jasno ciemno
Spektakl Przyjaźni - (#cod) #8 Makieta wystawowa - (#cod) #6

Sztachety śmierci 2: Radosna Nowina (#cod) #7

  Sierżant Paweł Fikus spojrzał nerwowo w lusterko boczne. Wieczorne słońce oświetlało wzniecony ponad szutrową drogę tuman kurzu. Za nim miało kryć się to, przed czym próbowali uciec. Posterunkowy Gawron siedział cicho na fotelu pasażera, zaciskając zęby. Wbił wzrok w nieokreślony punkt przed maską radiowozu i zastygł w pozie jak woskowa figura.

 — Jak sądzisz, dalej tam są? — zapytał Fikus, wchodząc ostro w zakręt. Koła zamieniły w wysłanej maleńkimi kamieniami nawierzchni.

 — Nie mam pojęcia. Chyba powoli się nudziły pod koniec, więc jest szansa, że...

 — Nieważne. Do posterunku mamy z siedem kilometrów, pobłąkamy się trochę bocznymi drogami, ale w końcu tam trafimy, połowa baku, luzik, prawda?

 Posterunkowy przytaknął. W głębi duszy nie podzielał jednak entuzjazmu dowódcy patrolu. Sierżant znany był jednak z gorączkowych wiązanek w chwilach stresu. Gawron wolał ich uniknąć.

  Przecięli kolejne polne skrzyżowanie. W oddali zamajaczyła latarnia i opuszczony budynek remizy OSP Maciejowice. Radiowóz przyśpieszył. Kilkaset metrów prostego odcinka szutrówki zdawało się ciągnąć w nieskończoność, dopóki stary diesel nie zgasł. Obroty spadły do zera. Auto potoczyło się siłą rozpędu jeszcze kawałek, po czym zatrzymało się jakieś dwadzieścia metrów od łypiącego pustką budynku.

 — Akurat teraz?! Jebać przegląd mówili, zrobi się za tydzień mówili. — Fikus poczerwieniał, a potem posiniał ze złości. Bezskutecznie próbował odpalić ponownie auto. Wysłużony staruszek zastygł w letargu, z którego nawet energiczne uderzenia w kierownicę nie mogły go zbudzić.

 Letnie powiewy wiatru muskały blade twarze przerażonych funkcjonariuszy. Mogli przewidzieć, że gdzie w górze czyha gość, który już zaciera ręce, widząc tak idealnie ograną kliszę rozklekotanego wozu i dwójki bezbronnych gości przeciwko sile depczącej im po piętach.

 — Zgłośmy przez radio. Na pewno wyślą jednostkę po nas — zaproponował posterunkowy.

 — Radio nie działa. Mieliśmy tylko sprawdzić, czy te żule znowu nie harcują pod przystankiem i wrócić na komendę. — W głosie sierżanta przebijała się wyczuwalna bezsilność.

 — Na zasięg w tym wypizdowie nie ma co liczyć. Czyli maska w górę i dłubiemy?

 — Nie ma mowy. One tam są. Na pewno nas dogonią i wtedy będzie po wszystkim. Trzeba się zadekować na trochę i przeczekać. Choćby i całą noc, ale nie pod gołym niebem. Wyczają nas i ukatrupią.

  Budynek remizy wydawał się idealnym motelem na kolejne parę godzin. Letnie nocy ostatnio męczyły wysokimi temperaturami. Tym razem liczyli jak nigdy, że ta będzie podobna. Fikus zabrał z auta latarkę i podręczną apteczkę. W kieszeni drzwi pasażera znaleźli dwie puszki energetyków.

 — Będzie na potem. Jak przyjdzie dupczyć na przełaj, przynajmniej nie zdechniemy ze zmęczenia od razu — rzucił Fikus i zdecydowanym krokiem skierował się w stronę remizy.

 Brakowało okien, drzwi i połowy dachu. W środku standardowo panowała pustka, profesjonalne wiejskie graffiti zdobiło ściany na każdym ich centymetrze. Resztki krzeseł i węża pożarniczego leżało na środku głównej sali. W rogu drewniana scena, a właściwie jej szkielet.

 Znaleźli pomieszczenie będące czymś w rodzaju kuchni. Przestronne z oknem jedynie nadpękniętym i jednym krzesłem bez oparcia. Dodatkowego wyposażenia brak.

 — Biednie, ale stabilnie — jęknął Fikus.

 — Zupełnie jak u nas na komendzie — dodał Gawron i obaj wybuchli śmiechem, ale szybko skarcili się w myślach, przypominając sobie dlaczego tam trafili.

 — Pewnie na sierżanta rzucą się najpierw.

 — Jeśli w ogóle nas znajdą. Poszukam jakichś gratów na zapleczu. Trzeba czymś zabarykadować drzwi od frontu. Oby nie skapowały się, że w oknach nie ma szyb.

 ******

 Wojciech Braunicki wyjątkowo jechał na trójce. Jego żuk dusił się niemiłosiernie, ale kierowca wolał oszczędzić sobie mieszania w wiadrze z łajnem, aby trafić w czwórkę.

 — Jęcz, ile chcesz. Jeszcze dwa tygodnie i dostaniesz wieczny odpoczynek. Lublin już czeka.

  Po niebie sunęły ciemne ciężkie od deszczu chmury przypominające ołowiane kloce. Wieczór zapowiadał się burzowy. Czerwieniejąca w oddali łuna zwiastowała kolejną letnią nawałnicę. Braunicki w myślach był już przed telewizorem na swoim ulubionym wysłużonym fotelu z butelką piwa i odgrzewanymi mielonymi. Ale do tego spełnienia brakowało mu jeszcze czterech kilometrów cholernej szutrówki. Na pace głośno podskakiwały resztki stolarskiej fuszerki u nowego sołtysa. Nie ma to, jak spierdolić robotę i wziąć za to podwójnie, bo tempo ekspresowe. Drewniana altana wyglądała jak szopa, ale sołtys chyba był ślepy. Na pewno nie widział na jedno oko, z drugim prawdopodobnie było tak samo, bo ściskał w podzięce dłoń Braunickiego dobrą minutę.

  Żuk nagle podskoczył. Nic w tym dziwnego, w końcu jechał po najgorszej drodze w gminie albo i powiecie, ale kierowca mógł przysiąc, że w bocznym lusterku zobaczył jakąś sylwetkę. Może był to człowiek, a może tylko sarna. Przednie reflektory nie działały, tylna lewa lampa była jedyną dającą jakiekolwiek światło. Braunicki odruchowo przetarł oczy. Zrobił to ponownie, kiedy zobaczył na poboczu radiowóz.

 — Ki chuj? — zapytał sam siebie. — Jak teraz mnie przypilą to fajrant. Boże, oddal ode mnie tę karmę. Przecież ja tylko spierdoliłem robotę sołtysowie. To nie powód, żeby od razu nasyłać na mnie psy.

  Minął radiowóz, próbując nie zwracać na siebie uwagi. Udało się jak siemasz. Nawet nie zareagowali. Po chwili jednak żuk gwałtownie zahamował. W opuszczonym budynku remizy rozbłysło białe światło. Ktoś znowu wyruszył na spacer po skarby. Braunicki miał uczulenie na ten typ złodziei. OSP Maciejowice były dla niego wręcz symbolem młodości. Zawsze z radością wspominał, ile to razy nie obił mordy Hubertowi Waleckiemu. Potem wszystko się posypało. To niby-zabójstwo, Mietek w psychiatryku brak nowych gęb do modelowania. Ale najbardziej szkoda było mu Beaty. Racja, sucz była z niej jak się patrzy. Puszczalska jak koryncka ladacznica, ale w sumie, kiedy nie wystawiała tyłka na panelu z podpisem: Wal śmiało, fajnie się z nią gadało.

  Zwykle nie używał pomocy, ale tym razem wolał nie ryzykować. Zwykły klucz francuski, na wypadek, gdyby okazało się, że to dublet, albo tercet. W kwartetach nie chodzili, za dużo hałasu i rąk do roboty. Zbliżył się do wejścia. Było zabarykadowane starą szafą i jakimiś gratami. Głosy dobiegające ze środka wskazywały, że jest ich dwóch. Nie łudźcie się. Nie połączył opuszczonego radiowozu z dwoma kolesiami w remizie oddalonej od niego jakieś dwadzieścia metrów. Realne postrzeganie rzeczywistości zasłaniała mu żądza wymierzenia sprawiedliwości. Od dwudziestu lat nie sklepał nikogo porządnie. Tamtej pamiętnej nocy, był blisko, ale Walecki się wywinął.

 Wskoczył do środka przez okno, którego nie było. Funkcjonariusze byli jednak szybsi. Jeden z nich w momencie wyciągnął broń i przeładował. Dźwięk nabicia nieco uspokoił Braunickiego.

 — Psy? Czego tu szukacie?

 — Zamieńmy się rolami. Ja zadaję pytania, a ty odpowiadasz — warknął Fikus. — Tylko z sensem, bo dużo wskazuje na to, że możesz mieć problemy.

 — Ja? To wy szabrujecie remizę. Ja tylko sprawdzam dlaczego? To nadal własność wiejskiego koła gospodyń. Nie macie prawa...

 — Stój dziób! Młody, skuj cymbała.

 We trzech na raz spojrzeli w to samo miejsce. Tam skąd dobiegł dźwięk dla policjantów bardzo znajomy. Gawron wyciągnął nerwowo glocka i przeładował. Palec drżał na spuście.

 — Spokojnie, mamy przewagę — jęknął bez przekonania Fikus.

 *****

  Budynek jakimś cudem się nie zawalił, choć część stropu runęła na ziemię. Ściana frontowa rozsypała się na kawałki, a siła odrzutu wystrzeliła w głąb sali. Zatrzymali się na ścianie tylnej. Braunicki zaraz po twardym lądowaniu zemdlał. Na skroni pojawiła się struga krwi łagodnie płynąc w stronę nosa.

 Przed szereg trzech istot wystąpiła jedna. Drewniana kukła o kobiecych kształtach, blond włosach i karmazynowych oczach ogarniających wszystko wokoło. Po jej lewej stał mężczyzna zrobiony z kawałków starych przegniłych sztachet. Zielonkawy nalot na jego ciele zasłaniał detale, w tym każdy element na twarzy. Była ona jakby pokryta maską z mchu. Facet nerwowo potrząsał głową, przytakując nieustannie. Ostatnią z nich była mała kukiełka dziewczynki. Ubrana w liliową suknię z motywem kwiatowym i czerwone balerinki. Delikatne włosy spięte w kok starczały na głowie nienaturalnie jak przyklejone na szybko.

 — To już dwadzieścia lat — odezwał się głos. Był delikatny, a mimo wszystko napawał niepokojem. Sprawiał, że mogłeś go jedynie słuchać. — Skoro każde z nas zebrało swoje żniwo, możemy odejść. Ogłoście to innym, niech wiedzą, że duchy sztachet więcej na tej ziemi nie ujawnią swych mocy.

 — To wy zamordowałyście tych nastolatków? — zapytał Fikus.

 — Tak. Zgodnie z naszym przeznaczeniem. Duchy sztachet muszą w swym życiu zamordować człowieka, żeby wejść do świata swoich pobratymców, którzy nie muszą martwić się o własny los. Tym którzy zawiodą, odbiera się wszystko. Przestają istnieć.

 — Było ich dwoje, gdzie trzecia ofiara?

 — Albert Chrust. Zabity przez parowóz, w rzeczywistości był celem Fiodora. Ale jego śmierć była krótka, szybka. Nie sprawiła bólu. Naszym powołaniem jest mordować i sprawiać przy tym ból. Fiodor zawiódł, dlatego został oszpecony do końca swego istnienia.

 — Po to ta cała gonitwa? — wtrącił Gawron lekko drżącym głosem.

 — Owszem — odpowiedziała kukła. — Wam dane jest poznać prawdę i ogłosić ją reszcie.

 Całą trójką zniknęła w oślepiającym blasku bijącym znikąd. Po chwili ujrzeli jednak Fiodora. Oszpecona twarz sprawiała problemy z poruszaniem się. Ewidentnie nie mógł znaleźć drogi do portalu. Po chwili błysk pojawił się znowu. Po nim zniknął i on.

 — Nie uwierzą nam, co nie? — Gawron uśmiechnął się do sierżanta z ulgą pomieszaną z konsternacją.

 — Nie ma co próbować. Lepiej wydoić energetyki i grzać na komendę pieszo.

9848 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 13

Opis:

sobota - opis trzech postaci lub istot. No może trochę po macoszemu wyszło, ale walczę z tematem.

Tagi:

Dodano: 2021-01-09 23:37:49
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin