej śmierć psa. Siedzę przy kompie i patrzę na kapcie. Kapcie leżą na podłodze niedbale rozrzucone w nieładzie anarchistycznym. Jeden wywrócił się nawet podeszwą do góry. Fakt, trochę ingerowałem w ten nieład. Lekko przesunąłem prawego kapcia, aby nieład był totalny, spektakularny. Ale jednak panuję nad nimi. Panuję nad swoimi kapciami. To ja jestem tutaj panem, nie one.

 Po dwóch lufkach marihuany przeplatanych browarami patrzę na kapcie z pobłażaniem. Wyśmiewam je i wyszydzam. Besztam z wyższością i nie mogę się powstrzymać od szyderczych uwag na ich temat.

 Ale w tyle głowy ciągle mi wierci bolesną dziurę myśl, że nie w tym problem. Że nie w kapciach kłopot. Bo fakt - kapcie opanowane. Ale otworzył się przecież nowy front. Czy to przez wolną przestrzeń w mojej jaźni, którą pozostawił po sobie rozwiązany problem kapci, czy przez nieszczęśliwy przypadek - wkręciłem się nowy syf.

 Katastrofa zaczęła się dwa miesiące temu, w poniedziałek rano, kiedy wyszedłem do sklepu po chleb. Po drodze minąłem trzy dziewczyny, rozmawiały i głośno się śmiały, na ławce dwóch facetów, siedzą i patrzą gdzieś w dal, jakaś kobieta z psem gada przez komórkę, gdzieś daleko grupka robotników. Stanąłem przed witryną piekarni, popatrzyłem na szybę i zobaczyłem swoje odbicie.

 Struchlałem. Miałem rozpięty rozporek! Zapiąłem go szybko, ale nie zaznałem już spokoju. Całą powrotną drogę myślałem o tym, że wyszedłem na miasto z rozpiętym rozporkiem. Czy młode dziewczęta, które minąłem niedawno, zauważyły? Może dlatego tak głośno się śmiały? Albo ci faceci na ławce. Widzieli? Kobieta z psem. Robotnicy. Myślałem ciągle o tym, a moje ręce gmerały co trochę przy rozporku. Nie mogłem nad tym zapanować. Sprawdzałem ciągle, czy rozporek jest zapięty, dopóki nie zrozumiałem, że teraz jeszcze gorzej wypadam, że teraz wyglądam jak jakiś zbok dotykający kompulsywnie swoich stref erogennych. Już sam nie wiedziałem co mam robić. Sprawdzać, czy rozporek zapięty - źle. Nie sprawdzać - jeszcze gorzej.

 Szedłem spanikowany, bo wiedziałem, że już nie uwolnię się od tych myśli. Zaatakowały mnie, zaatakowały moją głowę i wdarły się pod czaszkę jak stado nietoperzy do pustej jaskini.

 Od tego feralnego poniedziałku każde wyjście z domu stało się dla mnie torturą. Ciągle myślałem o rozporku, przed wyjściem sprawdzałem wielokrotnie, czy zapięty. Ale ledwo wyszedłem znowu chciałem sprawdzać, bo przecież mógł się rozpiąć, mógł się rozpiąć zaraz potem, zaraz po sprawdzeniu, pilnowałem się, żeby co chwilę nie sprawdzać, żeby ludzie nie widzieli, jak grzebię sobie przy rozporku. Ale wtedy niepokój, że z rozpiętym chodzę zalewał mnie falami gorąca. Czułem, że robię się czerwony jak burak, że najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Piekący wstyd palił mi policzki. I zaszywałem się gdzieś w ustronne miejsce, w jakieś krzaki, żeby sprawdzić rozporek, tak aby nikt nie widział...

 To dlatego uciekłem w dobrowolną kwarantannę. Przez głupi rozporek. Nie przez psa.

 

 Poniedziałek

 

 Więc tak naprawdę największą zaletą kwarantanny było rozwiązanie problemu z syndromem rozpiętego rozporka. Po domu chodziłem w dresie. Zresztą, mógłbym nawet być w jeansach i paradować z rozpiętym rozporkiem. Nikomu nic do tego co robię w domu.

 

 Poniedziałek

 

 Leżę na tapczanie i słucham muzyki. Całymi godzinami słucham jazzu, muzyki poważnej, czasem jakiegoś rokendrola. Ale raczej rzadko. Wieczory zawsze zaczynam od maryhy. Potem przeplatam browarami. Po paru godzinach ciepła, różowa mgła otula mnie jak miękka kołdra.

 

 Poniedziałek

 

 W pokoju spiżarni gromadzę śmieci, które produkuję bezustannie. Puszki po piwie, butelki po winie, puste puszki po konserwach, plastikowe worki, pudełka, sterty petów. Cały ten kram rzucam na stertę po oknem.

 

 Poniedziałek

 

 Wczoraj ostro popiłem i zerwał mi się film. Obudziłem się z ciężkim bólem głowy. Zwlokłem z tapczanu. Komputer był włączony. Sprawdziłem, na tych paru stronach, na które zaglądałem, czy nie narobiłem siary. Czy komuś nie nabluzgałem, z kimś się nie pokłóciłem, czy nie napisałem jakiejś wyjątkowej bzdury. Ale nie. Żadnych strat nieodwracalnych nie popełniłem. A potem popatrzyłem na kapcie i zdrętwiałem.

 Kapcie stały równo przy łóżku, jeden obok drugiego, jak żołnierze na defiladzie!

 Musiałem je na zerwanym filmie tak dokładnie ułożyć. Kopnąłem je ze wściekłością tak niefortunnie, że jeden wpadł pod tapczan bardzo głęboko. Wiedziałem, że będę musiał go wyciągać pomagając sobie kijem od szczotki.

 Zapłakałem ze zgryzoty. Koszmar wrócił. Uciekłem od rozpiętego rozporka, zamknąłem się przed rozporkiem w domu. Zabarykadowałem. Odciąłem się. W domu byłem bezpieczny. Bezpieczny przed rozporkiem. Ale - jak się okazało - bezbronny wobec kapci. Teraz kapcie wykorzystały lukę, która powstała w wyniku opanowania problemu rozporka.

 

 Poniedziałek

 

 Postanowiłem zawalczyć z kapciami przy pomocy grzybów halucynogennych. Liczyłem, że po mocnym tripie może wyprostuję sobie psychikę i zapomnę o tym, że muszą stać równo. Odpowiednia dawka psylocybiny zawarta w tych niepozornych grzybkach, które można znaleźć na zwykłej łące, powinna zrobić swoje. Pamiętałem z młodzieńczych lat niezwykłą moc grzybów. Nic nie mogło się z tym równać. Aldous Huxley pisał prawdę w swoich "Drzwiach percepcji". Nasze zmysły, nasz umysł, nasza jaźń są w normalnym stanie zamknięte na całe bogactwo, cały ogrom doznań jakie oferuje nam świat. Dzieje się tak abyśmy mogli przeżyć, normalnie funkcjonować. Drzwi percepcji każdego z nas są ledwie uchylone i światło wszechświata wciska się do naszych mózgów ledwie wąską szparą.

 Środki halucynogenne pozwalają otworzyć te drzwi szerzej. Zajrzeć pod podszewkę świadomości. Poczuć synergię i harmonię świata.

 Ale wiedziałem również, jak bardzo eksperymenty z psylocybiną mogą być niebezpieczne. Halucynogeny obnażają również podświadomość. Wszystko co tam upchnięte, schowane, wtłoczone, zakorkowane wydostaje się na zewnątrz jak mleko z kipiącego garnka.

 Ukryte kompleksy, traumy, niepokoje i lęki ukazują się w jaskrawym świetle samopoznania. Wielu śmiałków, którzy próbowali grzybów kończyło w psychiatryku, do którego często zgłaszali się sami, nie mogąc znieść "złego tripa". Dobrze jeśli kończyło się tylko na odtruciu. Ale byli i tacy, którzy nie mogli się po takiej podróży pozbierać.

 

 Poniedziałek

 

 Wieczorową porą zjadłem dwadzieścia trzy suszone grzybki halucynogenne. Wymieszałem je z miodem, żeby mnie nie zemdliło. Wiedziałem, że pierwsze efekty poczuję po dwudziestu minutach. Po godzinie powinienem już być na pełnym tripie. Trochę się jednak obawiałem złej jazdy. Zarzuciłem browca i dwa maszki gandzi na uspokojenie nerwów.

 Zaczęło się nawet nieźle. Puściłem na gramofonie płytę "Echa" Pink Floydów. Rzeczywistość "zmiękła" i zatraciła ostrość konturów. Dźwięki zaczęły płynąć do mnie jakby oddzielnymi strumieniami, kolory nabrały nasycenia i przesunęły się ku czerwieni. Każdy przedmiot, każdy mebel, każda plama na ścianie, czy suficie nabrały przejmującej głębi i znaczenia. Poczułem wszechogarniające istnienie harmonii świata. Wszystko było na swoim miejscu i wszystko miało głęboki sens.

 Potem jednak, niestety, złapałam złego tripa.

 Coraz słabiej słyszałem muzykę sączącą się z głośników. Zagłuszał ją narastający krzyk.

 To był krzyk ludzi, którzy stracili już życie. Leichenschrei. Słyszałem krzyk trupów. Po niemiecku jednak brzmi to znacznie lepiej. Leichenschrei. Słyszałem jak krzyczą ludzie w chwili śmierci, która już się dokonała. Wszyscy, którzy umarli. Słyszałem jak krzyczą zabijani żołnierze na niezliczonych wojnach, które przetoczyły się przez wieki historii. Słyszałem krzyk rozstrzeliwanych, zabijanych nożem, bagnetem, saperką. Słyszałem krzyk rozrywanych granatem. Słyszałem krzyk rannych konających w lazaretach. Słyszałem krzyk duszonych w komorach gazowych. Słyszałem paniczny krzyk zabijanych kobiet i płacz zabijanych dzieci. Słyszałem nieludzkie wycie palonych na stosie czarownic. Słyszałem krzyk rozrywanych kołem i wrzask kąpanych we wrzątku. Cały ten okropny zgiełk wdzierał się do mojej głowy przez szeroko otwarte drzwi percepcji. Moje zmysły były tak czułe, że potrafiły wyłapać krzyk śmierci nawet, jeśli miała miejsce setki lat temu. Zrozumiałem, że w przyrodzie nic nie ginie. Również dźwięk. Każde słowo i każdy krzyk bólu zostają już we wszechświecie na zawsze. Fakt. Z biegiem czasu są coraz słabsze. Odbijają się echem od ścian, od skał, od chmur, są z każdą chwilą cichsze ale nie znikają. Słyszałem je na dwojaki sposób. Jako sumę wszystkich krzyków. Czyli jeden wielki krzyk. Jeden wielki, przerażający wzmocniony milionem krzyczących gardeł wrzask. Z drugiej strony słyszałem wszystko oddzielnie. Selektywnie. Słyszałem każdą śmierć osobno. Słyszałem krzyk rozpaczy i bólu każdego nieszczęśnika, który umarł śmiercią zadaną przez bliźniego. To były miliony. Miliony śmierci. Jakbym miał w głowie mikser, na milion kanałów, z milionem suwaków. I każdy kanał słyszałem oddzielnie jednocześnie słysząc całość...

 Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Wrzask zabijanych nie ustawał. Zaciskałem powieki przed krwawymi toporami fruwającymi w gęstwinie okaleczonych ciał. Wiedziałem, że ta hałaśliwa rzeź potrwa jeszcze wiele godzin.

 

 Wtorek

 

 Obudziłem się z gardłem wyschniętym na wiór. Miałem wrażenie, że ogłuchłem. Tylko jakieś buczenie, jakby wielkiego transformatora bardziej wyczuwałem niż słyszałem.

 Usiadłem na tapczanie i popatrzyłem na kapcie.

 Stały równo w połowie łóżka jeden obok drugiego jak żołnierze na defiladzie.

 

 Poniedziałek

 

 To nie może być! Gdzieś znikła siła ciążenia!

 Pierwsze uniosły się pety z popielniczki i śmieci z podłogi. I niedopity kufel z resztką piwa. Ciężkie kolumny głośnikowe odkleiły się od powierzchni biurka, monitor komputera, komputer, telewizor, niedojedzone kawałki pizzy, butelki i brudne talerze, lampa stojąca, kompakty z muzyką, kanapa, kołdra, poduszka, rower, pompka do roweru z ciśnieniomierzem, adidasy, kurtka, skarpetki, fotele, kaktus, fikus, wszystko po chwili krążyć zaczęło majestatycznie w dusznej atmosferze pomieszczenia, jak w długim ujęciu slow motion wyjętym z tandetnego filmu. Ja też zawisłem w powietrzu. Przypomniałem sobie, że jedynym sposobem na poruszanie się w stanie nieważkości jest odrzut. Skuliłem się i jakoś udało mi się zdjąć kapcie. Cisnąłem nimi w stronę ściany i powoli, bardzo powoli począłem szybować w stronę okna.

 Na zewnątrz zawieszeni w powietrzu ludzie krzyczeli, oderwane od podłoża psy szczekały przebierając bezradnie niepotrzebnymi, nieprzydatnymi łapami. Samochody unosiły się, pokazując niewidziane zazwyczaj szczegóły podwozia. Niesiona lekkim podmuchem wiatru wielka ciężarówka popłynęła w stronę stojącej po drugiej stronie ulicy kamienicy i wbiła się w nią z ogłuszającym, przeraźliwym zgrzytem rozgniatanego metalu i kruszonego betonu. W powietrzu, jak w przeźroczystej wodzie pływały śmieci, patyki, liście, kamienie, puszki, jakieś szmaty, butelki, potłuczone szkło, kawałki papy, dachówki. Woda z kałuży jakby obdarzona życiem wybrzuszyła się i odpłynęła w stronę nieba skupiona w połyskującą kulę.

 Minęło parę godzin i siła ciążenia wróciła do normy ale zmieniła kierunek o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko co nie przymocowane do ziemi, wszyscy ludzie, zwierzęta, samochody i inne przedmioty odpłynęły powoli niczym napełnione helem baloniki w niebieską otchłań nieba, które stało się teraz przepaścią bez dna.

 

 Poniedziałek

 

 To była totalna katastrofa. Świat stanął na głowie. Sufit zamienił się miejscami z podłogą. Niebo z ziemią. Ludzie, których kataklizm zastał na ulicach, spadali coraz szybciej w ziejącą błękitem czeluść i umierali z zimna i braku tlenu, a potem zamarzali na kość w przeraźliwym mrozie kosmicznej pustki.

 

 Poniedziałek

 

 Leżę na kanapie, która stoi na suficie i patrzę w podłogę, która unosi się nade mną. Nie ma prądu, nie ma gazu, nie ma wody. Skończył się alkohol i jedzenie. Została tylko marihuana i grzyby. Czuję coraz silniejszy głód i pragnienie. Co robić? Co robić? Z domu wyjść nie mogę. Schody zawaliły się i gruz przysypał drzwi do mojego mieszkania.

 

 Poniedziałek

 

 Na parterze, czyli tuż przy samej powierzchni ziemi, dokładnie nad moją chatą, która mieści się na dziesiątym piętrze, jest sklep spożywczy. To jedyna szansa dla mnie. Muszę wspiąć się po piorunochronie z balkonu na samą górę do sklepu. Wezmę ze sobą młotek, którym rozbiję szybę i dostanę się do środka. Tylko zjem najpierw resztkę grzybów, które mi zostały. Po nich nabiorę sił. Inaczej może być kiepsko, bo mocno już osłabłem z głodu.

 Kapcie zostawię ułożone równo. Nie mam siły teraz z nimi walczyć. Ale jak wrócę, to rozprawię się z nimi ostatecznie.

16507 zzs

Liczba ocen: 7
99%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~sensol
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 138

Opis:

Dodano: 2020-11-08 03:27:54
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.ph
Odpowiedz
~jotka 3 m.
z dużym wykopem
O wow, zdrowo pokręcone, ale czyta się szybko, bo historia mocno wciąga. Mam wrażenie, że o tych krzykach pisałeś już w jakimś tekście, w którym był osadzony w celi ;x Albo coś mi się pomyliło. Wiem, że tamten tekst wygrał jakąś edycję TW.
A no i kapcie, standardowo muszą być. Wykopy dla Ciebie
Odpowiedz
~sensol 3 m.
jotka o krzykach nie pisałem. no chyba, że demencja mnie bierze i sam już nie pamiętam co napisałem. dzięki za wizytę i słowa otuchy
Odpowiedz
z dużym wykopem
Znowu wysmażone na niebotycznym poziomie. Uber-story.
Nie mam pytań.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
Canulas danke
Odpowiedz
sensol jak to mawiał Wałęsa: Danki nie
Odpowiedz
~sensol 3 m.
Canulas no to plus dodatni dla Ciebie za komentarz
Odpowiedz
~oko 3 m.
odwrócić grawitację? drugi Kopernik? dobra robota.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
oko danke
Odpowiedz
~oko 3 m.
sensol ten las na Kozanowie mnie zastanawia. Pilczycki?
Odpowiedz
~sensol 3 m.
oko ten nad rzeką? tam jest fajnie. ale z piesełem tam nie chadzałem
Odpowiedz
~oko 3 m.
sensol ja nie mam psa... ale most Rędziński oglądam regularnie, choć z pewnej odległości.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Heja sensol. Przybyłam i również mogę przyznać, że zaprawdę kozacki tekst upichciłeś. Obsesyjno-kompulsywność połączona z narkotykami, a to wszystko okraszone kunsztem Twojego piórska, sensolowską groteską.
Czarujące.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
nimfetka dzięki za odwiedziny i słowa otuchy
Odpowiedz
!Halmar 3 m.
z dużym wykopem
To jest TOP OF THE TOP. "Bezbronny wobec kapci", przy czym halucynogeny jedynie przyspieszyly to, co nieuniknione, tak myślę. Czytając, widziałam sceny że "Wstrętu" z C.Deneuve. Jako żywo. Studium szaleństwa krok po kroku, choć ciągle poniedziałek.
No, panie... To jest już mistrzostwo. Szczerze mówiąc, już w trakcie lektury zastanawiałam się, czy będę umiała sensownie skomentować. Jeśli nie wygrasz tej kąkuręcji, chyba będę musiała nauczyć się latać
Serio - piękne. Absolutnie szczere, smutne, życiowe i zachwycające przewrotnym dystansem.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
Halmar dzięki za wizytę i słowa otuchy. trochę mało miejsca było, żeby się rozpisać (limit znaków). znam ten film bardzo dobrze. wiele razy widziałem. najwyższa półka. teraz zagłębiłem się powtórnie w Bunuela. ten to miał łeb. normalnie geniusz.
Odpowiedz
Sensol, powinieneś wiedzieć już jak wielką miłością darzę twoje kapcie. I tu nie zawiodłeś. Już po samym wstępie wiedziałam, że szykuje się kolejna perełka.
"Panuję nad swoimi kapciami. To ja jestem tutaj panem, nie one." - czy aby na pewno?
(komentuję na bieżąco. Teraz triumfuję ze smutkiem, że przejrzałam twoje kapcie)

Mistrzostwo.

Odpowiedz
~sensol 3 m.
pkropka dzięki za wizytę i słowa otuchy muszę z tym skończyć. wyeksploatowałem te kapcie literacko do spodu
Odpowiedz
~JamCi 3 m.
z dużym wykopem
Pochwała leżenia.
No wyrwałeś mnie z kapci. Najgorsze jest chyba to, że znajduję tu mnóstwo swoich myśli. Tylko kurdę bez grzybków. Krzyk świata. Słyszany jaby wczoraj.
Można mieć bad tripa bez tripa? Oto jest pytanie.
Tekst rewelacyjny i straszliwie smutny.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
JamCi pewnie można mieć i bez tripa. to chyba nawet gorzej. jest kara mimo, że nie było występku..

może ludziom wrażliwym za mocno, trudniej się żyje.
Odpowiedz
Smutno się zaczęło i to był koniec udręki. Nie wiem, czy po grzybkach i marihuanie jest się udręczonym, ale niech to chociaż trochę przypomina kaca, to wierzę, że tak. I to bardzo.
No kapcie robią swoją robotę! Są rewelacyjne. Oddałbym im rolę główną.

Odpowiedz
~sensol 3 m.
alka666 dzięki za wizytę. kapcie muszę wreszcie schować do lamusa
Odpowiedz
sensol czy ja wiem? Czym zastąpisz kapcie?
Odpowiedz
Hej, no jak ty coś napiszesz, to "Mucha nie siada" egzystencjalny byt, rozkmina psychologiczna zaburzenia psychicznego, poszukiwanie recept i dróg ucieczki. Podoba mi się. Nawet bardzo.
Pozdrowionka
Odpowiedz
~sensol 3 m.
Agnieszka dziękuję za wizytę i słowa otuchy
Odpowiedz
Nie zgadzam się.
Sensol bez kapci, to jak dziadek bez babci. Jak Spartartanie, lecz bez trzystu i jak Bordo bez autyzmu.
Nie zgadzam się.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
Canulas kapcie lubią to
Odpowiedz
z dużym wykopem
Głęboki tekst. Są elementy humorystyczne, ale to tak jak w "Dniu świra", który, gdy oglądany za małolata, za pierwszym razem wydał mi się superśmieszny, a po dłuższym czasie, przy ponownym seansie okazał się być, za przeproszeniem, w chuj smutny. Świetne opowiadanie. Nic więcej mądrego nie mam do dodania, gratuluję więc efektu i zostawiam potężne wykopy.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
CptUgluk dzięki za wizytę i słowa otuchy dla mnie Dzień Swira jest chyba i taki i taki jednocześnie smieszny i w chuj smutny. tak jak życie.
Odpowiedz
sensol tak jest w istocie. Jeszcze raz gratuluję teksu.
Odpowiedz
*berkas 3 m.
z dużym wykopem
Kapcie wygrały, ludzie są be.
Odpowiedz
~sensol 3 m.
berkas danke za wizytejszyn!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.