jasno nowa wersja
Tabula rasa (1)
<
Siedem żyć
>

Bliscy ludzie cz. 12

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 — Informatycy sprawdzają komputer. — Wchodząca do biura Megan była oschła. — Frank posiedzi dopóki nie postawią konkretnych zarzutów? Nadal myślisz, że to współudział?

 Kurt Sandler nie odpowiedział. Patrzył wciąż na monitor i zdjęcie dwójki opisanych przez aresztowanego mężczyzn. Niepodobni. Nikt nie nabrałby się na to, że są bliźniakami. Nawet Penny musiała zauważyć. On przeoczył.

 Uderzył ręką w biurko. Kilka nadgryzionych ołówków posypało się po podłodze, a stos dokumentów ruszył za nimi, niczym lawina, która tylko czekała, żeby się przydarzyć. Znów poczuł znajomą złość, ale tym razem nie dał się do końca ponieść emocjom.

 — Co jest? — Dziewczyna pochyliła się nad biurkiem. — Coś się stało?

 — Tak. Stało. Dlaczego tu jesteś?

 Uniosła brwi.

 — Przyszłam ci powiedzieć, że sprawdzają komputer. Może chciałbyś wiedzieć, czego Penny tam szukała.

 — Taa — dodał przeciągle, chociaż w myślach nadal obracał swój błąd. — A jeśli Logan ma rację?

 — W czym?

 Kopnął stertę i podszedł do okna. Atmosfera w pokoju była napięta, wentylator buczał głośniej niż zwykle, a półmrok zaciągniętych jeszcze rolet rozkrzewiał wokół niepokój.

 — W siedemdziesięciu procentach, jeśli wierzyć statystykom, ofiara znała mordercę. Może faktycznie zrobili to tamci krewni, a Frank podał rysopis kogoś innego? Może darowali mu życie, żeby ich krył? Nie wypowiadał się jak o mordercach, mało tego, głos mu się łamał.

 — Może to cierpienie? Miłość?

 — Zbiór pustych frazesów. Nie wierz w jakieś dyrdymały o uczuciach. Mogli mieć motyw. Rozumiesz o co mi chodzi?

 — To dlaczego nie ruszyli Catherine?

 — Tego nie wiem.

 — A co z pozostałymi trzydziestoma procentami? Nie wierzę, że cudownie odnalezione bliźnięta mszczą się na rodzinie w taki sposób. Gdybym to ja była na ich miejscu, nie chciałabym mieć nic wspólnego z dawną rodziną.

 — Kobieca logika trochę kuleje, więc zdajmy się może na fakty — odparł, a Megan chciała dodać, że to jedynie przypuszczenia, ale ugryzła się w język. Podeszła do okna i stanęła blisko Kurta. Pomyślała, że powinna zrobić coś, co przywróciłoby ich relacje na dawny tor. Mierzyli się wzrokiem krótką chwilę. Nie było to spojrzenie pełne wyczekiwania na nadchodzący moment, nawet nie wzrok ludzi, między którymi coś elektryzuje. Suche, służbowe zerknięcie, które nie mieściło się w ramach kilku sekund. Przeciągnięte. Nic nie znaczące.

 — Zrobisz kawę? Dowiem się, co już mają — mężczyzna przerwał niezręczny moment i klepnął ją lekko w plecy.

 — Zrobię. — Wyszczerzyła się nienaturalnie i zniknęła za ekspresem.

 Odwzajemnił uśmiech i wyszedł do pokoju obok. Równie brzydkiego jak poprzedni, tylko z mniejszą ilością krzeseł. Człowiek, którego widział kilka razy, zawsze w towarzystwie skupionych oczu i laptopa, siedział za komputerem, i coś beznamiętnie wpisywał. Podnosił kubek, drapał się po łysej głowie, a potem co rusz poprawiał okulary. Nie wyglądał na specjalistę od cyberprzestrzeni, raczej na osła, biorącego udział w szkolnym konkursie na najszybsze zwalenia konia, ale skoro tam był, to widocznie nie bez powodu.

 Kurt nie pamiętał nawet jego imienia, przez myśl przemknęło mu, że facetowi pasuje jakieś dziwne, egzotyczne określenie. Wielka głowa na zapałkowym korpusie i ciemna karnacja. Dziwak.

 — Co mamy? — zapytał Sandler, próbując sobie przypomnieć chociaż nazwisko.

 — Religijne strony w większości.

 — Urządzały sobie wieczorki modlitewne?

 Mężczyzna wzruszył ramionami. Coś stukał, przesuwał, analizował. Jak sprzedawczyk. Jak większość mądrych głów. Czarne literki przelewały się przez ekran, a cisza wydawała się trwać w nieskończoność. Przerwał ją dopiero Sandler, znacząco chrząkając.

 — Coś jeszcze?

 — Adresy, głównie usług i szpitali. Historia w zasadzie kompletna. Nie wyczyściły niczego. Nie ma nawet śladów łamania jakiegokolwiek dostępu przez sprawców.

 — Przejrzyj pliki, zdjęcia. Wszystko.

 Skinął głową, a policjant odpalił drugiego papierosa. Zdecydowanie po zbyt krótkiej przerwie od poprzedniego.

 — Jesteś Bob?

 — Samir. — Informatyk nie odrywał wzroku od komputera.

 Kurt Sandler zakaszlał, czym spowodował, że popiół rozsypał się po jego służbowej koszuli. Wiedziałem, kurwa, wiedziałem, że masz jakieś popieprzone imię, pomyślał i uśmiechnął się półgębkiem.

 — Tak, faktycznie. Przypomniało mi się — dodał, nie zdradzając swoich myśli i znalazł się tuż za jego plecami. Dym unosił się, tworząc co raz wyraźniejszą zasłonę. Samir sprawdzał galerię i zapisane pliki. Zdjęcia z wakacji, figurki,a także miejsca kultu zajmowały cztery foldery. Większość z nich nie była dobrej jakości, tak jakby ktoś zupełnie nie panował nad ostrością.

 — Czego szukamy? — Facet o zapałkowej sylwetce wsadził kciuk między zęby.

 — Łącznosci do ludzi, którzy zabili. Penny musiała się jakoś dowiedzieć, kim są i umówić.

 — Chyba, że zrobiła to telefonicznie.

 — Do córki pisała listy, a do mordercy zadzwoniłaby z prośbą o spotkanie? Chrzanisz, Bob.

 — Samir. Nie wiedziała że to mordercy. Tego chyba nikt nie wie.

 — Jeden chuj. Wpisz w to małe okienko wszystkie słowa klucze, które kojarzą się ze sprawą. Wrócę za godzinę — rzekł stanowczo, a potem nachylił się, posłał jeden z wyuczonych, teatralnych uśmiechów i dodał: — Chcę coś mieć. I lepiej, żeby to siedziało w tym elektronicznym gównie.

 

  ***

 Piąta rano. Logan Harris obudził się z bólem pleców i pulsującą skronią. Czuł też, że potrzebuje prysznica, ale musiało mu wystarczyć szybkie wypolerowanie twarzy na stacji benzynowej i miętowe dropsy jako zamiennik pasty wybielającej.

 Rosemary nie odpisała na wiadomość, stwierdził więc, że po raz kolejny przybrała postawę urażonej, a on będzie musiał się nieźle wysilić, żeby złagodzić sytuację. To jednak nie był temat na teraz. To mogło poczekać. Sfokusował uwagę na innej sprawie. Przeszło mu przez myśl, żeby zadzwonić do Sandlera i opowiedzieć o wczorajszym wieczorze (na pewno by go to ubawiło), ale zdrowy rozsądek podpowiadał, żeby nie wdawać się w słowne przepychanki i wrócić do tego, o czym wspomniał wcześniej. Szpital. Droga do szpitala i informacje, dokąd trafili Jack i Oman. Jeśli uda się dowiedzieć, jeśli uda się z nimi zobaczyć, odkryją większość zagadek. Przy dobrych wiatrach powinien być tam za cztery godziny. Odpalił auto i przeczesał włosy, kilka siwych kosmyków błysnęło pomiędzy wątłym już brązem. Broń powędrowała na siedzenie pasażera, a replika dawnej odznaki, atrybut wiarygodności, spreparowany przez Sandlera w czasach jego wahań między dobrem, a złem wsunął w tylną kieszeń.

 Ulice pokrywała późnojesienna szarówka, poranki nie przypominały już letnich, dających wytchnienie od upału okresów, ale były zapowiedzią nadchodzących przymrozków i zimy.

 Logan czuł, że uczestniczy w zawodach na najwolniejszy przejazd ulicami Milles City, a liczba zawodników zdecydowanie przekraczała n do potęgi jakiejkolwiek, co sprawiało, że mógł obserwować większość kierowców przez szyby. Wszyscy szarzy, zapatrzeni przed siebie, z małymi wyjątkami w postaci motocyklistów na burkliwych, kolorowych jednośladach. Szaro, ziemisto, gówniano. Jakby zapadnięte twarze dopiero budziły się do życia. On sam czuł, że noc nie należała do najlepszych, a szybka kawa i hot-dog nie pobudzą go do funkcjonowania na najwyższych obrotach jeszcze długo. Docisnął pedały, mijając znak kończący Milles City, kiedy usłyszał dzwonek telefonu. Nieznajomy numer na wyświetlaczu. Nie był zdziwiony; większości kontaktów nie zapisywał, archiwizował jedynie te ważne, resztę trzymał w notatniku, wierząc, że tam będą bardziej bezpieczne.

 — Panie Harris... — usłyszał niepewny, kobiecy głos.

 — Jak na razie wszystko się zgadza. Tak?

 — Podałam zły adres. Nie urodziłam w szpitalu. Ja... — To Catherine. Miał pewność. Głos jej się łamał, ale szarpane słowa wypowiadała z przekonaniem. — Nigdy nie byłam w tym szpitalu. To znaczy nie w takim celu.

 — Coo do kurwy?

 — Mówię, że...

 — Jestem w drodze do Spearfish, chociaż mógłbym leżeć wygodnie w łóżku, uprawiając seks z własną żoną, a tobie się przypomina, że jednak pomyliłaś adresy?

 — Nie. To znaczy tak — jęknęła. — To nie tam. Urodziłam w domu.

 — Dlaczego skłamałaś? A gdybym był już na miejscu?

 — Ale nie jesteś. — To nagłe przejście na ty zdziwiło go bardziej, niż wiadomość.

 — Przyjechała karetka, lekarze?

 — Nie wiem. Naprawdę tego nie wiem. Wszystko odbyło się szybko. Zajęła się tym matka.

 Tym, pomyślał. To trywialne określenie przyszło jej z łatwością, jakby mówiła o wyrzucanej przez okno kupie gnoju. Zacisnął ręce na kierownicy.

 — Musieli trafić do szpitala.

 — Jedyną osobą, która wie co się stało była Penny, ale jej już nie ma.

 — Ale jej już nie ma — powtórzył. — Szlag by cię, Catherine — krzyknął, a potem dodał: — Jeśli blefujesz, dowiem się tego. Nie czekał aż odpowie. Rozłączył się i wybrał numer Kurta Sandlera.

 — Gdzie się łajdaczysz? — Tamten był wyraźnie ubawiony. — Wrócisz na kolację?

 — Jeśli ty ją zrobisz, to nie. Co znaleźliście?

 — Niewiele, ale coś na pewno tam jest. Dałem facetowi godzinę. Wiesz, że mamy na komendzie kogoś takiego jak Samir? W głowie się nie mieści. Typ ma łeb jak dynia, pewnie od tego co siedzi w jego mózgu. Jestem tu niemal codziennie, a nawet nie pamiętałem jak ma na imię. Logan, słuchasz mnie?

 — Cieszę się, że macie tam małpę na kiju. Córka Penny urodziła w domu. Trzeba się dowiedzieć, gdzie zabrano dzieciaki. Miałem jechać do Spearfish, ale nie wiem czy to teraz dobry pomysł. Sprawdzisz to dla mnie?

 — To było dobre kilkanaście lat temu. Właściwie to pewnie z dwadzieścia. Wątpię...

 — Kurt?

 — Sprawdzę.

 

  ***

 Godzinę później, mimo zapewnień Kurt Sandler nie pojechał do szpitala węszyć w sprawie niemowlaków, ale tkwił wciąż w pokoju z Samirem. Dołączyli do niego Megan i jego ojciec, Zack. Mimo prawnego nadzorowania śledztwa pojawiał się na komisariacie tak rzadko, jak komplementy w ustach Sandlera. Sześcioro par oczu mierzyło się wzajemnie, rozprawiając o gównianej pogodzie i jeszcze bardziej gównianej sprawie, kiedy informatyk klasnął w dłonie i skinął głową w geście triumfalnego zwycięstwa.

 — I proszę — zawyrokował — może nie w godzinę, ale zawsze to coś.

 Spojrzeli w komputer.

  Nazywam się Penny Morris i piszę to będąc już starszą osobą. Wiem, że mogłam coś zrobić wcześniej, ale zabrakło mi odwagi, później... Później wszystko było jedną, wielką pauzą, o której nie warto wspominać.

 Szukam swoich wnucząt. Bliźniaków.

 To Jack i Oman, urodzeni drugiego listopada dwadzieścia dwa lata temu w Deadwood. Ich matką była Catherine Morris. Trafili do Spearfish, a później ich los jest mi nieznany. Chciałabym ich odszukać. Jeśli znasz kogoś takiego, napisz. Pomóż mi.

 — Nic nowego. Wiemy, że szukała — burknął Kurt. — Jest odpowiedź?

 Informatyk przeskoczył między okienkami komputera.

 — Jest potwierdzenie wysłania ogłoszenia. Nie, chwila. Dwóch. Kolejne dodane półtora miesiąca temu.

 — To samo?

 Samir przeleciał wzrokiem po linijkach tekstu. Ogłoszenie było dłuższe i nieco inne. Poszarpane słowa ułożone jedno pod drugim zdradzały emocje.

  Szukam bliskich ludzi. Wnuków. Jack i Oman. Zmarli w piątą rocznicę urodzin, pochowani na granicy Montany i Dakoty. Moje piękne, różowe wnuczęta. Bóg jeden wie co im się stało.

 Mieliby dwadzieścia kilka lat.

 Szukam ich.

 Rozpaczliwie szukam dwójki moich chłopców, których oddałam lata temu w ręce lekarzy jako plugawe znamię bezwstydu Cath.

 Mam dużą sumę pieniędzy. I mam do siebie żal, którego chciałabym się pozbyć.

 Proszę, napisz.

 Ja zapłacę. Za możliwość przebaczenia.

 Proszę.

 — Jezu — szepnęła Megan, a potem znów dodała: — Jezu, porąbało ją.

 — Rozumiesz coś z tego? — Sandler zlustrował kobietę bacznym spojrzeniem.

 — To chyba te pieniądze, o których mówił ci Frank. Chciała je dostać, żeby zapłacić. Szukała... No szukała kogoś, kto oczyści jej sumienie.

 — To pojebane.

 — I tak i nie. Wiekowi ludzie boją się śmierci, a na starość przeżywają coś w rodzaju eee, takiego nawrócenia i chcą naprawić grzechy. Penny pragnęła ukojenia.

 — I teoretycznie je dostała. — Zack, nabity, siwawy brunet podsumował dyskusję i rozsiadł się na sosenkowym krześle.

 — Gdzie są odpowiedzi, Samir? Masz to w skrzynce? Albo gdzieś na tym portalu? Jeśli coś jest łatwo namierzymy IP. Skurwysyny są w garści. — Kurt Sandler nie krył emocji.

 — Sęk w tym, że nie. Ani śladu powiadomienia o odpowiedzi, chociaż wyświetleń, zwłaszcza drugiego, sporo. Nie ma nic na poczcie. Nigdzie.

 — A numer telefonu? Podała numer? Musieli się jakoś umówić, przecież czekała na nich. Frank mówił...

 — Frank, Frank. Ten stary fiut mówi to, co uważa za słuszne. Czemu ci nie wspomniał, że dzieciaki zginęły? — Tym razem Zack trzasnął ręką w biurko.

 — Trzeba przejrzeć bilingi. Ostatnie trzy miesiące. Nie porozumiewali się chyba przez dwie plastikowe puszki na kablu?

 — Chyba że...

 — Co? — Wszyscy spojrzeli na informatyka.

 — Chyba że umówili się osobiście. Jeśli ktoś podaje nazwisko, to nie trudno go później znaleźć.

 — Brzmi mało prawdopodobnie.

 — Masz lepszy pomysł?

 Kurt Sandler zacisnął zęby i spojrzał na ojca. Ten z kolei wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć, że musi poradzić sobie sam i wrzucił w usta dwie, wątpliwej jakości miętówki.

 Znów nie mieli nic. Ludzie widma bawili się nimi jak dzieciaki zabawkowymi bączkami.

 — Znajdziemy ludzi, których opisał Frank. — Zwrócił się do ojca. — Cała okolica ma być przeczyszczona, jakbyśmy szukali pieprzonej pchły. I nie nazywam się Kurt Sandler jeśli nie wydłubię ich z jakiejś pierdolonej, mysiej dziury — rzekł stanowczo, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, czy w to wierzy.

 Zack skinął głową. Plakaty z głowami Jacka i Omana zawisnęły w większości barów.

 O poranku prasa karmiła się wiadomością o trzecim trupie. Frank dokończył dzieła, które zaczęto kilka dni temu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

13984 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: kryminal

Liczba wejść: 36

Opis:

Dodano: 2021-03-13 12:05:56
Komentarze.
*Ritha 1 m.
Zaznaczam, wpadnę niebawem
Odpowiedz
*Ritha 20 d.
z wykopem
Hello

— Łącznosci do ludzi, którzy zabili. - Łączności*
Wiesz, że mamy na komendzie kogoś takiego jak Samir? W głowie się nie mieści.

Noo, posuwa się do przodu, jak na śledztwo przystało, narracja przyjemna, wypadłam chwilowo z komentarzowego flow, więc taka obecność musi wystarczyć
Odpowiedz
*Ritha 19 d.
Zaraz! Właśnie chciałam napisać, że byłoby ciekawie, gdyby teraz zginął Frank, przyszłam to napisać, przeczytałam jeszcze raz ostatnie zdanie i dopiero teraz uderzył mnie jego sens! Nooo, zacny ruch, bardzo zacny, musze wypić drugą kawę
Odpowiedz
~jotka 18 d.
Ritha jeny, już całkiem zapomniałam o tym tekście, przepadlam w jakiś jednistrzalach, bo czuje, że tutaj całe g... Się dzieje I nie mam pomysła na podkręcenie. Mam pomysł na koniec, ale to jeszcze za prędko 😅 w każdym razie dziękuję
Odpowiedz
*Ritha 18 d.
jotka
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.