Restauracja Drabble konkursowe "Czas apokalipsy" (nr 14)

Marsz Przywróconych

  Nareszcie – pogodny, słoneczny dzień. Miła odmiana od nieustających deszczy, które w ostatnich tygodniach zalewały kontynent. Aron miał już serdecznie dosyć wilgoci i niezmiernie cieszył się z tego, że bogowie w końcu postanowili uraczyć swoich podopiecznych pozytywniejszą aurą.

  Myśliwy siedział wysoko na gałęzi rozłożystego drzewa i spokojnie oczekiwał. Wygrzewał twarz w prześlizgujących się między liśćmi promieniach słońca i wdychał świeże, czyste powietrze. Miał ochotę przymknąć oczy, oprzeć głowę o konar i uciąć sobie drzemkę. Wiedział jednak, że nie może sobie pozwolić na taki luksus. Wioska potrzebuje mięsa, a to samo się nie upoluje.

  Bycie naczelnym myśliwym w osadzie niosło ze sobą przywileje, ale i wiązało się z poważnymi obowiązkami. Na barkach Arona spoczywało bowiem zadanie wytropienia, zabicia i oprawienia zwierza, który to stanowił nie tylko pożywienie dla czterdziestu siedmiu mieszkańców Drzewców, ale też odgrywał kluczową rolę w religijnych obrządkach społeczności. Comiesięczna ofiara dla kapryśnych bóstw miała zapewnić wyznawcom ich opiekę i pomyślność. Wierzono, że niedopełnienie rytuału było jak naplucie bogom w twarz, a nawet dziecko wie, że plucie w twarz potężnym nadprzyrodzonym istotom może się skończyć, delikatnie mówiąc, niesympatycznie.

  Mijała minuta za minutą. Myśliwy spędził na drzewie tyle czasu, że zaczynał już mieć wątpliwości – a może źle odczytał trop? Może tych śladów nie pozostawił friggan, a jakieś inne stworzenie, na przykład mniejszy, ale totalnie niezjadliwy hodbok? Ich racice były bardzo podobne, różniły się praktycznie tylko wystającym, bocznym pazurem. Oznaczałoby to, że bez sensu marnował czas…

  — Nie, niemożliwe… — mruknął sam do siebie Aron. Przecież polowaniem zajmował się już od ładnych kilku lat. Pomylenie friggana z hodbokiem dla tak doświadczonego myśliwego było nie do pomyślenia. Skarcił się w myślach za ten moment zwątpienia i wrócił do obserwowania okolicy.

  Na szczęście przydługie oczekiwanie się opłaciło. Jakby w odpowiedzi na jego myśli, w zaroślach na dole rozległ się delikatny szelest, a rośliny poruszyły się. Aron natychmiast to zauważył i całą swą uwagę skupił na kępie rozkołysanej, wysokiej trawy.

  Spośród giętkich, zielonych źdźbeł wychynął spłaszczony pysk, a zaraz za nim pojawiła się cała reszta pokaźnej wielkości stworzenia. Zwierz był naprawdę masywny – to jeden z największych okazów jakie myśliwy miał okazję do tej pory oglądać. Szara, pomarszczona skóra, niedługie, a zarazem silne, zakończone racicami kończyny i króciutki ogonek, nad którego sensem istnienia od wielu lat głowili się najwybitniejsi badacze natury. Piękny okaz dorodnego friggana.

 Będzie trzeba skołować wózek – pomyślał Aron gdy ocenił, że próba przeniesienia stworzenia na własnych plecach najpewniej skończy się bolesnym dla grzbietu fiaskiem. Ale o tym pomyśli się później. Najpierw trzeba oddać jeden, celny strzał.

 Myśliwy ujął w dłonie łuk i wyłuskał z kołczana strzałę o długim, wąskim grocie zakończonym ostrym szpicem. Tak, ta będzie idealna.

 Aron założył strzałę, napiął lekko cięciwę i czekał na dogodny moment. Gruba skóra stwora miała jeden słaby punkt, a znajdował się on tuż pod małym, sterczącym uchem. Wystarczy dobrze przymierzyć i wystrzelić pocisk idealnie w to miejsce, a friggan będzie martwy, jeszcze zanim padnie na ziemię. Był jednak pewien problem – stworzenia te były bardzo płochliwe. Aron wiedział, że ma tylko jedną jedyną szansę na sukces. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik…

  — Panie Aronie! Panie Aronieee!

  Friggan podniósł łeb, a w jego ogromnych oczach nawet z górnej gałęzi drzewa dało się zauważyć przebłysk paniki. Chwilę po tym już go nie było – czmychnął w gęstwinę, a jedynym śladem jego niedawnej obecności były już tylko poruszające się zarośla i udeptana trawa.

  — Czego chcesz, na Meliorusa?! — krzyknął zirytowany Aron do nadbiegającego niezgrabnie przez krzaki młodzieńca.

  Pucołowaty chłopak pędził na złamanie karku, sapiąc i potykając się co chwila o kłącza i wystające korzenie.

  — Panie… Aronie… Jest pan… potrzebny... — wydyszał, z trudem łapiąc oddech po każdym słowie.

  Myśliwy przewiesił łuk przez ramię i z małpią zręcznością zszedł po gałęziach. Stanowczym krokiem podszedł do młodzieńca i dźgnął go palcem w pierś.

  — Chłopcze, czy zdajesz sobie sprawę, co tu robiłem?! Polowałem na friggana! Już go miałem na widelcu! Czy nie wiesz, że to zwierzę nie może przed śmiercią doznać stresu, bo inaczej jego mięso stanie się twarde, gumowate i obrzydliwie gorzkie? A jego stresuje nawet mocniejszy podmuch wiatru! Mam nadzieję, że miałeś diabelnie dobry powód, żeby tu przyjść i przeszkodzić mi w pracy!

  Aron był wściekły. Cały ten czas poświęcony na tropienie, a potem oczekiwanie aż zwierzę wyjdzie z ukrycia, poszedł na marne.

  — Panie Aronie!... Jest powód… — Oddech chłopaka nieco się już uspokoił, dzięki czemu wypowiadane przez niego pojedyncze słowa mogły łączyć się ze sobą i wybrzmiewać jako proste zdania.

  — Dowiem się jaki, zanim zastanie nas noc?

  — Proszę się nie złościć. Uff... W wiosce panu więcej powiedzą, ale... Chyba idzie wojna…

  Myśliwego aż zmroziło. Po jego złości nie było już śladu – rozpłynęła się jak płatek śniegu na rozgrzanej patelni.

  — Na bogów! Szybko, prowadź chłopcze… — Aron spojrzał na podpierającego się o zwalone drzewo nieszczęśnika. – Albo złap się mojego ramienia. Ja poprowadzę.

 

  Największy namiot w wiosce wypełniony był ludźmi. Centralną jego część zajmował spory stół, wokół którego stało kilkanaście krzeseł. Nikt jednak nie siedział. W pomieszczeniu panował gwar, a wszyscy zgromadzeni tam mieszkańcy w napięciu przysłuchiwali się rozmowie myśliwego ze Starszym wioski.

  — Armia nieumarłych? — zapytał zaskoczony Aron.

  — Cały legion — odparł przejęty wódz, z zatroskaniem wpatrując się w mapę krainy. Jego wiekowa twarz zdawała się być jeszcze bardziej pomarszczona niż zwykle. Starzec mówił dalej.

  — Dostaliśmy wiadomość od naszych przyjaciół z Bagnisk. Ich latający zwiadowcy widzieli kilkutysięczną armię maszerujących Przywróconych. Poza tym wiatry od zachodu niosą ze sobą woń zgnilizny.

  — Rzeczywiście, coś mi od rana śmierdziało. Myślałem, że to Diggen zapomniał o sprzątnięciu wychodka.

  — Chciałbym żeby tak było… — westchnął wódz. — To z pewnością wina Nekromanty, wiedziałem, że pozostawienie go przy życiu było złą decyzją. Gdyby król słuchał dobrych rad… Tak czy inaczej musimy zareagować.

  — No dobrze, ale co możemy zrobić?

  Starszy mężczyzna spojrzał Aronowi głęboko w oczy. To wystarczyło, żeby myśliwy zorientował się, o co chce poprosić go wódz. W milczeniu czekał na rozwój wydarzeń, choć już wiedział, że dalsza część z pewnością mu się nie spodoba.

  — Zdajesz sobie sprawę, że mimo młodego wieku jesteś jednym z naszych najbardziej zasłużonych braci. Jesteś odpowiedzialny za polowania i świetnie sprawujesz swoją rolę. Dzięki tobie bogowie na czas otrzymują należne im ofiary. Jednocześnie potrafisz przetrwać w trudnych warunkach, jesteś sprawny fizycznie i jako jedyny mieszkaniec Drzewców służyłeś w armii. Jesteś najlepszym strzelcem i potrafisz walczyć. Rada wioski chciałaby, żebyś wyruszył do Bagnisk i wspomógł naszych przyjaciół.

  Aronowi nie uśmiechało się opuszczać wioski. Można nawet powiedzieć, że się tu zasiedział. Było mu dobrze, rola myśliwego całkowicie mu odpowiadała. Nie szukał wrażeń, a wizyta w leżącej na skraju pustkowia osadzie nie była szczytem jego marzeń. Tym bardziej, że w kierunku Bagnisk z niewiadomych względów zdążała armia ożywieńców. A to nie wróżyło niczego dobrego.

  — No, ale co tam po mnie? Nie lepiej, żebym został tutaj? Kto będzie się zajmować polowaniem? — Aron próbował się bronić przed wyjazdem.

  — Nie przejmuj się, polowaniem zajmie się Drodor.

  — Ale Drodor nie jest gotowy! Ostatnio skaleczył się cięciwą i o mało nie wybił sobie oka o gałąź.

  — Ta gałąź wyrosła znikąd… — odezwał się z tłumu cichy, nieśmiały głosik drugiego myśliwego.

  Aron spojrzał na wodza z desperacją, ale mina Starszego sugerowała, że decyzja już zapadła.

  — Drodor da sobie radę. Będzie musiał. Posłuchaj, to bardzo ważne. Chodzi o nasz honor i wdzięczność. Pamiętasz, że Bagniska przyszły nam wtedy z pomocą? Gdyby nie ci dobrzy ludzie, Drzewce pewnie by już nie istniały.

  — Wiem, ale…

  — Tak trzeba, Aronie — przerwał myśliwemu Starszy wioski. — Tak po prostu trzeba. Poza tym wiesz, że bogowie nas obserwują. Niespłacenie długu wobec naszych przyjaciół ściągnie na nas gniew i niepomyślność bóstw opiekuńczych. A tego byśmy nie chcieli.

  — Tak, ale…

  — Rada zdecydowała, Aronie — wódz był nieugięty. — Przygotuj się do drogi. Wyruszysz jutro z samego rana.

  Myśliwy wiedział, że nie ma już o czym dyskutować. W wiosce obowiązuje hierarchia, a od decyzji Rady nie ma odwołania. Po prostu trzeba się podporządkować i z pokorą przyjąć to, co przynosi los.

 

  Łuk – jest. Sztylet – jest. Prowiant – jest. Sakiewka – jest. Amulety – są. Dobrze, chyba wszystko gotowe.

  Słońce leniwie wtaczało się na przysłonięty ciemnymi chmurami nieboskłon.

  — Znów deszcz. Nieźle się zaczyna… — burknął pod nosem Aron.

  Przypiął do pasa wąski kołczan, zarzucił na siebie ciemny, nieprzemakalny płaszcz z kapturem, przez jedno ramię przewiesił łuk, a na drugie zarzucił worek z resztą bagażu. Przestąpił przez próg swojej chatki, zamknął drzwi i zaczerpnął porannego, pachnącego wilgocią powietrza. Nie ma co odwlekać, czas ruszać w drogę.

  Przeszedł przez wioskę, mijając stojących przed swoimi domostwami ludzi. Na twarzach żegnających go mieszkańców Drzewców widać było mieszankę emocji – w parze z serdecznymi, szczerymi uśmiechami szły zmarszczone w trosce czoła. Ludzie klepali go po plecach i życzyli powodzenia w podróży. Myśliwy dziękował im skinieniem głowy. Mimo że był samotnikiem i zwykle stronił od tłumów, zżył się z tymi ludźmi i wiedział, że będzie za nimi tęsknić.

  Przed centralnym namiotem, na czele pięcioosobowej Rady stał Starszy wioski. Myśliwy zatrzymał się przed nimi.

  — Powodzenia, Aronie, niech Gob ma cię w swojej opiece.

  — Was też, wodzu, was też. Bądźcie zdrowi.

  Nie było sensu przedłużać pożegnania. Aron odwrócił się, opuścił wioskę i nie oglądając się za siebie, rozpoczął marsz ku zachodowi.

  — Witaj przygodo — rzucił kwaśno sam do siebie.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 16

Opis:

Opowiadanko pisane kiedyś gdzieś pod jakiś konkurs. Mam w planach przeformułować, rozwinąć i skleić z tego pełnometrażową powieść.

Dodano: 2020-11-21 18:02:44
Komentarze.
Ciekawie się zaczyna. Przygoda i to nie jedna już za zakrętem czeka
Nieumarli to coś jak zombi, czy ci z Gry o tron?
Odpowiedz
alka666 wątek nieumarłych jest w tle, ale nie chcę tu powielać zombie z innych źródeł, przynajmniej nie do końca. Nieco inny mam na to koncept i mam nadzieję, że siądzie (i mnie przy pisaniu, i innym przy, daj Boże, czytaniu) dzięki bardzo za ślad
Odpowiedz
CptUgluk rozciekawiłeś, zatem kontynuuj, proszę.
Odpowiedz
alka666 zakontynuuję z pewnością
Odpowiedz
Widzę, że póki co budujesz sobie świat i bohaterów, zerknę co tam z tego wyniknie, jeśli to pociągniesz dalej.
Odpowiedz
alfonsyna coś tam jest pobudowane już, trzeba to teraz do kupy zebrać i pociągnąć dalej zapraszam oczywiście jak już pojawi się więcej
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin