jasno ciemno
Kwadrans i do domu (cod#5) Poetyckie siano (cod#4)

Prosimy zachować ciszę

  Cicho wślizgnąłem się do środka. Zamknąłem za sobą masywne, drewniane wrota, uważając, by przeciąg nie wyrwał mi ich z rąk. Nie chciałem narobić hałasu i przyciągnąć niczyjej uwagi. Zależało mi tylko na tym, by zwiedzić dawno opuszczony gmach starej biblioteki.

  Rozejrzałem się dookoła. W przepastnym wnętrzu panował półmrok, ale nie mogłem narzekać. Imponująco wysokie okna, czyste niebo i Księżyc w pełni stanowiły tej nocy połączenie gwarantujące mi naturalne oświetlenie. To w zupełności wystarczało, bym był w stanie rozeznać się w rozkładzie czytelni, bo to w niej się znajdowałem. Gdy spojrzałem w stronę szatni, ucieszyło mnie, że wybrałem boczne wejście i trafiłem bezpośrednio tutaj. Główne wejście było przywalone gruzem i kawałkami połamanych regałów, więc nawet jeśli drzwi były otwarte, to i tak nie przedarłbym się dalej. Byłem dokładnie tu, gdzie od początku chciałem trafić.

  Naciągnąłem na twarz chustę – we wpadających przez wybite szyby smugach światła gołym okiem dało się zauważyć fruwający między półkami kurz i pył. Nie chciałem na dzień dobry nawdychać się jakiegoś syfu.

  Patrząc pod nogi i uważnie stawiając stopy, zacząłem posuwać się w głąb sali. Spojrzałem do góry. Pośrodku wysokiego sklepienia zauważyłem ogromny żelazny, metalicznie połyskujący żyrandol w starym stylu. Był przekrzywiony na jedną stronę. Wyglądał, jakby przechylał żelazną, ukoronowaną żarówkami głowę, dziwiąc się, że widzi mnie we wnętrzu biblioteki. Albo jakby tylko czekał, aż znajdę się bezpośrednio pod nim, żeby w odpowiednim momencie spaść i pozbyć się intruza. Zachichotałem do siebie, ale wcale nie dodało mi to pewności. Przezornie utrzymywałem bezpieczny dystans. Poczułem się jednak dziwnie nieswojo i to nieprzyjemne uczucie nie chciało mnie opuścić.

  Przeszedłem dalej i znalazłem się w wąskiej alejce między zakurzonymi regałami. Omiotłem wzrokiem półki. Przed wejściem do gmachu spodziewałem się, że po tylu latach od zamknięcia budynku zastanę tu tylko połamane meble i gruz, dlatego mocno zaskoczyły mnie rzędy książek, stojących posłusznie grzbiet w grzbiet. Nikt ich nie zabrał? Dlaczego? Korciło mnie, żeby którąś złapać i przekartkować, ot tak, żeby upewnić się, że naprawdę tu jest. Powstrzymałem się jednak. Byłem w bibliotece tylko gościem, zwiedzającym. Lepiej będzie, jak wszystko zostawię w spokoju.

  Popatrzyłem po ścianach. Kinkiety, rozmieszczone w regularnych, na oko trzymetrowych odstępach w większości wisiały smętnie poprzekrzywiane, podobnie jak żyrandol. Niektóre były zupełnie wyrwane ze swoich miejsc. Jedynym śladem ich niegdysiejszej obecności były sterczące ze ściany kable elektryczne. Gdzieniegdzie wisiały też nadgryzione zębem czasu plakaty wychwalające zalety czytelnictwa lub informujące o konieczności zachowania ciszy w czytelni. Na tych drugich widniała uczesana w elegancki kok kobieta, przykładająca do ust palec wskazujący. „Ciii, tu się czyta”.

  Podszedłem do wysokiej drabiny, której pracownicy biblioteki musieli kiedyś używać do zdejmowania tomów z wysokich półek. Bo rzeczywiście trzeba było to przyznać – regały osiągały naprawdę imponujące rozmiary. Ciekawe ile pozycji znajdowało się w czytelni. Chociaż patrząc na nadal wypełnione książkami meblościanki, może powinienem zapytać: ile pozycji się tu aktualnie znajduje. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nikt ich stąd nie zabrał. Większość była przecież w dobrym stanie, okładki nie wyglądały na takie, które miały lada chwila się rozsypać.

  Jako osoba przesądna, nie miałem ochoty przechodzić pod drabiną. I to był błąd. Obchodząc ją bokiem, nadepnąłem na ukryty w ciemnościach obiekt i straciłem równowagę. Próbując ratować się przed upadkiem, odruchowo złapałem za najbliższy regał. Niestety, okazało się, że nie stał stabilnie. Upadłem na zakurzoną posadzkę z motywem szachownicy i usłyszałem straszny rumor. Wypełniony książkami mebel upadł na kolejny, a ten na następny i wnętrze biblioteki wypełniło się łoskotem przewracających się półek i szelestem papieru, którego gmach nie słyszał z pewnością od długiego czasu.

  Obserwowałem to ogromne domino ze zgrozą. Byłem zły na siebie i swoją niezdarność.

  Gdy przebrzmiał łomot, we wnętrzu nastała grobowa cisza. Kurz wzbił się aż po sufit, gryzł w gardło i szczypał w oczy. Nagle usłyszałem nad głową zgrzyt. Żyrandol zakołysał się i mrugnął żarówkami. Myślałem, że mi się wydawało – skąd nagle prąd w opuszczonym i dawno odciętym od elektryczności budynku? Jednak to mi się nie przywidziało. Poczułem, że atmosfera w czytelni gęstnieje. Zapanowała dziwna, gniewna aura. Czułem wręcz namacalnie, że biblioteka nie chce mnie już w swoim wnętrzu. Kinkiety zaczęły mrugać. Usłyszałem szelest papieru. Poczułem taką grozę, że całe ciało pokryła mi gęsia skórka.

  Uznałem, że na mnie już czas. Poderwałem się z podłogi i zacząłem przedzierać przez pobojowisko do wyjścia. Ciemność i kurz utrudniały poruszanie się, więc przy najbliższej okazji znów runąłem na posadzkę. Obolały i rozkasłany, kontynuowałem podróż. Od wyjścia dzieliły mnie już tylko metry. Jednak gdy spojrzałem na drzwi, zamarłem w bezruchu. Drogę zastawiła mi cienista, wysoka postać.

  – Zossstań – szepnęła.

  Mimo że głos był ledwo słyszalny, czułem, że prawie rozsadza mi czaszkę. Upadłem po raz trzeci. Cień znów przemówił:

  – Dołączysz do kolekcji.

  Nie mogłem się poruszyć. Sparaliżowało mnie. Niewidzialna ręka przytrzymała mnie w miejscu. Postać z koszmaru zbliżała się do mnie. Jej ruchy przypomniały mi stare horrory z potworami, które powoływano do życia techniką animacji poklatkowej. Gdy była już blisko, w dłoni zmaterializowała się jej książka. Na okładce nie było nic – ani tytułu, ani autora. Stwór otworzył tom i moim oczom ukazały się puste kartki.

  – Patrz – kolejny szept.

  Po policzkach płynęły mi łzy. Cień kartkował książkę, a każda strona, której dotknął, wypełniała się treścią. Ja tymczasem czułem, że z każdą kolejną kartką, robię się coraz lżejszy i lżejszy. Traciłem świadomość. Kiedy postać dotarła do końca, miałem przeświadczenie, że moje ciało rozpłynęło się w powietrzu. Stwór pokazał mi okładkę. Widniało na niej moje nazwisko, a pod spodem mogłem odczytać tytuł. „A ciało stało się słowem”. Myśli i uczucia zniknęły, został tylko spokój. I jak przystało na bibliotekę – niczym niezmącona cisza.

6288 zzs

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~CptUgluk
Kategoria: horror

Liczba wejść: 20

Opis:

Tak jakby codziennostrzał, wariant II, bo czuję, że wierszyk to trochę za mało. Tym razem krótka scena z opisem miejsca. Miało być krócej i prościej, ale jakoś tak poszło dalej i powstało coś takiego.

Dodano: 2021-01-08 15:34:58
Komentarze.
~marok 7 d.
z dużym wykopem
O proszę. I bardzo dobrze. Ja w poezji nie siedzę to mimochodem tamtą wersję sobię odpuściłem, ale widzę tekścik, w gatunku: horror, no to trzeba wpaść.
Bardzo dobry tekst, fajne opisy i zakończenie naturalnie nie ucięte. Wszystko się dobrze zgrało

Odpowiedz
marok też w niej nie siedzę, a każdy mój wrzucik pod szyldem "poezji" jest zwykłą, prostą rymowanką bez głębszego dna i w sumie trochę żałuję, że wierszyk poszedł na codziennostrzał zamiast tego tekstu powyżej, ale fajno, że i tak tu trafiłeś
Dzięki bardzo za komentarz i dobre słowo. W lekko horrorowych klimatach czuję się całkiem w porządku, cieszę się więc, że nie wyszła kicha
Odpowiedz
"każda strona, którą dotknął" - której;
Mnie się bardzo podobało zakończenie - sam pomysł, jak i wykonanie. Lubię takie rzeczy, w jakiś sposób to do mnie przemawia, nic nie poradzę.
Odpowiedz
alfonsyna poprawione, dzięki za czujność!
Ależ mnie to wcale to nie przeszkadza, że Ci się podoba dzięki, fajnie słyszeć
Odpowiedz
z dużym wykopem
Noo, zgadzam się z Alf, końcówka najbardziej pozamiatała. W takim tajemniczym i oddziałującym klimacie.
Odpowiedz
Adelajda Dziękuję, w coś takiego właśnie celowałem. Kłaniam w pas
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin