jasno ciemno
Makieta wystawowa - (#cod) #6 Jedna podróż z życia szczura kopalni - (#cod) #4

Sztachety śmierci - (#cod) #5

 Wierzysz w duchy? Mietek Chrust nigdy nie wierzył, nawet kiedy wracając z grupą znajomych wąską, polną ścieżką słyszał dziwne zawodzenia upiornie drżące w mętnych mrokach nocy. Usprawiedliwiał to szumieniem koron wierzb i odgłosami żerujących sów. Tamtego wieczoru biesiada w OSP Maciejowice zakończyła się dla Mietka i jego przyjaciół: Huberta i Beaty wyjątkowo szybko. Nim na ściennym zegarze wybiła północ, stali przed wejściem remizy ze spuszczonymi głowami, pokornie przyjmując nakaz wygnania z biesiady od sołtysa.

 — To nie chlew! Po pyskach możecie się grzać w domu! Spierdalać w podskokach — grzmiał Zieliński spod siwych krzaczastych wąsów.

 Hubert lekko otarł skapującą z rozciętej wargi krew. Poszło o drobną rozróbę w toalecie. Od słowa do słowa i Hubert po chwili miał w dosiadzie Wojtka Kurzawę z sąsiedniej wsi, który był regularnym gościem tego typu imprez. Zawsze, gdy na siebie wpadali, rzucali się sobie do gardeł. Tym razem wybrali cholernie zły moment na napierdalankę, bo Zieliński akurat skoczył na szybką dwójkę przed dostawą czystej z lodówki na zapleczu. Kiedy ich zobaczył, posiniał ze złości, a potem o mało nie dostał zawału, kiedy jego twarz przybrała nieoczekiwanie błękitnoszary kolor.

 — Możesz sobie pogratulować, pacanie — syknął Mietek.

 Hubert jedynie oblizał rozciętą wargę i wypuścił powietrze z płuc. Rozdzielała ich Beata i jej nad wyraz okazałe piersi, których widok nieco studził bojowe nastroje obu narwańców.

 — Słyszałeś, jak mnie nazwał?

 — Nie, bo zanim wszedłem do środka, już okładaliście się po mordach.

 — Nazwał mnie prawiczkiem! A przecież wszyscy wiedzą, że mam w planach na ten rok to zmienić. Jedno z najważniejszych punktów na liście postanowień noworocznych.

 — Stwierdził fakt — spuentował Mietek, chichocząc pod nosem.

 — Niedoczekanie jego!

 — Ode mnie się odczep — wtrąciła szybko Beata widząc, że Hubert położył na jej barkach swoje ramię. Może gdyby nie waliło mu z japy starym śledziem w oleju, dałaby mu buzi w policzek na pocieszenie. Ale nawet o tym mógł zapomnieć.

 — Zgrywasz niedostępną. Na koloniach otwierasz granice jak w pieprzonej strefie Schengen, a kiedy trzeba, zamykasz się na cztery spusty.

 — Na koloniach nie żrą starych śledzi w oleju. — Przyśpieszyła kroku, zostawiając obu w tyle na dobre dziesięć kroków. Mietek włączył latarkę zaraz za ostatnią latarnią, gdzie asfaltowa jezdnia rozgałęziała się na żwirową i leśną ścieżkę.

 — Co z nią? — spytał nieco zdezorientowany Hubert.

 — Stary, każdy wie, że Beata nienawidzi śledzi w oleju i nienawidzi cię. Pozbądź się jednego z tych problemów, a będziesz już blisko, potem pozbądź się ostatniego — Mietek poklepał kumpla po plecach i razem skręcili w kolejną polną ścieżkę prowadzącą na skróty do Maciejowic Wysokich.

 *****

 Mietek zawsze wracał z remizy tą drogą. Pamiętał ją jeszcze z wczesnego dzieciństwa, kiedy z dziadkiem siadali na starej drewnianej ławeczce, pomiędzy wierzbami przy ścieżce, i obserwowali przejeżdżający obok wąskotorowy szynobus spalinowy. Często wagonik toczył się po torach bez pasażerów i jedynie maszynista sprawiał, że nie stawał się pociągiem widmo. Jedna rzecz w całym tym krajobrazie wczesnego dzieciństwa, kiedy wakacje u dziadków już nigdy nie były takie same, zawsze ciekawiła Mietka w równym stopniu, co roku. Drewniany sztachetowy płotek kilka korków od ławki, stojący samotnie, wydawałoby się bez konkretnego celu. Dziadek Albert sądził, że był to fragment odgrodzenia torowiska od dróżki, będącej przecież w dawnych latach jej świetności najważniejszym szlakiem pomiędzy każdymi z części Maciejowic i Maciejowic Wysokich. Jednak mężczyzna nigdy nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek torowisko oddzielał drewniany płot na całej jego długości. Pozostałości w postaci pięciu zbitych ze sobą pojedynczą deską sztachet znosiła upływ czasu niezmiernie dobrze i nawet gdy kolej została zlikwidowana, a tory rozebrane w znaczniej części, płotek pozostał na swoim miejscu.

 *****

 Beata chciała się natychmiast zatrzymać. Po zaledwie dziesięciominutowym, cichym spacerze, ponownie oznajmiła, że boi się iść dalej. Wkraczali właśnie w aleję wierzb. Kilkadziesiąt metrów od nich stała dobrze znany Mietkowi drewniany płot.

 — Pierwszy raz wracasz nocą? Nie panikuj, przecież jesteśmy w trójkę — uspokajał ją Mietek. Hubert milczał. W myślach miał obraz przerażonej Beaty wracającej z płaczem do remizy.

 — Ale tym razem mam przeczucie. Musimy natychmiast wracać do remizy — nalegała.

 — Nie możemy. Zieliński nas wykopał. Co mu powiesz, że ma nas tam przenocować, bo boisz się wracać do domu w nocy?

 — Choćby to! Wszystko byle jak najdalej stąd!

 Ocierając napływające powoli do oczu łzy, usłyszała szelest dochodzący z zarośli po prawej stronie. Stanęła na baczność, wryta w ziemię, kompletnie ogołocona z innych emocji niż strach.

 — Tam coś jest — szepnęła. — Słyszałam to. Szelest. Coś czatuje w krzakach.

 Chwyciła mimowolnie dłoń Mietka, wytrącając z niej latarkę. Ta upadła na trawę przez moment gasnąc, pozwalając pochłonąć ciemności całą trójkę.

 Ponownie szelest. Tym razem wyraźniejszy, spotęgowany i coraz bliżej. Beata chwyciła mocniej ramię Mietka. Chłopak wolną ręką wymacał latarkę i włącznik.

 — Buuu!!

 Dziewczyna upadła na trawiaste poszycie, ciągnąc ze sobą kumpla. Hubert tylko zaśmiał się w głos i chwycił latarkę.

 — Dobrze się was oglądało, pacany — rzucił i pobiegł dalej najszybciej jak mógł.

 Zostali w tyle zbyt długo, żeby podjąć próbę gonitwy. Łuna latarki powoli ginęła, aż w końcu pochłonął ich mrok nocy.

 Iść na oślep nie było w gruncie rzeczy tak trudno. Wbrew sytuacji nie rozmawiali ze sobą prawie wcale. Beata ocierała się jedynie co jakiś czas o ramię Mietka dla upewnienia, że nadal tam jest. Ścieżka była prosta, dopiero na samym końcu zataczając ostry łuk i ginąc w skrzyżowaniu ze żwirówką w Maciejowicach.

 — Jesteś tam? — zapytała nagle.

 — Tak, ale wolałbym, żebyś była cicho.

 — Dlaczego.

 — Nasłuchuję. Mam wrażenie, że coś za nami podąża. A raczej kilka cosiów.

 Dziewczyna przełknęła głośno ślinę.

 — Przestań! To wcale nie jest zabawne.

 — Uwierz mi, nie żartuję. Coś za nami idzie, ale chyba woli obserwować, więc po prostu nie zatrzymujmy się.

 Nie uszli dziesięciu kroków, kiedy na ścieżce pojawiła się dziwna przeszkoda. W ostatniej chwili Beata zahamowała Mietka, który lekko nachylił się do przodu, ale utrzymał równowagę. Nogą wymacał to, na co trafili. Było miękkie, w wielu miejscach mokre i nieco galaretowate.

 — Co to? — spytała.

 — Nie wiem. Jakieś... wielkie gówno? Konsystencja nawet pasuje.

 — Tyle łajna w jednym miejscu? Nie czuję smrodu, a po konsystencji wygląda na świeże.

 Zza pleców usłyszeli skrzypienie. Natychmiast odwrócili się, po czym od razu wylądowali na ziemi, obezwładnieni mocnym uderzeniem jakiejś deski. Wokoło na raz dało się słyszeć dziwne pojękiwania pomieszane z cichym zgrzytem. Beata wtuliła się w ramię Mietka, która wymacał na twarzy nos, aby upewnić się o najgorszym. Kompletnie rozkwaszony. Ból był słuszny i cholernie mocny. Krew spłynęła po wargach i brodzie. Oboje nasłuchiwali kanonady rozgrywanej w mroku. Po chwili rozdarł ją głuchy okrzyk dziewczyny. Zawyła niczym kojot preriowy. Mietek poczuł ciepłe krople tryskające na jego policzek i szyję. Potem usłyszał cichy bulgot i dławiący szloch. Nastała cisza. Beata opadła ciężko na jego bark. Zrzucił ją z siebie pogrążony w panice. Macając dłońmi po trawiastym podłożu, natknął się na... latarkę To była jego latarką. Odnalazł włącznik. Kiedy światło rozproszyło ciemność, widok zmroził mu krew w żyłach. Lewą dłonią brodził właśnie w oskórowany, rozprutym torsie Huberta. Głowa kumpla była jednością z resztą ciała tylko za sprawą kilku strzępów mięśni. Brakowało prawej nogi i obu dłoni. Ale przede wszystkim skóry. Chciał wrzeszczeć, ale coś go powstrzymało. Druga fala strachu? Możliwe. Obok leżała Beata. Jej twarz zdobiły nierównomierne nacięcia. Lewe oko wypłynęło jak idealne żółto jajka w koszulce. Całą masakrę okalały... sztachety. Drewniane, porośnięte mchem podskakiwały i tańczyły w kółku zgrzytając przy tym zębami wyrastającymi w otworach na środku. Wyglądały przerażająco, ale przy tym nieco rubasznie. Strach mieszał się z dziwnym uczuciem ulgi. To tylko porąbane, nawiedzone sztachety, albo aż one. Zawsze mogło być gorzej. Stado wściekłych sów labo zabójczych łosi (spokojnie, jeszcze ich nie skreślam). Ale padło na sztachety. Mietek w końcu zemdlał. Był nieco podpity, ale nie na tyle, żeby rozbić sobie ze wszystkiego żarty, jak zwykle podczas powrotu do domu. Z kieszeni wysunęła się miniaturowa fotografia dziadka Alberta. Miał ją przekazać kuzynowi Zenkowi podczas zabawy, ale chyba ta skończyła się zbyt szybko, aby zacząć temat. Jedna ze sztachet nachyliła się nad fotografią. Oświetlało ją światło latarki. Po chwili wszystkie pięć odeszły, podskakując powoli i majestatycznie, nie tykając chłopaka. Jedna z nich trzymała w zębach czarno-białą miniaturkę.

8954 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 21

Opis:

Czwartek, czyli po prostu tekst

Tagi:

Dodano: 2021-01-07 23:39:40
Komentarze.
Dobrze ze po prostu tekst ma bardzo dużo wspólnego z horrorem
Odpowiedz
~Angela 17 d.
z wykopem
Klimatycznie i dobrze się czyta. Ja tam się cieszę, że czytnęłam za dnia, inaczej mogłabym za bardzo się wczuć.
Odpowiedz
~marok 17 d.
Angela dzięki
Odpowiedz
~alka666 16 d.
Przy czymś galaretowatym pewna byłam śmiercionośnej ciemności, ale w życiu bym nie pomyślała o sztachetach
Czytało się w napięciu, czyli dobrze.

Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin