Współrzędne światów Arachnofobia

Ballada o zbrodni usprawiedliwionej

 Poznałem cię w noc jesienną,

 deszczową, chmurną, bezdenną.

 Właśnie zaczęły się przymrozki.

 Ja miałem dziurę w bucie i płaszcz wiatrem podszyty.

 Na garbie niosłem swoje zwykłe troski.

 Potrzebowałem ciepła - jednym słowem kobity.

 

 *

 

 Ty wyniosła, płeć mleczna, piękna, cera blada,

 uśmiechnęłaś się chłodno i skinęłaś głową.

  - Schroń się u mnie, śnieg pierwszy właśnie zaczął padać.

 Zaś ja, niewiele myśląc, uległem namowom.

 

 Żyliśmy bez przysięgi, tak na kocią łapę.

 I bardzo kiepsko była z nas dobrana para.

 Ja zapełniałem jednak, wtedy, świeżą stratę.

 Łączył nas seks i żądza zwykła, jak świat stara.

 

 Potrafiłaś być śliczna, skrząca, brylantowa,

 gdy za oknem śnieg prószył i świeciło słońce.

 Lecz nie raczyłaś, ani sprzątać, ni gotować.

 Jak mówiłem, łączyły nas już tylko żądze.

 

 Choć już wtedy wiedziałem, żeś jest zimną suką.

 Tak świetnie się bawiłem jednak w karnawale.

 Przecież twój chłód powinien być dla mnie nauką.

 W takich sprawach się jednak, nie uczyłem wcale.

 

 Zacząłem mieć cię dosyć, no chyba gdzieś w lutym.

 Bez przerwy wylewałaś na mnie swoje żale.

 Ja wciąż miałem na sobie te dziurawe buty,

 płaszczyk wiatrem podszyty, cerowany szalik.

 

 Ty spałaś do południa, pod puchową kołdrą.

 Za dnia mnie obrzucałaś, to grudą, to błotem.

 A ja tylko robiłem minę niezbyt mądrą.

 I w duchu przeklinałem bezdenną głupotę.

 

 Plany zbrodni zacząłem zupełnie niedawno.

 To był początek marca i chyba sobota.

 Dzień na szpilkach siedziałem i z miną układną.

 W duszy mord się przyczaił, a za oknem słota.

 

 Postanowiłem w końcu, żeby cię utopić.

 Ciało wrzucę do morza, prosto w szare fale.

 A może jeszcze lepiej, spalę twoje zwłoki.

 Z dymem ulecą w niebo moje gorzkie żale.

 

 * *

 

 Rozstaliśmy się dzisiaj

 w pierwszy dzień wiosenny,

 ponury, chmurny, biało-bury, senny.

 I jeszcze nie skończyły się przymrozki.

 Woda liże stopę w moim dziurawym bucie.

 Z ulgą zrzuciłem z garbu swoje troski.

 Leżą przede mną, a spod nadpalonych płócien,

 spod twojej sukienki, wystają brudne szmaty,

 poupychane ciasno w słomie.

 Nie jestem sam, są jeszcze inni,

 klaszczą w dłonie.

 Wiem, że każdy sąd mnie uniewinni.

 To była zbrodnia usprawiedliwiona.

 Morska bryza chłodzi rozpaloną twarz,

 łez nie ma.

 Nie chciałaś odejść sama, a więc masz!

 

 Żegnaj moja panno

 Rest In Peace

 Marzanno. 

 

 J.E.S.

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Alchemik
Kategoria: poezja

Liczba wejść: 10

Opis:

Dodano: 2020-11-12 20:25:36
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin