jasno ciemno
Jedna podróż z życia szczura kopalni - (#cod) #4 Grafoman ostateczny - (#cod) #2

Paranormal Boguszyce - (#cod) #3

  Kiedy słońce ogrzało pierwszymi promieniami zamglone, zielone równiny, w Boguszycach mieszkańcom zafundowano darmowe budzenie gitarą elektryczną z pięciometrowych głośników w ilości czterech sztuk. Na boisku gminnym, porośniętym chwastami, usianym kretowiskami z okazjonalnie przebłyskującymi źdźbłami trawy stanęła scena. To oznaczało jedno – gminne dożynki właśnie się zaczęły. Wszyscy dobrze wiedzieli, że w czwartek, zaraz po świcie rozpocznie się tradycyjne budzenie Boguszyc, praktykowane tam od jedenastu lat. Na scenie stanął zespół Szarpane Podkoszulki – przedstawiciel gatunku remizowy rock. Od pierwszych dźwięków słychać było niebywałą swojskość dręczoną ostrymi kontrami na elektrycznej gitarze i głośnymi okrzykami z gardła wokalisty, który najwyraźniej uwielbiał wietrzyć pachy przy każdej okazji. Jakkolwiek ten żart był niesmaczny, oddawał w pełni rangę zespołu i jego miejsce w kulturze gminy Boguszyce.

 Dobromir i jego kumple: Edek, Felek i Wacek stali obok obwoźnej kebabowni już przed trzecią nad ranem oczekując na rozpoczęcie imprezy. Letnia noc była ciepła, świerszcze cykały radośnie, a na niebie pierwsza łuna zwiastująca świt przebijała się przez zwały ciemnych chmur. Żarcie serwowali od czwartej. Cała czwórka zamówiła mieszanego barana na cienkim i zimnego jak syberyjskie śniegi browca. Ich oczy, zwykle rozbiegane, skupiały się na wciąż drzemiącej w mroku scenie, która o czwarte siedemnaście rozbłysnęła w neonach i reflektorach, a po pięciu kolejnych minutach zaczęła spełniać swoje przeznaczenie. Ludzi przybywało. Nikt nie mył włosów ani zębów. Dożynki w Boguszycach były najważniejsze. Było koło piątej, kiedy Wacek przepełniony potrzebą odlania się za wszelką cenę drżącą dłonią rzucił cieciowi dwójkę pod nogi i zaproszony machnięciem jego dłoni oddał się upuszczaniu soków cielesnych. Nigdy nie patrzył w dół. Sam zapach wystarczał. Na boisko stał jeden toi toi, ten sam, który stacjonuje tam zawsze, nawet gdy boisko świeci pustkami. Gmina troszczy się, by zbiornik opróżniać raz na dwa, czasami trzy miesiące. Dwa tygodnie wcześniej, kiedy żegnali lato z radiem Twoja Wiocha, ludzi przybyło co niemiara, a Wacek na własne oczy widział kolejkę tuzina ludu przepełnionego szczynami i resztkami ostrych na cienkim. Wstrzymał oddech i zapinając szybko rozporek, zaczął szukać dłonią rygla. Wymacał go w końcu i nagle usłyszał jakiś plusk dochodzący z basenu fekaliów i papieru toaletowego. Dźwięk powtórzył się jeszcze dwukrotnie. Wacek przełkną nerwowo ślinę. Wewnętrzny głos kazał nachylić mu się nad otworem i zerknąć do wnętrza. Po pięciu browarach wcale go to nie dziwiło, gratulował sam sobie, że to tylko jedne głos. Pchnięty ciekawością i wewnętrzną motywacją dobrego duszka zrobił to. A jaka jest pierwsza zasada nawiedzonych kibli? No właśnie. Nie patrzymy w dziurę, chyba że to toi toi dla weganów. Wtedy już na starcie mamy przesrane.

 — Miał tylko szczać czy też srać? — zapytał Dobromir, szukając wzrokiem Wacka. Kumpel przepadł jak kamień w wodę, albo raczej kamień w toi toi.

 — Po tylu browarach raczej tylko tryska, chyba że trafił na mięso z zeszłej imprezy — zachichotał Edek.

 — Ja na pewno dostałem stare i chyba zapierdzielił więcej sosu, żeby nie pokapował. Ale ciul w to, za osiem zeta nie będę marudził — dodał Felek, wgryzając się w drugiego z rzędu kebaba.

 Dobromir spojrzał w stronę błękitnego ustępu dla odważnych. Wydało mu się, że plastikowy prostopadłościan się poruszył.

 — Widzieliście gdzieś Małgośkę? — zapytał dociekliwie.

 — No co ty. Teraz jest w cugu, nie daje nikomu — Felek zmrużył nieco oczy, oceniając niezbyt bystrym spojrzeniem farsową minę Dobromira. — Masz chęć?

