Sto lat dla Canularda!
jasno ciemno
8672, czyli Dwójeczka Oto znak! Ogień zstąpił z nieba!

11850, czyli Jedyneczka

 Albin i Opus wszędzie chodzili razem. Gdzie jeden, tam drugi – można było postawić diagnozę, że byli jednością, tą samą osobą. Może nawet tak było, prawdy są dwie, tak i nie, a fakty leżą gdzieś tam pośrodku, trochę z tyłu, na wycofce.

 Opus wracał do domu i zatrzymywał się na placyku. Odwracał głowę niespokojnie, kątem oka szukając ulotnego ruchu – świadectwa, że jego demony są tuż obok. Opus nie miał sprecyzowanych poglądów na temat ich fizycznej formy, za to ich obecność była z nim od początku. Roboczo miał dla jednego imię, zakopane i wygrzebane z czeluści pamięci: Helgensdorf. Helgensdorf, Opus byłby gotów przyznać, na pewno był chudy i czerwony – wręcz bordowy od całej tej zakrzepłej krwi i flaków. I, jak wszystkie demony, nosił miano niczym niemiecka pipidówa. I był tak samo gościnny i uroczy.

 Placyk był pusty, jak zwykle. Jednak czy to za załomem murku, za opartą o ścianę zbutwiałą paletą, za nierównym rządkiem zaniedbanych żywotników czy wreszcie tuż pod jego kołami, kołami jego samochodu mógł się czaić Helgensdorf. Helgensdorf trzymający w długich jak banany szponach jakieś nieszczęsne zwierzątko, gotów je rozerwać na strzępy, byle tylko zepsuć jemu, Opusowi, radosne popołudnie. Albin żałowałby, że nie zna tylu mądrych słów, żeby opisać swoje demony jakoś, tym samym nadając im chociaż jakiś kształt w przybliżeniu. Sam Albin przerażał się zmutowanymi jeleniami, atakującymi go rogami znienacka, wyskakując z wysokiej trawy z tego jednego miejsca, którego nigdy nie kosił, bo latały tam osy i szerszenie. Bał się, że pod sufitem w szopie mieszka ksenomorf, który tylko czeka, żeby na niego skoczyć i go zeżreć. Nadludzkim wysiłkiem woli Albin zamyka zawsze oczy i tłumaczy sobie, że nie ma żadnych ksenomorfów i istnieją tylko w jego wyobraźni. No, i w wyobraźni ich twórców, podupczonych umysłów, które stworzyły tę zapomnianą planetę z resztkami cywilizacji wysyłającej przez wieczność sygnał w kosmos. Obudź się, Albinie! Nie ma żadnych ksenomorfów, żaden wilkołak ani inny chujołak nie wlezie ci do szopy, garażu i piwnicy! Otworzysz oczy, powtarzał sobie, powtarza od lat, i niczego tam nie będzie. I nikogo. Tylko ty i twój nieuzasadniony, nieracjonalny strach.

 Gdy zamyka na noc drzwi wejściowe, sprawdza je, zwyczajnie naciskając klamkę. Gdyby były otwarte, odskoczyłyby, więc jeśli nie odskakują, znaczy że zamknięte. Albin drży na myśl, że kiedyś będzie odchodził z powrotem do domu, a klamkę naciśnie ktoś inny, od zewnątrz.

 Strach to potężne zjawisko.

 Opus, odkąd zmienił okulary na takie z grubymi oprawkami, codziennie czuje, że ma zwidy. Że kątem oka coś mu ucieka. Że coś biega obok, po podłodze, za jego plecami, na suficie. To tylko okulary, powtarza sobie. To tylko ten cholerny brzeg okularów, wchodzi ci w strefę widzenia, atakuje twoje zdolności poznawcze, twoją strefę bezpieczeństwa, w której nigdy wcześniej nikogo nie było, durna pało, bo miałeś okulary w drucianej oprawce, cienkiej jak siki pająka.

 Opus zamyka drzwi samochodu i kątem oka widzi kępkę trawy na tle białej butelki po płynie chłodniczym, butelki, którą miał kiedyś schować i najpierw to olał, a potem zapomniał. I stoi. I na tę czarną kępkę na białym tle myśl z kącika oka leci: "ptasznik".

 Chuj, że ptaszniki to nie ta strona świata.

 Ale przecież mógł komuś uciec.

 I co, podobnie jak ksenomorf na Albina, zaczaiłby się pod cholerną szopą na takim zadupiu?

 Na tym rzecz polega: że mógłby.

 Przecież strach podpowiada wszystkie rozwiązania. Odpowiedzi na niezadane pytania. Jeszcze więcej odpowiedzi, których ani Albin, ani Opus nie chcą znać. A tym bardziej pytań.

 Opus ma dni, że widzi kątem oka – a raczej kątem mózgu – sznur. Na którym chce się powiesić.

 Nie że chce cały czas. Nie, że chce zostawić Jedyną i to wszystko. I Albina. Ale czuje zew sznura, czuje zew liny, stalowej, powrozu konopnego, sznura plecionego. Czuje, że belka w szopie spokojnie go utrzyma, mimo że przeżarły ją pokolenia zabawnych w wyglądzie, wiecznie głodnych owadów. Czuje, że w razie potrzeby są miejsca w pracy: pomieszczenia, do których tylko on ma klucze. Szukaliby go dniami i nocami, telefon by dzwonił, a on by spokojniutko wisiał u sufitu w jakimś cholernym archiwum, pomiędzy zakurzonymi komputerami i zawiązanymi na zawsze workami z Światem Komputerów. Ironia losu: Opus się powiesił na szelkach roboczych ogrodniczek, piętro wyżej niż by go wszyscy szukali, u sufitu zapomnianego pomieszczenia. Chciałby widzieć ich miny. A potem myśli o Jedynej i nie chciałby widzieć jej miny, jak odchodzi od zmysłów i wreszcie dociera do niej, że już nigdy nie wróci. Kto jej przekaże? Kto przekaże matce?

 Opus romansuje z myślą o odebraniu sobie życia. Chciałby rozszarpać, lub też gładko rozciąć sobie tętnicę szyjną z prawej strony, a może żyłę, żeby zobaczyć buchnięcie karminu, szkarłatu, cynobru. Czerwieni, bordo. Ożywcza krew barwiąca wszystko dookoła na czerwono, na krwisto. I ciepła przy tym jego ciepłem. Ciepła, własne ciepło jak własny mocz, gorący jak sam człowiek. Opus romansuje z myślą o gilotynie, o nożycach, o cęgach. O ostrzu, które rozcina jego szyję, z której strugami wypływa jego życie, nienapisane książki, nienamalowane obrazy, niewymyślone piosenki. Albo: nieprzeczytane, niewidziane, niesłyszane. Opus trochę pisze, trochę muzykuje, trochę maluje i skrobie. Tak samo Albin, choć ten drży na myśl o śmierci. Niedawno prawie wpadł pod ciężarówkę i byłby został staranowany na amen, ale szczęśliwie uciekł na krawężnik. Przysiągł sobie, że nigdy więcej nie skręci tam w lewo, bo nic nie widać czy zza zakrętu coś jedzie. A jeżdżą jak wariaci, mimo że napisy że czterdzieści i wąsko, ściany z obu stron. Opus fantazjuje o metalowej lince, o tym, że skacze z najwyższego piętra klatki schodowej w pracy i znajdą go wszyscy, wychodzący z pierwszej zmiany. Gwóźdź programu: trup Opusa. Zapamiętają go lepiej, niż jakby się wyhuśtał w lesie, żeby nikt go nie znalazł, żeby padał na niego deszcz, obgryzały go zwierzęta i ktoś zajebał mu buty. Albin żałowałby tych butów, ze startą podeszwą od zewnątrz. Drogie były. Sam by sobie ich nie kupił, a Opus w nich już drugi albo trzeci rok popyla, w lato, w śnieg, buty za cztery stówki prawie a taka szmata już prawie. A mógłby pastować, czyścić, chociaż umyć raz za czas. Dbać mógłby lepiej, albo w ogóle.

 Siostra Albina ma zwierzę. Opus też, więc na rodzinę przypadają trzy zwierzęta. Trzy sztuki, gatunek: ssak. Jeden z tych popularniejszych. Jeden z tych ssaków miał ostatnio usuwanego guza, prawie sto gramów przerośniętego gruczołu, czy coś takiego. Opus od dwóch tygodni przeżywa: co się stało z tym odciętym ochłapem?

 – Doktorzy honoris causa akademii weterynarii zebrali się nad ssakiem i pochyliwszy głowy i nosy nad pogrążonym w narkotycznym śnie pupilem, zabrali się do cięcia delikatnej, futrzanej skóry na brzuchu, by wyciąć stamtąd kawał zmutowanego mięsa, kawał tkanki, kawał dobrej roboty, a kiedy tamci tną, wycinają, chlastają, pielęgniarki zabiegowe kruszą w palcach kostki rosołowe, nad palnikiem chemicznym czy też kauteryzatorem naczyń krwionośnych lub chamsko nad lutlampą ogrzewają garnek Zepter, w którym wszystko na raz stanie się rosołem z małego ssaka domowego, rosołem, który pozwoli się posilić tym zastępom medycznej pomocy, tym archidiakonom medycyny zabiegowej małych ssaków... – nawijał. – Pamiętajmy, że siostra Albina nie jest hodowczynią megafauny. Cała medyczna diecezja uda się potem na posiłek, złożony z miski lichej, acz rozgrzewającej zupki z gruczolaka ssaka oraz kilku prażonych owadów karmowych po chamsku zajebanych z terrarium węża chorego na astmę, którego mimo drogich starań, raczej nie uda się wyleczyć, co za szkoda. Co za fatalna szkoda.

 Albin od tygodni rwie włosy z głowy i krzyczy na Opusa, żeby przestał dorabiać ideologię do wyciętych ze ssaków, gadów, płazów i innych stworzeń chorych tkanek. Żeby nie mówił już o zabiegach; pieczeniu i smażeniu, prażeniu i tak dalej tkanek, które w najlepszym przypadku chciały tam pozostać, bo z nimi się urodziły lub wykluły, a w najgorszym, cóż, po prostu tam były. Ale apetycznymi nie można ich nazwać ani wtedy, ani potem. To, że Opus nieustająco o nich bełkotał, nie polepszało Albinowi samopoczucia.

 – Rzygam już twoimi teoriami dotyczącymi jąder i gruczołów ssaków domowych.

 Opus zaś nie przestawał tworzyć i roztaczać wokół siebie teorii, projektować na innych swoich fantazji dotyczących odciętych zwierzęcych narządów i narośli. Na obcych w sklepach, na współpracowników, na lekarzy i siostrę Albina i na swoją matkę. Wszyscy musieli usłyszeć przynajmniej raz o pogrążonych w zadumie nad kubkiem rosołu weteranach weterynarii, smakujących kostkę rosołową wieprzowo-wołową z dodatkiem ekstrahowanego z alg glutaminianu sodu, czyniącego wszystko zawsze smaczniejszym. Zupełnie, jakby załogi kliniki weterynaryjnej nie było stać na prawdziwy rosół czy bulion warzywny z jednej z dziesiątek knajp z żarciem na wynos w okolicy. Ale Opus nie przestawał.

 – Bycze jaja, proszę pana, to jeszcze. Duży ssak – duże jaja. Kremowe nadzienie – żartowała doktorka, a Opus chłonął. Widział już ściekające jej po brodzie gluty, mimo że jej jeszcze nie widział. – Mały ssak… takimi jajeczkami się pan nie naje.

 – To tylko do rosołu – komentował potem obcym ludziom Opus, snując wizje karmienia głodnych odpadami z klinik medycznych. Świat marnował tysiące ton jedzenia dziennie, jedna trzecią światowej produkcji żywności szła do śmieci, a Opus kombinował jak na małą skalę nakarmić lekarzy weterynarii i sanitariuszy oddziałowych pieczonymi świeżo uśpionymi zwierzętami, jajecznicami z wyciętymi jajnikami i zupami z nowotworów.

 – Kurwa, taki ssak je tylko to, co mu dajesz, karmisz go swoim żarciem, z własnej ręki i nagle brzydziłbyś się zupy z jego jajek czy gruczolaka? A w markecie kupujesz zapakowane w plastik trzymane w chuj wie jakich warunkach, karmione antybiotykami i anabolikami, wreszcie oddzielane mechanicznie ochłapy kurczaków za gruby hajs i nie widzisz z tym problemu?

 Albin stał zazwyczaj przy Opusie, jak brat przy bracie w tej normalny, rodzinny sposób, nie biblijny czy też spieprzony odwrotnie sposób bałkański. Ale tego gadania miał trochę dość. Mówił mu:

 – Mam dość tych teorii o jedzeniu odciętych kawałków zwierząt domowych niehodowanych na rzeź – mówił i zaznaczał, czuł potrzebę zaznaczania, bo znał Opusa i wiedział, jak to z nim jest i jak to może być. – Zamykam oczy i widzę, jak kucasz na bosaka na kozetce i nad farelką ogrzewasz zwłoki chomika, ja przez to ledwie jem, a spać to już mi całkiem nie wychodzi. Boję się, że przejdziesz od słów do czynów i zaczniesz żreć te wszystkie medyczne śmieci i odpady.

 – Nie zacznę żreć tych wszystkich śmieci i odpadów – pocieszał go Opus, ale widać było, że wystarczyło wspomnieć o odpadach medycznych i wracał temat grzebania w śmieciach i tym, jak to kiedyś na zachodzie wygrzebał z czyjegoś przydomowego śmietnika działający telefon komórkowy z fotami cycków niewykasowanych z pamięci oraz kartonem duńskich pornoli po duńsku, których bohaterkę zdarzało się Albinowi googlać w chwilach słabości. Opus kolekcjonował pamięć o znaleziskach, zaś same znaleziska podlegały w jego opinii uczciwej redystrybucji: Pornole do wypożyczalni, ubrania bezdomnym, zdjęcia cycków do internetu a nowotwory do garnków. I to wszystko dać ludziom darmo, żeby nauczyć ich uczciwej redystrybucji, zamiast folgować kradzieży i zdzierstwu. Albin zaś strofował go w kółko, że się tak nie da i nie uda, bo infrastruktura międzyludzka jest niegotowa. Opus krzyczał, jak zawsze, że wystarczy dać ludziom misję i pozwolić grzebać, szperać i przetrząsać!, Że ludzkość się odwdzięczy! Albin bił się w czoło i mówił, że Opus fantazjuje komunistycznie i że dziki kapitalizm i autorytaryzm sprawią, że będzie tak jak już jest, tylko gorzej. Opus wtedy zaczyna od chorych ludzkich nerek, a Albin żałuje, że w ogóle dał się wciągnąć w dyskusję.

 

 

 

 

 

 

 

 

11924 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Okropny
Kategoria: inne

Liczba wejść: 34

Opis:

Dodano: 2020-12-09 10:56:12
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin