jasno ciemno
TW#6 Komu Śmierć zagląda w oczy, temu przedsmak raju

TW#7 Nad Miastem Świateł zapada ciemność

 Doktor w czasach postapokaliptycznych

 Poranek w Las Vegas

 37. Ritha challenge: Napisz opowiadanie i opublikuj w 48h od losowania.

 

 

 

 

 Mówiła: kocham. Mówiła: daję ci swoje serce. A ja słuchałem, przytakiwałem, głaskałem jej dłonie. Kiedyś, gdy Dawny Świat jeszcze istniał, etos zawodowy nie pozwoliłby mi na taką bliskość z pacjentką. Ale Dawny Świat obrócił się w nicość, podobnie jak Dekalog, Moralność i Etyka. Po wybuchu syberyjskiego wulkanu Karymszyna, gdy świat pogrążył się w nicości, to właśnie Las Vegas, kolebka zepsucia, niegodziwości, upadku zasad i rozpusty, mentalny spadkobierca starożytnego Babilonu, stało się ostatnim przyczółkiem ludzkości przed arktycznym kręgiem, gdzie tylko mróz, zamieranie i sen wieczny – ostateczna granica życia.

 

 Lata praktyki pozbawiły mnie resztek empatii i chęci niesienia pomocy, która dwadzieścia lat wcześniej sprawiła, że wybrałem studia na Perelman School of Medicine. Rzeczywistość zweryfikowała mój młodzieńczy idealizm i wkrótce nawet szybko rosnący dochód przestał mnie cieszyć. Psychiatra to nie jest zawód na całe życie. Doszedłem do tego wniosku jeszcze zanim dostrzegłem u siebie – o ironio – pierwsze symptomy depresji. Myślałem, że to koniec, lecz wtedy pojawiła się ONA, by stać się moim zbawieniem, odzyskaną nadzieją.

 Nie była zwykłą, typową pacjentką. Wśród kilkudziesięciu niedoszłych samobójców, nie rokujących nadziei hazardzistów i seksoholików, którzy przewinęli się przez moją kozetkę, tylko ona nigdy się nie użalała. Mimo że miała w sobie smutek przytłaczający jak kamień, nosiła go z uśmiechem i klasą, niczym dama elegancką biżuterię. Fascynowała mnie nie tylko jej życiowa historia, ale także – przyznam ze wstydem – jej seksualność. Miała szlachetne rysy twarzy i przepiękną jedwabistą skórę, zawsze o pół stopnia cieplejszą od mojej, pachniała jak truskawkowa pudrówka. Jej oczy, twarz, tembr głosu, dotyk, miały w sobie coś na wskroś magicznego. Nie mogłem skupić się na tym, o czym mówiła. Pod jej spojrzeniem przeszywały mnie dreszcze. Emitowała tak silną, obezwładniającą energię, że długie przebywanie z nią wywoływało u mnie ataki migreny, coś na kształt paraliżu systemu nerwowego. Jawiła mi się Istotą Nadprzyrodzoną, wcieleniem egipskiej bogini, najlepszej Matki, najczystszej Dobroci.

 

 Lecz podskórnie wyczuwałem w niej coś nieskończenie mrocznego, niszczycielskiego, pierwotnie kobiecego, na wskroś plugawego. Bo jak to możliwe, by taki ideał przeżył w Mieście Grzechu bez uszczerbku na swojej doskonałości?

 Była pokorna jak cielę, oddana i tak mocno naznaczona nieszczęściem, że pewnego dnia po prostu przestałem wierzyć jej słowom, ciepłemu tembrowi głosu, truskawkowemu zapachowi skóry i wyznaniom miłości. Zrozumiałem, że jest ona jedynie ułudą, a spotkanie z nią to próba, której poddaje mnie Pan.

 

 

 Zawsze była punktualna. Na ostrym łuku jezdni, gdzie Jo Marcy Drive styka się z Tule Springs Road, zjawiła się dokładnie za pięć dziewiąta. Zajechałem drogę swoim potężnym pickupem Tundra, jej skuter nie miał szans wyhamować. Nieprzytomna, z włosami rozrzuconymi na asfalcie, wyglądała tak niewinnie… Ale nie dałem się zwieść. Pan życzył sobie, żebym uratował świat od Antychrysta. Właśnie ja! Musiałem zagłuszyć drżący głosik, który brzęczał mi w głowie: „Przestań! Zostaw! Nie rób nic głupiego”! Położyłem ją na tylnym siedzeniu. Jechaliśmy niedaleko, ledwie dwie i pół mili, do opuszczonego magazynu naprzeciw dawnej stadniny koni.

 

 Najpierw musiałem ochrzcić tę bezbożną sukę. Ocknęła się, kiedy zanurzyłem jej głowę w wypełnionym deszczówką zbiorniku i zacząłem recytować formułę: Exorcízo te, immúnde spíritus, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti, ut éxeas et recédas ab hac fámula... („Zaklinam cię, duchu nieczysty, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, abyś wyszedł i oddalił się od tej służebnicy Bożej”). Szarpała się rozpaczliwie, dławiła, pluła i charczała jak przydeptana żmija.

 –Abrenúntias sátanæ? („Czy wyrzekasz się ducha złego”?) – nalegałem cierpliwie, aż wreszcie skinęła potakująco.

 Zupełnie wyczerpaną zawlokłem do piwnicy na tyłach domu. Miejsce przygotowałem wcześniej. W rogu leżał materac przykryty kocami. Z boku postawiłem koszyk z jedzeniem: trochę chleba i suchej kiełbasy, parę jabłek, butelka whisky. I bukiecik zawilców. Na pewno zauważyła te wszystkie szczegóły, choć w strasznych chwilach na ogół uchodzą uwadze. Leżała na podłodze, kryjąc twarz w dłoniach. Wyglądała tak żałośnie! Chciała mnie wziąć na litość. Kolejna diabelska sztuczka! Dla dodania sobie animuszu kopnąłem ją w brzuch. Jęknęła, potem wolno odczołgała się w kąt. Tkwiła oszołomiona przy ścianie, trzęsąc się z zimna i obejmując ramionami kolana, a ja podszedłem, uderzyłem ją w twarz, a potem zerwałem z niej ubranie i przygniotłem głowę do ziemi.

 – Bądź cicho – powiedziałem, a ona ani drgnęła. Pewnie myślała, że to część terapii eksperymentalnej, o której kiedyś jej wspomniałem. Kiedy obiecywałem, że ją ocalę. Uwolnię od zła, które dręczyło ją przez całe życie.

 Otworzyłem whisky, chwyciłem ją za włosy, wlałem sporo do gardła. Zakrztusiła się, ale przełknęła łapczywie. Suka jedna!

 Potem złapałem ją za nogi i zawlokłem na materac. Była bezwładna jak lalka. Jej głowa śmiesznie podskakiwała na nierównej, betonowej podłodze. Nie starała się bronić. Milczała, patrząc w sufit.

 

 

 たこつぼ

 

 

 Mroźny wiatr niesie pierwszy powiew wiosny. To musi być wiosenny poranek, to nie miejsce na zimową noc. Im ciemniej, tym jaśniej. Czy nie ma już nocy? Wulkaniczny pył opadł, jasno, choć oko wykol. Promienie słońca trzeszczą niczym kukurydziane chrupki. W Las Vegas życie zawsze tętni na wielu poziomach. Na ziemi zabawa, a wysoko w górze podchmurny rój wciąż przędzie swe kokony.

 Czerwień, błękit i żółć stręczą przymilnie pod powiekami, napraszająco pną się w górę, z góry zaraz schodzą w dół, walczą o resztę pozostałego nieba. Zdumione oko sunie po osiach, od bogów do hadesów, od sacrów do profanów. I z powrotem. Góra w dół, poziom w pion, znak krzyża.

 

 Mój pan, Tako-Tsubo, nazywał mnie swoją małą dziewczynką. Słuchał cierpliwie, gdy mówiłam o rodzinie, strasznym dzieciństwie, mrocznej młodości. Współczuł. Obiecywał: „Nigdy cię nie opuszczę, nie pozwolę ci odejść, jesteś moja, tylko moja na zawsze”.

 Teraz trzymał mnie w garści, cebulki włosów trzeszczały w jego dłoniach. Czarne, lepkie niebo waliło mi się na głowę, a on mnie katował i mówił o wielkiej miłości Boga.

 – Będziesz fikać z bólu, tak cię załatwię! – Jego głos brzmiał niemal pieszczotliwie.

 

 Poczułam ciężar na sobie. Potwór gryzł dotkliwie moje piersi. Potem wdarł się w we mnie nagle, boleśnie. Trzymał za gardło, szarpał. I śmiał się. Śmiał się bez przerwy, aż ochrypł. Po szyi chodził mu skorek czy szczypawa, brązowy, piwniczny robak ze szczypcami na odwłoku. Kilka podobnych biegało po kamiennej ścianie nad moją twarzą. Zemdlałam, obudziło mnie bicie. Poczułam znów rwący ból. Gwałcił mnie bez przerwy. Nawet, gdy byłam nieprzytomna. Czułam, że byłam z bestią sama. Skończyła się moja wytrzymałość, kobieca możliwość służenia oprawcy. Myśli własne, tylko ciało nie moje, obce. Już się nie podniosę, a kończą odliczać do dziesięciu. Ci, którzy mają czarny pas w sztuce bicia się z myślami. Pani już dziękujemy.

 Poczułam nagły przypływ determinacji. Z całej siły uniosłam biodra i szarpnęłam nimi, przewracając się na bok. Usłyszałam jego rechot. Kilka mocnych uderzeń w obolałą twarz, słony smak krwi i chwilowe otępienie. Uniósł mi głowę, zajrzał w oczy.

 – Liż, albo ci zrobię terrorystę... Nikczemna niewiasto!

 Jak przez sen poczułam w ustach włochatego robaka. Zacisnęłam zęby, usłyszałam wycie. Coś gorącego kapało mi na piersi. Koszmar stracił realne wymiary.

 

 Łapczywie lizałam krew. Smakowała jak moja własna. Czułam, jak wracają mi siły. Zaczęłam wierzyć, że przeżyję ten koszmar. Chłonęłam drapieżnie zapach ludzkiego umiłowanego mięsa. Szybko. I zachłannie.

 Leżał na wznak, miał zamknięte oczy. Biały snop światła padał na jego twarz. Życie uchodziło z niego z każdym kolejnym uderzeniem serca. Patrzyłam na ten spektakl umierania i nie czułam zupełnie nic.

 

 Rozbłysły światła na moim Ultima Thule. Zapadła ciemność.

8225 zzs

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Halmar
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 36

Opis:

Dodano: 2021-01-12 22:46:23
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
!sensol 5 d.
z dużym wykopem
kurde. kapcie mi normalnie spadły. tylko dla dorosłych. jest zbrodnia. jest kara. albo inaczej: jest akcja - jest reakcja. idealnie to rozegrałaś. czuć grozę i zapach krwi. niby nic nowego ale jak to jest napisane!! GRATULEJSZYN!
Odpowiedz
^Halmar 5 d.
sensol bardzo, bardzo dziękuję ❤️
Odpowiedz
z dużym wykopem
Wow, no kobitko, wgniotłaś mnie w podłogę. Świetnie napisany, świetny tekst. Nie twój pierwszy taki dobry i nie ostatni. Mam nadzieję
Pozdrowionka
idę ochłonąć
Odpowiedz
^Halmar 4 d.
Agnieszka, lejesz miód na moje
Odpowiedz
z dużym wykopem
Wbiło mnie w łóżko! Bardzo dobry tekst! Jest apokalipsa, jest bestia... Są bestie. Po obu stronach myśli i życia. Jest życie na ziemi i w piwnicy. Oba przerażające, wstrząsające. Które z nich gorsze? Oba są siebie warte.
Torcik z wisienką!
Odpowiedz
^Halmar 2 d.
alka666
Odpowiedz
Bardzo podobał mi się sposób narracji i ten podział na dwie różne perspektywy. Sam pomysł na fabułę też przypadł mi do gustu, opowiadanie jest bardzo dobrze napisane i poprowadzone, więc chyba nie mam tu na co narzekać. Jedno z Twoich lepszych z całą pewnością.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin