jasno ciemno
Narodziny Rzeźnika L - część (I) (#komediokonkurs) - Średnio kurczliwa komora prawa i mafia Lublina
Praca Wyróżniona

TW#5 - Malarz Demonów

  Postać: Malarz demonów

 Zdarzenie: Zjazd wampirów

 Efekt: 44. Tekst napisany z perspektywy psa/kota lub innego zwierzęcia.

 

 

 

 

 

 

  Za oknem świat zawsze był ponury. Zawsze ukryty w gęstej pierzynie dymu z kominów starych kamienic. Czasami miałem wrażenie, że Nikolas Futher ukochał ten widok tak mocno, iż przeniósł go do wnętrza swojego mieszkania. W salonie na zawsze zapanował półmrok, w którym postaci z obrazów, jakie malował i wystawiał w jego wnętrzu, przypominały demony czyhające na dusze nieszczęśników zapuszczających się na nieznane terytorium. W istocie Nikolas był artystą o wąskim zakresie twórczym. Tworzył jedynie groteskowe portrety na zamówienia specjalnych klientów i jednokolorowe pejzaże skąpane w gnijącej zieleni wylewającej się z płótna lub magmowej czerwieni. Za pracownię zwykle obierał właśnie salon, gdzie jedynie podczas pracy, ogromne okna spełniały swą rolę, rozświetlając wnętrze dziennym światłem. W innych przypadkach pomieszczenie przesiąkało mrokiem za zakurzonymi zasłonami.

 Wtorek zwykle zaczynał się od wizyty. W progu mieszkania stawali coraz to dziwniejsi decydenci poszukujący kolejnych odłamów wariactwa do swojej kolekcji. Portrety Nikolasa, który potrafił zawrzeć wizerunek dowolnej osoby w iście szatańskiej, obskurnej cielesności demona, pośród rozszerzającego się grona ich odbiorców stanowiły obiekty kultu. Ludzie tworzyli dla nich szklane gabloty w swoich domach, a następnie pisali listy do twórcy, przekonując o swoim niesłabnącym zachwycicie nad jego pracami. Jedna księgowa posunęła się nawet do stworzenia nowej religii, której centrum był portret przedstawiający jej nagą osobę w ucieleśnieniu demonicznej imaginacji Nikolasa Futhera. Zamiast piersi krwawe kwiaty lotosu, z których sączył się jad kobry królewskiej; w miejscu pępka szczęki monstrum o czterech rzędach ostrych zębisk; zamiast rąk wlokące się po płótnie jak elastyczne pnącza bluszczu bicze zakończone trójpalczastą dłonią. Nawet twarz wieńcząca wizerunek kobiety wydawała się udziwniona jednak nie na tyle, by nie rozpoznać do kogo należy. Nikolas czytał tylko wybrane korespondencje. Większość lądowała w kominku lub obok mnie. Wtedy uśmiechał się w moją stronę, zniżając głowę jak najbardziej i mówił „Gdybyś tylko umiał czytać, wiedziałbyś, co czuję musząc przyjmować te wypociny i udawać że struchlałe blade lica moich beneficjentów są czymś więcej w mej hierarchii niż tylko elementem zarobku na życie i strawą dla duszy pełnej groteski”. Och! On uwielbiał tak mówić, wylewać swe żale, uronić przy tym łzę goryczy. Zawsze się łapałem na tym, że w końcu uznał moją bytność na równi ze swoją. W końcu stałem się jego najlepszym słuchaczem. Gdyby tylko nie dodawał po chwili „I po co ja strzępię jęzor dla starego sierściucha? Tobie tylko w głowie resztki z obiadu.”

 Nienawidziłem tych resztek. Ociekające tłuszczem ścięgna kurczaka, osmolona skóra, wszystko zblendowane z dodatkiem... mleka. Zaklinałem swój węch, gdy przychodziła pora obiadu. Ale kiedy nadszedł tamten wtorek, nic nie poszło tak jak zwykle.

 Obudziłem się o ósmej. Nikolas pracował pieczołowicie nad kolejną demoniczną interpretacją jakiegoś klienta. Jedna z zasłon uchylała nieco widoku na świat za oknem. Był taki sam jak zwykle – brudny, zadymiony, przypominający listopadowy krajobraz gotyckiego dziewiętnastowiecznego miasta. Osmolone kominy kamienic piętrzyły się i znikały w gęstym smogu, który docierał powoli w najgłębsze zakamarki uliczek. Wskoczyłem na parapet jak zwykle.

 Gwoli wyjaśnień, jestem kotem, jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości. Zwykłym burym dachowcem, którego matka zginęła pod kołami ciężarówki, kiedy miał raptem dwa ludzkie miesiące. Z oczywistych względów nie poznałem jej, choć przez pewien czas tułaczki zaśmieconymi ulicami starego miasta demonów w cylindrach wraz z moją siostrą, przysłuchiwałem się opowieściom, dzięki którym w przyszłości wyklarowałem własny obraz mojej rodzicielki. Meghane była ode mnie starsza o dwa ludzkie lata, pochodziła tak jak i ja z miotu rubasznego, czyli zupełnie nieplanowanego. Matka w jej opowieściach była puszczalską, nieokiełznaną suką przypominającą mobilną mini fabrykę kocich żyć. Nie znała umiaru ani liczby kochanków. O dzieciach lepiej nie wspominać. Meghan przypuszczała, że było ich koło pięćdziesięciu. Ja byłem wyjątkowy. Pochodziłem z ostatniego miotu wraz z bratem Jagholem, który zmarł młodo. Był chorowity od kocięcia. W tułaczkę ruszyliśmy we trójkę, ale na metę dotarłem samotnie. Co do Meghan, nie mam pojęcia jak skończyła. Pragnęła tego, co matka – być puszczalskim obiektem pożądania zapyziałych kocurów. Wybaczcie, jeśli nie zaakcentowałem wcześniej, iż uważała naszą rodzicielkę za wcielenie najgodniejsze naśladowania.

 Nikolas znalazł mnie przypadkiem, osiem lat temu, kiedy jego czarna czupryna faktycznie taka była zaś płaski brzuch oznaczał zbilansowaną dietę, a nie wyraźne oznaki niedożywienia w wyniku oddania się całkowitego swojej artystycznej duszy pragnącej płodzić jego rękami kolejne groteskowe portrety. Byłem mizerny, na skraju śmierci. Dopiero po sześciu miesiącach odzyskałem pełnię sił. Wtedy mój pan był moim przyjacielem, bezinteresownym karmicielem i dawcą schronienia. Z perspektywy czasu przyznaję, że to odległa, zakurzona przeszłość butwiejąca gdzieś w zakamarkach pamięci Nikolasa Futhera.

 Poranne obserwacje ulic przynosiły ciekawe obrazy, które zapisywałem w pamięci, by podczas snu korzystać z ich mrocznej, beznadziejnej otoczki. Wtedy spacerowałem nimi, mijając kolejne demony w cylindrach, aż na dobre utonąłem w gęstym, spowijającym wszystko wokół smogu. Wbrew pozorom uczucie łaknięcia kolejnych porcji czystego, życiodajnego powietrza przynosiło sporo ekscytacji.

 Nikolas odłożył pędzle i odszedł od sztalugi. Miał mizerne, zapadnięte oczy, blade policzki i wieńczące ten obraz upadku siwe pasma włosów. Ostatnimi czasy coraz częściej się garbił, jego ruchy przypominały brodzenie w torfowisku. Minąwszy miesiąc temu granicę pięćdziesięciu ludzkich lat, przestał sprawiać wrażenie artysty, któremu poświęcenie się żarłoczności własnej duszy przyniosło coś więcej niż rozstrojone nerwy i bolesną prawdę: zmarnowałeś sobie życie facet. Dawne upojone groteską i klientelą czasy powoli odchodziły w cień, choć co do klienteli – nadal miał zamówień bez liku. Głównie kobiety, ale i zwariowani cylindryści spod ciemnej gwiazdy raczyli swymi banknotami o rozmaitych nominałach finansowe podniebienie Nikolasa.

 — Nie dam rady, nie potrafię, straciłem to — zaczął wyliczać, udając się do kuchni. Zeskoczyłem z parapetu i udałem się za nim. Uliczni przechodnie tym razem pozostaną jedynie w sferze planów na kolejny poranek.

 O połowę mniejsze pomieszczenie, gdzie Nikolas przygotowywał wątpliwego smaku i jakości posiłki dla siebie oraz (o zgrozo!) mnie było najlepiej oświetlonym miejscem w mieszkaniu. Dwuskrzydłowe, wysokie okna raczyły nasze oczy światłem dnia. Nikolas usiadł przy stole i zaczął sączyć zimną kawę, tak jak zwykle tonąc w myślach. Wtedy zastygał niczym marmurowy posąg i każda interwencja z mojej strony była niczym dla jego uśpionej uwagi.

 I tym razem postanowiłem utwierdzić się w przekonaniu. Wskoczyłem na blat miękko, ale stare dębowe drewno i tak wydało jękliwy zgrzyt.

 — Jeszcze nie pora, Osson — powiedział nagle. Zaniemówiłem. Będąc pogrążonym we własnych myślach, odezwał się od mnie, przemówił, po czym zepchnął siłą z powrotem na podłogę. Upadłem z głuchym łupnięciem. — Wybacz, myślałem, że wiesz... na cztery łapy... koty... nieważne. — Podparł twarz lewą ręką i wbił wzrok w nieznany punkt naprzeciwko. Nie miałem mu tego za złe. W końcu zdobyłem uwagę Nikolasa Futhera w najmniej oczekiwanej sytuacji. Po prostu usiadłem przy stole i patrzyłem na niego jak typowy tępy dachowiec czekający na porę obiadu.

 Około dziesiątej rozległ się dzwonek. Nikolas stał przy sztaludze, nerwowo kreśląc pędzlem kolejne fragmenty obrazu. Był przy tym wyjątkowo zdekoncentrowany, a kiedy usłyszał dzwonek wręcz wywrócił sztalugę. W ostatniej chwili zdążył chwycić górny róg płótna.

 — Oczywiście, oczywiście, już idę! — Pobiegł do drzwi, wywracając stojące na drodze pufy. Na szczęście siedziałem na ulubionym parapecie, więc jako obserwator miałem z całego widoku niezły ubaw.

 — Jak nasze zamówienie? — Nie poznawałem tego głosu. Zapewne nowy klient.

 — Jest... prawie gotowe. — Nikolas nigdy nie wahał się mówiąc o swoich dziełach. Sumienność i dotrzymywanie terminu były wyznacznikami, które przyciągały klientelę chętnie jak lep nieświadome niczego muchy.

 — Nie rozumiem. Umówiliśmy się na dzisiaj. To już drugi termin. To zamówienie było dla mnie i żony bardzo ważne, a pan śmie ponownie przekazać nam, iż obraz wciąż jest niegotowy? — W głosie mężczyzny słychać było narastający gniew. Kiedy wszedł razem z żoną do salonu, widziałem w jego oczach płomyki. Kobieta wtórowała mężowi, choć nie omieszkała przy tym pokazać Nikolasowi swego wydatnego zaplecza cech idealnie kobiecych. Przypomniała mi moją puszczalską matkę.

 — Proszę wybaczyć, mam za sobą ciężki tydzień, wiele nieprzespanych nocy...

 — Ależ oczywiście! Jak każdy w tym przeklętym mieście. A jednak pański dorobek artystyczny budzi podziw, dlatego niezwłocznie zapragnąłem z żoną nabyć portret pędzla sławnego Nikolasa Futhera. Jednakże on, stawiając nas w roli nachlanych wariatów, po raz wtóry deklaruje niewykonanie zamówienia!

 Zobaczyłem je, gdy wyszczerzył zęby bardziej. Dwa kły o wiele dłuższe niż reszta uzębienia. Ogniki w oczach przemieniły się w rubinowe kryształy. W mroku jego cera wyglądała zupełnie ludzko, jednak gdy wraz z żoną stanęli na drodze światłu bijącemu od okien z kuchni, przybrała trupią biel. Oto i dwa wampiry stanęły w mieszkaniu Nikolasa Futhera, który zaszedł im za lodowatą skórę. Syczały i rzęziły. Szczególnie ona, rozkręciła się, wcześniej milcząco jedynie spoglądając na swoją przyszłą ofiarę. Cóż, Nikolas był ateistą i miał uczulenie na czosnek. Osikowe kołki widywał zapewne tylko na bazarkach w dzieciństwie.

 — Proszę dać mi jeszcze dwa dni, a wywiążę się z umowy. Nigdy nie malowałem tak zaawansowanych aktów. Siedem twarzy, siedem różnych bytów na jednym obrazie. — Zaklinał się coraz bardziej prawie łkając.

 — Cwany z ciebie śmiertelnik — syknęła kobieta, ukazując swe białe jak śnieg kły. — Pieniądze, zawsze wam chodzi tylko o pieniądze. Łatwy zysk, szybka forsa. Szkoda tylko, że trafiłeś na nas.

 — Naprawdę się nie zorientowałeś? — wtrącił mężczyzna. — Przecież tytuł obrazu miał brzmieć „Zjazd Wampirów”.

 Nikolas pociągnął smutno nosem, cały drżąc.

 — Tytuł jest tylko suchym opisem. Liczy się dusza, którą zaspokajam. Pieniądze to tylko znieczulenie nędznych potrzeb ludzkiej fizjologii.

 Oboje zaśmiali się w głos. W tym samym momencie spostrzegli mnie spoczywającego na parapecie starego kocura. Zignorowali mą obecność. Nie miałem pojęcia czy to powód do radości, czy tylko uśmierzenie mych rodzących się z wolna obaw. W końcu zaatakują.

 Nie chciałem na to patrzeć ani słyszeć jego jęków. Po tych ośmiu latach rozumiałem, że tak czy owak stałem się zbędnym balastem na drodze zaspokajania głodu duszy Nikolasa Futhera. Odszedłem z lekkim żalem, prześlizgując się pomiędzy nogami wampirów. Po raz kolejny zupełna ignorancja. Będąc już w połowie drogi na parter, usłyszałem to. Gorzkie rzężenie pokonanego artysty.

11331 zzs

Liczba ocen: 4
96%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 91

Opis:

Tagi:

Dodano: 2020-12-06 18:19:35
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
~oko 1 m.
Jedna księgowa posunęła się nawet do stworzenia nowej religii, której centrum był porter przedstawiający jej nagą osobę w ucieleśnieniu demonicznej imaginacji Nikolasa Futhera. - portret zamienił się w porter
Z oczywistych względów nie poznałem jej, choć przez pewien czas tułaczki zaśmieconymi ulicami starego miasta demonów w cylindrach wraz z moją siostrą, przysłuchiwałem się opowieścią, dzięki którym w przyszłości wyklarowałem własny obraz mojej rodzicielki. - opowieściom, nie opowieścią
Nikolas znalazł mnie przypadkiem, osiem lat temu, kiedy jego czarna czupryna faktycznie taka była zaś płaski brzuch oznaczał zbilansowaną dietę, a nie wyraźne oznaki niedożywienia w wyniku oddanie się całkowitego swojej artystycznej duszy pragnącej płodzić jego rękami kolejne groteskowe portrety. - oddania
Z perspektywy czasu przyznaję, że to odległa, zakurzone przeszłość butwiejąca gdzieś w zakamarkach pamięci Nikolasa Futhera. - zakurzona
interesująca opowieść. i ładnie wykorzystany zestaw.
Odpowiedz
~marok 1 m.
oko dzięki
Odpowiedz
z dużym wykopem
"w cylindrach wraz z moją siostrą, przysłuchiwałem się opowieścią, dzięki którym w przyszłości" opowieściom

Bardzo dobre. I takie, jakby spoza Twojego stylu. Świetna budowa zdań w narracji, idealnie odmalowany klimat.
Faworyt
Odpowiedz
~marok 1 m.
Canulas no czasami trzeba wyjść ze strefy żeby się nie zasiedzieć w jednym
Odpowiedz
marok bardzo ostrożnie odpowiadasz, być może nie chcesz płoszyć kawalkady pochwał, jednak od strony bycia w pisaniu "kimś innym, niż zazwyczaj jesteś", to naprawdę poczyniłeś tu menhirek milowy, więc zachowaj skrępowanie na czas, gdy Ci będą śpiewać sto lat.
Tu Ci się należy rzetelna porcja pochwał.
Odpowiedz
~marok 1 m.
Canulas nie wiem, mi się wydaję, że zawsze tak odpowiadam. Szczątkowo, ale grunt, że stabilnie
Odpowiedz
"której centrum był porter przedstawiający jej nagą osobę" - a nie portret?
"o czterech rzędach ostrych zębiska" - ostrych zębisk;
"w kominku lub bok mnie" - obok;
"brudny, zadymiony, przypominających listopadowy krajobraz" - przypominający;
"przysłuchiwałem się opowieścią" - opowieściom;
"w wyniku oddanie się całkowitego" - oddania;
"to odległa, zakurzone przeszłość" - zakurzona;
"W prew pozorom uczucie łaknięcia kolejnych porcji" - Wbrew pozorom;
"Oczywiści, oczywiście, już idę" - Oczywiście;
"stanęli na drodze światłu bijącego od okien z kuchni" - bijącemu;
"wtrącił mężczyzna?" - chyba pytajnik się tu nie nadaje;
"uśmierzenie my rodzących się z wolna obaw" - mych;
Interpunkcyjnie też jest mnóstwo roboty, więc zabieraj się za nią!
Ale fabularnie mi się podobało, dobrze ogarnięty zestaw, ładnie zbudowany klimat, bez zbędnych fajerwerków czy udziwnień, a jednak robi robotę. Bardzo na plus.
Odpowiedz
~marok 1 m.
alfonsyna łoo, babole już poprawione, jeszcze ta interpunkcja, jak zawsze
Odpowiedz
marok dasz radę!
Odpowiedz
~marok 1 m.
alfonsyna a najgorsze że to właściwie dużo efektu mojego niechlujstwa i niedostatecznego przejrzenia tekstu po napisaniu. Ach te złe nawyki. Dobrze że koniec roku to mam już jedno postanowienie noworoczne
Odpowiedz
marok dobre postanowienia nie są złe, choć z autopsji wiem, że nie jest łatwo się ich potem trzymać.
Odpowiedz
~marok 1 m.
alfonsyna ważne że jest na papierze, a co potem, to będzie potem
Odpowiedz
Bardzo klimatyczne opowiadanie, aż się duszno i mrocznie robi na sercu.
Trzeba było wpleść jakoś ten zjazd wampirów, ale sama wolałabym, żeby to było zrobione trochę inaczej, nie tak wprost. Co wcale nie znaczy, że jest źle.
Stworzony przez Ciebie malarz bardzo przypadł mi do gustu.
Odpowiedz
~marok 1 m.
szopciuszek A ja zrobiłem tak bo czasu było mi już mało i nie chciałem kombinować
Odpowiedz
Zajebiście weirdowy klimacik
Odpowiedz
~marok 1 m.
fanthomas mówisz? To git
Odpowiedz
*Manta 1 m.
No całkiem przyjemnie się czytało
Odpowiedz
~marok 1 m.
Manta dzięki
Odpowiedz
^Halmar 1 m.
No, no, no! Komandorze MacMarok - dobra robota!
Bardzo dobrze się czytało, choć momentami miałam wrażenie, że ten kot ma ludzką duszę - i to bardzo starą duszę - bo zaiste, niektóre porównania, których używa, opisując zachowanie swojego pana, znacznie przekraczają możliwości intelektualne oraz poznawcze kota. Koty mają wiele tajemnic, których być może nigdy nie poznamy
Odpowiedz
~marok 1 m.
Halmar, jedna tajemnica odkryta jeszcze sporo do nadrobienia
Odpowiedz
" gdzie jedynie podczas pracy, ogromne okna spełniały swą rolę" - zbędny przecinek
Całkiem zacne opowiadanie. Aż żałuję, że zestaw wymagał wampirów, gdyby opowiadanie było dłuższe i/lub bez nich pewnie byłabym zachwycona. Niemniej jest świetnie.
Odpowiedz
~marok 1 m.
pkropka no 11 tyś chyba ma więc zmieściłem się z zapasem 1 tyś, nawet miałem obawy czy nie przekroczyłem, ale ostatecznie wyszło dobrze
Dzięki
Odpowiedz
Naprawdę zacne opowiadanie Momentami myślałam, że jednak artysta coś zrobi z koteckiem, ale intuicja mnie zwiodła
Odpowiedz
~marok 1 m.
Adelajda no kotecki muszą mieć u mnie w opkach dobrze
Odpowiedz
z dużym wykopem
Marok i kot-narrator, genialne
Bardzo dobre opowiadanie. Da się wczuć w klimat, co dla mnie jest jednym z wyznaczników "dobrości". Ciekawe i z potencjałem na rozbudowanie. Duże gratulacje, panie maroku!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ta księgowa... Ciekawe!
Malarz jak to artysta, nietuzinkowy, ale kot?! Proszę wszystkich! Kot ma absorbującą historię. Pięknie
Odpowiedz
z dużym wykopem
cześć,

"Portrety Nikolasa, który potrafił zawrzeć wizerunek dowolnej osoby w iście szatańskiej, obskurnej cielesności demona, pośród rozszerzającego się grona ich odbiorców stanowiły obiekty kultu. " - bardzo ładne zdanie. Świetne.

Dalej, kolejne perełki.
No i postać narratora - kurcze, masakra

Finisz niepokojacy. Całe opko ma taki klimat w zasadzie, ale koniec, no perełka też:
"W końcu zaatakują."... cudo...
Pozdrowionka


Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin