Codziennostrzał#32- Droubble - Sąsiad Codziennostrzał#30 - Zepsuta krew

Codziennostrzał#31 - Średnio kurczliwa komora prawa i mafia Lublina 2

 #codziennostrzał

 #TW

 

 

 

 

  Między godziną trzecią a czwartą nad ranem, korytarz opuszczonej szkoły podstawowej w Białych Wąsach wypełnił się ciałami mężczyzn i kobiet w wieku od dwudziestu dwóch do trzydziestu sześciu lat. W sumie tuzin trupów ułożonych niedbale, wręcz chaotycznie i naprędce. Noc był zimna, bezchmurna, za to wietrzna. Przeciskający się przez labirynt starych wierzb Lublin rzęził na nierównościach w takt kołyszących się upiornie drzew. Kierowca przecierał oczy co chwila. Był zmęczony, pełen obaw i właściwie ginął w środku trawiony strachem, którego bezpośrednią przyczyną był stos trupów na pace skrzyniowca. Jego kompan podzielał obawy, choć starał się wypaść w ogólnym rozrachunku lepiej. Po dotarciu na miejsce, wyładowali „towar” i zniknęli w ciemnościach z zamiarem powrotu, gdy tylko się rozwidni.

 Budynek okalały ze wszystkich stron brzozowe zagajniki, gęste zarośla i wierzby, pełniące w tym miejscu straż od ponad siedemdziesięciu lat. Na długo przed wzniesieniem „tysiąclatki”. Na korytarzu panowała cisza. Płynęła przez nią soczysta ciemność, wlewała się do pustych sal i uchodziła na zewnątrz przez puste oczodoły okien. Cóż mogłoby zmącić ten logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy?

 *****

 To była marynarka urzędnika gminy Białe Wąsy. Miał na imię Dobromir i lubił szkocką kratę. Tego feralnego dnia, kiedy na jego tętnicy szyjnej pojawiła się krwawa skaza, miał na sobie marynarkę w kartę, skrojoną idealnie, ledwie dwudniową. W ciemności jej krój nie był jednak najistotniejszy. Ważniejszy był fakt, że gustowny element garderoby poruszył się nagle na martwym ciele mężczyzny jakby próbował oswobodzić się z uwięzi. Po chwili ozdobiony został mokrą plamą która z czasem zaczęła zwiększać swą objętość. W końcu środkowy guzik wystrzelił w sufit, a za nim kolejny. Z piersi trupa wyskoczyło serce, od kilku godzin bezrobotne. Wyglądało fatalnie, jak świeżo pozbawiony roboty pracoholik. Na czubku dyndał dziarsko skrawek aorty. Po chwili serce, upewniwszy się że nie zostało kolejnym gościem programu „Mamy Cię” rozdzieliło się miękko na dwie części, z czego jedna zastygła martwa osuwając się z powrotem pod marynarkę, a druga zeskoczyła z mężczyzny na kolejnego nieboszczyka – blondynkę leżącą w pozycji embrionalnej tuż obok. Żywa ostała się prawa komora, która już po dwóch minutach wykształciła prymitywne odnóża kroczne i zaczątki kończyn górnych. Poruszała się na nich niezgrabnie, ciągle zaliczając bolesne przewrotki, ale robiła to z uporem godnym pozawałowych towarzyszy.

 Próbując udawać, że potrafi już chodzić, trafiła do pustej sali będącej niegdyś klasą drugiej B. Nieliczne porozrzucane kawałki mebli i tablicy omijała dzielnie, mając na uwadze pustą przestrzeń, gdzie kiedyś było okno, a skąd do środka wpadać zaczynała powoli jaśniejąca łuna nieśmiałego poranka.

 — Może zawał to jednak było wyjście — westchnęła ciężko szukając czegoś, po czym mogłaby się wspiąć na parapet. Z jej perspektywy była to wspinaczka na pierwsze piętro.

 Stanęło na resztkach kaloryfera ostałych się w swym miejscu przeznaczenia. Dwa żebra wystarczyły, lecz nie obyło się bez przykrych upadków. Fizyka i zasady siły ciążenia nigdy nie były jej mocną stroną. W kwestiach wyboru rozum ustępował miejsca sercu.

 Kiedy dotarła na szczyt słońce powoli wynurzało się zza horyzontu. Nadal pozostawało w ukryciu za linią drzew i zarośli, ale niebo w końcu zdobyło nieco kolorytu. Komora odetchnęła z ulgą. Lewy przedsionek zawsze powtarzał jej, że jest średnio kurczliwa, że w zasadzie nie może równać się z nim i pozostałymi. Nawet zastawka trójdzielna przyprawiała jej rogi, jakby całe zło w Dobromirze pochodziło od niej. Kiedy koleżka przestał zapewniać jej robotę, odeszła, choć wiedziała, że na bezrobociu długo nie pociągnie. Iskra pracoholizmu zawsze będzie w niej świecić i nigdy jej nie stłamsi.

 Lublin zajechał od boku. Kierowca i pasażer wysiedli, nerwowo zaciągając się ruskimi fajkami. Ich usta zamieniły się w kominy ciężko dyszących parowozów na tytoń. Co chwila wypuszczali kłęby dymu, który unosił się nad ich głowami jak obłoki.

 — Wiesz, chyba tuzin to jednak była przesada — zmartwił się pasażer Gotfryd.

 — Przesada? To była jebana rzeźnia. Zrobili z nas mobilne zestawy młodego rzeźnika. Tego toporem, tego nożycami, tamtą tasakiem i nożem na raz. A szubienice w magazynach się kurzą.

 — Teraz to już po ptokach.

 — Po ptokach do kwadratu. Dlaczego akurat my?

 — Mamy wysokie kwalifikacje. Szef tak powiedział.

 Kierowca zamyślił się dłuższą chwilę. Na jego twarzy pojawił się melancholijny grymas. Komora obserwowała dwójkę całkiem żywych ludzi stojąc w oczodole okna.

 — On tak powiedział tylko dlatego, żeby na nas zwalić tę brudną robotę. Rozumiem, że urzędas gminny może szefa wpieniać. Oni zawsze coś znajdą, żeby nam firmę zrujnować, ale kurwa, dlaczego akurat kasjer z biedronki, koniecznie z kasy numer siedem?

 — To wie tylko sam Szef Tymon. A wracając do trupów, to co mamy z nimi zrobić.

 — Jak to co? Podpalić. Wokoło pełno drzew, ogień szybko się rozprzestrzeni i tak łatwo go nie opanują. Nam nie zależy na ukryciu dowodów, tylko bardziej efektownej metodzie, albo próbie tuszowania ich. Zresztą... szef kazał podpalić i się nie przejmować. To jak? Podpalamy.

 — No, chyba tak.

 Będąc na miejscu, jeden z nich wyciągnął ekologiczną podpałkę do grilla. Wszystkie trupy zostały dokładnie namaszczone płynem, niektóre, zwłaszcza kobiety, dokładnie wysmarowane.

 — Ta jest jeszcze całkiem ciepła — zauważył Gotfryd.

 — Niedługo będzie gorąca.

 Parsknęli ochrypłym śmiechem. Kompan Gotfryda (celowo nie ujawniam jego imienia, sam o to prosił) wracając już na początek korytarza, dostrzegł sporo krwi na marynarce jednego z nieboszczyków. Zaschnięta jucha, pod którą skrywała się pokaźna dziura odsłaniająca narządy i bielące się kości żeber.

 — Niech to! Mamy dziurę! — zawołał.

 — Ta, mamy ich dziesięć, albo jedenaście. Zależy czy uznasz, że ten Jarek z monopolowego był kiedyś Heleną.

 — Kurwa, Got, ktoś tu był, kiedy odjechaliśmy. Jednemu brakuje serca.

 Gotfryd podbiegł natychmiast do rzeczonego trupa i na własne oczy przekonał się, że posiada on pewne braki.

 — Szabrownicy? Przecież od już nie żerują na cmentarzach.

 — Zgłaszam się. — Przez korytarz przebiegło echo nieznajomego, piskliwego głosu.

 Mężczyźni odwrócili głowy w kierunku wyjścia. W progu stała mała istotka z daleka przypominająca stary ogryzek. Szła w ich stronę niepewnie kolebiąc się.

 — Sorki za ten chód, ale jeszcze się uczę. Nie przygotowywali mnie na tak szybkie bezrobocie. Myślałam, że jeszcze w tej branży zagrzeje miejsca.

 Gotfryd poczuł, że nocny cienki baran mieszany w postępie geometrycznym cofa się w przełyku do miejsca zrzutu. Przełknął z obrzydzeniem ślinę wraz z zawartością gardła i skrzywiony spojrzał na swojego kompana. Ten odwzajemnił spojrzenie, po czym skierował wzrok na Komorę.

 — Jesteś...

 — Prawa komora. Należałam to tego uroczego urzędasa. Robiłam u niego na pełen etat, ale chyba przez was musiałam wcześniej skończyć.

 — Tylko komora? A gdzie reszta...

 — Serca? A bo ja wiem. Albo odeszła konając w rozpaczy, albo padła ofiarą jakiś mięsożernych bestii. Te z długimi ogonami są najgorsze. Mój pracodawca często mówiła na nie – wysłannicy ex.

 — Chodzi o szczury — wtrącił Gotfryd.

 — Mniejsza. Tak czy inaczej, muszę dostać się do kostnicy szpitalnej.

 — Niby po co? — zapytał pasażer Lublina, którego imienia nadal nie mogę zdradzić z pewnych przyczyn.

 — Może tam znajdę swoją drugą połówkę. A wy to?

 — Należymy do mafii Lublina dwa, nie trzy. Chodzi o drugą generację, to bardzo ważne, bo trójka działa na południu.

 — To jak będzie? Podwieziecie.

 — W sumie i tak wszystko zaraz będzie się tu fajczyć, więc istnieje taki wariant — stwierdził polubownie Gotfryd.

 Zanim wyszli z budynku, ciała już płonęły. Ogień powoli rozprzestrzeniał się na kolejne sale, w których już tańczył dym. Na wszelki wypadek podpalili też okoliczne zarośla, żeby mieć pewność. Lublin zarzęził i odjechał w siną dal, a tak właściwie to zmierzali do szpitala powiatowego, zgodnie z prośbą prawej komory.

 Będąc mniej więcej w połowie drogi, Gotfryd doznał dziwnego i niepokojącego przeczucia. Ta myśl sprawiła, że na moment zjechał z drogi obok przystanku autobusowego. Zgasił silnik, po czym wysiadł z dostawczaka.

 — Co jest? — spytał kompan.

 — Wiesz, tak myślałem o tym ogniu i przypomniało mi się, że...

 Wybuch był potężny. A może to Lublin był po prostu filigranową skrzynką na kołach. W każdym razie z auta nie zostało wiele. Ogień i siła wybuchu zrobiły swoją robotę. W sekundzie powstały obrazy, których nałożenie na siebie sprawiało, że eksplozja ożywała. Na dwóch gałki oczne Gotfryda gotowały się jak wrzątek. Na kolejnych trzech Komora przypominała bardziej średnio wysmażony stek. Na większości jednak było widać głównie ogień i szczątki Lublina rozlatujące się w świat. Po pewnym czasie kłęby dymu z dwóch pożarów połączyły się w jedno, a wszystkiemu była winna bomba zegarowa. Skąd mogła się tam wziąć?

 ****

 Sierżant Posak spojrzał na szczątki sfajczonego dostawczaka i resztki szkieletów wydobytych przez techników. To jak zabawa w piaskownicy. Na otarcie łez – rejestracja w stanie dobrym, tak siedem na dziesięć.

 — Co mamy? — zapytał jednego z techników. Ten smarknął obleśnie w rękaw bluzy, po czym wymownie spojrzał na ludzkie szczątki.

 — Dwa trupy, trochę spalonego Lublina. Zapewne kradziony, tak wynika z rejestracji. Trójeczka, zgłoszenie od mafii z południa. Dostałem telefon, że nadal czekają na komendzie po swoją własność.

 — Wyślij im kawałek felgi i może jakiś tłok na pamiątkę.

 — To była bomba. Wiedzieli, że kradną im fury, to się zabezpieczyli.

 ****

 Miał na imię Helopin, ukradł Lublina trójkę od południowych, ale o tym zapomniał.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne

Liczba wejść: 10

Opis:

tym razem chyba temat przewodni trochę się rozmył.

Dodano: 2020-11-20 23:30:39
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin