jasno ciemno
Krucjata Baśki cz.4 Krucjata Baśki cz.2

Krucjata Baśki cz.3

 Szybko zapadający mrok zwiastował koniec długiego, nużącego dnia. Burza, która od tygodnia zaściełała sporą część Czerwonej Planety mglisto-rdzawą powłoką, dawała o sobie znać również pod kopułami górniczej enklawy. Kakofoniczny pogłos, wzbudzany przez fale drobinek sunących po powierzchni masywnych czasz w takt porywistych podmuchów, wybrzmiewał feerią dźwiękowych imaginacji. Większość mieszkańców przygranicznej dzielnicy Lompy, wchodzącej w skład potężnej aglomeracji miejskiej Elon Musk, żegnała się z przymulonym pyłową aurą dniem w nadziei na słoneczne jutro.

 Większość.

 

 Gwar rozedrganych rozmów, smród alkoholowych wyziewów i zjełczałego potu niósł się wśród gęsto obsadzonych stołów. „Tawerna u Baśki i Józia” zwyczajowo przepełniona o tej porze, gościła najzacniejszą marsjańską śmietankę towarzyską, która, miast spać jak większość prawilnych obywateli, zwykła tu oblewać lub olewać szemrane interesy. Aura pijackiej sielankowości nieskrępowanie rozlewała się między spitą klientelą, a każde jej zaburzenie, każda negatywna fluktuacja, wiązała się z natychmiastową reakcją czujnej współwłaścicielki lokalu.

 – Panu już dziękujemy! – Pożegnanie okraszone solidnym kopniakiem nie pozostawiało wątpliwości, co do szansy dalszego pozostania delikwenta w lokalu.

 Pani Szczepanowska – ciemnowłosa miejscowa, charakterna belle femme – hołdowała jasnym zasadom: płać i pij kulturalnie albo wyjazd. Takoż i dziś, a to siedziała za barem pogrążona w egzystencjalnej zadumie, a to znów uwijała się chwacko wśród tłumnie zgromadzonych konsumentów, wspierając Józefa – współwłaściciela lokalu, który pełnił funkcję znamienitego lokaja, kompletnie nieprzystającego wyglądem i manierami do otaczającej mordowni oraz Gertrudę – zgryźliwą, ale lojalną i oddaną barmankę, o rubensowskich kształtach.

 Baśka, zaprowadziwszy porządek wśród nazbyt rozbisurmanionej klienteli, zlustrowała krytycznie bawiące się towarzystwo i uspokoiwszy się, wyszła na zaplecze.

 Tonące w półmroku pomieszczenie powitało ją aromatem piwa, unoszącym się znad stosów beczek, przezornie poustawianych na stojakach, pod ścianami. Nie zwróciła nań uwagi, tylko od razu podeszła do jedynego okna i uchyliła je. Świeże powietrze zalało pokój, znacząco rozrzedzając chmielny aromat.

 Wzięła głęboki oddech i rozpięła górne guziki ciemnej koszuli, po czym, przytrzymując długą do kostek, ciemną spódnicę, przysiadła bokiem na parapecie.

 Drzwi do zaplecza zaskrzypiały, ale wpatrzona w mrok za oknem, nie zwróciła na to większej uwagi.

 – Muszę uprzejmie zauważyć, że przez te burze piaskowe ciężko się oddycha, aż człowiek… – słowa współwłaściciela Tawerny wyrwały ją z zamyślenia.

 – Nie pierdziel – przerwała Józefowi. – Dostałam dziś informacje o śmierci wuja… – zawiesiła głos i głośno westchnęła.

 – Wiem. Wiem. Szanowny zmarły nie raczył uczynić z pani swojego spadkobiercy. – Lokaj pokiwał głową ze zrozumieniem, podszedł bliżej i podał jej szklanice z piwem. Następnie dyskretnie wygładził fałdy swej nieskazitelnie czystej marynarki oraz skontrolował dłonią ułożenie kołnierzyka śnieżnobiałej koszuli.

 Pani Szczepanowska tymczasem w skupieniu analizowała sytuację.

 – Przyznaję, troszeczkę się kłóciliśmy… – zaczęła, ale usłużny Józef szybko wszedł jej w zdanie:

 – Wybiła mu pani niemal wszystkie zęby, dwa razy złamała nos i raz żebro, a on próbował panią trzy razy podpalić, raz udusić, to pani znów w odwecie siedem razy go utopić, w tym raz w szambie, a on z kolei w odwecie…

 – Oj, przestań! – Przerwała wspólnikowi machnięciem ręki. – Nie ma co rozgrzebywać. Choć fakt, nie darzyliśmy się jakimś szczególnym, rodzinnym sentymentem.

 – Czym?

 – A chujem pstrym! – ryknęła zniecierpliwiona, ale zaraz się opamiętała. – Mniejsza o to Dżozefie. Nie ma się co rozczulać, bo to nieistotne drobiazgi. Stary miał spore przedsiębiorstwo wydobywcze i to jest tu najważniejsze – stwierdziła stanowczo. – Dwa transportowce, załadowane kombajnami i innym sprzętem. Stanowiłoby to idealne wprost uzupełnienie działalności dla naszej drugiej firmy. Rozumiesz? – Rozmarzyła się i pociągnęła łyk piwa.

 – Cóż, pani Barbaro, rozumiem, że dodatkowego sprzętu nigdy za wiele. Jednak pragnę zauważyć, że nasza odkrywka znajduje się na powierzchni Marsa, a wuj dysponował narzędziami specjalizującymi się w fedrowaniu skał latających po kosmosie.

 – Przecież Mars też lata po kosmosie – prychnęła.

 – Noooo, tak, ale to jest jednak nieco inna kategoria obiektów.

 – Tym lepiej. Zresztą, gdybyśmy fruwali poza Marsem, to nie musielibyśmy zawieszać działalności w okresie tych cholernych burz tutaj.

 – To prawda, ale pozwolę sobie zauważyć, że przebranżowienie… – przerwał jednak wątek i spojrzał nieufnie na wspólniczkę, która tymczasem przestała go już słuchać i zaczęła błądzić myślami het, daleko. Pełen obaw obserwował, jak zmarszczyła brwi i zawiesiwszy wzrok gdzieś w próżni, poza nim, analizowała coś w skupieniu.

 – Stary przegiął pałę, pomijając mnie w testamencie – wypaliła w końcu. – Mam zamiar naprawić to rażące niedopatrzenie. Chodźmy! – Włożyła wykałaczkę między zęby, zwinnie zeskoczyła z parapetu i minąwszy zdębiałego lokaja, wyszła z pomieszczenia.

 – Tego się właśnie obawiałem – Józef mruknął pod nosem i wyraźnie zaniepokojony, ruszył za Baśką. Nim zamknął za sobą drzwi do zaplecza i ponownie wkroczył na salę, powściągnął emocje i zachowując filozoficzny spokój, pośpieszył wesprzeć wspólniczkę w działaniach. Jakiekolwiek by one nie były.

 

 Zbity z balii stół, posadowiony na dwóch masywnych, drewnianych klockach, sprawiał wrażenie uber-solidnego, nawet przy całej zgrai bawiących przy nim klientów. Spośród nich Baśkę interesował tylko jeden – wątły chlejus, który kiwał się z lewa na prawo, pogrążony w pijackiej kontemplacji nad pustym kuflem. Zbliżając się, obserwowała jak wyleniałe, ryże pichetki, miast włosów sterczące z głowy i dolnej części twarzy, drgały w takt ruchów żula.

 Miał mętny wzrok, który szybko mu się jednak wyostrzył, gdy tuż przed nim wyrosła nagle… Pani Kierowniczka.

 – Koniec rezerwacji, panowie! Wynocha gdzie indziej! – ryknęła, wzbudzając gorączkową krzątaninę przy obranym stole. Biesiadujący dotąd goście, na tak stanowczo wydane zarządzenie, poczęli niezwłocznie opuszczać siedziska. W pierwszej chwili właściciel ryżych pichetek także, jednak przystopował, gdy poczuł kobiecą dłoń na ramieniu.

 – Panie Zdzisiu, pan zostaje – Pani Kierowniczka mruknęła przyjacielsko, patrząc mu głęboko w oczy.

 Pan Zdzisiu zbladł, ale pokornie został.

 Po wprawnym opróżnieniu stolika, przekrzykując pijacki harmider, Baśka wydała kolejną dyspozycję:

 – Gerdzia, kochanie! Panu Zdzisiowi trzeba polać. Daj no mi tu ten dzban.

 Oszołomiony tak szczęśliwym zrządzeniem łaskawego losu, właściciel ryżych pichetek – pan Zdzisio – rozdziawił gębę a następnie znieruchomiał w odrażającym grymasie znamionującym najprawdopodobniej radość.

 – Jasne, dzban dla dzbana – wymruczała z kolei w odpowiedzi filująca za barem barmanka i natychmiast napełniła naczynie, które w locie przejął czujny lokaj. Zachowując posągową postawę oraz kamienny wyraz twarzy, począł wprawnie przeciskać się pomiędzy brynolami, ochalptusami i innymi moczymordami.

 Dotarłszy do wskazanego stolika, wytwornie usadowił na nim naczynie.

 Obdarowany wybraniec losu odwdzięczył się szerokim, bezzębnym uśmiechem, a pani kierowniczka i lokaj uraczyli go swoim towarzystwem, przysiadając się doń z obu stron.

 – Słyszałam, że masz dojście do mecenasa. – Baśka zagadnęła pana Zdzisia cicho i bez wstępów, po czym skinęła na Józefa, który, rozglądając się tajniacko, natychmiast napełnił i podał mu kufel.

 – No, tak. Remontuja mu hawirę, ale o co się rozchodzi? – Pan Zdzisio okazał zainteresowanie.

 – A, taki drobiazg. – Baśka podniosła swoją szklanicę i upiła łyk. – W zeszłym tygodniu w tragicznych okolicznościach zginął mój ukochany wujek i…

 – Tak? O, to przykro sprawa. – Pan Zdzisiu szczerze się zasmucił.

 – No, fakt, nie mogę odżałować tego starego ochlajdupy! Niech mu kosmiczna próżnia lekką będzie. – Przewróciła oczami. – Ale nie w tym rzecz…

 – Aha, cóż, jeśli tak. – Zreflektował się, a tymczasem Baśka cierpliwie ciągnęła dalej:

 – No więc, rzecz w tym, że pozostawił testament.

 – O, ciekawe. I cóż z nim? – Pan Zdzisiu ponownie okazał zainteresowanie.

 – A to, iż z pewnych mi źródeł wiadomo, że leży schowany u mecenasa w sejfie. Widziałeś tam jakiś sejf? W tej jego hawirze?

 – No, ba! Czaje się na niego już trzeci dzień.

 – O, doprawdy? – Tym razem z kolei Baśka okazała zainteresowanie.

 – Tak, tak. Mom już nawet przygotowany taki wichajster – wyszeptał i zrobił pauzę, podczas której szamotając się z ubraniem, uchylił rąbek kraciastej koszuli i wysunął fragment zagiętego wytrycha. – O, tu go mom! – rzekł konspiracyjnym tonem.

 – No, to świetnie się składa. – Baśka się ucieszyła.

 – Tak? – Pan Zdzisio natomiast się zdziwił. Przysłuchujący się rozmowie Józef również, choć przez cały czas zachowywał stosowne milczenie.

 – Słuchaj kochanieńki – Baśka tymczasem kontynuowała półszeptem. – Mnie obchodzi ten testament. Po tym wujaszku. Rozumiesz?

 – Nie bardzo – Zdzisio przyznał szczerze. Po minie lokaja można było wnosić podobnie.

 – No widzisz, bo tak się składa, że ja też mam testament… – urwała, cierpliwie obserwując reakcję rozmówcy.

 – Pani też go mo? – Ten zdumiał się szczerze. Podobnie Józef, który wpierw szeroko otworzył oczy, by zaraz potem przebiegle je przymrużyć.

 – A tak. I wiesz co, chciałabym, żebyś go tam zaniósł, a tamten przyniósł do mnie.

 – Jak to? – Pan Zdzisio zdumiał się jeszcze bardziej.

 – A to taka, no wiesz, zamiana – uśmiechnęła się przyjaźnie.

 – Ale, że jaka? – Pan Zdzisio osłupiał.

 – A sraka! – Baśka straciła w końcu cierpliwość. – No, podmienisz je, kurwa mać. I tyle! – Wypluła wykałaczkę i zazgrzytała zębami.

 Pan Zdzisio się zląkł.

 Józef też, choć zachował kamienny wyraz twarzy.

 – Dobrze, dobrze Pani Kierowniczko. Pani się nie denerwuje. – Zlękniony właściciel ryżych pichetek szybko ochłonął i pospiesznie potwierdził wykonanie rozkazu. Zaraz jednak pomiarkował: – A co ja z tego będę mioł? – wystękał.

 – Mioł! Mioł! – zadrwiła. – Zdzisiu, czy ja cię kiedyś wystawiłam? Złe masz ze mną układy?

 – Nie no, Pani Kierowniczka to zawsze była dla mnie jak matka rodzona. – Ponownie uśmiechnął się szeroko acz niepewnie, wpierw do Baśki a następnie do milczącego, ale pilnie strzygącego uszami Józefa.

 – No, to sam widzisz. – Baśka pokiwała głową. – Otworzysz sejf i je zamienisz. Czego tu, do chuja pana, nie rozumiesz?

 

 ***

 

 Pojazd, prowadzony niepewną ręką lokaja, sunął koślawo ale dość płynnie. Wczesnoporanna, senna aura, wypełniająca wyludnione o tej porze ulice Elon Musk sprawiała, że usadowiona na tylnym siedzeniu Baśka, co rusz głośno i przeciągle ziewała. W końcu, aby powstrzymać podstępnie obłapiające ją macki morfeusza, odsunęła szybę i oddychając głęboko świeżym powietrzem, leniwie lustrowała mijane zabudowania. Osnute o tej porze ponurą poświatą, rozrzucaną przez mdłe promienie odległego Słońca, tonęły w smętnym półmroku.

 Baśce szybko udzieliła się ta smętna nastrojowość. Rozglądała się więc smętnie w nadziei, że za którymś smętnym zaułkiem, ujrzy w końcu smętny acz niecierpliwie wyczekiwany i zapewne też otoczony smętną aurą, szyld biura notarialnego.

 Zajechali pod budynek placówki jako ostatni z rodzinki Szczepanowskich.

 – Państwo pozwolą, proszę wejść i się rozgościć. – Wysoki i giętki jak wierzba notariusz wskazał na częściowo zajęte już stołki, ustawione półkolem naprzeciw masywnego, stylowego biurka.

 Apatyczna aura na zewnątrz była niczym w porównaniu z paskudną atmosferą w biurze, podsycaną bazyliszkowymi spojrzeniami poszczególnych członków rodziny, witającymi Baśkę. Ta jednak, nie pozostając dłużna ukochanej familii, odpowiadała im równie, a może i bardziej, żmijowatym wzrokiem.

 I była to ledwie zapowiedź, skromny przedsmak tego, co zadziało się kilka chwil później...

 Zażarta awantura i przepychanki po odczytaniu ostatniej woli Kapitana Żeglugi Kosmicznej Alfreda Szczepanowskiego wydawały się nie mieć końca:

 – Mogłabym przysiąc, że jesteś ostatnią francą we wszechświecie, której ten stary cap cokolwiek chciałby zapisać! – darła się stryjeczna ciotka w staromodnych binoklach zsuniętych na czubek nosa, z niedowierzaniem lustrując odczytany dokument.

 – Franca?! Chyba ty, twoja matka i babka! Cymbalico jedna! – Baśka szybko kontrowała.

 – Jest pan pewny – wykrzyknął na to stryjeczny kuzyn, kierując zapytanie do rejenta – że to pismo Alfreda Szczepanowskiego?

 – Zapewniam, to oryginały. Obaj zresztą. Dokument i Kapitan. – Urzędnik mruknął z ironiczną powagą. – Znałem go osobiście i wszędzie rozpoznam te szkaradne bohomazy. To z całą pewnością jego dzieło.

 – Szkaradne bohomazy?! – Baśka zagrzmiała i zerwawszy się z krzesełka, dała susa przez biurko. Doskoczyła do oniemiałego notariusza i pochwyciwszy go za fraki, ryknęła: – Sam jesteś, kurwa, szkaradny! – Potrzepała nim.

 Gdy, po stanowczej interwencji ochrony, ponownie zajęła swoje miejsce z właściwej strony biurka, atak przypuścił brat matki zmarłego. Zderzywszy się jednak z lecącym krzesłem, rzekomo niechcący podrzuconym przez panią Szczepanowską, szybko poniechał dalszych obiekcji.

 Potem, w zasadzie, było już z górki.

 Piorunem posypały się roztrzęsione podpisy na akcie notarialnym, okraszone kilkoma rzekomo przypadkowymi szybkimi ciosami i pomniejszymi smagnięciami międzyrodzinnymi, i upocony urzędniczyna pospieszne zakończył spotkanie, sprawiając, że całe towarzystwo Szczepanowskich rozpierzchło się jak w szaleńczym amoku.

 

 – Szkaradne bohomazy, kurwa! Pół nocy je tworzyłam! Pół nocy! A to chuj! – Baśka nie mogła przeboleć zniewagi, jaką uczyniła jej wygłoszona przez notariusza opinia na temat podrobionego przez nią testamentu.

 Pędziła do auta, drąc się złowrogo.

 – Zgadzam się z szanowną panią całkowicie. Uwaga tego nędznego urzędniczyny była niegrzeczna i w najwyższym stopniu niestosowna. Cóż z niego za impertynent! – rozgniewanym tonem, acz z zachowaniem należytej kultury, wtórował jej zasapany szybkim marszem Józef.

 Baśka przez dłuższą chwilę jeszcze rzucała obelgami na lewo i prawo, szamocąc się a to z otwarciem drzwi samochodu, do których lokaj nie zdążył w porę doskoczyć, a to z zapięciem pasów, które ostatecznie odrzuciła w kąt.

 Józef tymczasem błyskawicznie odpalił pojazd i dając upust swemu wzburzeniu, pozwolił sobie ruszyć z piskiem opon. Nonszalancki półuśmieszek, lekko zarysowany w kącikach ust przyjaciela Barbary, znikł dopiero, gdy wzniecając efektowną kurzawę z sypkiego podłoża, wyminął całą rodzinkę wspólniczki.

 Wtórująca mu w drwiącym uśmieszku Baśka poszła nieco dalej, bo wystawiła przez uchylone okno dłoń z wysztywnionym środkowym palcem. Trwała tak, aż ostatni z familii Szczepanowskich zniknął z pola widzenia w burzy szaro-rdzawego pyłu.

 – No, starczy kurwom! – podsumowała w końcu, chowając rękę do wnętrza pojazdu.

 – Pragnę zauważyć, że w biurze poradziła sobie pani koncertowo, pani Barbaro. Ten mistrzowsko wyprowadzony lewy sierpowy, no, prawdziwy majstersztyk – zauważył Józef dżentelmeńskim tonem.

 – Należało im się! – w odpowiedzi Baśka uśmiechnęła się zuchwało. – Grunt, że wyszło na moje! Teraz wszyscy będziemy żyli długo i szczęśliwe, a chlaniu i śpiewaniu nie będzie końca! – skwitowała i wyciągnąwszy z mikroskopijnej torebki piersióweczkę, wzniosła toast: – Chuj im w dupę! Twaje zdarowie Dżozefie! – Skłoniła głowę z uznaniem i pociągła spory łyk destylatu, zamykając tym samym temat testamentu.

 

 

 Link do cz.4 https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

15804 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnieszka
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 41

Opis:

Tagi:

#fantastyka #sciencefiction #komedia
Dodano: 2021-02-18 20:30:27
Komentarze.
~Maurycy 10 d.
Baśki to wiadomo, że nie odpuszczę, ale jak znajdę wolniejszą chwilę to zacznę od numeru jeden!
Odpowiedz
Maurycy zapraszam mesje
Odpowiedz
Basieńka jest taką postacią, które rzadko można wyłapać z realnego świata. Chodzi mi o jej bezpośrednoś. W tym jest nad wyraz wyjątkowa. 😁
Teraz już wiem dlaczego wujaszek tak z nią pasował tempermentem. 😊
Jak zwykle idę z uśmiechem od Ciebie.
Odpowiedz
Szudracz uśmiech to podstawa Io to chodzi
Dzięki i pozdrowionka
Odpowiedz
*Ritha 1 d.
z dużym wykopem
"– Przyznaję, troszeczkę się kłóciliśmy… – zaczęła, ale usłużny Józef szybko wszedł jej w zdanie:
– Wybiła mu pani niemal wszystkie zęby, dwa razy złamała nos i raz żebro, a on próbował panią trzy razy podpalić, raz udusić, to pani znów w odwecie siedem razy go utopić, w tym raz w szambie, a on z kolei w odwecie…
– Oj, przestań! – Przerwała wspólnikowi machnięciem ręki. – Nie ma co rozgrzebywać. Choć fakt, nie darzyliśmy się jakimś szczególnym, rodzinnym sentymentem.
– Czym?
– A chujem pstrym! – ryknęła zniecierpliwiona, ale zaraz się opamiętała" - hahahaha

"Niech mu kosmiczna próżnia lekką będzie" - hahaha

"– Tak, tak. Mom już nawet przygotowany taki wichajster" - hahahaha, Aga, aż się oplułam

"– A tak. I wiesz co, chciałabym, żebyś go tam zaniósł, a tamten przyniósł do mnie.
– Jak to? – Pan Zdzisio zdumiał się jeszcze bardziej.
– A to taka, no wiesz, zamiana – uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Ale, że jaka? – Pan Zdzisio osłupiał.
– A sraka! – Baśka straciła w końcu cierpliwość. – No, podmienisz je, kurwa mać. I tyle! – Wypluła wykałaczkę i zazgrzytała zębami.
Pan Zdzisio się zląkł" - hahaha, genialny plan! Baśka jest super babka!

"– Należało im się! – w odpowiedzi Baśka uśmiechnęła się zuchwało. – Grunt, że wyszło na moje!" - notariusz notariuszem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Świetnie się to czyta, Agu!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.