 Edek zachichotał ponownie, tryskając śliną i resztkami kebaba na wszystkie strony. Wyrwał za to sierpowego pod lewe oko i jedynie odchrząknął, czując jak śliwa nabrzmiewa powoli w rytm pulsu.

 — Naucz się śmiać albo won.

 — Nie przesadzasz Dobro?

 — Ani trochę. Odleży swoje i wstanie. Filujcie dalej, ja idę po Wacka.

 — Pomożesz mu? Przecież chłop tylko zasiedział się na dwójce. Kurde, nie poznaje cię.

 Dobromir już nie słyszał. Jego wytarte dżinsy zwisające na kościstych nogach jak wory na ziemniaki falowały, kiedy przyśpieszał kroku. Stanąwszy obok toi toia zauważył, że cieć siedzący obok na starej drewnianej ławeczce sobie zniknął. Słysząc pierwszą balladę zespołu Emerytura dochodzącą ze sceny, jakoś się nie zdziwił.

 Drzwi wucetu były zaryglowane. Wnioski nasuwały się same. Wacek nadal filował na dwójce, ewentualnie zmienił go ktoś z widowni. Ale Dobromir obserwował dokładnie, widziałby otwierające się drzwi. Uderzył dwa razy. Cisza. Powtórzył. Cholernie głupi żart. Nie. Zabawny, ale tylko przez dwie sekundy, potem cholernie głupi.

 — Wacek, idioto nie igraj ze mną, bo obskoczysz dwa lima.

 Cisza, która nastąpiła i nie chciała odejść, zagłuszana była przez dźwięki klarnetu.

 Dobromir nie należał do cierpliwych gości. W ciszy opanował się, żeby nie wydrzeć gardła na całe boisko. Zamiast tego wygiął zamek z ryglem i szybkim ruchem odblokował go. Drzwi ustąpiły i ukazały wnętrze toi toia.

 W pierwszej chwili uznał, że to browary albo stare mięcho. Upadł mając nad głową rzekę stworów przypominających zjawy. Były czarne jak smoła. Białka oczu spoglądały na nowy nieznany świat. Lawina czegoś, co przypominało usmolone kostiumy duchów, rozpleniła się na niebie, po czym zaczęła dziesiątkować publiczność zgromadzoną przed sceną. Ludzie lewitowali w powietrzu, na kilka sekund zastygali, jakby zamrożeni w czasie, po czym wybuchali krwawą miazgą na wszystkie strony. Kawałki wnętrzności zmieszane z kośćmi, ścięgnami i mięsem znaczyły zieleń boiska czerwonymi kropkami i kleksami. Nasiąknięte posoką resztki ubrań spadały z nieba niczym paczki żywnościowe dla uchodźców. Dobromir leżał na ziemi w bezruchu podpierając się na łokciach i obserwował. Jego umysł nie pojmował zarysu sytuacji. Ledwo radził sobie z rozszyfrowaniem paragonu ze spożywczaka za cztery dychy. Ten widok przelał miarę przetworzenia sytuacji na coś, co będzie miało sens. Stwory buszowały w najlepsze. Na scenie trwała zażarta bitwa między basistą i perkusistą zespołu Emerytura a trzema demonami. Talerze perkusji świstały w powietrzu, przecinając ciała stworów i lądując poza sceną w morzu flaków i posoki. Odwieczna niesprawiedliwość złych demonów z toi toi. One mogą cię dotknąć, ale ty już ich nie. Obaj łysole skończyli w dwóch przepołowionych kawałkach. Dźwięk upadku martwych ciał ewidentnie spodobał się demonom. Zaczęły łapać co większe kawałki mięsa i ciskać o scenę śmiejąc się przy tym.

 — Kurwa Edek, zbieramy się. — Dobromir podbiegł do ogłuszonego kumpla, który leżał przy barierkach cały blady. Jakiś demon zahaczył go ogonem i przeorał przy tym pół twarzy. Kawałek policzka zwisał bezładnie na resztkach skóry, ukazując niekompletne uzębienie. Siódemka do rwania chciałoby się rzecz.

 Edek wymamrotał coś nieskładnie. Z resztek ust sączyła się krew, a białka oczu były kanionami pękniętych naczynek. Facet nie miał siły iść nawet na dwa kroki do przodu. W pewnej chwili zawisła bezwładnie na ramionach Dobromira. Ten odrzucił kumpla. Nie wyszło to najlepiej. W głębi duszy chciał go bezpiecznie położyć na trawie, w praktyce rzucił niczym szmacianą bezużyteczną lalkę. Głowa Edka rąbnęła o kant kończących się barierek. Policzek oderwał się całkiem od reszty twarzy, lądując obok.

 — Dobra, ciul z nim. Nie ma tego złeg,o jest jeszcze Felek. Na pewno gdzieś tam jest — uspokajał się na głos.

 Jak na zwołanie sylwetka Felka pojawiła się jakieś pięć metrów nad ziemią podtrzymywana przez dwa demony. Oba szczerzyły się i spoglądały po sobie. Felek jednak nie wyglądał na przerażonego. Jego rozbiegany wzrok błądził gdzieś w oddali, a uśmiech nie schodził z twarzy. W pewnym momencie jedne z demonów chwycił go za ramię i wyrwał je miękko jak kawałek plasteliny. Krew trysnęła w akompaniamencie krzyków Felka, który choć w transie alkoholowym raczej czuł, że boli i to kurewsko. Krew tryskała tylko przez moment. Drugi z demonów chuchnął czymś w rodzaju płomieni przypalając miejsce łączenia ramienia z torsem. Potem zrzucili go na trawnik. Upadł bezwładnie, a trzask kręgosłupa przekreślił większość nadziei Dobromira.

 — To co, teraz pora na mnie? — zapytał, wymachując rękami. Pod sceną ostała się tylko garstka. Anka z sąsiedniej wsi i jej piętnastoletni syn oraz kilkoro facetów, których nie kojarzył. Dzieciakowi zaoferowali dekapitację błyskawiczną, ale bez żadnych ustaleń z jego strony, reszta czekała tak jak Dobromir.

 *****

 To nie jest historia z prawdziwym happy endem. Ale nie ma też maksymalnie najgorszego zakończenia. Dajcie mi chwilę. Dobromir siedział pod toi toiem jeszcze dwie godziny, a kiedy wybiła siódma trzydzieści demony rozpłynęły się w powietrzu, zostawiając po sobie góry mięcha i zakrwawionych szmat. Właściwie nie analizował tego, co się stało. Przecież już mówiłem, że to ponad jego zdolności. Po prostu siedział i gapił się tępo na czyjąś wątrobę i trzustkę leżące przed nim. Kebabownia nadal działała, ale Heniek, ten co serwował, wisiał na scenie, leżał obok głowy Anki, w której Dobromir kiedyś się bujał i wylegiwał się na stoliku obok talerze z zimną karkówką i starym ketchupem na ostro. Pora spadać, pomyślał i dźwignął się na równe nogi. Nie zaszedł jednak pięciu kroków, kiedy usłyszał czyjś głos. Był cholernie znajomy i satysfakcjonujący przez to. Wacek. Gość wyszedł z plastikowego sracza cały i zdrowy. Oprócz lekkiego szoku po widoku całej tej rzeźni nic mu nie dolegało. Dobromir w pierwszej chwili nie bardzo dowierzał własnym oczom. Nigdy na nich nie polegał w stu procentach. Zapominał, kiedy jest zrobiony w trzy dupy, a kiedy nie. Odróżnianie tych stanów zatracił, kiedy skończył ósmą klasę.

 Nie, nie padli sobie w ramiona. Uścisnęli lekko drżące dłonie i w ciszy odeszli. Będąc już poza terenem boiska, Dobromir klepnął Wacka w lewą łopatkę. Tamten zachwiał się lekko i tylko pokręcił głową z lekkim uśmiechem. W lodówce nadal czekała połówka od Felka.

9996 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 27

Opis:

Wtorek - groteska, turpizm, horror extreme

Dodano: 2021-01-05 23:45:04
Komentarze.
*Ritha 19 d.
Tytuł prima sort 😂
Odpowiedz
~alka666 18 d.
Ekstremalne. Ciekawa wizja. Te kebaby chyba im zaszkodziły.
Odpowiedz
Tekst jak najbardziej jako bizarro się nadaje. Tam masz boisko dwa razy w jednym zdaniu i trochę literówek, ale tekścior gites. Widać że pomysł z nawiedzony toitoiem ci przypadł do gustu

Odpowiedz
*Ritha 11 d.
z wykopem
"Ludzie lewitowali w powietrzu, na kilka sekund zastygali, jakby zamrożeni w czasie, po czym wybuchali krwawą miazgą na wszystkie strony. Kawałki wnętrzności zmieszane z kośćmi, ścięgnami i mięsem znaczyły zieleń boiska czerwonymi kropkami i kleksami. Nasiąknięte posoką resztki ubrań spadały z nieba niczym paczki żywnościowe dla uchodźców"

Dobreee, niezła sieczka, wyślij to może do Histerii Tytuł bardzo adekwatny, podobało się!
Odpowiedz
~marok 11 d.
Ritha może i się skuszę, kiedyś trzeba spróbować bo jeszcze do nich nic nie wysyłałem, a kurde przydałoby się w końcu
Odpowiedz
*Ritha 11 d.
marok no pewno, wyślij co!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin