ciemno nowa wersja
Rankor — część 25
<
Rankor — część 23
>
Tagi: #rankor #postapo #sciencefiction #ritha #las

Rankor — część 24

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 Cały plan wziął w dupę!

 Charles o niczym innym nie myślał, wciskając gaz do dechy – wyłącznie o tym, że cały plan wziął w dupę. Zwłoki Mike’a leżały na tylnym siedzeniu. Mieli negocjować. Mieli się dogadać. Załagodzić. Dla wspólnego dobra. Dla lepszego jutra. Chciało mu się wyć. Przepracowywał zaistniałą sytuację w głowie raz po raz.

 W którym momencie stracił kontrolę? Dlaczego sobie na to pozwolił? Jakim cudem tak bardzo puściły mu nerwy? Żeby ta knajpa chociaż nazywała się Pini – myślał – do tej pory nie wybrali odpowiedniej nazwy, nie przywiązywali do tego wagi, rzucił „Pini” ot tak i zniewaga, jaką usłyszał plus cały nagromadzony stres, po prostu eksplodowały.

 Bang…

 Nie pierwszy raz zabił kogoś właśnie w ten sposób. Przypomniał mu się Bill i Will. Przypomniało mu się kilka spraw sprzed lat, sprzed Wielkiej Zmiany, sprzed własnych zmian. Przypomniało mu się, kim jest, kim był. Nie przewidział, że trafi na takich, jak on. Nie przekalkulował ryzyka. Stracił człowieka. Przyjaciela Jackiego. To nieodwracalny błąd.

 Zatrzymał samochód, wysiadł. Musiał pooddychać, musiał wziąć się w garść.

 Ich miejscówka pod lasem zapraszała wyglądem. Drewniana, piętrowa chatka trochę przynosiła na myśl Skandynawię, trochę ciepłe i rodzinne Boże Narodzenie. Gdy dotarł na miejsce, pierwszy raz pomyślał w ten sposób. W świecie, gdzie dominującym zapachem było surowe mięso, a dominującym uczuciem strach, udało im się stworzyć dom.

 Wszedł do głównej sali, którą oświetlał jedynie zaokienny dzień. Promienie słońca przeszywały zawiesinę papierosowego dymu, którego woń mieszała się z dochodzącym z zaplecza zapachem wędzenia. Za barem stała Abigail. Zerknęła, od razu wyłapując nastrój mężczyzny. Oczy wyrażały pytanie.

 – Nie posłuchałem cię. Pojechałem negocjować.

 – Mów dalej.

 – Wziąłem Mike’a. Nie żyje.

 Abigail usiadła. Ktoś podszedł do baru, zwracając talerze i klucz do pokoju, wokół jego nóg plątało się dwoje dzieci. Podziękował za gościnę, wspomniał, że rusza dalej i życzył powodzenia, wyraźnie mając ochotę na serdeczną wymianę zdań. Szybko jednak zorientował się, że właśnie przerwał nasączoną ciężkimi tematami rozmowę, zabrał więc dzieciaki i wyszedł.

 – O czym ty mówisz, Charles? Jak to nie żyje?

 – Zastrzeliłem jednego z nich, Mike zarobił kulkę w odwecie.

 – I to są te twoje negocjacje? – syknęła przez zaciśnięte zęby.

 Pięść Charlesa opadła na ladę.

 – Miałem ich wyzabijać na spaniu, tak jak chciałaś? Tak powinienem?! – podniósł głos, kilka osób z sali zerknęło w ich stronę.

 Abigail również uderzyła pięścią w dębowy blat.

 – Zjadłam kiedyś kawałek małego chłopca. Przyrządziła go współlokatorka, a głód zmusił mnie, żeby go zjeść. Na tamtej kolacji poznałam Jackie’ego i Pini. Jadłeś kiedyś ludzkie mięso? Chciałbyś to zrobić? Chciałbyś tak żyć? To nas czeka! – Na zaciśniętej dłoni aż pobielały jej knykcie.

 W jednej chwili rozległ się grzmot, a zaraz po nim pierwsze krople deszczu uderzyły o parapety za każdą z okiennic. Nastąpiło ogólne poruszenie. Taką właśnie reakcję wywoływały ulewy w czasach po Wielkiej Zmianie. Ludzie w popłochu szukali kawałka dachu, pod którym mogliby się skryć. Od zaplecza uchyliły się drzwi i weszła Carmen, taszcząc pod dach swój wiklinowy fotel. Ellie zbiegła z góry. Widząc Charlesa, rzuciła się mu na szyję.

 – Gdzieś ty był? – W przypływie radości ukąsiła jego ucho. – Miałam jakieś złe przeczucia. Wszystko ok? Idzie burza!

 – Gdzie Jackie?

 Wzruszyła ramionami, osłupiała jednak zupełnie, słysząc, co miał do powiedzenia.

 

 *

 Padało przez całą noc i zarówno to, jak i śmierć Theodora, zrujnowało plan Henry’ego. Hannah wiedziała o tym, mimo że jak zwykle wyrzucił ją z narady, czyli wielkiej, samczej debaty, jaką zwykł od czasu do czasu urządzać. Dopóki jego szemrane interesy nie dopuściły, by choćby jednego dnia odczuwała głód, dopóty nie miała prawa się wtrącać, komentować, a tym bardziej skarżyć. Przynajmniej on tak twierdził, a ona… cóż mogła począć? Dbał o nią, zastępując ojca. Czasami się średnio dogadywali, ale za słuszne uznawała trzymać jego stronę. Zawsze i wszędzie.

 A zarazem targało nią przeczucie, że chłopak z lasu… Bała się, że jest z któregoś z miejsc, o których mówił Henry. Nie chciała się o niego bać, bo był dla niej obcy. Nie chciała się przywiązywać do kogokolwiek w tym świecie.

 Zajrzała do klatki Anthony’ego. Spał. Wsunęła się do jego pokoju i przyklejona plecami do ściany, obserwowała. Naprawdę mocno zasnął. Zapatrzyła się w jego pysk, futro, łapy. Ten chwilowy spokój przywodził na myśl wspomnienia radosnego szczeniaczka.

 A jeżeli ludzie też postradają zmysły… Jeśli też zaczną się gryźć...

 Kucnęła i pomyślała, że on się obudzi i będzie taki, jak dawniej. Jeśli nie dziś, jeśli nie jutro, to taki dzień na pewno nadejdzie. Pamiętała wspólne dorastanie, setki spacerów i to jak cudownie było się przytulić do tego ciepłego zwierza. Kątem oka wychwyciła kości świadczące o tym, że zjadł gryzonie. „Póki będzie jadł, przeżyje” – pomyślała. Theodore sprzątał klatkę, teraz ona będzie musiała przejąć tę funkcję. Wyciągnęła dłoń w stronę krat, a wtedy Anthony otworzył oczy i w kolejnej sekundzie rzucił się w jej stronę z całym pędem, jaki potrafił wytworzyć zaraz po obudzeniu. Cofnęła się gwałtownie, przewracając na plecy, a on napierał na przeszkodę raz po raz, jego zęby ociekały śliną, a oczy emanowały agresją. Hannah zerwała się na równe nogi i wybiegła, trzaskając drzwiami.

 Chciało jej się płakać. Czuła samotność, otaczający chłód, pustkę. Za oknem rozszalała się burza, więc oprócz szyb, zamknęła też wewnętrzne, drewniane okiennice, które Henry zamontował jej na wypadek takiej właśnie zawieruchy. Widząc, co obecnie oznacza deszcz, obawiali się gradu. Pomimo że dochodziła dopiero dziewiętnasta, zdjęła przepocone ubranie, założyła piżamę i wsunęła się w chłodną pościel. Mocno zamknęła oczy i zamarzyła, żeby on też tu był.

 Chłopak z lasu.

 

 *

 Jackie starał się zrozumieć, co Abigail próbuje mu wytłumaczyć. Jeszcze mocniej usiłował nie wpaść w szał na okoliczność usłyszanych słów. Bezskutecznie.

 – Kogo jeszcze z moich bliskich lub przyjaciół wystawisz na pewną śmierć?! – wrzasnął, wdzierając się do pokoju Charlesa, sekundę przed tym, nim rzucił się na kompana, chcąc zmasakrować mu twarz. Prawy sierpowy wymierzony w kość policzkową trafił celnie. Pod kolejnym uderzeniem łuk brwiowy pękł. – Może Ellie zabiorę do lasu? Chcesz? Sukinsynu, chcesz?!

 Charles się nie bronił, był gotowy na kolejne spadające na niego ciosy. Zaliczył ich kilka, a potem tępe, jednostajne uderzenia w okolicach wejścia do pokoju przyciągnęły uwagę obu mężczyzn. W drzwiach stała Carmen i stukała laską o posadzkę.

 – Pozwoliłam sobie porozmawiać z tą sympatyczną młodą damą, Abigail – rzekła, nie zwracając uwagi na zastaną przed momentem scenkę. Charles wierzchem dłoni otarł krew z brwi, zziajany wybuchem emocji Jackie złapał się pod boki i nie odwracając głowy w stronę kobiety, słuchał, co miała do powiedzenia. – Nie ze wszystkim się zgadzam, co ona sugeruje, ale mam już dużo lat, wiecie? Trochę się znam na ludziach, bo spotkałam ich w życiu całą masę. Niedługo umrę, tłoczy mnie choroba…

 – Carmen – wtrącił Jackie, jednak ona również nie pozwoliła mu dokończyć.

 – Nie przerywaj mi, młodzieńcze! Zayden był dziś w Tulsie, a Felipe w Hot Springs, żaden z nich nie dostał syntetyków. Szukali też broni, ale świat wokół nas to coraz bardziej splądrowany świat. Jedyne co mamy, kryje się w tych lasach i wystarczy, że one same w sobie nie chcą nam tego dać. Charles słusznie martwi się kłopotami, spodziewa się ich. Sam widziałeś, chłopcze – zwracała się wciąż do Jackiego – pożar za linią drzew. Miał problem i chciał przyjść z nim do przyjaciela. Do ciebie chciał przyjść. Powinieneś go wysłuchać, doradzić…

 – Jechać z nim i dostać kulkę w łeb? Jak Mike?! – wtrącił, po czym wyminął Carmen i wyszedł.

 – Nie zachowuj się jak gówniarz, Jackie Jr Johnsonie!

 Zatrzymał się w pół kroku. Nie odwrócił się, ale w mroku korytarza dało się zauważyć, że spuścił głowę i gorączkowo o czymś myślał.

 – Możecie się kłócić i wypominać sobie przeszłość. Możecie robić głupoty bez wiedzy drugiego. – Tym razem spojrzała na Charlesa. – Możecie udawać, że nie ma problemu, uciekać przed każdym kłopotem. – Przerzuciła wzrok na Jackiego. – Możecie też porzucić to schronienie i pójść każdy w swoją stronę, nadal szukać wiatru w polu, jak mieliście w zwyczaju wcześniej. Jest jeszcze zapewne kilka lasów na tym kontynencie. Ale każdy problem, którego nie rozwiążecie, będzie generował kolejne. Każda nierozwiązana, upchana w kącie sprawa, prędzej czy później da o sobie znać. Wszystko, od czego uciekacie, przejmie nad wami kontrolę. Możecie temu sprostać, ale nie tak, jak dziś. Nie tak, jak w ostatnich dniach. – Uderzenie laską w podłogę niemalże sprzęgło się z grzmotem na zewnątrz. – Więc zostawcie za sobą każdy żal i każdy przeszły dzień. Zejdźcie na dół i poproście Abigail o najlepsze whisky, jakie ma pod ladą. Wypijcie jak dwaj bracia, a jutro zacznijcie całkiem nowy dzień. Pochowajcie Mike’a i zastanówcie się jak ochronić to miejsce i jak ochronić nas. Was. Bo ile mi zostało, Bóg jeden wie...

 

 Kolejna część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

9354 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 55

Opis:

Dodano: 2021-02-24 06:05:34
Komentarze.
Jeden jedyny głos rozsądku.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alka666 ano
Odpowiedz
"Miałem ich wyzabijać na spaniu, tak jak chciałeś" - chciałaś;
"kolacji poznałam Jackie’a i Pini" - Jackie'ego;
"Z nie wszystkim się zgadzam, co ona sugeruje" - to trochę nienaturalna konstrukcja, tym bardziej w dialogu, może lepiej tak: "Nie ze wszystkim się zgadzam, co ona sugeruje" albo "Nie zgadzam się ze wszystkim, co ona sugeruje";
No i musiała się baba wtrącić i załagodzić, a już tak dobrze im szło! Serio ten Charles jest nienormalny, trzeba go odizolować od społeczeństwa czym prędzej, bo zaraz znowu coś nawywija.
Niemniej - czuję w tym taki trochę klimat TWD - de facto ludzie są dla siebie nawzajem gorszym zagrożeniem niż wszelkie inne apokaliptyczne przeciwności, co zresztą nie powinno nikogo dziwić, bo nawet w normalnych warunkach nie potrafimy żyć w jako takiej symbiozie.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alfonsyna ajajajajaj, zara tu odpowiem, tylko nareperuje ten babolowy armagedon

Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alfonsyna zmienione, razem z konstrukcją zdania - racja, że dziwacznie było, dzięki
"No i musiała się baba wtrącić i załagodzić, a już tak dobrze im szło! Serio ten Charles jest nienormalny, trzeba go odizolować od społeczeństwa czym prędzej, bo zaraz znowu coś nawywija" hahaha, kwarantanna mówisz, toż on zdrowiutki!
Tak, mi symbioza też nie służy, niestety, stąd sobie hasam po fikcyjnych światach, gdzie jestem demirurgiem i to bardzo kojące i wzmacniające zajęcie. Kończą mi się niestety notatki, mam tylko jeszcze jedną część do połatania, a reszta będzie musiała być tkana od zera, od posadzki po dach. Nie zaprzeczam, że inspiruję się swomi fiksacjami
Dzięki za wizytę, pozdrawiam!
Odpowiedz
Ritha i tak dużo było tych notatek, patrząc po ilości części i tempie, w jakim się pojawiły. W ogóle - to już 24 części, aż nie do wiary, że tak dużo! Trzymam zatem kciuki za ten dalszy ciąg tkany na bieżąco i pozdrawiam również!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alfonsyna dzięki piękne ave sratan
Odpowiedz
z dużym wykopem
Kurczę to tak: Chłopak z lasu - mmm powiało nutką romantyzmu, gdyby nie fakt, że za oknem wali śmiercionośnym deszczem, ale tym tekstem Hannah skradła kawałek mego serduszka.
Carmen to równa babka... Babcia w sumie Ma za sobą wiele dni - daje się to wyczuć - więc łatwo jej się mówi, żeby siedli i wypili, a może to też plan? Urżnąć się w trupa... Chociaż nie będę wywoływać wilka z lasu, wykreśl trupa.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
SylviaWyka cieszę się bardzo, dziękuję pięknie
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.