jasno ciemno
Znamiona finału - (#cod) #13 Odklejony (#cod) #11

Ostatnia Przystań - Panna Karton (#cod) #12

   — Siedemnaście dolarów albo szybki numerek na zapleczu — wyceniła ekspedientka, kładąc na ladzie papierową torbę ze słodką zawartością

 Martin popatrzył głodnym wzrokiem na logo swojej ulubionej cukierni widniejące na torbie i rozmarzył się, jak to zwykle czynił w takich momentach.

 — Gotówka — powiedział, wyjmując szmaciany portfel z kieszeni kurtki. Ekspedientka posmutniała nie na żarty. Kąciki ust momentalnie opadły a promienność, którą emanowała, zassał mrok rozczarowania.

 — Nie jestem w twoim typie? — zaczęła drążyć, widząc, że facet nawet na nią nie spojrzał. Wyjął pieniądze i położył na ladzie. Potem szybkim ruchem chwycił swą słodką własność – dwa eklery i pączka z nadzieniem śliwkowo-malinowym w polewie kawowej.

 — Jak powiem, że jestem gejem, wyczerpie to twój limit pytań?

 — To zależy. A jesteś?

 Martin spojrzał na drewniany zegar stojący, upchnięty w rogu cukierni jak niepasujący element. Dochodziła jedenasta, a więc jeszcze godzina.

 — Tylko do południa i tylko gdy jestem w robocie.

 — Drwisz ze mnie? Może nie jestem miss mokrego podkoszulka, ale...

 — Nie tłumacz się, złotko. Jak już mówiłem, jestem gejem, przynajmniej do południa. — Skończywszy dosadnym spojrzeniem znad prostokątnych szkieł okularów, wyszedł, pozostawiając lukrowany pasztet w stroju cukierkowej wróżki za sobą.

 — Jeszcze tu wrócisz, zawsze wracacie, zawsze — jęczała pół tonu głośniej niż zwykle, ale nie za głośno. Rejestrator hałasu nad jej głową był bardzo czuły. Drobna bardziej doniosła uwaga do klienta mogłaby sprawić, że jeszcze tego samego dnia pakowałaby swoje rzeczy i wracała zaryczana niemalże na śmierć do klitki w starej kamienicy w najbardziej parszywej dzielnicy miasta.

 

 ******

 

  Czerwona Camry Solara stała rozgrzana od słońca mieniąc się w jego promieniach jak drogocenny rubin. Co najwyżej chińska pułapka na sprzedajne dziwki, pomyślał Martin, nim pierwsza fala piekielnego żaru z wnętrza auta dosięgła jego twarzy. Zdołał zatopić swój płaski zad w fotelu, kiedy poczuł przyjemne wibracje w okolicach krocza. Ścisnął mocniej pakunek, wolną dłonią gmerając w otchłani kieszeni. Smartfon wpasował się w czeluść, jakby na stałe chciał być jej częścią.

 — No... ja — syknął, przykładając smartfona do ucha.

 Z drugiej strony odezwał się znajomy głos.

 — Na Ungard Street znaleźli niezły syf. Chyba nie zajmuje ci przerwy?

 — Skądże — wycedził przez zęby, starając się zachować równowagę w głosie.

 — No to nie ma co ględzić, tylko jedź tam. Na miejscu powiedzą ci, co i jak.

 — Jakbyś zdradził co nieco, byłbym pół kroku przed nimi.

 Roger jedynie parsknął obscenicznie, zrywając na moment płynność sygnał. Potem rozłączył się na dobre. To w jego stylu. Kwintesencja wszystkich zachowań w jednej prostej sytuacji. Martin wsunął telefon do kieszeni i odpalił auto. Silnik zabulgotał i wóz potoczył się gładko do przodu. Eklery powoli rozpływały się w papierowej torbie, albo teraz, albo nigdy.

  Gdy przekraczałeś granicę złej dzielnicy, od razu zyskiwałeś plus dziesięć do rychłej śmierci. Szczególnie gdy pracowałeś z policją, twoje szanse rosły jak krwiak w głowie po bliskim spotkaniu z grupką uprzejmych narkomanów i ich zabawkami. Martin zaparkował obok jakiejś obskurnej jadłodajni, gdzie średnio wysmażone steki sprzedawali za bezcen, a w gratisie dostawałeś raka jelit i gangrenę. Radiowozy stały kilkadziesiąt kroków dalej, a sądząc po stojących obok funkcjonariuszach, większa część ekspozycji znajdowała się w ciasnej uliczce pomiędzy dwiema starymi kamienicami. Jakież to życiowe. W ustach nadal zalegały mu resztki bitej śmietany. Zaczął wylizywać je językiem, nie zwracając uwagi na dwóch żółtodziobów stojących przy radiowozach i obstawiających teren.

 — Nie znoszę tej dzielnicy — syknął na powitanie. Od razu zauważył jedno ciało leżące w kałuży będącej mieszanką krwi, szczyn i deszczówki z poprzedniej nocy. Śmierdziało jak diabli.

 — A kto ją lubi? Patrole to jeszcze pół biedy, ale morderstwo? Nie mogli po prostu ich zjeść, tylko tak zostawili? — Andreas Wughold zetknął się wzrokiem z Martinem. Różnica wzrostu między nimi wynosiła piętnaście centymetrów na korzyść tego drugiego.

 — Nie ma tragedii, ale laska wygląda, jakby co najmniej oszczędzała na służbie zdrowia. Chyba tutejsza.

 — To na pewno. Widzisz? — Wughold wskazał na rozmięknięty karton w miejscu lewego policzka. W niektórych miejscach nadal sączyła się nań ropa z zainfekowanej rany. — Podobno miała zabieg, jakieś dwa tygodnie temu. Tylko Giovanni Rust wykazuje predyspozycje do tak malowniczych korekt urody.

 — A pozostała dwójka? — wskazał palcem na złożone w jedną całość dwa trupy leżące kilka kroków dalej pod ścianą kamienicy

 — Jakieś ćpuny, do łokci podziurkowani gorzej niż podłokietniki na moim fotelu. Ostatnio mam stresujące dni, a długopis zawsze leży blisko. Rozwalone czachy z precyzją dobrego rzemieślnika. Pewnie jakieś stare porachunki, poza tym znaleźli ich w dwóch kawałkach.

 — Inny morderca? — Martin wyjął identyfikator personalny w kształcie kwiatu lotosu i nałożył na dłoń denatki. — Fiona Fuuu, dziwka domowa, ale przez ostatnie dwa miesiące zatrudniona w burdelu przy opuszczonej fabryce masła orzechowego. Dlaczego to zawsze są one?

 — Nie zawsze — obruszył się Andreas. — Ostatnio znaleźliśmy dwie ekspedientki z mięsnego przy komendzie. Fakt, że planowały zostać dziwkami, ale do tego nie doszło, więc finalnie nie kwalifikują się. Hę?

 — Łapiesz za słówka gościa, który spławił ekspedientkę w cukierni tekstem, że do południa robi za geja. A w ogóle to skąd wiesz o tym zabiegu? Jak robiony na czarno to w bazie go nie ma

 Wughold wskazał na jednego z policjantów. Chudy, blady blondyn sterczał jak wbity w ziemię pal, samotnie, ściskając w dłoń papierosa.

 — To jego... była... albo niedoszła była. W każdym razie mieli się rozstać, bo dziewczyna miała mieć autofetysz kartonowego pudła.

 Martin zmarszczył brwi i schował identyfikator do kieszeni. Jeszcze spojrzał na twarz denatki. Ciągle miała otwarte oczy. Wcześniej tego nie zauważył. Były mętne i pozbawione życia. Ale w o wiele gorszy sposób. Nie miał wątpliwości że kiedy jeszcze oddychała, życia nie było w nich wiele.

 Chuderlak, widząc że ktoś do niego podchodzi, pośpiesznie zapalił papierosa i wypuścił w powietrze siwy obłok dymu. W oczach miał wszystkie synonimy przerażenia i zwątpienia. Jedne w lewym drugie w prawym.

 — Boli?

 — Słucham?

 — Pytam, czy boli, kiedy patrzysz na trupa dziewczyny? Martin Lemon, a ty jesteś...

 — Harold Stone.

 —... podejrzany — dokończył.

 — Nie zabiłem jej. Ja-ak mógłbym to zrobić? Jenny była moją dziewczyną, najpierw kochanką, ale potem to przerodziło się w coś więcej.

 — Jenny?

 — W bazie macie fałszywe dane. Sam załatwiłem jej, gdy musiała dorabiać na lewo, dając dupy w tych obskurnych kamienicach.

 — Kochałeś ją, ale pozwalałeś dawać dupy, zamiast brać nadgodziny, albo załatwić jej jakąś normalną robotę? — Martin spojrzał w stronę Andreasa. Ten był już w innym świecie zajęty opowiadaniem żenujących dowcipów o nawiedzonych waginach reszcie policjantów. Ich śmiech był jak gwóźdź do trumny.

 — Ona nie nadawała się do zwykłej roboty. Była rasową suką. Potrafiła zagonić każdego i już na starcie się wypinała, jakby została stworzona tylko do tego. Nie zrozumiesz. — Wyrzucił niedopałek w kałużę i sięgnął po następnego. Dłonie drżały mu tak samo jak głos gdy kończył każde zdanie.

 — Masz w cholerę dużo racji. Nie rozumiem tego. Ale i tak wiem już wystarczająco dużo, no prawie. W jakim burdelu dorabiała przez ostatni czas?

 — W Przystani. Dobrze tam płacili, ale już po tygodniu miała tyłek większy o dwa rozmiary — rozmarzył się na moment, po czym ponownie przybrał postawę przerażonego chudzielca.

 — Nie wchodź w szczegóły na razie. Załatw sobie podanie o legalną nekrofilię, to pomyśle co da się zrobić. Jeszcze dzisiaj zrobią jej sekcję zwłok, więc może jutro... kto wie.

 Andreas kończył zimną już kawę przy radiowozie, gapiąc się tępo na dwójkę zakochanych idących ulicą po drugiej stronie.

 — Aż tak dobra? — Martin przeszukał ponownie kieszeń i wyciągnął telefon.

 — Nawet ćpuny mają prawo do...

 — Rozmnażania się i robienie kolejnych? Niee, to tylko ułuda. Ale mniejsza z tym. Jadę do Przystani na rekonesans. Daj znać, jak już ją pokroją i będą wiedzieli coś więcej.

 — Powiedział ci coś? — wskazał na chuderlaka stojącego teraz przy denatce.

 — Podobno ją kochał, albo przynajmniej bardzo lubił. Akurat jadłem eklery. Dwa słowa więcej i wylądowałyby na jego mordzie. Jeszcze się rozmówimy, niech odetchnie i wmówi sobie, że to koniec.

 — On nie z tych. To podejrzliwa szuja, ale ma nosa do złodziei kobiecych torebek, w tym tygodniu zaliczył swoją życiówkę.

 Martin odszedł pośpiesznie, nie czekając, aż skończy. Oczyma wyobraźni widział Andreasa w buraczanej cerze z migotaniem przedsionków i na granicy furii. Wughold nienawidził tego, pogardy dla jego słów. Ale na wszystkie okrucieństwa tego świata burdel Przystań był ważniejszy.  

 

 

 CDN: część 2 - https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

9066 zzs

Liczba ocen: 3
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne

Liczba wejść: 32

Opis:

Czwartek - czyli po prostu tekst

Prawdopodobnie Bizarro

Dodano: 2021-01-14 23:35:55
Komentarze.
Hmm...
Lecę dalej. Ciekawa jestem jak to się zakończy.
Odpowiedz
z dużym wykopem
O kurka, panie marok, kryminał w sosie bizarro. Jestem zaintrygowany, ale i dziwnie usatysfakcjonowany Dobrze napisane
Odpowiedz
~marok 1 m.
CptUgluk dziękować
Odpowiedz
z wykopem
Na razie takie średnie bizarro, ale żarty o nawiedzonej waginie zawsze w cenie
Odpowiedz
*Ritha 1 d.
z dużym wykopem
"Gdy przekraczałeś granicę złej dzielnicy, od razu zyskiwałeś plus dziesięć do rychłej śmierci. Szczególnie gdy pracowałeś z policją, twoje szanse rosły jak krwiak w głowie po bliskim spotkaniu z grupką uprzejmych narkomanów i ich zabawkami.Martin zaparkował obok jakiejś obskurnej jadłodajni, gdzie średnio wysmażone steki sprzedawali za bezcen, a w gratisie dostawałeś raka jelit i gangrenę" - hahaha, dobree

"Chudy, blady blondyn sterczał jak wbity w ziemię pal, samotnie, ściskając w dłoń papierosa" - to!
"W każdym razie mieli się rozstać, bo dziewczyna miała mieć autofetysz kartonowego pudła" - hahaha

Zajebiste, Marok! Całe calutkie! Wow, klimat mega, dialogi a i fabuła się szybko zawiązała. Brawo!
Odpowiedz
~marok 1 d.
Ritha a to bardzo się cieszę, chyba trzeba znowu wrócić do codziennostrzału
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.