Drabble nr 13 Odmawiam (drabble konkursowe nr 6)

Cicha noc

 Śniło mi się morze, wiesz?

 Biegłam plażą, miałam rozwiane włosy.

 Miałam włosy.

 Wciąż je miałam.

 Słyszysz mnie?

 Hej…

 Słyszysz?!

 

 Było wielkie, ogromne, nieograniczone, błękitne, mieniące się w słońcu, piasek gorący… Ciii… nie możemy płakać. Postaraj się być cicho, dobrze?

 

 Gdzieś pomiędzy jawą a snem świadomość wdziera się do głowy niczym błądząca po ciele dłoń. Wdziera się w jednym kierunku, do punktu, w którym budzisz się ze snu wprost w środku koszmaru. Osobowość skryta pod szarą sukienką, uczesanymi w koński ogon włosami, twarzą bez wyrazu. Szarość spojrzeń. Gdy ktoś słyszy wyrok w postaci nieuleczalnej choroby bądź dowiaduje się o śmierci osoby bliskiej, wszystko w nim krzyczy, pytając: Czemu właśnie on? Dlaczego to on? Dlaczego to ja?! Dlaczego nie oni?! Ktoś inny, ktoś obok! Dlaczego… Dlaczego, dlaczego, dlaczego, dla…

 

 Najbardziej się bałam, że wezmą mnie do jakiegoś eksperymentu. Starałam się być niewidoczna, niezauważalna, nie sprawiać problemów, nie wychylać się. Tak jakby mnie tam nie było. Cholernie chciałam, żeby mnie tam nie było. Ale byłam. Byłam, rozumiesz to? Wewnątrz, w środku śmiertelnej stagnacji, z wyrokiem śmierci dla siebie, dla bliskich. Jakich bliskich? Nie, nie mogę! Zatrzymajmy się na chwilę.

 

 Morze śni mi się co noc. I te włosy. Rześki wiatr omiata policzki i pojedyncze kosmyki muskają cerę – opaloną, promienną. Są tacy ludzie, prawda? Gdzieś są, nawet teraz, nawet w takich czasach, gdzieś muszą być. Są miejsca, gdzie można poczuć ten stan. Wiesz, on jest dla mnie taki nieosiągalny. Taki nierzeczywisty. Nierealny. Mój Boże… w momencie, kiedy pragnienia nie skupiają się na dążeniu do szczęścia, ale na tym, by po prostu przeżyć, to jest już naprawdę źle. Tak myślę. Myślę, że jest już najgorzej.

 

 Powiedziałeś mi wtedy, że najgorzej jest, kiedy nie chcesz już żyć, ale ja myślę, że to podobne uczucia, symetryczne, lustrzane, przeciwne i jednakowe zarazem. Gdy nie chcesz żyć, a musisz i kiedy chcesz, a nie możesz. Nie wolno ci, bo masz za długi nos. Mogą obciąć ci nos, ale zaczną od włosów. Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, a chcę bardzo. Usilnie próbuję odrzucić myśli, skupić się na plusach, na tym, że wciąż trwam. Powiedzieli, że jeśli zacznę płakać, to sprawią, że nie przestanę. Byli słowni, wiesz? Byli cholernie słowni. Jeden mnie rżnął, drugi wyciągnął nóż. Poczekał, aż ten pierwszy skończy. Potem obcięli mi włosy tępym nożem. To było gdzieś na rogu ulic, nie, nieważne, chcę zapomnieć, jakie to były ulice. Wokół ciemno, mrok, niepotrzebnie wychodziłam. Byliśmy głodni, wszyscy – dzieci, matka, ja. Ojca już dawno wzięli, uniknęłam dwóch łapanek, uciekłam z jednej w ostatniej chwili, a oni mi to zrobili pomimo tego.

 Najbardziej boli, że to byli Polacy.

 I wtedy przestałam być niewidoczna. Nadal szara sukienka, ale kilka kępek wystających z łysej czaszki rzucało się w oczy. Pomyślałam, że obetnę je całkiem, nie wiedziałam, co zrobić. Jezu, nie wiedziałam co zrobić, matka miała kapelusz, taki z lat dwudziestych. On też rzucał się w oczy. Powtarzała, że nie mogę płakać. Kiedy to powiedziała, uderzyłam ją w twarz. Usłyszałam ich, te słowa wciąż rezonowały gdzieś w głębi. Nie potrafię już płakać i tak. Potem, tam, znosiłam więcej, być może właśnie przez ten wstęp. Wstęp do piekła. I ciągle bałam się tych eksperymentów. Wszędzie huczało od plotek. Wszędzie unosiła się cuchnąca śmierć. Wiesz, jaki to zapach? Specyficzny. Niepowtarzalny. Nie czułam nigdy takiego zapachu. Kał, mocz, owszem. Niemyte długo ciała również – cuchną jak zasikane szmaty, szczurze odchody, zepsute mięso. Ale ona, śmierć, pachnie inaczej.

 

 Znowu śniło mi się morze. Ktoś siedział na brzegu i je pił. Podeszłam bliżej, zaniepokojona, choć być może bardziej, hm, zaciekawiona. Dotknęłam pleców tej osoby, odwróciła się i wiesz, z przodu… też miała włosy. Postanowiłam się obudzić. Chciałam to kontrolować, trzymać rękę na pulsie, zbudzić się i wyśnić to jeszcze raz, jakoś tak lepiej, inaczej. Znów dotknęłam pleców człowieka na brzegu, odwrócił się i zobaczyłam, jak płacze. Spostrzegłam strugi łez, które napełniają morze, a on zanurza w nim złożone dłonie, nabiera wody, pije i mówi, że musi wypić, że tak trzeba, bo wypłakał je sam i teraz musi, musi, musi! Kucnęłam, mówiąc, że wcale nie. Że jesteśmy w szczęśliwym śnie, w szczęśliwym miejscu i nic nie musi, a jedynie może. Może wszystko! Potrafi się uśmiechać! Niech spróbuje, przy mnie, teraz, tu! Są ludzie, którzy już tego nie potrafią. Jak ja, gdy się obudzę. A wtedy postać złapała mnie za włosy, za moje włosy… i szarpnęła mocno, bardzo mocno, z całych sił, wydzierając wszystkie naraz. Poczułam tylko ból i krew – brunatny, lepki strumień zalewający moją twarz i piekący ból. I dźwięk, własny, przejmujący wrzask.

 

 Najgorsze było to, że on zepsuł mój sen. Jedyne szczęśliwe miejsce, jedyny azyl, jedyny… wiesz.

 

 Czytałeś mi Noc nad Birkenau, pamiętasz? Interpretowałeś Kolędę zła, ale ja chciałam Pożegnanie z Marią, wciąż i wciąż, i w kółko, pytałeś, czy to noc poezji, muzeów, krematoriów, a ja, że to cicha noc. Cisza jest najgorsza, słyszę w niej rezonans krzyku. Mówiłeś, że najstraszniejsze uczucie, to brak osoby, której ciało leży tuż obok nas. A może zdrada? Tęsknota? Miłość? Może ona jest najgorsza, może boli tylko przez to i tylko dlatego? Wciąż uciekaliśmy od pustki. Od pustki, w pustkę, pośród niej. Potem zamarzył mi się kulig, skrzypienie śniegu pod butami, placki na sodzie, piec u babci. Znów się rozpłakałam. Zacząłeś pierwsze wersy Śmierć we mnie rośnie, taka miniaturka, mała jak ja i ty, nieistotna i zapełniona bólem… jak my. Znów zaczęłam, że myśli i słowa to małe niezmaterializowane atomy i że puste domy trzeba wypełnić radością. Powiedziałeś, że bredzę. Lubię bredzić, wiesz? Lubię, kiedy jestem czymś, co można poddać analizie, przypiąć definicji, określić. To już ten stan, gdy wszystko ponad „nic” jest „czymś”. Białe, zimne kafelki – tyle pamiętam, resztę wyparłam. Urzeczywistniony strach. Najmocniejsze są ponoć lęk i pragnienie. Nie radość, nie gniew. Strach i pragnienie przyciągają wszystko, na szali: twoje życie, moja śmierć. Najbardziej bałam się tego, że ziści się to, czego bałam się najbardziej. Jak spotęgowany lęk, złe miejsce, jeszcze gorszy czas. Pragnienie nie ustało nigdy. Zasnęło, dopiero gdy w krzyku odeszłam ja.

 

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: inne

Liczba wejść: 26

Opis:

Na podstawie zestawu TW:

Postać: Żydówka

Zdarzenie: nie możemy płakać

(odkopane)

Dodano: 2020-11-19 23:30:22
Komentarze.
z dużym wykopem
Noo, wpasowane idealnie. Gdzieś tam, jakbym cus już, ale no... wrażenie robi.
A i - jakby co - to i rezonuje się znalazło 😉
Mocny tekst.
Odpowiedz
*Ritha 9 d.
Dzięki, Can. Tak, było rezonuje i był rezonans
A tak mnie naszło odkopać.
Kłaniam się.
Odpowiedz
Ritha aaa, nawet napisałaś "odpokane". A ja przeczytałem: odklepane

Odpowiedz
W pewnym sensie można by rzec, że to wszystko - te lęki, koszmary, tragedie i sposoby, jak ludzie sobie z nimi radzą lub nie radzą - jest zawsze aktualne jednakowo. I nigdy nie przestanie być aktualne. Chyba nie ma lepszych i gorszych czasów - bardzo wiele, albo i wszystko zależy od perspektywy.
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
alfonsyna w punkt! Dziękuję za wizytę ❤️
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin