Budka Nuncjusza Kszyk - część 2

Kszyk 3

 Gdy detektyw z całą resztą dotarli na miejsce, skąd dobiegł wystrzał, było już za późno. Na ziemi leżał technik policyjny, a nad nim stał Rurk z pistoletem w ręku i dumą na twarzy. Obok niego kręcił się skośnooki blondyn z przestraszoną miną.

 

 - Kto tak krzyczał? - zapytał komisarz.

 

 - Ja. Znalazłem zabójcę. Rurk go zastrzelił - stwierdził skośnooki blondyn.

 

 - On nie ma pozwolenia na broń.

 

 - Zabrał mi pistolet.

 

 - Dobra robota - pogratulował mu komisarz. - Śledztwo zakończone.

 

 - Chwileczkę! Nadal nie wiemy, czy to na pewno nasz technik był zabójcą.

 

 - Jasne, że tak. Ma to wypisane na twarzy.

 

 - Gdzie? Nie widzę śladów długopisu.

 

 - To takie powiedzenie. Facet próbował zatrzeć ślady. Zanim Rurk go zastrzelił, powiedział, że zaatakował zarówno kobietę jak i tego faceta w kominiarce. Przyznał się też do popełnienia wszystkich nierozwiązanych zbrodni z ostatnich sześćdziesięciu lat.

 

 - Ale on mi wygląda najwyżej na trzydziestolatka.

 

 - Pozory mylą. Pewnie był starszy od mojej babci, ale dobrze się maskował. I tak zaraz umarłby ze starości. W dodatku miał przy sobie TO.

 

 Blondyn wystawił otwartą dłoń. Leżała na niej zużyta prezerwatywa.

 

 - Nie, zaraz, mam to w drugiej ręce.

 

 Detektyw przyjrzał się. Ową rzeczą był pierścionek zaręczynowy.

 

 - Chciał się komuś oświadczyć?

 

 - Wyciągnął go z kieszeni faceta w kominiarce. Rurk może potwierdzić.

 

 - Nie przeszukaliście wcześniej ciała?

 

 - Michael miał to zrobić.

 

 - Nieprawda, Peter powiedział, że przeszuka.

 

 - John mówił, że to zrobi.

 

 - Dobra, dość! - zakrzyknął komisarz. - Tak do niczego nie dojdziemy. Nasz biedny technik policyjny. Skończył technikum, a teraz tak skończył. Wszyscy są podenerwowani. Zaraz wystrzelamy się jak kaczki.

 

 - Kaczki nie potrafią strzelać.

 

 - Powiedz to tym gołębiom, które non stop puszczają pociski na mój samochód. Wracając do sprawy... Możliwe, że pozbyliśmy się niewinnego człowieka. Trzeba to zatuszować. Michael, podrobisz odpowiednie dokumenty.

 

 - Tak jest, szefie. Ale czy nikt nie zauważy, ze zaginął?

 

 - Kto jest do niego podobny? Michael, zastąp tego zastrzelonego. Dam ci podwyżkę.

 

 - Niech Gilbert go zastąpi. On ma doświadczenie w aktorstwie.

 

 - Zaraz, to ten, co go nie ma?

 

 - Tak.

 

 - Przecież zwolniłem drania. Albo dobra, zrobię to później. Niech się do czegoś przyda. A co z tym zabójcą? Znaleźliśmy go, czy nie?

 

 - Teoretycznie tak. Dokumenty już prawie podrobione.

 

 - Michael, zapisz to w aktach. Sprawa zakończona.

 

 - Chwileczkę - wtrącił detektyw. - Nie ma stu procentowej pewności, w zasadzie jest stu procentowa niepewność.

 

 - No nie, znów sprawy się komplikują. Co teraz?

 

 - Standardowo, szukajmy zabójcy zabójcy. To chyba proste.

 

 - Mamy trop, ten pierścionek. Trzeba znaleźć męża ofiary. Mógł chcieć się zemścić.

 

 - Męża tego Chińczyka?

 

 - Nie, tej drugiej ofiary.

 

 - Pańskiego brata?

 

 - Nie! Chodzi mi o tę kobietę. Gdzie ona jest?

 

 Wszyscy rozejrzeli się dookoła, ale nie dostrzegli nic interesującego.

 

 - Zniknęła. Pewnie ktoś ją zgwałcił pod naszą nieobecność.

 

 - Tu jestem! - krzyknęła kobieta. Wyszła zza wozu policyjnego.

 

 - Co pani tam robiła?

 

 - Nic, naprawdę. Kilka pompek dla zdrowia.

 

 - Dlaczego ma pani zakrwawione ręce?

 

 - Skaleczyłam się. Wpadłam w krzak róży.

 

 - Na pani sukience jest więcej krwi niż na ubraniu rzeźnika.

 

 - To był duży krzak.

 

 - Aha, ma pani męża?

 

 - Nie. Nikogo takiego sobie nie przypominam.

 

 - Ja mam tak samo z żoną - westchnął komisarz. - To nam komplikuje tę wyjątkowo skomplikowaną sprawę. Już prawie mieliśmy tego męża - zabójcę.

 

 - Czy przypadkiem nie miała pani na palcu pierścionka? - zainteresował się detektyw.

 

 - Tak. Ktoś go zabrał!

 

 - Czy to może pani zguba? - zapytał detektyw, pokazując pierścionek, wyrwany z rąk skośnookiemu blondynowi.

 

 -Zgadza się. Gdzie go pan znalazł?

 

 - Człowiek, który panią zaatakował miał go w kieszeni. Prawdopodobnie ściągnął z palca, gdy panią uderzył. W takim razie zapytam inaczej. Czy ma pani chłopaka?

 

 - Chce pan ze mną chodzić?

 

 - Nie. To znaczy... A zgodzi się pani?

 

 - Oczywiście, że nie. Mam narzeczonego, który dał mi ten pierścionek.

 

 - Szkoda. Oczywiście to było czysto służbowe pytanie. W takim razie, gdy znajdziemy pani kochanka prawdopodobnie zakończymy sprawę.

 

 - Ale on już tu jest..

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: +fanthomas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 1

Opis:
Dodano: 2019-10-12 15:27:55
Komentarze.

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin