jasno ciemno
Krucjata Baśki cz.3

Krucjata Baśki cz.4

 Dziki entuzjazm, jakim kipiała podejmując nowe wyzwania, definiował jej istnienie. Wszystko co osiągnęła, nosiło ślady ognistego ferworu i straceńczej determinacji. Fluktuacje życiowe, odpowiadające stanom ciszy i nastających po nich, huraganowych burz, były wspawane w jej życiorys, niczym siatka stalowych prętów w żelbeton. I tego się trzymając, pani Barbara, po pożegnaniu przyjaciół z Tawerny, którym pozotawiła opiekę nad lokalem, udała się z roboczą wizytą na orbitę. Celem podróży było zapoznanie z majątkiem spadkowym.

 Jeden z jego głównych elementów – górniczy transportowiec – przycumowany do orbitalnego parkingu stanowiącego przedłużenie ultranowoczesnej marsjańskiej stacji Bradbury*, prezentował się upiornie. Połamane dysze, nieszczelne śluzy, uszkodzone nadajniki i anteny, czy odstające płaty pokryć poszczególnych segmentów – to widok, który w porównaniu z potężną i lśniącą przepychem stacją orbitalną, mógł niepokoić.

 Mógł.

 Ale nie ją.

 Nie Barbarę Szczepanowską, która widziała w nim potencjał.

 – Przyznaję, że nasza knajpa przy tym, to wykurwiście elegancka tancbuda – perorowała przez nadajnik do przyjaciół z Tawerny. – Ale Stary wprowadził tu tyle ulepszeń, że konkurencja będzie nas cmokać w zadziec.

 – Rozumiem, rozumiem – Józef przytakiwał podniośle. – Cmokać w zadziec, aha, czyli jest dobrze.

 – Prawie.

 – Prawie? – zainteresował się uprzejmie, choć poczuł jednocześnie, że najpewniej zaraz będzie tego żałować.

 – Prawie, bo z papierów wynika, że fura nie ma przeglądu.

 – Ach tak – lokaj zmarkotniał. – Czyli jednak nie jest dobrze.

 – Jest, jest. Tyko trzeba uruchomić znajomości – Baśki nie opuszczał dobry humor.

 – Ach, więc jest nadzieja – próbował nadążyć.

 – Tak. Zgadza się. Pod warunkiem, że masz takie znajomości – retorycznie podpytała Baśka.

 – Ale, że kto ma? – retorycznie dopytał Józef.

 – A ty! Pizdusiu! – ryknęła na to kpiarsko Gertruda, która dotąd z boku przysłuchiwała się całej rozmowie.

 – Ooo, wypraszam sobie! Pizdusiu?

 – Spokojnie Dżozefie. Nie denerwuj się! Pamiętaj, ból jest chwilowy, ale chwała wieczna** – Baśka zaczęła ostrożnie, wyczuwając srogi wnerw u wspólnika. – Załatw mi tylko odpowiedniego człowieka, resztą zajmę się sama. Nie proszę o wiele…

 

 ***

 

 – Nie proszę o wiele… – zszokowany diagnosta jęczał pod nosem. Dokonując przeglądu technicznego transportowca, kiwał głową z dezaprobatą i niedowierzaniem. Od dwóch godzin penetrował wnętrze pojazdu w nadziei, że uda mu się w końcu znaleźć cokolwiek, wspornik, belkę nośną, jakikolwiek element, który choć z grubsza odpowiadałby jakimkolwiek normom.

 – Ale tu wszystko jest nie tak! Dopuszczalny ciężar! Grubość! Średnice! – mamrotał spocony.

 – Przyznaję – Baśka broniła się heroicznie – zostało wprowadzonych kilka drobniutkich usprawnień tu i tam.

 – Drobniutkich usprawnień? Komendy wydawane z tego panelu sterowniczego lecą chyba w kosmos, bo na pewno nie do tych urządzeń tutaj! – Wskazał palcem na uparcie nieruchome elementy. – Przecież tu nic nie działa i nawet nie wiem, dlaczego! Normalnie, jak na polibudzie! – grzmiał, rozglądając się rozpaczliwie. – A jeszcze nawet nie byliśmy w maszynowni! – zakrzyknął z uniesionym palcem.

 – Czyli, ma pan już dość tej całej inspekcji? – Baśka zapytała z nadzieją w głosie.

 – Inspekcji? To jakaś kpina!

 – Świetnie! – Ucieszyła się, wprawiając inspektora w zdumienie. – Zatem przejdźmy do konkretów. Ile?

 Wyczerpany diagnosta jakby tylko na to czekał, bo w sekundzie przestał wyglądać na wyczerpanego, a po krótkim przerzucaniu kwotami, nawet wyraźnie się ożywił.

 

 Uwalona na masywnym, ale zdrowo uświnionym i rozdygotanym fotelu kapitańskim, usytuowanym w centralnej części kokpitu, z umiarkowaną euforią lustrowała otaczające ją złomowisko. Zlokalizowany na obwodzie pokaźny, kilkusegmentowy panel sterowniczy i zawieszone nad nim monitory wymagały gruntownego czyszczenia i regeneracji. Podobnie, poboczne dwa siedziska, nieużywane zgodnie ze wskazaniem, a przez to zawalone teraz najróżniejszej maści szrotem. O pozostałych pomieszczeniach potężnego transportowca Baśka nawet nie chciała myśleć. I, aby to stwierdzić, nie potrzebowała do tego żadnego znawcy czy diagnosty.

 – I jak przebiega odgruzowywanie wnętrza pojazdu, pani Barbaro? – Józef dopytywał kulturalnie, podczas kolejnego połączenia.

 – Och, Dżozefie, rano zrobiłam już tyle rzeczy – zaczęła zadowolona, wprawiając wspólnika w osłupienie.

 – Doprawdy?

 – Nie no, żartuje, przecież mnie znasz, dopiero wstałam. A co tam na Marsie? – szybko zmieniła niewygodny temat.

 – Cóż, pani Barbaro – zaczął dwornie, lekko pochrząkując. – W Tawernie praca wre i tutaj jestem optymistą. Natomiast w kwestii pani spraw. Cóż.

 – Dawaj! – zachęciła.

 – Mam dla pani dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że ma pani licencję na latanie pojazdami transportowymi w przestrzeni międzyplanetarnej. A zła, że nieaktualną.

 – No, to trzeba ją uaktualnić. Znajdź kogoś odpowiedniego. Cena nie gra roli.

 – Tak myślałem, ale mój człowiek jest teraz zawalony robotą i…

 – Oj Dżozefie, to mu powiedz, że jeśli w przeciągu czterdziestudziewięciu godzin nie załatwi pani Szczepanowskiej tej licencji, to będą ją pokazywać na zdjęciach w wydaniu głównym Dziennika Marsjańskiego, z jego łbem pod pachą**…

 

 

 Spędziła w nim cały miesiąc, robiąc porządki i dostosowując go do swoich wymagań. Ściągnęła też z Ziemi i Marsa kilku mechaników, informatyków i innych „…ków”, którzy pomogli masywnemu pojazdowi powrócić do dawnej formy. Najgorsza była jednak nauka latania tym molochem.

 Licencja to jedno, a latanie...

 Kiedy, odcumowując transportowiec od pomostu parkingowego, zapomniała o zamknięciu śluzy zewnętrznej, część niezamocowanych elementów wyleciała z hangaru załadunkowego w przestrzeń. Sytuację uratowało zatarasowanie otworu przez spychacz, który się stoczył i utknął w niedomkniętej śluzie, uniemożliwiając jednocześnie dalsze gubienie górniczych badziewi. Nieszczelność kadłuba spowodowała z kolei trudności w manewrowaniu, co w połączeniu z brakiem doświadczenia u pilota, poskutkowało złamaniem mocowania holu orbitalnego i ostatecznie, wyrwanie jego całego ramienia.

 – Jakim cudem, z takimi umiejętnościami, dostała pani licencję? – dopytywał stróż ładu i porządku publicznego, spisując zakres szkód wywołany niefortunnym zdarzeniem.

 – Ależ panie mundurowy, jebło to jebło. Po co drążyć? – Baśka tłumaczyła się niezłomnie. – Chciałam dobrze. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że spokojne morze nie wyuczy dobrego żeglarza.

 – Dobrego żeglarza? – Mundurowy pokiwał głową z politowaniem i powrócił do zapisków w dokumentach.

 – Cóż, jeśli już pan musi z tym mandatem – zaczęła w końcu ugodowo – to proszę uprzejmie o niski wymiar kary. W przeciwnym wypadku będę zmuszona nazwać pana ciemiężycielem i zdziercą, a tego byśmy przecież nie chcieli.

 Chcieli, nie chcieli, mundurowy okazał się nieprzejednany i wręczył jej plik opieczętowanych dokumentów, po czym pożegnał się ozięble i szybko oddalił.

 

 Po kolejnych karkołomnych manewrach, których ukoronowaniem były kolejne nakazy płatnicze, Baśka postanowiła wycofać się taktycznie i skierowała pojazd na dalekie obrzeża Układu Słonecznego. Oceniła, iż będzie to najlepsza strefa do poćwiczenia latania, czy nawet rozdrabniania skał, nim ostatecznie weźmie się za poważne fedrowanie planetoid.

 Początkowo ćwiczyła zapamiętale manewr lądowania, wykorzystując Pluton oraz jego pięć niewielkich księżyców. Gdy uznała, iż wychodzi jej to nie najgorzej, zdecydowała podryfować trochę pomiędzy planetoidami w Obłoku Oorta. Wyobrażała sobie, że będzie tu tłoczno, a ostatecznie okazało się, że aby dorwać jakąkolwiek planetoidę, musiała przeszukiwać strefę szperaczami. Całymi więc dniami siedziała w kokpicie transportowca i lawirując pomiędzy rzadkimi okruchami skalnymi, pocieszała się śmierdzącym bimbrem, pozyskiwanym z aparatury destylacyjnej Starego.

 W związku z brakiem widocznych postępów w nauce manewrowania górniczym sprzętem coraz częściej popadała w skrajne przygnębienie. Usiłując się pocieszyć, chlała bimber i śpiewała donośnie. Chrapliwy głos niesiony był przy pomocy głośników po całym transportowcu. Czasami, gdy zdarzyło się jej nieco przeholować z trunkiem, załączała komunikator zewnętrzny. Wtedy stacje orbitalne i wszelkie inne obiekty w strefie międzyplanetarnej i dalszej nawet, miały wątpliwą przyjemność odbierać jej, raczej mało słowiczy, głos.

 

 ***

 

 Niewielki statek poszukiwawczy od kilku tygodni sunął z prędkością nadświetlaną. Podążał szlakiem czasoprzestrzennym, którego ujście znajdowało się na obrzeżach obłoku sferycznego, otaczającego system planet. Humanoidzi pilotujący pojazd nazywali ten układ planetarny Przyjaźnie Żółty, gdyż idealnie odzwierciedlał widmo światła emitowanego przez centralną gwiazdę, która wraz z otaczającymi ją kilkoma planetami, tworzyła potencjalnie dobre miejsce na zasiedlenie.

 Pokład spowijała atmosfera bojowego wyczekiwania, związana z przygotowaniami do manewru spowalniającego, który zainicjuje wyskok z korytarza wyżłobionego w czasoprzestrzeni.

 Humanoidzi przemieszczali się dotąd w eterycznej próżni, otoczeni nieomal głuchą sferą pola podprzestrzennego, charakteryzującą się dużym deficytem promieniowania elektromagnetycznego. Po wyjściu z nadświetlnej spodziewali się więc całej kaskady uderzeniowej fal wszelkich długości.

 Nie zawiedli się.

 – Coś się tak zasłuchał, przyjacielu Ojm? – Czarne oczy humanoidalnego stworzenia łypały zaciekawione na towarzysza.

 – Słyszę jakieś makabryczne wycia i pochrząkiwanie w słuchawkach – Ojm śpiewnie wysyczał i powiódł długimi, szczupłymi palcami po wskaźnikach panelu sterowniczego. – Może to dźwięki wydawane przez jakiegoś osobnika z tutejszej cywilizacji? – Zamyślił się.

 – Daj posłuchać. – Ijm podszedł do pulpitu i przyłożył głośnik do swojego narządu słuchu zlokalizowanego po bokach głowy. – Ale jazgot! – wysyczał śpiewnie po chwili. – To brzmi, jakby ktoś jęczał na torturach. – Zaśmiał się świszcząco.

 – Źródło dźwięków nie może być daleko. Podlecimy zobaczyć. Może ma ono coś wspólnego z naszymi zaginionymi statkami rozpoznawczymi? – Ijm sprawnie wybrał odpowiedni kurs i statek pomknął w kierunku zarejestrowanych odgłosów.

 – Nasi naukowcy musieli się pomylić w ocenie tej cywilizacji. Nikt rozumny nie wydaje tak prymitywnego jazgotu – ocenił Ojm i wyciągając wygodnie smukłe ciało w siedzisku, niecierpliwie wyczekiwał momentu, kiedy zidentyfikują wylęgarnie smętnych dźwięków.

 W miarę zbliżania do źródła, sygnał niesiony falami radiowymi nabierał coraz wyrazistszych ram, upewniając humanoidów w ocenie cywilizacyjnej mieszkańców Przyjaźnie Żółtego układu planetarnego. W końcu przyspieszyli, wzniecając tumany pyłu które ulatywały się z nieczyszczonych od dawna dysz zapłonowych.

 

 ***

 

 Samotność w otchłani kosmosu oraz brak ważniejszych zajęć, poza pędzeniem bimbru i opróżnianiem żywnościowych rezerw, sprawiła, że Baśkę czasami łapała głupawka. Wystrzeliwała wtedy na oślep jakąś torpedę fotonową i, w celu zapewnienia sobie doraźnej rozrywki, rozwalała sunącą spokojnie w próżni kosmicznej, planetoidę.

 Tak było i dziś. Siedziała z wyciągniętymi nogami na panelu sterowniczym, wyjadając fasolkę z puszki, gdy na pulpicie zamigotał czerwony punkcik.

 – Kolejna skała pcha się w sam raz na cel – zawyła z radością, po czym skoczyła na równe nogi i odbezpieczyła wyrzutnię torped, mlaskając i czkając na przemian. Po pięciu minutach niecierpliwego wyczekiwania na wejście upatrzonego celu w zasięg broni, czas zaczął jej się niemiłosiernie dłużyć, więc znudzona poziewała chwilę i ostatecznie, zasnęła.

 Wybudzenie z drzemki było dość gwałtowne - piskliwy alarm grzmiał straszliwie.

 Baśka nie spodziewała się, iż uchwycona w szukaczu skała tak szybko się zbliży. W podnieceniu sczytywała dane z czujników, które wskazywały, iż pędzący w jej kierunku obiekt nie jest zbyt masywny i ma budowę metaliczną. W teleskopie pokładowym zaobserwowała natomiast, iż otaczała go chmura pyłu.

 – Pewnie ma luźną powierzchnię – bąknęła i łyknęła krztynę bimbru. – Leci i zapewne się wykrusza – oceniła i beknąwszy przeciągle, usadowiła się wygodnie na fotelu kapitańskim.

 Posprawdzała to i owo w czytniku czujnika i odbezpieczyła amunicję.

 – Trzy torpedy powinny załatwić sprawę – zamruczała i z radosnym okrzykiem – Juhuuuu! – w przeciągu kilkunastu sekund wystrzeliła je, jedna po drugiej.

 Popatrzyła na obraz z rzutu z teleskopu i opadła na fotel zniechęcona.

 – Ups, nie trafiłam – stwierdziła z przekąsem, zupełnie nie dostrzegając uniku, jaki wykonał ostrzeliwana, w jej mniemaniu „planetoida”. – No nic, pierdolnę se jeszcze jedną salwę – zdecydowała więc szybko, pociągnęła łyk bimbru dla uzyskania pożądanej ostrości wzroku, po czym czknęła i wypaliła kolejną serię pocisków.

 

 ***

 

 Seria niespodziewanych zdarzeń wstrząsnęła humanoidalną załogą statku poszukiwawczego.

 – Manewr wymijający! – zagrzmiał Ijm, jak tylko czujniki wychwyciły trzy szybko nadlatujące niezidentyfikowane pociski. Rozejrzał się nerwowo po kokpicie i dostrzegł przyjaciela, który równie zszokowany wpatrywał się we wskazania z radaru.

 – Co się dzieje? – rozemocjonowany Ojm analizował nerwowo dane z detektorów.

 Nikt z nich takiego nagłego zwrotu akcji się nie spodziewał.

 – Nie wiem! Chyba… – Ijm zwątpił na kilka sekund. – Chyba ktoś nas ostrzeliwuje?

 – Ale dlaczego? Jak nas odkryli? Skąd znają nasze zamiary? – Ojm syczał niedowierzająco.

 – Ale kto? Co? Przecież chyba nie ta dryfująca przed nami kupa złomu? – Ijm mu wtórował, wybałuszając czarne jak węgiel oczy, które teraz pulsowały żyłkami nabrzmiałymi krwistą czerwienią.

 – Kolejny atak! Manewr…

 

 ***

 

 – Juhuuu! – wrzasnęła zachwycona! – Jeeeaahhh! Udało się! Kurwy, patałachy, planetoidy jebane! – Baśka grzmiała w pijackim amoku. – Choć z drugiej strony trochę szkoda, że rozkurwiłam ją tak dokumentnie. Nic z niej prawie nie zostało. Ni ma co zbierać. Ni ma – zauważyła i opadła na fotel zniesmaczona. — Cholera, takim sposobem nigdy nic nie zarobię. A to pech. — Łyknęła krztynę bimbru, czknęła i zaczęła wypatrywać kolejnego celu…

 

 

 Przypisy:

 * Raymond Douglas Bradbury (1920–2012r) — amerykański pisarz, należący do czołówki światowych twórców fantastyki. Autor m.in. „Kronik marsjańskich.”

 ** Inspiracja: Canulas vide Rafał Pietrzyk (Trening Wyobraźni https://t3kstura.eu)

 

 

 Link do cz.3: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 

14571 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnieszka
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 29

Opis:

Tagi:

#fantastyka #sciencefiction #komedia
Dodano: 2021-02-23 08:52:24
Komentarze.
Czytałam Baśkę "x" czasu temu. Porównawczo, nabrała pełnej mocy, chociaż wcześniej niczego jej nie brakowało.
Rozbudowanie całości wyszło na ogromny plus.
Miałam podobną przybraną ciotkę, odpieprzała podobne numery tylko tu na ziemi, a do tego miała spory dystans. 😊
Nie będę się powtarzać w kółko, ale wiesz Baśka jest nieprzeciętna. 😊
Odpowiedz
*Ritha 1 d.
z dużym wykopem
"Dziki entuzjazm, jakim kipiała podejmując nowe wyzwania, definiował jej istnienie. Wszystko co osiągnęła, nosiło ślady ognistego ferworu i straceńczej determinacji. Fluktuacje życiowe, odpowiadające stanom ciszy i nastających po nich, huraganowych burz, były wspawane w jej życiorys, niczym siatka stalowych prętów w żelbeton. I tego się trzymając, pani Barbara, po pożegnaniu przyjaciół z Tawerny, którym pozotawiła opiekę nad lokalem, udała się z roboczą wizytą na orbitę. Celem podróży było zapoznanie z majątkiem spadkowym" - świetna narracja

"Pamiętaj, ból jest chwilowy, ale chwała wieczna" - haha, dokładnie

"– Ależ panie mundurowy, jebło to jebło. Po co drążyć? – Baśka tłumaczyła się niezłomnie. – Chciałam dobrze. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że spokojne morze nie wyuczy dobrego żeglarza" - naszpikowane mądrościami jak - jakby to Pawlak pedział - dobra kasza skwarkami

"– Nasi naukowcy musieli się pomylić w ocenie tej cywilizacji. Nikt rozumny nie wydaje tak prymitywnego jazgotu"

"Samotność w otchłani kosmosu oraz brak ważniejszych zajęć, poza pędzeniem bimbru i opróżnianiem żywnościowych rezerw, sprawiła, że Baśkę czasami łapała głupawka. Wystrzeliwała wtedy na oślep jakąś torpedę fotonową i, w celu zapewnienia sobie doraźnej rozrywki, rozwalała sunącą spokojnie w próżni kosmicznej, planetoidę" - Baśka to sobie potrafi zapewnić rozrywki, muszę przyznać

"W końcu przyspieszyli, wzniecając tumany pyłu[,] które ulatywały się z nieczyszczonych od dawna dysz zapłonowych"

– Ups, nie trafiłam – stwierdziła z przekąsem, zupełnie nie dostrzegając uniku, jaki wykonał ostrzeliwana, w jej mniemaniu „planetoida” - wykonała*

Świetna narracja, świetne dialogi, słowem - świetna seria Bardzo... żywiołowa
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.