jasno ciemno
A my tak łatwopalni - drabble Dżentelmann

ZOMO-Cop (1z2)

  Kiedy mgła osiadła na dobre ponad dziurawą szosą, wysłużony fiat 125p zwolnił do trzydziestki i łypiąc ledwo widocznymi reflektorami w mlecznej pierzynie, doczołgał się do najbliższego zajazdu. Kikuty okolicznych uschniętych iglaków wystrzeliwały ponad mglisty całun, wyglądając na tle gwieździstego nieba jak zakończenia grzbietu olbrzymiego jeżozwierza. Wiatr ucichł, tak samo jak fiatowska sanitarka rocznik osiem dziewięć, która zatrzymała się przed chwilą obok drewnianej ciupy przypominającej wielosracz dla najbardziej zdeterminowanych po ciężkiej podróży. Od tego przesiąkniętego niezdrowy realizmem myślenia, odciągała jedynie wystająca z dachu rura, z której wydobywał się biały dym. Teodor trzasnął drzwiami i sprawdził, czy na zamek na pewno załapał, że ma zadziałać. Nic z tego. Próba numer dwa – lepiej, jedynie niewielka szpara przypominająca, że komuchy lubili bawić się w eksperymentalną manufakturę samochodową.

 Na pierwszy rzut oka – gówniana rudera, a jednak stary „Borewicz” i tico w fiolecie po wiejskim tuningu stały równiutko zaparkowane po drugiej stronie placu, po jedyną latarnią w promieniu dobrych trzech kilometrów. Zajazd „Auto-żer” z podświetlanym napisem przyciągał oryginalnością tylko zbłąkane dusze narodowców i fanatyków najgorszej grochówki w kraju. Z uchylonego okna wydobywał się potworny zapach odgrzewanej ze sto razy zupy i dymu tanich papierosów. Następnie głośne owacje, jakiś toast, a potem znowu cisza, jakieś szmery. Teodor stanął przed drzwiami obitymi wyselekcjonowanym duroplastem poprawiając na barkach skórzaną kurtkę koloru masy orzechowej. Chwycił za starą, luźno osadzoną klamkę i wszedł do środka. Z zewnątrz kanciapa prezentowała się o wiele gorzej. Zwracała uwagę przestronność, która we mgle i półmroku nie była dostrzegalna. Przy stoliku siedziało troje chłopa. Do tego dwie kelnerki stojące przy barze i barman sprawiający wrażenie jakby ukrywał się tu przed karą za złamanie zasad przepustki.

 Teodor zajął miejsce przy wolnym stoliku. Opadający na oczy czarny pukiel spoconych włosów szybko odgarnął na bok. Zdecydował się na stolik najczystszy i tylko dla dwóch osób. Jego obecność nie zaskoczyła nikogo. Jedna z kelnerek – rudowłosa, wysoka i w poplamionym grochówką fartuchu podeszła do nowego klienta. Sztuczny uśmiech utrzymywał się na jej twarzy krótko, do czasu kiedy zrozumiała, że bardziej niż na menu Teodor skupił wzrok na plamie.

 — Polecam specjalność dnia, jeśli ma pan problem z wyborem — powiedziała, nerwowo potrząsając notesem.

 — Jasne. Jaki ten wasz specjał?

 — Schabowy z ziemniakami i herbata — odpowiedziała, próbując ponownie się uśmiechnąć. Dla Teodora i tak była już spalona. Wszak rudowłose kelnerki zwykle mają więcej na sumieniu niż statystyczny europoseł.

 — A jaki był specjał dnia wczoraj?

 — Schabowy i surówka.

 — Poproszę wczorajszy specjał. Nie przepadam za ziemniakami.

 Kelnerka na moment zamilkła. Przeanalizowała wszystkie dane, zerkając co i rusz w stronę kuchni.

 — Ten specjał był w karcie wczoraj, niestety nie mogę przyjąć tego zamówienia.

 — W karcie są tylko trzy dania, a ja nienawidzę schabowych i jestem kurewsko uprzedzony do mielonych. Zostaje mi specjał dnia z wczoraj, który i tak jest w karcie. Czy jeśli domówię do tego herbatę, albo chociaż szczyny waszego kucharza, to coś zmieni.

 Kobieta wytrzeszczyła oczy i pstryknęła długopisem.

 — Oczywiście — oznajmiła bez cienia wątpliwości. — Pańskie zamówienie zostało przyjęte.

 — Świetnie, mam nadzieję, że nie jesteś rudą fanatyczką świńskich żartów i nie każesz teraz kucharzowi naszczać do szklanki. Zwykły Lipton wystarczy.

 Przytaknęła i pośpiesznie przekazała zamówienie do kuchni. Zza ściany wychylił się łysy chłystek z wytatuowanym pająkiem na lewej skroni. Zmierzył Teodora wzrokiem, po czym wrócił do smażenia starego halibuta na zimnym oleju dla jednego z facetów siedzącego w męskim trójkącie, który od teraz zaczął bardziej niż na rozmowie skupiać uwagę w stronę nowego klienta. Jeden z nich wstał od stolika i przysiadł się do Teodora.

 — Jak myślisz, czy to wszystko nie wydaje ci się znajome? — zapytał niskim, basowym głosem.

 — Nie bardzo. Chyba że zamiast herbaty postawią mi przed oczami szklankę z moczem.

 — Tutejszy?

 Teodor uśmiechnął się lekko i pokręcił przecząco głową.

 — To wiele wyjaśnia. Z daleka?

 — Jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów na zachód. Dla poczciwego fiata to jak morderczy maraton przez pustynię.

 — No, no, spory kawałek drogi. Nie miewamy tu ludzi z daleka. Jak już, to zwykle za dnia. Noce... są trochę inne. — Nachylił się nad blatem stolika. Umazany tłuszczem zarost znalazł się niebezpiecznie blisko twarzy Teodora. — Mają zjebaną nazwę. Mówiłem to właścicielowi ze tysiąc razy, ale on nie słucha. I tak nocą...

 Krzyk kelnerki przerwał milczący leniwy klimat. Rudowłosa fanatyczka świńskich żartów upuściła specjał dnia i szklankę ze szczynami kucharza. Na zewnątrz rozległ się dźwięk motocykla.

 — Za wcześnie, za wcześnie — zaczęła jęczeć.

 Huk wystrzału rozerwał gęste, skąpane mgłą powietrze. Rudowłosa po chwili leżała na wytartym linoleum w soczystym bagnie własnej krwi i flaków. Przez moment jeszcze wierzgała, jak trafiona niecelnie sarna. Dogorywała gapiąc się na kucharza, który stał na wylocie kuchni nie mogąc opanować fali śmiechu.

 Do środka wszedł... Peter Weller przebrany za RoboCopa? Hipoteza nie była wcale skazana na porażkę, gdyby nie mały szczegół. Na lewym ramieniu widniały cztery litery: ZOMO.

 — Ktoś zamawiał striptizera ostatniej potrzeby? — wybrzmiał zdeformowany, robotyczny głos.

 Brak odpowiedzi zmusił szafirowego, lśniącego antypacyfistę do dalszego marszu.

 Teodor i upaprany w tłuszczu koleś siedzieli jak reszta ukryci za stolikami gdy ZOMO-Cop analizował struktury pomieszczenia i martwe ciało rudej kelnerki. Miał ewidentne braki w szybkim i przestrzennym myśleniu. Dobrych kilka chwil zajęło mu ustalenie, że w wejściu do kuchni stoi chichoczący kucharz.

 Wycelował czarną, futurystyczną giwerę w jego czoło i nacisnął spust. Kulka leciała do celu jakby zamrożona w slow-motion, dziurawiąc mózg kucharza po upływie minuty, na końcu słychać było czyjś krzyk, być może był to James McAvoy w finale X-Men: First Class.

 Druga kelnerka o blond włosach, szczupłej sylwetce, błękitnych oczach i małych piersiach skuliła się za barem. Oddychała ciężko, czując, że teraz jej kolej. Nie pojawiła się w żadnej, nawet drugoplanowej scenie wcześniej. A przecież to ma być rzeź, musi być mięso, krew, wyrwany język tańczący przez momenty na blacie baru.

 Wykonała zadanie perfekcyjnie. Kiedy ZOMO-Cop zaciskał chwyt na jej szyi coraz mocniej z trudem łapała oddech, ale nie walczyła zaciekle. Pozwoliła, żeby najpierw wyrwał jej język, a potem wydłubał lewe oko i nalał do środka czystej ze strojącej w zasięgu małpki. Swoją drogą, maszynka miała dobrze rozwinięte zdolności manualne. Ktoś mocno natrudził się, żeby większość kasy włożyć w zdolności dłoni.

 Rzucił ciałem kelnerki jak workiem ziemniaków, mimo iż po zetknięciu ze ścianą wcale się nie rozpruło. Coś zwróciło jego uwagę w kuchni. Sensory ruchu, albo dźwięku wykryły potencjalnego intruza w prawym kwadracie pomieszczenia. Na czubku hełmu zasłaniającego oczy noc i głowę zaświecił się czerwona dioda i wbrew pozorom to nie było połączenie ze Związku Radzieckiego.

 Teodor przełknął ślinę i wychylił lekko głowę zza stolika.

 — Chyba poszedł do kuchni — stwierdził drżącym głosem. — Powiesz mi co tu się odjebało?

 — Nie bardzo. Liczyłem, że wpadną znowu one.

 — Jakie one? Mów jaśniej, bo na razie pieprzysz od rzeczy. I może weź się przedstaw, bo nie chcę zaklepać w świadomości twojej osoby na półce: zajebiste przezwiska z tłuszczem w nazwie.

 — Te striptizerki z klubu „Świerk Zwalcom”, a mówią na mnie Rodhino.

 — To jakiś przytułek dla ćpunów czy nowa nazwa ośrodka szkolno-wychowawczego w Pizdosławicach Mniejszych, bo nie kumam za cholerę, o czym ty do mnie pierdolisz.

 Rodhino spojrzał w stronę swoich kumpli. Jeden z nich wskazywał wyraźne oznaki zawału, nie wykazując żadnych funkcji życiowych. Leżał na płask, zaś jego kompan siedział w rogu i chyba miauczał.

 — To go podnosi na duchu — stwierdził kiedy Teodor dołączył do wzrokowego rekonesansu.

 — Siedzenie w kącie?

 — Nie, miauczenie. Kiedy miauczy, czuje się bezpiecznie.

 — Jesteście popieprzeni, mówił wam to ktoś?

 — Nie pokazujemy się często ludziom. Mieszkamy w lesie, w małej chacie. Tutaj jemy i rozmawiamy, czasami dorabiamy szorując kible w Wiejskim Domu Kultury. Ostatnio wpadały do nas cztery luksusowe dziwki z tego „|Świerka”. — Ewidentnie nie chciał dokończyć myśli. Zresztą Teodor wyglądał, jakby od połowy przestał słuchać. Skupił się na dźwiękach rzucanych naczyń w kuchni.

 — Szuka czegoś?

 — No raczej. Tam ktoś jest. Tylne wejście zawsze jest otwarte. Ugando, ten który jest martwy, często wchodził tylnym wejściem. Kiedy przechodził przez, kuchnię głodniał i kasował w utargu knajpy spory udział. Dlatego szorował kible też w OSP Bździągwowice.

 — To dobry moment, żeby zwijać manatki. Fajnie się gadało, ale muszę usunąć ze znajomych wszystkich fanów Polski Ludowej i Paula Verhoevena.

 Rodhino chwycił Teodora za ramię w ostatniej chwili. Pociągnął go z powrotem za stolik. 

 — Nie możemy wyjść — powiedział cicho, wręcz szepcząc. Kątek oka spoglądał w okno, gdzie dwa cienie na tle migocącego światła latarki przemknęły niczym leśne zjawy.

 — Ty możesz zostać, ale ja się zawijam. Uwierz mi, mam dobre życie i chce je skończyć po sześćdziesiątce

 — One tam są... widziałem je. Te dziwki znowu przyszły.

9580 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 26

Opis:

Dodano: 2020-12-22 00:46:16
Komentarze.
z dużym wykopem
Zajebiste. Czekam na ciąg dalszy
Odpowiedz
^Halmar 18 d.
Klimat trochę jak z "Od zmierzchu do świtu" Tarantino, historie z czarnym humorem u mnie zawsze na topce. Tak więc: tak trzymać, komandorze MacMarok!

Kwiatki:
"Strzeliste kikuty okolicznych uschniętych iglaków wystrzeliwały ponad mglisty całun" - strzeliste i wystrzeliwały (masełko maślane)
"Opadający na oczy czarny pukiel spoconych włosów szybko odgarnął na bok" - zmieniłabym szyk, zaczynając zdanie od "Szybko odgarnął na bok".
"— Polecam specjalność dnia, jeśli ma pan problem z wyborem — powiedział, nerwowo potrząsając notesem." - powinno być "powiedziała"


Odpowiedz
*Canulas 18 d.
Halmar do tekstu przyjdę i przepraszam, że się wpierdalam z buciorami, ale walczę z tym przeinaczeniem od wielu lat i na każdym froncie. Obu kocham i uwielbiam, ale jednak From dusk till dawn wyreżyserował Rodriguez, choć Quentin w nim grał. Sorrex za wtręt, ciaox.

Odpowiedz
^Halmar 18 d.
Canulas ooooo! Człowiek uczy się całe życie
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin