jasno ciemno
TW#20 - Średni kryzys Kuriozum depresyjne

Skórzana przyjemność

 

 

  Z cyklu: Planetarium na wypasie

 

  Pustkowia to wbrew opinii najdziwniejsze i najniebezpieczniejsze miejsca, w jakich można się znaleźć. Pomijając zdradzieckie wiatry, pustkę, która doprowadza do szaleństwa. Są rzeczy o wiele gorsze. Jak jedno tchnienie pojawia się światła, dwa, nagle. Nie masz czasu na reakcję. Trzymasz kurczowo strach na wodzy. Jeszcze chwila, może to nic, może to zły sen. Ale kiedy ten sen nie mija, a ty nadal trzęsiesz się ze strachu – koszmar urzeczywistnia się. To nie był przypadek, że na tamtym pustkowiu ginęły same kobiety. Zwykle młode, niekoniecznie atrakcyjne, byle płodne. O tak. To bardzo ważne. Przez piaszczystą nicość i spalone lasy ciągnęła się szosa – wąski, szary pas łatany jak okiem spojrzał nowymi plastrami świeżego asfaltu. Po tym, jak zaczęły dziać się tam dziwne rzeczy, remonty ustąpiły, ale krzyki o pomoc nadal żyły.

 Reflektor raził jasnym snopem światła tak, że dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy obok niej pojawiła się postać. Wysoka, chuda, ale dziwnie niekształtna. Znajdowała się poza zasięgiem światła, w mroku. Syczała, jakby coś mówiła, ale w języku nieludzkim. Dziewczyna drgnęła niespokojnie, milcząc uparcie, jakby czuła, że tak trzeba. Jej auto stało kilka kroków za nią. Mogłaby przysiąc, że potrąciła jakieś zwierzę. Ale na szosie niczego nie było. Pojawił się za to kolejny samochód, a blask jego reflektora (jedynego sprawnego) sprawił, że mimowolnie upadła. Postać poruszyła się. Zbliżyła w przestrzeń oblaną światłem. Obrzydlistwo, szkarada, hybryda rzygów z gównem, cokolwiek innego równie ohydnego. Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie, zdzierając gardło. Istota o twarzy oślizgłego, mackowatego stwora, zafajdana flegmą stanęła przed nią. Czarne, bezbiałkowe oczy rejestrowały ciało – młode, kształtne, możliwe, że płodne.

 — Nadaje się — usłyszała.

 Kilka impulsywnych szarż w objęciach napastnika nie skutkowało. Dziewczyna została zapakowana do bagażnika auta jak worek kartofli. Ciepła i nadal zdatna.

  Jedno jest pewne, że cała zgraja humanoidalnych mątw miała fujary jak napęczniały bakłażany po sterydach. Kolor też się zgadzał. Imponujące rozmiary i co za tym idzie, konkretne potrzeby. Duże potrzeby. Ne Wenus łatwo nie było. Gorąco, nudno i samice – każda na seksualnym wypaleniu. Taki stan rzeczy mógł niepokoić i frustrować dlatego śmiałkowie, których popęd przekraczał granice zdrowego rozsądku, przywędrowali na Ziemię, aby tutaj znaleźć pocieszenie. Impreza trwała w najlepsze, ale genialni zdobywcy międzyrasowych wagin nie przewidzieli, a raczej nie mieli pojęcia, że tutejszy stosunek z samicą kończący się okazałym finałem, to początek czegoś o wiele bardziej skomplikowanego. Co dało zauważyć po pewnym czasie. Tutaj jednak światłe nadzieje niektórych ‘’madek’’ o nowej rasie (program nowa rasa+) prysły, bo płody umierały zaraz po narodzinach zamieniając się w istne granaty odłamkowe. Przy okazji likwidowały też swoje matki, bo siłą wybuchu była imponująca. Mięso fruwało jak rozhulane gołębie wokoło. Do czasu.

 Stary Xillo wszedł do pokoju Ekstra Dymka, gdzie ostatnio miał biuro szef. Fillo siedział akurat na swoim fotelu i gapił się w kalendarz z gołą panienką, której najwyraźniej pojęcie depilacja nie było dane poznać.

 — Takie są najlepsze.

 — Ja do szefa nie o to.

 — Tak, wiem, ale i tak są najlepsze. Termoizolacja, wiesz, o co chodzi.

 Xillo usiadł na kozetce przy ścianie. Nosiła plamy spermy, a ta świeciła w blasku żarówek.

 — Mam towar, świeży, płodny i okazały.

 — Taka jak ta? — Fillo wskazał na kalendarz.

 — Nie, zupełne przeciwieństwo, to może być jakieś choróbsko.

 — Nonsens. W sumie takie też potrzebujemy. Weź ją od razu na odessanie.

 Xillo spojrzał na szefa i przez chwilę pozostawał w tej pozie. Miał nadzieję, że może… tak szybko…nie. Nie może. Odessanie. Kondony same się nie zrobią.

 — Imię.

 — Mówiłam. Amandi.

 — To nie może być imię. Jest nielogiczne — Xillo niecierpliwił się, choć z tej dwójki nieświadomie wychodził na większego durnia i uparciucha.

 — Może dla ciebie flegmatyczna kupo gówna. Tutaj to normlane imię dla dziewczyny.

 — Złość, to też zbyt nielogiczne. Wasze samice są takie, porywcze, wręcz nieokiełznane. Bez sensu, zupełnie. Przecież i tak zaraz skończysz jako kondon, po co ta energia zła?

 Amandi splunęła na świeżo wypastowane buty Xillo. Znoszone, służyły mu wiele lat na tej planecie, przeżyły nie jedno. Jak na swoją rasę był stary. Choć nie było tego widać na szpetnej mordzie, wewnątrz stawał się bezużytecznym próchnem. A to tylko kumulowało chęci do spędzenia czasu na coraz liczniejszych, upojnych gierkach międzyrasowo – planetarnych.

 — Nie żartuj ze mnie. Jesteście zwykłymi kloakami na nogach.

 — Nie wiem, co to znaczy, ale nawet jeśli mnie obraziłaś, tym lepiej. Satysfakcja z twojej śmierci będzie większa.

  Klatka, w której siedziała związana, była mała i niepraktyczna. Wyciągnął ją z niej i zarzucił na plecy. W burdelu cuchnęło potem ufoludka. Cały biznes był zarządzany przez śmiałków, którzy wylądowali na ziemi trzydzieści lat temu. Dwóch z nich w trakcie prowadzenia biznesu wykitowało w sposób naturalny. Częstą chorobą ich rasy była niewydolność mózgowa. Łby się przegrzewały i zmieniały w szybkowar. Reszta otworzyła dochodowy biznes podzielony na część ludzka i tą drugą gdzie urzędowali oni. Nowym patentem była prezerwatywa z ludzkiej skóry, konkretnie skóry kobiecej. Potencjalna dawczyni (bez możliwości odmowy) powinna być młoda, szczupła i płodna, gdyż wtedy była pewność, iż towar z niej pozyskany jest najwyższej jakości. Facetów raczej omijano, choć zdarzały się kondony super-ex-meat, dla miłośników ostrych jazd. Prawdziwi koneserzy jednak szybko hamowali swoje zapędy, wszak delikatna kobieca skóra sama w sobie oferowała doznania przekraczające skale rozkoszy w zwykłym ludzki rozumieniu. Mentalność przybyszy z Wenus była nieco inna. Potrafili kontrolować kilka trybików, tak aby dźwignia nie drgała z podniecenia za mocno.

 Rytmiczna waliła w jego plecy. Czuł każdy cios, jakby dziecko biło go puchowym młotkiem. Nawet raz uśmiechnął się uznając, że to dobry masaż zbolałego grzbietu. Starość nie radość, a tym bardziej przyjemność. Dziewczyna, kiedy wchodzili do Sali odsysania była wyjątkowo ożywiona. Śliniła się i warczała. Przyjęła interesującą taktykę, jednak zupełnie nieskuteczną. Xill w akcie reprymendy wymierzył jej soczystego policzka, tak że ten poczerwieniał w jednej chwili. Uspokoiła się. To było bardzo ważne, bo zanim miało nastąpić to, co powinno, była jeszcze jedna rzecz i macki zwisające po bokach mordy Xillo aż drżały na samą tego myśl. Ona faktycznie była niczego sobie. Miała ten wdzięk, chyba tak na to mówili. W każdym razie wpadło mu w oko.

 — Tak sobie myślę — zaczął niepewnie, sadzając ofiarę na twardym żelaznym fotelu i mocując kończyny skórzanymi pasami. — Chyba masz w sobie dużo energii. Ja mam za to pokaźną ładowarkę i potrzebuję odpowiedniej wtyczki — opuścił nieco wzrok. — Twoja wydaje się idealna.

 Odpowiedziała milczeniem, choć wewnątrz gotowała się ze wściekłości. Zapał studziła perspektywa kolejnego policzka.

 — Nie warto milczeć, nie wysłużysz tym sobie życia, a tylko zwiększysz ból.

 Niewyżyty ufoludek wyszedł z pomieszczenia i dostojnym krokiem pomaszerował do schowka na kondony. Suszyły się tam nowe partie z zeszłego tygodnia. W większości blondynki i jeden brunet, dla szefa. Wybrał bez większego namysłu. Przymierzył i tak już zostało. Kiedy wrócił Amandi, siedziała nieruchomo ograniczając oddychanie do cichym westchnień. Na twarzy malowała się obojętność, nawet oczy straciły swój temperament, pozostając tylko dwiema kulkami w oczodołach. Xillo nawet lekko posmutniał, bo energia, jaka emanowała z niej wcześniej znacząco podnosiła jego apetyt, który teraz sprowadził się do kolejnego bzyknięcia ziemskiej kobiety.

 — Chyba nie myślałeś, że podładuję cię z własnej woli — zasyczała nagle, zupełnie zaskakując go. Oślizgła macka spoczywająca na prawym barku poruszyła się niespokojnie.

 — Odbierasz mi bardzo wiele.

 — Nie ma nic za darmo, a już nie, kiedy wiem, jak skończę.

 — Kiedy cię tu zabierałem, byłaś tylko zwykłą, słabą ofiarą jak reszta podobnych. A teraz. Stawiasz mi się i odbierasz wiele przyjemności, ot tak. Nie wiesz z kim masz do czynienia.

 — Nie, nie wiem. Pierwszy raz widzę zieloną stertę gówna z nogami, a do tego tak wygadaną.

 — Miałem co do ciebie plany — Xillo ostentacyjnie zdjął spodnie ukazują zawiniętego w ludzką prezerwatywę kosmicznego fiuta koloru bakłażana, choć znacznie od niego większego. Okazały pogrzebacz minimalizował się samoczynnie, kiedy Xillo nosił spodnie, a po ich zdjęciu pęczniał w jednej chwili. Amandi zamknęła oczy, a usta wykrzywiły się w tradycyjny grymas zaskoczenia, poniekąd będący niezamierzoną prowokacją.

 — Chyba nici z naszej zabawy — rzekł.

 

 ****

 

 Szef burdelowego przybytku nigdy nie miał łatwo. Szczególnie kiedy był kosmitą i gówno wiedział o upodobaniach ludzi. Na wszelki wypadek Fillo zatrudnił ludzkiego pomagiera i doradcę w sprawach dla niego zupełnie niezrozumiałych. Hugonon Guh akurat omawiał aktualny status trendów w branży, kiedy budynek przeszył huk, jakby uderzenie bomby.

 — Co do kurwy?! — zdążył zakląć Fillo, zanim do gabinetu wleciało zmasakrowane ciało starego Xillo.

 Błękitna krew lała się z jego brzucha, a resztki lewej ręki zwisały jak wstążki. Był martwy jak diabli. Wyszczerzony uśmiech pozostał na ustach, ale odcięte macki nie wróżyły nic dobrego.

 — Co do kurwy?! — powtórzył, po czym spojrzał na Hugonona. Ten tylko gapił się na martwe ciało i próbował nie zesrać się ze strachu.

 W kłębie kurzu ujrzeli postać, podobną bardzo do ludzkiej samicy. Strzał w dziesiątkę. Kobieta wyłoniła się z szarej chmury, uśmiechając się szeroko. Amandi.

 — Macie dwa wyjścia.

 — Ty dyktujesz mi warunki?! — warknął Fillo. — Zabiłaś mojego pracownika i… i przyjaciela poniekąd. Nic ani złamanego…

 — Nie chodzi o pieniądze durniu. — Spod blond włosów wyłoniła się dziwna czarna narośl, a za nią druga. Po chwili cała twarz Amandi wyglądała jak trufla pokryta czerwonymi krostami. Szpetny widok. Oczy przypominały teraz dwa śliskie wrzody wypełnione płynem. — Wydział Kontroli Międzyplanetarnej i Racjonowania Żywności.

 — Że gliny? — jęknął cicho Hugonon.

 — Ta, że gliny — odpowiedziała. — Macie przesrane. Za tyle zabójstw nie ujrzycie już światła wolności. Szczególnie ty Fillomondzie.

 — Leje na ciebie i na ten wasz cyrk. Robię tu legalną flotę, mam pozwolenie od miejscowych władz.

 — Pokaż.

 — Znaczy miałem, przez chwilę, a potem tego sukinsyna też zabiłem. A zresztą, masz chyba drugie wyjście.

 Jej wzrok nabrał ostrości. Poczuła, jak krew zaczyna płynąć szybciej, serce bije mocniej, mózg tworzy wyimaginowane wizje kolejnych godzin.

 — To w końcu burdel. Przymknę oko na ten wasz majdan, ale coś za coś.

 

 ****

 

  Hugonon zwykle po pracy biegał. Zdrowy styl życia rekompensował mu niezdrową robotę. Tym razem jego organizm ledwo wytrzymał dojście do domu okrakiem i wpełznięcie na pierwsze piętro bloku, w którym mieszkał. Kiedy w końcu przekroczył próg mieszkania, runął na podłogę. Ślady zębów nosił na całym ciele, szczególnie na piersi. Niektóre zdążyły już przybrać siny odcień. Z drugiej jednak strony była to niewielka cena za wolność. Seks w kosmicznym trójkącie: glina z Jowisza, seksoholik z Wenus i stary kawaler Hugonon z Borowinek Małych. Piękna historia w trzech połączonych (boleśnie) osobach. Minus oprócz potwornego bólu był taki, że szef nie przeżył tej przygody życia. Okazało się, że Amandi ma fetysz rozdzierania mątw z Wenus i nie mogła się powstrzymać. Nawet jak truflogłową szkaradę zrobiła to z wdziękiem, a na koniec zostawiła mu swój numer telefonu. Roaming musiał ją kosztować krocie.

11767 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 25

Opis:

Dodano: 2019-11-07 23:45:46
Komentarze.
*Ritha 1 r.
Co to jest za tytuł w ogóle. No wieta co!
Odpowiedz
~marok 1 r.
No co?
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Z cyklu: Planetarium na wypasie
A czemu to nie jest z cyklu Marok Literary Universe?
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Żartuje Marokok. To już nie dziś. Ruch się robi, ciężko nadążyć, gitessss. Dobranoc.
Odpowiedz
~marok 1 r.
Bo mam jeszcze coś co się łączy pomysłem z tym. Nic nie jest przypadkowe, zaprawdę
powiadam
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Amen.
Odpowiedz
"Jak jedno tchnienie pojawia się światła, dwa, nagle." - nie rozumiem. Jakiś błąd.



Kolejna historia, która ma wrażenie pelnosci. Kompletnosci. Jest pomysł, jest nowatorstwo. Zapis też dość wysoko. Choćbym chciał, to ciężko tu o słaby punkt. Nie ze ahy i ohy, ale bez wstydu
Odpowiedz
~marok 1 r.
No szukam, kombinuje na różne sposoby, żeby czasem nie stanąć w jednym miejscu. Jak na razie taka droga mi bardzo odpowiada bo płynie z tego przyjemność. Dzięki
Odpowiedz
Nie chcę zabrzmieć ckliwie, pompatycznie chujowo, niestosowne czy jakkolwiek źle, ale dużo (nie tyle w Twym pisaniu co) w Twej drodze rozwoju, widzę swoją. Wiem, że to marna pociacha skończyć jak Canulardo, więc się staraj.
Odpowiedz
~marok 1 r.
'Wiem, że to marna pociacha skończyć jak Canulardo, więc się staraj. ' - wyrobiłem sobie już opinię czy marna czy nie. Rokujące prognozy
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin