jasno ciemno
Dżentelmann TW#5 - Malarz Demonów

Narodziny Rzeźnika L - część (I)

  Już wczesnym rankiem parking dla gości zdawał się zapełniać w tempie jakby na miejscu Letalnicy stanął hipermarket z największymi promocjami po tej stronie Alp. Kibice zjeżdżali się na miejsce długim sznurem i parkowali auta byle jak, nierzadko zajmując dwa, czasami trzy miejsca. Z tyłu głowy każdy wiedział, że miejsca na trybunach są ograniczone, dlatego ludzkie bydło pędziło przed siebie, każdy prześcigając każdego.

 Jurij znalazł to jedno, idealne miejsce parkingowe blisko pierwszych kanciap służących za toalety i szatnie. Jego białe audi wpasowało się w prostokąt pomiędzy dwoma fiatami z niewielkim zapasem miejsca na uchylenie drzwi. Kombinezon i narty już czekały w jednym z drewnianych domków, gdzie skoczkowie tłoczyli się i dziurawili żyły kolejnymi porcjami stymulantów. Jurij nie stanowił wyjątku. Można śmiało stwierdzić, że był ambasadorem, choć nieoficjalnym, serum Sennych Aspiracji. O co biega? Jakaś dobra kolońska zmieszana z zeszłorocznym naparem szpinakowym i amfetaminą? Wszystko w swoim czasie.

 Jurij natrętnie pociągnął nosem, wdychając alpejskie powietrze. Dolina Planicy w grudniu oferowała przyjezdnym krajobraz w stylu baśni Królowej Śniegu, a wszechobecna biel działała dwojako – przyciągała i obrzydzała. Jurij zdecydowanie zaliczał się do grupy gdzieś pośrodku. Nie z mocno w prawo, ale nie daj Bóg mocno w lewo.

 Nie przeszedł nawet siedmiu kroków, kiedy zza pleców do jego uszu dobiegły odgłosy wrzawy dzieciarni. Odwrócił głowę, mierząc wzrokiem zagrożenie. Grupka bachorów obstąpiła skoczka w jednej chwili. Tuż za nimi podążali zdyszani opiekunowie o czerwonych odmrożonych policzkach i spierzchniętych ustach. Ciężkie oddechy ginęły jednak w kanonadzie uradowanej hołoty nieletnich zabójców dobrego samopoczucia. Jurij nienawidził szczerze dzieci, nastolatków, a okazjonalnie również studentów pierwszego i drugiego roku. Sam dobijał już do trzydziestki, więc wspomnienia z radosnych poprawek kolejnego roku nadal ciągnęły się za nim gęstym sznurem smoły rozgoryczenia. Ambicja. Z jednej strony kariera sportowa, pierwsze sukcesy, punkty w Pucharze Świata, z drugiej – dwie pary oczu demona obu płci łypiącego złowrogo i plującego lawą zmieszaną ze żrącymi chemikaliami niezadowolenia. Rodzice Jurija drążyli w jego mózgu otwór, aby lepiej wlewać do głowy ukochanego, jedynego syna, że skoki narciarskie są tylko nędzną namiastką prawdziwej kariery w firmie tatusia, mającego udziały na całej Skandynawii i lokalnie w Zachodniej Europie. To jest przyszłość!

 — Jebać taką przyszłość! — ryknął jakby co najmniej spóźnił skok na mistrzostwa świata i zaprzepaścił sukces jaśniejący powoli na horyzoncie.

 — Jaką przyszłość? — spytał jeden z bachorów. Pod czapką z naszywką w kształcie flagi Norwegii zwisały pukielki blond włosów zasłaniające szafirowe oczy.

 — Moją, bo raczej nie twoją... mały — odparł, gryząc się w język na ostatniej prostej do wypowiedzenia uwielbianego określenia niskorosłej hołoty pseudokibiców. Wścibski skurwiel!

 — Pan jest Bjorn? — odezwał się cichy głosik gdzieś z tyłu.

 — Nie, Jurij Smietunow... mała.

 Fala wrzawy w momencie opadła. Nastała cisza trwająca dobre dziesięć sekund. Opiekunowie zdegenerowanej gromadki niskorosłych nomadów sami wyrażali na swoich przemarzniętych twarzach zdziwienie.

 — Nie jest pan skoczkiem kadry norweskiej? — zapytał jeden z nich, barczysty, brodaty opiekun-drwal-statysta w reklamie golibrody.

 Jurij zmarszczył brwi. Gardło paliło jak diabli. Żrąca ciecz podchodziła do jamy ustnej jak rzygowiny z ostatniej imprezy. Czuł, że długo nie wytrzyma. Splunie im w pysk najgorszą porcją skurwysyństwa. Nie ma nic bardziej uwłaczającego niż pomylenie zawodnika z kimś zupełnie innym. Pal licho, niech to będzie Estończyk albo Polak. Wszyscy wiedzą jak świat skoków długi i rozjebany przez stymulanty i korupcję, że Słoweńcy są ponad trupem estońskiej kadry i dogorywającą papką parodystów prawdziwych skoków w drużynie polskiej. Ale z Norwegiem?!

 — Nieee, jestem w kadrze Słowenii... a co kurwa? — Ostatnie słowa wyszeptał, albo nawet nie wypowiedział, jedynie pomyślał. Mimo wszystko oczy krzyczały, kurwiły i rzygały niewidzialnym kwasem na nieświadomą zgraję bachorów i ich opiekunów.

 — Szkoda. Dzieciaki chciały bardzo zobaczyć Bjorna Gerud. Ostatnio spisuje się świetnie, poprzedni sezon był jego życiówką. Trudno, nie będziemy panu zajmować czas. Może jeszcze się uda złapać na autograf prawdziwego mistrza.

 Odeszli powoli, nieśpiesznie. Podziwiali widoki doliny i mieniącą się w słońcu Letalnicę. Niektóre bachory rozpłakały się. Myślały o mistrzu. O tym wielki Bjornie, który w poprzednim sezonie wygrał czternaście konkursów z rzędu, triumfował w Turnieju Czterech Skoczni i każdym innym czempionacie o wysokiej randze. Był niepokonany. Srał na wszystkich innych, nawet kolegów z drużyny. Jednemu rozwalił nos przed drużynówką w Zakopanem na początku tamtego sezonu. Dlaczego? Dla zasady. Matti Huomot prezentował dobrą formę dwa lata temu, więc Bjorn logicznie wywnioskował, że na początku kolejnego sezonu, będzie jego bezpośrednim rywalem. Matti nie tolerował jednak nowych generacji stymulantów Sennych Aspiracji. Wywoływały u niego wymioty krwią, liczne owrzodzenia żołądka, postawiły na skraju życia i śmierci. Tymczasem Gerud wykazywał niezwykłą łatwość w przyswajaniu kolejnych generacji. Postanowił jednak upewnić się, że Matti nie pokaże nic więcej poza przeciętnym, szarym skokiem. Nie myślał o tym, że drużynowe konkursy z zasady wygrywają drużyny z czwórką świetnych skoczków. To tylko formalna statystyka. W generalce i tak triumfować będzie on. Jurij przyglądał się temu sukcesowi z trzeciej dziesiątki. Tylko raz udało mu się awansować na dziewiętnaste miejsce po słabej próbie jakiegoś tam Polaka. A może to był Rosjanin? W każdym razie dla niego Bjorn był odległą nigdy niezrealizowaną cząstką własnego marzenia o wielkich sukcesach. Zawsze aspirował do czołówki, był nawet taki czas, kiedy słoweńskie media faktycznie uważały go za złote dziecko słoweńskich skoków. Ironia losu sprawiła jednak, że złota otoczka, którą obrósł,  okazała się tylko nędzną powłoką bezkształtnej, pozbawionej talentu masy.

 Drewniane kanciapy ustawione w trzech rzędach tworzyły labirynt, który podzielony był na sektory poszczególnych nacji. Słoweńcy przydzieleni mieli sektor A, czyli teoretycznie najbliższy skoczni i najlepszy. W rzeczywistości każdy z sektorów był obskurnym zlepkiem kilku drewnianych bud, w których bieżąca woda i działająca spłuczka w kiblu stanowiły synonim wysokiego standardu. Czasy się zmieniły. Czwarta dekada dwudziestego pierwszego wieku, zaoferowała nowe, monumentalne skocznie, na których loty powyżej trzysetnego metra były normą i popękane klozety w szatniach dla skoczków, pochodzące z aukcji charytatywnych, gdzie przedstawiciele związków narciarskich z różnych państw kupowali je po śmiesznych cenach. Produkcja legalnych stymulantów, walka z podróbkami i nowe skocznie. Pieniądze szybko się skończyły, a ludzie pragnęli więcej ekstremy, ryzyka, łamanych karków na stromych zeskokach i strug krwi z rozerwanych tętnic szyjnych, gdy bezwładne ciała skoczków osuwały się na bieluśkiej zjeżdżalni. Klozety pękały ale jeśli nie szykowałeś dwójki, mogłeś lać spokojnie.

7238 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 17

Opis:

Tagi:

Dodano: 2020-12-13 23:42:19
Komentarze.
Ciekawy światek skoczków. Kto by przypuszczał, że klozety pękały?
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin