jasno ciemno
ZOMO-Cop (1z2) Narodziny Rzeźnika L - część (I)

Dżentelmann

  Wtorkowy wieczór dłużył się Lunny w nieskończoność. Latarnie uliczne co chwila migotały bladym blaskiem, auta mozolnie toczyły się po spękanym asfalcie. Niebo przypominało dno czarnego, plastikowego worka idealnego na przechowanie na przykład ciała byłego, w złym momencie powiedział złe słowa, a raczej złą ich ilość. O dwa za dużo. Przecież gdyby nie te znamienne: Kurwisz się! Gdyby nie ten zabójczy duet, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale Alex nie chciał inaczej. Wparował do domu jak władca zamku i trzaskając wrotami swojego królestwa, przywołał swą służebnicę przed oblicze jej zwierzchnika. 

 — Wiem wszystko. — Spojrzał na jej piersi. Nie chciała się z nim kochać, bo miała cztery fioletowe siniaki, a on lubił ją obmacywać. Tamtej nocy powiedziała, że upadła kiedy był w pracy. Uwierzył.

 — O czym mówisz? Chodzi o…

 — Dlaczego kłamałaś? Dlaczego łgałaś od samego początku!

 Zamilkła. Jego wzrok mówił wszystko. Cokolwiek teraz powie, przegrała. Nawet jeśli rzuci się na kolana ze łzami w oczach — przegrała.

 — Lunny…

 — Tonie tak jak myślisz. — Klasycznie. Czasami zwykły ketchup wystarczy, aby kolacja zaczęła smakować. Nie tym razem! To jest etap, w którym kolacja ląduje na twarzy Lenny.

 — Kurwisz się!

 Wycelował dokładnie w ten punkt i był cholernie celny. W pierwszej chwili zabolało, jakby ktoś miażdżył ci wnętrzności od środka w losowej kolejności. Pochyliła się lekko i załkała. Pozwoliła, żeby zrobił z niej worek treningowy. Wylądowała trzy kroki dalej. Krew pojawiła się w ustach i nozdrzach. Alex chwycił ją za włosy jak szmacianą lalkę. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Miała komplet zębów i ostre kły, na tyle, że gdy była na ostatniej wizycie u stomatologa, ten wysoki blondyn zaproponował piłowanie. Na szczęście odmówiła. Alex poczuł je zatapiające się w dłoni. Jęknął, dając czas Lenny na wyswobodzenie się z potrzasku. Był zajęty krwawiącą raną.

 Jego ulubiony colt kaliber czterdzieści cztery leżał ukryty pod stertą papierzysk w salonie. Dwa dni temu w ostatniej chwili zrezygnował ze strzelnicy na rzecz dodatkowych godzin w robocie. Tylko ten raz, potem będzie już regularny. Pistolet był naładowany, a jakże. Zawsze tam robił, a nuż po drodze trafi się jakiś ruchomy cel.

 Za pierwszym razem chybiła, jeszcze dwa. Lewa noga, potem szyja. Wykrwawił się szybko, zanim zdążył obarczyć ją spojrzeniem winy. Nadal tam leży, w zaschniętej kałuży krwi. Minęły dopiero trzy godziny, a on wciąż gapi się na tę samą ścianę.

 Dlaczego to ma być już koniec?

 Chwyciła za telefon. To był impuls. Dziwna i niepohamowana potrzeba pojawiła się w umyśle i zawładnęła nim. Kazała wybrać numer, zadzwonić. W słuchawce pojawił się męski głos. Był niski, apatyczny i cichy.

 — Będę za szesnaście minut. Szykuj swe blade pośladki. Będą dziś sążnie klepane.

 Odłożyła słuchawkę i zaczęła odliczać minuty.

 

 

 *******

 

 Spóźniał się. Kiedy minęła osiemnasta minuta Lunny zaczęła przypuszczać, że nie przyjdzie. Na ulicy zapadłą martwa cisza. Latarnie migotały coraz bardziej, auta przestały się toczyć. Nawet wiatr umilkł. Podeszła do okna. Przed drzwiami jej domu stał mężczyzna w czarnej kurtce i brunatnym cylindrze. Kiedy ją zobaczył, wskazał dłonią na ulicę, a potem gestem kazał wyjść na zewnątrz. Nie zastanawiała się. Ludzie mają różne upodobania. Jeśli chce bzyknąć ją na środku jezdni, proszę bardzo. Założyła jedynie ciepłą czapkę i adidasy, po czym wyszła przed dom, gdzie czekał mężczyzna.

 — To ty? — zapytała.

 — Co powiesz na uliczny numerek? — W jego głosie pobrzmiewała jakaś niewytłumaczalna dziwność. Nie wykryła jej w słuchawce, ale teraz. Facet był na pewno jakimś zboczonym erotomanem, mieszkającym w jakiejś wilgotnej kanciapie i wydającym wszystkie swoje oszczędności na najdziwniejsze pornosy w branży.

 — Za dodatkowe pieszczoty biorę osobno. Zależy, co lubisz?

 — Słuchaj, ja chcę cię po prostu zerżnąć na tej ulicy. To wszystko. Lubię zapach asfaltu wieczorem zmieszany ze smrodem nocnego smogu. — Zaczął rozpinać kurtkę. Miał pod nią błękitny sweter, na którym wyszyty był cylinder zrobiony z czegoś, co przypominało kobiece piersi. Odnalazła nawet sutki sterczące w kilku miejscach pomiędzy szwami poszczególnych elementów.

 — Nie masz żadnych upodobań? Każdy coś ma. No dalej, nie wstydź się. Jestem rasową dziwką, kurwię się na każdy możliwy sposób. Z tego żyję.

 Rozebrała się do majtek w kilka sekund. Na wszelki wypadek rozpięła od razu stanik. Z doświadczenia wiedziała, że gołe cycki zwykle budziły w facetach ukryte potrzeby. Ten przypadek był jednak szczególny. Miseczka D, tak jak lubił. Zupełnie blade i zapewne idealnie jędrne. Poprawił cylinder i rzucił się w stronę Lunny niczym wygłodniały wilk. Chwycił oba, mocno. Poczuła, jak siniaki wyzwalają ból podchodzący aż do szyi. Przetrwała to. Nie zwalniał tempa. Rwał coraz mocniej, rozstawiając na skórze czerwone pręgi.

 — Może przejdziemy do konkretów?

 — Teraz możesz tylko wrzeszczeć kurewko.

 Nagle poczuła, jak coś wbija jej się w lewą, a potem w prawą pierś. Jakby długie, ostre pazury. Zniżyła wzrok, po czym wrzasnęła donośnie. W miejscu swych atrybutów pracy miała tylko krwawe kratery, z których płynęły strugi krwi. Mężczyzna sapał, jakby przebiegł maraton. Na długi pazurach zwisały mu postrzępione piersi Lenny.

 — Kurwa! Kurwa! Zabrałeś mi je! — Świat powoli kołował jej przed oczami. Nie traciła świadomości, zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza.

 — O tak! Kolejna naiwna suczka, kolejne piękne miseczki. Brakowało mi ich. Ostatni miesiąc… te wszystkie gejowskie orgie. Dobrze płacili, ale brakowało mi tego! Żadne pieniądze nie wynagrodzą mi tej posuchy tak dobrze jak twoje jędrne piersi.

 Zsunął oba strzępy z pazurów i schował je do głębokich kieszeni w kurtce. Wcześniej oblizał środek upewniając się o ich wysokiej jakości.

 — Są idealne, zapewniam cię — dodał, klepiąc dłonią w kieszeń.

 — Zabrałeś mi je — jęknęła, z trudem przełykając ślinę. Nie zwracała uwagi na ból. Zasłaniała pustkę, która pozostała gapiąc się na uradowanego faceta.

 — Nie miałem wyboru. Przecież widzieliśmy się wczoraj. Powiedziałem, że możesz dzwonić kiedy chcesz, a ja zapłacę sowicie za wszystko. — Wręczył jej plik banknotów o różnych nominałach. — Nie wiem ile, ale na pewno więcej niż za dziesięć kolejnych sesji. Jestem bezkompromisowy, ale nie jestem niesprawiedliwy. Dlatego każda mi wybacza, prędzej czy później — uśmiechnął się krzywo. Lenny spuściła tylko wzrok i wyrwała z jego dłoni plik.

 — To ma mnie pocieszyć?

 — Na razie tak. Przynajmniej zaleczyć kilka głębszych ran, w końcu i tak zdechniesz. Narrator tego świata chyba nie zdaje sobie sprawy, jak to jest wyrwać komuś oba cyce i potem z nim jeszcze jakby nigdy nic gadać. A i jeszcze jedno, wizytówka.

 Lunny chwyciła ją bez przekonania, jakby tracąc z każdą kolejną sekundą siły. Bez problemu jednak odczytała, co na niej pisało. DŻENTELMANN – MAMMOGRAFIA.

 — Ciebie nie musiałem łapać na tę klasykę. Dziwki samą pełzają tam, gdzie nie powinny. 

 

6983 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne

Liczba wejść: 22

Opis:

Tagi:

Dodano: 2020-12-16 23:29:51
Komentarze.
Hej,
Zaczynamy:

"Niebo przypominało dno czarnego, plastikowego worka idealnego na przechowanie na przykład ciała byłego, w złym momencie powiedział złe słowa, a raczej złą ich ilość. " - tu mi coś nie gra...

" — Tonie tak jak myślisz." - chyba nie chodzi o "tonięcie" w wodzie, więc raczej osobno

Egzystencjalne opowieści przyciągają uwagę, zwłaszcza jeśli są dobrze napisane.
Tu jest klimat, jest przemyślana fabuła, jest ok
Pozdrowionka


Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin