jasno ciemno nowa wersja
Rutinoscorbin
<
Klangor
>

Klify

  Zostań ze mną jeszcze chwilę. Pomilczmy na brzegu klifu, pod granatowym, skłębionym niebem, patrząc w dal, jakby celowo pomijając rozszalałe morze, nic nie robiąc sobie z wiatru który przymusza włosy do tańca. Spójrz w przepaść, tam w dole wertykalne wody próbują sięgać gwiazd - Rosa tego nie powiedziała. Nie chciała wypuszczać słów na wicher. Uważała, że patos jest jak porcelana, dlatego połykała nabrzmiałe i napuszone, i w pobliżu zadławień trwała na stanowisku. Farson ujął jej dłoń. Najdelikatniej, jakby muskaniem, nie patrzył na nią. Ich oczy jadły krajobraz sztormu. Stopy ciężkie, jakby kończyły właśnie współpracę z właścicielami. Farson dobrze wiedział, że tylko podporządkowanie swojej woli przyniesie ukojenie. A wolą Rosy była śmierć, a wolą śmierci była Rosa tonąca w rosie. Ona nie spadnie z tego klifu - rzekła żniwiarka co słońca nigdy nie doświadczyła wprost. Do ucha mężczyzny to rzekła. Farson zacisnął dłoń, jej mniejsza poczuła ból. Ona skończy na łące, wśród górskich pastwisk - dokończyła śmierć żniwiarska. Wiało. Czy dasz swoim demonom wygrać? Pytanie wypadło z pustki. Musiał je zadać on, ale usta miał w szczelnym zamknięciu. O Boże, uczyniłeś rok pański 1865 bezpańskim, przyznaj więc, że narracja w przypadkach granicznych uderzy o wrota zakneblowane czterema spustami. Zakrwawi zatem ten skrawek tekstowy i zamazane będą dolne segmenty. Błękitną lub czerwoną.

 

  Farson poznał Rosę na pastwisku. Pośród owczych puchów i burzanów bryndzowych, w dolinie otoczonej górami, łukami prowadzącymi do szczytów. Te łukowate dróżki nie były trudne do przejścia. A szczyty wcale nie takie ostre, może nawet obłe. Delikatność tamtego krajobrazu miała jednak niedbałe wykończenia, zakamuflowane konserwowe wieczka, czego dowodem mogło być skaleczone kolano Rosy. Farson uklęknął podówczas i chusteczką rozmazywał czerwieniejące w porannym słońcu źródło. Zejdźmy do owiec, rzekła dziewczyna unikając deprymującego zatroskania zawartego w spojrzeniu męskim, twardym i bardzo miękkim jednocześnie. Zeszli tam, do Argaila, wuja Rosy, niezmordowanego pasterza, owczego z bożej łaski rex, etc. Dał im trochę chleba. Krojąc grube pajdy rozmyślał o krwi owcy. Istniała możliwość, że myślą wyprzedzał epokę, w której przyszło mu żyć. O rozpogodzonym duchu rozpromieniał pogodę trudną do zaszufladkowania, nieprzewidywalną. If you don't like the weather, wait a minute. Argail usiadł na wielkim głazie. Rosa i Farson spoczęli na czymś w rodzaju przenośnej, drewnianej ławeczki.

  Jestem z Edynburga - powiedział, czując że musi wytłumaczyć skąd wziął się w górach północnej Szkocji.

  Szedłem podziwiając widoki aż... aż zobaczyłem ją... znaczy pannę Rosę. Wymieniliśmy parę zdań i... i tyle.

  Jesteś podróżnikiem? - dociekał Argail.

  Można tak powiedzieć. Ukończyłem naukę i ruszyłem w dal.

  Spożywali w milczeniu. Wichrowe wzgórza przesuwały swą zaćmę, podmywały wzrok tak, że płynął on wraz z mlekiem acz bez miodu, ku coraz bardziej rozczarowującym rozcieńczeniom, wyprany i pachnący gruczoł snu, oderwany od wcześniejszych właściwości, osamotniony. Zwiewne welony łaskotały oko, rozwijając możliwości materiału. Z dziwnym szumem.

  Burzowe chmurzysko zasłoniło słońce, kładąc podłużny cień. Przeciął bezgłos przekleństwem. Rozchlapany bluzg, a na rzęsach krople.

  Idzie Chlodwiga, rzekł.

  Kto to?

  Wiedźma.

  Rosa zawezwała Boga westchnieniem pełnym zmrożenia. Przylgnęła do Farsona. Dzwoneczki zwiastujące jej przyjście. Szła żlebem, potem łagodnym wzniesieniem. Trzymała kij na którego końcu dyndał dzwoniący totem. Śliski rechot przybył pierwszy. Za nim wiedźma.

  Niech będzie pochwalony wszelki duch odbywający pokutę na tych łachmańskich pustkowiach. Pasterzu Argail, ave ci, ave owczy cezarze! - Ich milczenie uformowane w pękającą ścianę, i nieprzerwany, ciekły śmiech tamtej. Zagłębiona po pas w puchach, sprawnym ruchem podkreśliła błąd gardła. Jedna musiała być jej. Nie mogło być inaczej. Argail podszedł do Rosy i zasłonił oczy.

  Niewiasto! Krew czarnej owcy na ciebie i twego lubego! - żałobo-matrona poczęła pryskać akwarelową ręką.

  Nie słuchaj, nie słuchaj - szeptał Argail a Farson jakby obudzony z chwilowego letargu, rozkuł oddech.

  Za późno...

  Brodaty owczy król oddał białogłowę ramionom podróżnika, a ten zabunkrował ją iksem. Pasterz wpłynął na przestwór drgający warg wiedźmy. Totem dzwonił, spazmowy rechot Chlodwigi niczym topór, symbol przejęty z heraldyki i umieszczony w gęstym powietrzu, które oddzielało ich, Argaila i tamtą, zwiastunkę złych rzeczy. Przewrócili się. Wyglądało jakby amor wiązał niecodzienną parę miłosną wstęgą, lecz nie, pasterz wykonywał czynność ze zdolnościami człowieka, który wie jak wyjąć serce za pomocą ostrza i silnej dłoni. Śmiechochuć wyciekała z onego herbu, gdyż nie sposób inaczej rozprawiać o obliczu wiedźmy, a mięsień już tkwił gdzie indziej. Argail trzymał serducho wydobyte ze wciąż targanego chichotem ciała. Powiedział:

  Od tej pory będą kusiły was wszelkie klify, przepaście, będziecie pchani czarcią siła w otchłanie i urwiska. Tylko nadzieja jako Matka nas wszystkich - głupich - utrzyma wasze kruche powłoki. Nie trać nadziei Roso i ty Farsonie. Idźcie stąd, bądźcie cichymi nosicielami brzemion. Ufajcie.

  Ciemności nocne zasłały polanę.

 

5276 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jagodolas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 27

Opis:

Dodano: 2021-03-18 10:48:14
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.