jasno ciemno
Codziennostrzał#25 - Droubble - Skutki uboczne Codziennostrzał#23 - Na mojej ulicy, gdzie słodkie dni i noce

Codziennostrzał#24 Karmazynowe nadzienie - Początek

 

 

 

 

 #codziennostrzał

 #TW

 

 

 

 

  Korowód pięciu dresów zniknął w alejkach między blokami na osiedlu Wapno, kierując się w stronę ulicy Trzydziestolecia PRL-u. Beton i Lobster trzymali w dłoniach dwie siatki wypakowane po brzegi pączkami. Był tłusty czwarte, w zasadzie to końcówka, ale chłopaki nie zamierzali zaprzepaścić tradycji i jak co roku obrabowali lokalną cukiernię. Ekspedientka ze strachu zemdlała, ale zdążyła napakować w siatki wystarczająco liczbę pączków w lukrze z nadzieniem truskawkowym i czekoladowym. Beton zawczasu wyczaił ławkę tuż pod latarnią.

 — Pora się napruć pączkami. Ta ławka to dobre miejsce. Potem pójdziemy dalej — zarządził, przyśpieszając.

 Reszta grupy nie miała nad czym się specjalnie zastanawiać. Poszli za nim. Beton odgarnął świeżo zaległy śnieg z siedziska ławki i rozsiadł się wygodnie, wyjmując dwa pączki z siatki. Lobster rozdzielił resztę ze swojej siatki po równo dla wszystkich, po czym zaczęła się pierwsza tłustoczwartkowa wyżerka.

 — Jakaś stara ta czekolada — stwierdził Pinokio. Na zniesmaczonej twarzy czerwonej od zimna i alkoholu pojawił się grymas niezadowolenia, ale tylko na moment. W konfrontacji ze spojrzeniem Betona szybko znikł i przybrał obojętny charakter.

 — Od twojego pierdolenia na pewno się nie polepszy. Nie marudź, tylko wcinaj — rzucił oschle ortalionowy przywódca.

 — Te z nadzieniem truskawkowym są dużo lepsze. Babka chyba chciała się zemścić zawczasu i wrzuciła kilka starych czekoladowych z poprzedniej partii — stwierdził Lobster. — Tak czy siak, mój jest zajebisty.

 Pozostali nie protestowali. Każdy zjadł po trzy pączki, a kiedy uczta dobiegła końca, zaczął prószyć śnieg.

 — Zbieramy się. Na Trzydziestolecia pewnie już czekają.

 — A właściwie to po co tam idziemy? Nie mogą poczekać do jutra? — zauważył Lobster. W jego głosie czuć było nutkę niepewności, ale ukrył ją pomiędzy solidną chrypą.

 Beton obrócił się na pięcie i zmierzył go wzrokiem. Przez ułamek sekundy wizualizował sobie jego twarz umazaną we krwi i białym puchu. Zarzucił jednak ten pomysł. Resztę drogi przebyli w milczeniu, ukryci pod kapturami. Śnieżyca wisiała w powietrzu.

 Na ulicy Czterdziestolecia Komunizmu panował znajomy półmrok. Tylko dwie sprawne latarnie bijące żółtym światłem. Reszta utonęła w mroku nocy i gęstej zawiei zmagającej się z minuty na minutę.

 — Gdzie te kutasy? — zapytał Pinokio. — Nie zdziwiłbym się, jakby nas wystawili. Zaraz tu zamarzniemy.

 — Ucisz się, Pinokio. Już tu są.

 Jak na zawołanie w otchłani ciemności przed nimi coś się poruszyło. Dźwięk przypominał toczące się koło. Czekali i czekali, ale mimo to nikogo nie widzieli. Wtedy zupełnie niespodziewanie na ulicy zapaliły się kolejne dwie latarnie. Ich światło obnażyło źródło tych tajemniczych dźwięków. Pięć ortalionowych kolesi stanęło naprzeciw krągłego, a jednocześnie sowicie nadzianego konfiturami, pączka wielkości fiata 126p. Pinokio i Lobster cofnęli się o pół kroku. Reszta na czele z Betonem stała w bezruchu jak zahipnotyzowana.

 — Jest robota — rozległ się dziwny, nieznajomy głos.

 — Mieliśmy się spotkać z Lukrem — powiedział niepewnie Beton.

 Pączek poruszył się lekko, jakby dając znak i wtem dołączyły do niego kolejne dwa równie monstrualne wypieki.

 — Ja jestem Lukier. Mam dla was robótkę.

 Pinokio tylko wyszczerzył oczy. Jego twarz przybrała barwę fioletu, po czym zadecydował, że na niego już pora i przytomnie dał w długą. Kierował się z powrotem na osiedle Wapno. Jeden z pączków rzucił zanim w pogoń. Beton westchnął tylko ciężko i dał znać reszcie, żeby nie popełnili tego samego błędu. Chwilę później rozległ się przeraźliwy krzyk Pinokia. Lobster i reszta odwrócili się, ale w ciemnościach nie było nic widać. Jedynie krzyki i dźwięk kolejnych łamanych kości uświadomiły im, że ich ziomek stał się martwy.

 — Wasz ziomek się nie popisał. Ja decyduje, w jakiej kolejności się odmeldujecie. Dzisiaj wyjątkowy dzień, tłusty czwartek. Tysiące moich pobratymców zginą w tych waszych okropnych, obrzydliwych otworach gębowych z tymi… no… zębami. Nie możecie jeść donatów? Pierwsza zasada każdego pączka to: jebać donaty. Ale wam wszystko jedno, wpieprzacie jak leci.

 — Co to konkretnie za robota?

 Pączek zamilkł na chwilę, po czym zbliżył się do grupki dresów.

 — Delikatna sprawa. Będzie do przechwycenia transport. Jutro o szóstej piętnaście spod jednego z bloków na waszym osiedlu odjedzie nowiutki polonez caro plus wypełniony kartonami z faworkami. Wasza w tym głowa, żeby został na miejscu o wiele dłużej, do dziewiątej. Z kierowcą róbcie, co chcecie, można nawet zjeść. Ważne jest, żeby towar pozostał nienaruszony. Nie spierdolcie tego, chłopcy. Nagroda jest warta świeczki.

 Beton zmarszczył brwi w geście rozmyślania. Jak na osiedlowego dresa potrafił dobrze kombinować, dlatego pewnie został szefem. Reszta to tylko głupiutkie ćmy podążające za światłem latarki.

 — Dlaczego akurat faworki? To wszystko jest pojebane, jakbym przedawkował kilka razy z rzędu.

 — Beton, jest tłusty czwartek, a ty gadasz z pączkiem wielkości auta na ulicy Trzydziestolecia PRL-u. Wszystko gra. Skoncentruj się i wytłumacz swoim ziomalom, że po pierwsze: jebać donaty, a po drugie: macie wykonać tę misję bezbłędnie. Potem dostaniecie następne instrukcje. Na razie tyle, żyjecie i działacie dalej.

 Zapadła grobowa cisza. Pączki zniknęły w mroku, a latarnie zgasły na dobre, tym razem wszystkie. Ciemność rozpraszała jedynie miejska łuna na niebie i światło księżyca.

 — Beton, co on pieprzył? — zapytał Lobster, kiedy byli już na pewno tylko we czwórkę, choć może i w piątkę, jeśli truchło Pinokia leżało gdzieś tam w mroku, jeśli ten pączek tak naprawdę go nie zżarł.

 — Głuchy jesteś? Mamy robotę. Jeśli spartolimy, cóż, kaplica. Możemy kupować nowiutkie dresy do trumny.

 — Zajebiście. Wjebałeś nas stary w niezłe gówno. Ten gnój pachnie jak truskawkowe nadzienie! A Pinokio?

 Tico i Zator milczeli. Ten ostatni, najmłodszy tylko spuścił głowę. Właściwie w grupie był tylko dla picu. Nie robił wiele, czasami zrzucał się, kiedy brakowało na browary, więc był przydatny. Kiedy Beton obrzucił ich znajomym wzrokiem, Zator odwrócił się i odszedł. Powoli, nieśpiesznie zniknął w mroku. Na odchodne wystawił w stronę swojego niegdysiejszego szefa środkowy palec. Potem była tylko cisza i ponownie krzyki, tym razem Zatora. Pączki nadal tam były. W mroku czuły się jak w maśle.

6372 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne

Liczba wejść: 26

Opis:

Dodano: 2020-11-13 23:09:29
Komentarze.
z dużym wykopem
Na szczęście dzisiaj wtryniam drożdżówkę. Niby o pączkach, a czyste złoto.
Dzięki, humor od razu lepszy.
Odpowiedz
~marok 2 m.
szopciuszek, super, że się podobało. Dzięki wielkie za wizytę
Odpowiedz
Wiedziałam, że słodkie to złooooo! I to w Tłusty Czwartek. A pączki tak niewinnie krągłe z nadzieniem, jak nadzieją na niespodziankę

Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin