jasno ciemno
Codziennostrzał#21 - Alternatywni Codziennostrzał#20 - Pustostan Wszechświata

Wujek Pazur - [Marokoki#1]

 

 ****

 Jako, że mam trochę już dość swojego braku elastyczności w pisaniu pod zestaw TW, małe wyzwanie. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)

 ****

 

 

 

 

 

 

 

  Brzydki był średniego wzrostu, przeciętnej łydki i posiadał popularny poziom IQ – koło stu czternastu. Często zaczesywał długą, blond grzywę na lewo próbując tym ukryć mankamenty szpecące jego twarz od wczesnego dzieciństwa. Pięć blizn po spotkaniu z istotą, o której potem zwykł mawiać Wujek Pazur. W młodości miał zwyczaj nadawać wszystkiemu i wszystkim wymyślne ksywy, co przyczyniło się do tego, że kiedy w piątej klasie próbował podrobić zwolnienie z lekcji, zamiast złożyć podpis matki z imienia i nazwiska użył przezwiska, które wymyślił rok wcześniej – Jęcząca o Zmierzchu.

 Tamten wieczór był koszmarem, który ciągnął się za nim przez kolejne lata. Wracał w półmroku polną ścieżką będącą najszybszą drogą do jego wioski. Wiatr huczał przeraźliwie, a kołyszące się drzewa wtórowały mu, trzeszcząc jakby zaraz miały się złamać wpół. Błotnista dróżka ciągnęła się przez las i kończyła nie daleko pierwszych zabudowań. To coś zaskoczyło go od pleców. Poczuł jak traci równowagę i upada wprost w błotnistą kałużę. Nad głową usłyszał trzepot olbrzymich skrzydeł. Istota chwyciła go za lewę ramię i pociągnęła kilka metrów próbując rozerwać kurtkę i dobrać się do ciepłego mięsa. Szamotanina na nic się zdała. Pięć pazurów rozorało twarz, poczynając od czoła i kończąc tuż nad policzkiem. Nie potrafił otworzyć oczu. Strach sparaliżował całe ciało. Usłyszał tylko pisk i huk wystrzału. Potem ponownie trzepot skrzydeł i ciszę, która trwała już do końca. Resztę mógł sobie tylko wyobrazić. Zemdlał.

 Wujek Pazur czasami do niego przychodził, pod różnymi postaciami. Raz był olbrzymim niedźwiedziem polarnym, który rozrywał na oczach Brzydkiego jego rodzicieli będących w tym koszmarze bezbronnymi fokami, innym zaś razem przeobrażał się w siwego druida z długą brodą i ostrymi jak brzytwa pazurami. Brzydki, skrępowany siedział w kotle, który starzec podpalał i gdy tylko usłyszał piski przerażenia i bólu swojej ofiary głośno się śmiał rozrywając swój tors, z którego wypływały zamiast wnętrzności głowy. Wszystko zawsze kończyło się tak samo. Krzyk i rozpaczliwe poszukiwanie budzika w ciemnościach. Niewiarygodne, że trzydziestopięcioletniemu operatorowi dwuręcznej łopaty melioracyjnej tak często zdarzały się koszmary. Praktycznie co noc.

 — Jerzy Hemer proszony do miejsca oczekiwania na egzaminatora — wybrzmiał komunikat. Wszyscy obecni w poczekalni budynku WORDU-u nerwowo zaciskali pięści, a kiedy wybrzmiało w końcu nazwisko, tylko jeden na razie musiał martwić się bardziej od reszty.

 Brzydki rzadko używał swojego imienia. Zawsze był kolesiem z paskudnymi bliznami na twarzy, więc przyjaciele od łopaty nazwali go oryginalnie. Po usłyszeniu komunikatu wstał i skierował się na korytarz za drzwiami, gdzie miał oczekiwać na przydział kata. Stanął przy oknie i oddychając nerwowo, przygotował dowód osobisty. Nadal nie wierzył, że dał się na to namówić. Jego poczciwy skuter zawsze wystarczał, ale kiedy przyszło do dłuższych wypraw, pojawiał się problem. Jednoślad palił jak smok, a i nie był szczególnie nowatorską konstrukcją. Raczej pół-szrotem.

 — Dzień dobry, Adam Krośniak, będę pana egzaminatorem. Dowód osobisty i podpis na samym dole. — Wysoki, ociężały koleżka wręczył Brzydkiemu świstek z długopisem i w tej samej chwili wyrwał z dłoni dowód osobisty. Obejrzał go dokładnie, ze wszystkich stron. — Na zdjęciu mało podobny. Imię matki Nasturcja? Co za poroniony pomysł. Dobra idzie za mną. — Standardowa procedura wyprowadzenia z równowagi. Facet już widział oczami premię za kolejnego oblanego.

 Wsiedli do białego Swifta. Brzydki przepisowo zapiął pasy, mimo że na plac manewrowy prowadził egzaminator. Facet strzelił ze sprzęgła jakby przypomniały mu się najlepsze lata dzieciństwa, kiedy strzelał z gumek w pośladki dziewczyn. Stanęli przy „rękawie” numer cztery. Jeden pachołek był wciąż przewrócony po poprzednim śmiałku.

 Wyrecytowawszy sucho wszystko, co było jego obowiązkiem, egzaminator poprosił o przystąpienie do pierwszego zadania. Brzydki miał sprawdzić działanie kierunkowskazów i poziom płynu chłodniczego. Do dzieła, pomyślał.

 — Jaki płyn chłodniczy najlepiej lać do Swifta rocznik jedenasty?

 — A bo ja wiem. Na pewno nieprzeterminowany. Miałem tylko sprawdzić poziom.

 Egzaminator zmarszczył brwi. Na dłoniach wyraźnie odznaczyły się żyły.

 — Co jeden to gorszy dureń. Wam pacany, to tylko kluczyki dać i patrzeć jak bezbronne emerytki na pasach rozwałkowujecie!

 — To jak, zaliczone?

 — A jak myślisz?

 — No raczej tak. Kryteria spełnione, wszystko cacy.

 W kompletnej ciszy przeszli do drugiego zadania. Po ustawieniu siedziska, lusterek bocznych i lusterka wstecznego, Brzydki przekręcił kluczyk w stacyjce. Auto odpaliło od strzału.

 — Dobra. Światła mijania są, bieg wrzucony, Adam wkurwiony, ale stabilny. Można jechać.

 Dał znak, a egzaminator machnął tylko ręką. Mógł ruszać. Powoli popuszczał pedał sprzęgła, jednocześnie delikatnie muskając gaz. Auto zaczęło się toczyć, wydając z siebie cichy pomruk. Idealny początek, zero szarpnięć. Teraz tylko dokręcić w odpowiednim momencie i wjechać całym autem na kopertę. Nacisnął hamulec i sprzęgło. Swift zatrzymał się miękko i sporym zapasem z tyłu i z przodu.

 — Dobra, teraz do tyłu. Tylko zrób tak, żeby wyrąbać w pachołek. Muszę żonce nową bieliznę koronkową sprezentować — zadrwił egzaminator. Jego uśmiech był jak ukąszenie wtórne, zdwojone w sile.

 Brzydki wrzucił wsteczny i ruszył. Powoli i płynnie pokonywał kolejne centymetry. W odpowiednim momencie dokręcił i odbił kierownicą, ustawiając auto w prostej linii do koperty za nim. Jeszcze tylko parę metrów i kolejne zadanie z głowy. Kiedy się w końcu zatrzymał, poczuł małą ulgę. I tak najtrudniejsze – jazda po mieście przed nim, ale to był jego osobisty sukces. Zaczął szukać wzrokiem egzaminatora. Jego gabaryty na pewno w tym pomagały, ale facet zniknął. Rozpłynięcie się w powietrzu nie wchodziło w grę. Poziom tkanki tłuszczowej był zbyt wysoki, bo tak sobie wyparowała. Brzydki chwycił za klamkę i nagle usłyszał głośny łoskot. Coś uderzyło w dach auta. Podsufitka zatrzymała się tuż jakieś dwa centymetry nad głową Brzydkiego. Po szybie zaczęły spływać strugi krwi. Zaklął w myślach i instynktownie zaryglował wszystkie drzwi. Auto zgasło, gdy zdjął nogę ze sprzęgła.

 Plac manewrowy był pusty. W oddali przy budynku WORD-u krzątała się jakaś blondynka. Szła do swojego Lexusa w leasingu udając, że umie chodzić w szpilkach. Nagle stanęła, jak wryta spoglądając w górę. Upuściła teczkę, z której wysypała się sterta papierzyska. Z daleka można było jedynie odczytać, że drze się wniebogłosy i pokazuje palcem na coś w górze. Brzydki przetarł oczy z niedowierzania. Coś uniosło kobietę do góry i w jednej chwili rozorało brzuch, z którego wylały się wnętrzności. Jelito grube zawisło na lewym bocznym lusterku, a wątroba nabiła się na sterczącą antenę. Konając, blondynka jeszcze przez moment drżała w ostatnich konwulsjach, po czym znieruchomiała na zawsze. Opierzony stwor zatrzepotał skrzydłami. Z daleka przypominał połączenie człowieka z jakimś drapieżnym ptaszydłem. Miał potężne dolne kończyny zakończone pięcioma pazurami. Spoglądał w stronę Brzydkiego. Truchło blondynki go nie interesowało. Porzucił się i skierował się w stronę białego Swifta. Wuje Pazur przyszedł dokończyć robotę.

 — Pre... Premia — wydukał rozbebeszony egzaminator. Facet był naprawdę twardy. Zdychał, ale wciąż marzył o tej upragnionej premii za oblanie Brzydkiego. Pewnie w szoku zatracił postrzeganie czasu i nie wiedział, że zostało mu raptem kilkanaście sekund życia.

 Brzydki ponownie odpalił auto. Silnik zamruczał, a kiedy wrzucił jedynkę i dodał gazu, warknął głośno. Nie ruszył już tak płynnie, jak wcześniej. Swift dusił się coraz mocniej, kiedy kreska na liczniku ze wpiętą jedynką przekroczyła dwudziestkę. Truchło egzaminatora ześlizgnęło się miękko z dachu, ale stor nie zainteresował się jeszcze ciepłą pożywką. Miał już upatrzony cel. Zanurkował i wbił pazury tylną szybę. Ta oderwała się z trzaskiem. Brzydki usłyszał znajomy pisk. Wujek był zły. Swift skręcił gwałtownie w lewo. Kierował się do budynku WORD-u. Na ostatniej prostej Brzydki zlitował się i wrzucił dwójkę. Auto nabrało mocy i prędkości. Z impetem wbiło się w zachodnią ścianę.

 *****

 Smak krwi w ustach towarzyszył mu jeszcze długo po wybudzeniu. Tak samo, jak potworny ból głowy. Gdzie był? Wszystko wskazywało na to, że w gnieździe. I to naprawdę sporym. Wymiary co najmniej cztery na pięć. Brzydki nie kontaktował zbyt dobrze. Świat był w połowie rozmazaną plamą, ale zdołał rozpoznać leżące obok niego truchła niegdyś wkurwionego Adama i uroczej blondynki. Ich głowy leżały dalej obdarte ze skóry, bez oczu, nosa i ust.

 — Nakarm, nakarm, nakarm — wołały głosy prawie identyczne.

 Znowu ten trzepot skrzydeł. Znajoma sylwetka stwora stanęła przed nim. Przyglądał mu się dłuższą chwilę, poruczając łbem w lewo i w prawo.

 — Więcej mięsa niż wtedy. Więcej. — Głos podobny do tego, jaki miał pijany menel ze zdartym gardłem zaprosił małe stworki na ucztę.

 Każdy zabrał się za swoją część, ale tylko jeden z nich miał problem ze swoim obiadem, bo ten jeszcze żył. Niesforna padlina wciąż liczyła, że ujdzie cało. Na szczęście dobra matka działa natychmiast. Trzy pazury zatopiły się w czaszce Brzydkiego. Z każdej z dziur popłynęła czerwona posoka. Popitka.

9466 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 27

Opis:

Na podstawie wylosowanego zestawu: Postać - Brzydki, Zdarzenie - Nakarm nas.

Dodano: 2020-11-09 23:21:38
Komentarze.
To będzie jakaś nowa seria?
Odpowiedz
~marok 2 m.
fanthomas nie, zobaczysz co to będzie
Odpowiedz
marok hmmmm
Odpowiedz
Koszmary egzaminacyjne. Pamiętam

"dał namówić się na to namówić."
Odpowiedz
Makabryczno-zabawne
Odpowiedz
z dużym wykopem
Brzydki był średniego wzrostu, przeciętnej łydki i posiadał popularny poziom IQ – koło stu czternastu. - haha, zayebisty wstęp.


Noo, czytając o zadaniu, to kryteria spełnione. Pełnokrwiste story. Myślę, że po oszlifowaniu, możnaby spróbować gdzieś rozesłać
Odpowiedz
~marok 2 m.
Canulas no to może się skuszę i gdzieś podam. Się zobaczy
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin