jasno ciemno
Paranormal Boguszyce - (#cod) #3 Droubble - Uczta - (#cod) #1

Grafoman ostateczny - (#cod) #2

 To opowieść o Władcy Wszechwiedzy i Wszechczasu, a może raczej o złym dniu tego gościa.

 

 Jego oblicze spędzało sen z powiek mieszkańców krainy, w której postanowił się zadomowić na dłużej. Chodź nikt nigdy nie widział go na oczy, wielu, korzystając z zasobów własnej wyobraźni, programowało w swych umysłach wizerunek stwora o ryjcu nietęgim usianym krostami i wrzodami w stadium głębokiego rozpadu. Z czarnych niczym smoła oczodołów wypływało nieskończone bielmo jak potok bezmiaru ohydztwa. Usta sine, zespolone drutem kolczastym. Owo spoiwo cuchnęło równie mocno co gnijące tkanki, które przeszywało w wielu miejscach. Co ciekawe, większość z tych, którzy pokusili się stworzyć wizerunek owego władcy, nie zadało sobie choćby grama trudu, aby opisać go w całej swej okazałości. Ograniczali się do nabazgrania w swych ciemnych ogarniętych lękiem mózgach, twarzy. Zmasakrowali ją. Uczynili na modłę najgorszego plugastwa, której szkarady sam widok mógłby zabić tysiące istnień. Pozostały wizerunek istniał jako zwykła człekopodobna figura. Tyle dobrego, ale i tak zapłacą. Dar istnienia opluty w najgorszy możliwy sposób.

 *****

 Kiedy płaszcz nocy jeszcze okalał uśpione niebiosa nad miastem jarząca się bladym, powolnie rozdzierającym mrok światłem łuna rozwidniła południowe przedmieścia. Ci, których twardy sen zmógł do samych komórek, nawet nie zareagowali, radośnie chrapiąc pod kołdrami. Ale przecież nie każdy potrafi oczyścić umysł ze śmieci, które zabierają cenne godziny snu. Sztuka wyparcia, choć na chwilę widoku kolejnych rat kredytu hipotecznego, rachunków za prąd czy gaz jest pożądana, ale jej łaska spłynęła na nielicznych. Reszta – tak jak Konrad siedziała przed ekranem laptopa bądź telewizora i gapiła się w nie tępo, szukając ucieczki, łudzącej naiwności, że czas przyśpieszy i lada moment wstanie świt.

 Łuna rozbudziła w nim ciekawość. Wstał nie wyłączając telewizora, w którym leciała enty raz głupia komedyjka, jak co czwartek. Ulica jaśniała, inni, którzy również nie zamierzali tej nocy spać więcej niż cztery godziny podobnie jak Konrad, wyszli i stanąwszy w progach domów ciekawsko skierowali wzrok tam, skąd biła łuna.

 Pożar trawił już kilka domów i okoliczne drzewa. Rozciągał się jak pomarańczowa płachta okrywająca kolejne domy i trawniki. Był bezlitosny i… dziwny. Płomienie wyglądały jakby wręcz skakały z dachu na dach rozmnażając się błyskawicznie i chłonąc kolejne części poszycia. Małe, ogniste ludki opanowały przedmieścia. Konrad uśmiechnął się pod nosem. Głupszej myśli nie rozważał odkąd… odkąd zrozumiał, że młodość minęła i niedojrzałość emocjonalna zaczęła coraz częściej mu przeszkadzać, zamiast wywoływać uśmiechy na pryszczatych ryjcach jego znajomych. Ach, wspomnienia.

 Gaweł, jego sąsiad w pewnym momencie wybiegł na środek jezdni. Wyglądał, albo raczej nie wyglądał, jakby czuł się dobrze. Miał rozbiegany wzrok, prawdopodobnie, bo stanął w pewnym momencie tak, gdzie nawet światło łuny nie sięgało. Lekki półmrok skrył jego zapewne ohydną jak zawsze, teraz wzbogaconą o paskudny grymas gębę, w której wydobył się obłąkańczy krzyk.

 — Niech płonie!! Niech to pieprzone miasto spłooonieee! — zawył donośnie niczym kojot na pustej prerii. W cytrynowym szlafroku z fioletowymi kropkami wyglądał i tak poważniej niż niektórzy politycy przed kamerami, ale mimo wszystko jego żona, zaspana i zbudzona przez łunę raptem kilka minut wcześniej wybiegła za nim i zaciągnęła męża do domu.

 — Czego się gapisz? To tylko Gaweł — skwitowała w stronę Konrada, widząc, że ten skupia na całym zajściu niepotrzebnie dużo uwagi.

 Ogień się zbliżał. Był raptem kilkadziesiąt metrów od pierwszych gapiów. Ci widząc, że płomienie zbliżają się coraz szybciej, wbiegli do domu. Idioci, wolą się upiec w środku, pomyślał Konrad i w tym samym momencie ze świetlistej, otoczonej dymem łuny wyłoniło się auto. Rdzawo pomarańczowy garbus z niedomkniętą maską bagażnika wydający dźwięki agonii i dławiących konwulsji. Sprawny reflektor oślepił Konrada. Auto zatrzymało się obok domu sąsiadów. Drzwi kierowcy otworzyły się szeroko, a z gruchota mozolnie wygramoliła się wysoka sylwetka. Facet w płaszczu usianym cytrynowymi kropkami, z długą brodą i w kapeluszu, żywcem wyjęty z jakiejś abstrakcyjnej bajki dla dzieci, lub ekscentrycznej minipowieści o porąbanym mordercy mezofilu. Na miejscu pasażera siedziała dziewczyna, nastolatka . Nieśmiało wyszła z auta po poleceniach mężczyzny. Oboje skupili swój wzrok na Konradzie, zupełnie olewając trawiący przedmieścia pożar i powoli rodzącą się panikę tych którzy stali na jego drodze.

 — Pozdrowienia z krainy kwaśnych deszczy — powiedział mężczyzna. — Ambroży Pikiel, do usług.

 — Nie zamawiałem żadnych usług, chyba że jesteście strażą pożarną.

 — Jestem detektywem, prowadzę kilka interesujących śledztw w dzielnicy Południowców w mieście Ahunfuutu. Płacą mi za to.

 — To chyba oczywiste. Nie wyglądasz na kogoś, kto robi interesy za darmo albo co łaska. Raczej na ekscentrycznego pojebańca z manią wyższości i z siódmym pokoleniem wesz w brodzie. Czy ty ją w ogóle myjesz?

 Ambroży lekko trącił wąsem. Zmarszczki na czole pogłębiły się, ale nie dał po sobie znać, że jej w żaden sposób urażony. Wyglądał raczej, jakby nieudolnie próbował odegrać złość, mając do dyspozycji skromną paletę gestów i emocji.

 — Skoro tu trafiłem, to właśnie twoje miasto wzywa mnie na kolejną misję. Z reguł nie wychylam nosa poza własny rewir, ale w drodze do knajpy na rogu trzeciej i Sarnich Żołądków jakaś dziwna siła wchłonęła me auto, po czym znalazłem się tutaj, z tą dziewczyną. Zdążyliśmy się już poznać.

 — Ewa — syknęła i znowu zamilkła.

 — Ewa i Ambroży. Wpadliście w niezłe bagno. Mamy pożar i to duży. Zapewne strawi większą część ulicy, zanim przyjedzie straż, ale mój dom chyba nie musi się obawiać. Nie mam więcej nic do powiedzenia, możecie… jechać na misję czy coś. — Machnął ręką, zamykając drzwi.

 — No tak, tak, ale jest problem — powiedział Ambroży, chwytając za zewnętrzną klamkę.

 Konrad zmieszał się lekko i tylko zmierzył wzrokiem natrętnego dziwaka.

 — Nie wiem, co tu robię — burknęła nagle Ewa. — Ostatnie co pamiętam, to stwór w szkole, chłopak tulący się do mnie i dziwne przeczucie, że cała ta historia nie ma za grosz sensu. Jezu… potem siedziałam już na fotelu pasażera w tym złomie, a ten dziwak chciał mnie… zgwałcić, albo zachęcić do masturbacji ku jego zboczonym uciechom.

 — Po co to mówisz, dziewczyno? Nie jestem terapeutą, tylko kasjerem w Tesco. Znam na pamięć kod na mango, pomarańcze i kajzerki. Kurwa, dajcie mi spokój. Chcę spokojnie dokończyć gównianą komedię i spróbować zasnąć.

 — Nie mogę ci na to pozwolić — jęknął Ambroży. — To już się działo, Ewa powiedziała mi o tym, kiedy… ktoś na nas nie patrzył, nie zmieniał naszych myśli. On każe nam mówić to, co chce. To nie są nasze słowa. Wlepia jej do naszych ust… jak jakiś Bóg.

 — Ten stwór, on jest straszny. Żyje w mojej szkole, gdzieś gdzie ciemność łaknie nowych ofiar. Tam zginął mój przyjaciel, nabił go na swoje pazury… okropieństwo. — Ewa upadła na kolana zupełnie bez powodu i zalała się łzami. Potem zaczęła tarzać się po trawniku i naśladować dźwięki zarzynanej świni.

 — Przestań. Porąbało cię? Jesteście obwoźnym duetem pojebanych klaunów? Kurwa, nie mam hajsu, nie mam nawet alkoholu w lodówce, dajcie żyć pijawy. Socjal wam nie starcza do pierwszego to nie mój problem! — Trzasnął drzwiami z impetem przed nosem Ambrożego. Ten tylko odskoczył pośpiesznie na trawnik. W tle ognista łuna nadal trawiła domostwa. Gdzieś z drugiej strony słychać było syreny wozów strażackich.

 *****

 Ambroży spojrzał na Ewę. Dziewczyna w pewnej chwili zastygła niczym woskowa figura. Oddech zniknął, oczy zaszły mgiełką. W coraz większej panice, Pikiel chwycił przymusową pasażerkę swojego gruchota jak sklepowego manekina, po czym skierował się do auta. Ale właściwie po co? Nawet jej nie znał, równie dobrze mógł rzucić ją teraz w płomienie, pozbyć się zbędnego balastu. Z tego, co zdążyła wydukać podczas podróży, nie pochodziła ani z jego miasta, ani z miasta, w którym się znaleźli. Mieszkała w jakiejś zatęchłej wsi, gdzie gęsi mają więcej charakteru niż niejedne mieszkaniec. Nawet jej chłopak z opisu jawił się jak bezosobowy twór, który po prostu jest. Ktoś, kto wlepiał w jej usta te grafomańskie dialogi musiał mieć przykre dzieciństwo. Z nim nie postąpił lepiej. Kiedy rozmawiali wtedy, zaledwie dwa zdania z obu stron. Nie wspomniała nic o wpychaniu do ich ust linii dialogowych niepochodzących z ich umysłu, ale z mózgu jakiegoś poronionego… bóstwa? A jednak powiedział to, wybełkotał równiutko jak przekalkulowane co do słowa. Nawet teraz nie miał pewności czy kolejne słowa, jakie wypowie, będą należeć do niego?

 Włożył kluczyk do stacyjki i odpalił auto. Silnik zabulgotał, a z rury wydechowej wydobył się zielony dym, przypominający sztuczne zadymienie dyskotek. Zielony? Ambroży wiele mógł zarzucić staremu dieslowi, ale dym w kolorze sztucznego trawnika to wierzchołek absurdu, w którym pływał od dwóch, może nawet trzech godzin. Może to już się zaczęło, kiedy znalazł to truchło Dwugłowca-kelnera przy barze „Flaki i robaki”? Wrzucił bieg i gwałtownie ruszył. Zapach palonego sprzęgła uniósł się we wnętrzu. Ewa nadal nie reagowała, choć nie wyglądała już jak sklepowy manekin, albo woskowa figura z muzeum osobliwości. Po prostu milczała, oddychała cicho, a w jej oczach tliła się jedynie obojętność.

 Ambroży spojrzał w boczne lusterko. Ogień przyśpieszył. Małe jarzące się ludziki przeskakiwały w pośpiechu z domu na dom, trawiąc każdy do fundamentów. Nigdy wcześniej nie widział tak potężnej destrukcyjnej mocy. To nie był normalny ogień. Jego płomienie trawiły wszystko z niesamowitą szybkością. Dom tego gościa, z którym rozmawiali, również stanął w ogniu. Po chwili okna na parterze wystrzeliły odłamkami ram i szyb. Potężny wybuch. Jeśli facet kończył tę swoją komedyjkę, raczej już nie oddychał, bądź dogorywał otoczony piekielnym żarem. Przydałoby się radio, pomyślał. Na panelu gdzie w bogatszych modelach umiejscowiony był panel odbiornika, w gruchocie Ambrożego królowała czerń taniego plastiku skręconego do obudowy deski rozdzielczej srebrnymi śrubami z grubym gwintem. Ta cisza, a z tyłu dźwięki paniki. Poziom rozdrażnienia wzrastał, a kiedy ciało kobiety przetoczyło się po masce i przedniej szybie auta, osiągnęło maksimum.

 *****

 

 Jestem naprawdę dobrym pisarzem. Słyszę to na każdym kroku, gdziekolwiek nie pójdę, na kogokolwiek nie spojrzę, zawsze słyszę wianuszki komplementów. To nie moje ego, tylko talent, który hipnotyzuje szarego czytelnika, maluje na jego bladej, pozbawionej życia twarzy uśmiech satysfakcji, może pierwszy w jego nudnym życiu. Ha! Moje postaci żyją własnym życiem… żyły, dopóki tego nie odkryłem. Ludzie zaczęli do mnie wypisywać dziwne wiadomości. Skarżyli się na koszmary, w których nawiedzały ich postacie z moich opowiadań, żądne bycia zauważonym. To już nie są zlepki liter na ekranie monitora. Każda z ich ofiar pisała dokładnie to samo, te same cytaty wyjęte z ust ich oprawców. Nawet, teraz gdy to piszę wiedzę je stojących obok mnie w bezruchu z oczami pełnymi życia. Nieważne, że to życie pragnie końca mojego. Chwila, które mogłaby trwać wiecznie jest ulotna jak skrawek babiego lata, ale jestem przekonany, że pozwolą mi jeszcze dokończyć to zdanie.

11343 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 20

Opis:

Poniedziałek - tekst ze szczególnym nacechowaniem jakiejś naturalnej katastrofy

Dodano: 2021-01-04 21:24:12
Komentarze.
~marok 13 d.
wus wus
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
Ja na ten przykład mam ten tekst we własnej, osobistej kolekcji, mesje.
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
Marok, stara szkoła poratalowa uczy IPPPIDC:
Idź, poczytaj, pokomentuj, przylezą i do Ciebie.

Run, Forest, run!
Odpowiedz
~marok 13 d.
Ritha nie oto chodzi. Spokojnie Marok 2018 nie wrócił
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
marok nie mydl mię tu ócz!
Odpowiedz
~marok 13 d.
Ritha mam ci przyargumentować esejem potwierdzającym?
Odpowiedz
~marok 13 d.
zaargumentować*
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
marok PHI! oddalam się umiarkowanie oburzona
Odpowiedz
~marok 13 d.
Ritha, czy ja bym ci oczy mydlił?
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
marok któż o wie!
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
Marokoku, wróciłam sobie tutaj, patrzę – nie masz komentarzy. Musimy popracować nad Twoim public relations.

1.Jakbyś skomentował chociaż jedno (chociaż jedno!) opowiadanie dziennie, na pewne dobrze wpłynęłoby to na ruch pod Twoimi opkami.

2. Codzinnostrzał, moim zdaniem, powienien (ale nie musi) być krótszy. Bo jeśli wrzucasz codziennie po 6 stron, to raczej nikt nie ma takich mocy przerobowych, by za Tobą nadążyć i czytać jeszcze inne rzeczy. Dwa razy krótszy styknie

3. Przeczytaj to na głos pięć razy pod rząd:
"Kiedy płaszcz nocy jeszcze okalał uśpione niebiosa nad miastem jarząca się bladym, powolnie rozdzierającym mrok światłem łuna rozwidniła południowe przedmieścia".
I powiedz, jak się czytało?
Odpowiedz
~marok 5 d.
No walczę z komentowaniem od jakiegoś czasu. Nie mówię że idzie genialnie, ale lepiej niż normalnie u mnie, wiec jest nadzieja. A co do długości - postawiłem sobie że skoro dobrze mi się pisze, to nie będę sztucznie skracał pomysłów. Trudno, nie będzie komentarzy ale będę miał satysfakcję że plan wykonałem. A jak gorszy dzień to i tekst pewnie krótszy. Na razie mam dobre dni i oby było ich jak najwięcej. Coś kosztem czegoś
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
marok rozumiem, działaj więc, jak Ci lepi, Marokoku
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
z wykopem
"— Niech płonie!! Niech to pieprzone miasto spłooonieee! — zawył donośnie niczym kojot na pustej prerii" - to zdanie mogłoby rozpoczynać to opowiadanie. Nie mówię, by wywalić wszystko co przed, nie, po prostu zmiana szyku. Najpierw akcja-reakcja, potem opisy. Spróbuj przełamać własny schemat.

"Ambroży Pikiel, do usług" - czy to ten słynny Ambroży? :o

Tekst niezły, motyw w me gusta, ale trochę kondensacji by mu nie zaszkodziło.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin