jasno ciemno
Apokalipsa - wnętrze TW#20 - Średni kryzys

Dystrykty bezsensu cz.3

 

 Słoneczko Hultajko, na początku łuny

 

 

 — Zjebałem — westchnęło Hultajko, widząc, że ulubiony przysmak nic nie robi sobie z bariery horyzontu i w najlepsze przelewa się na nieboskłon Planet City.

 Takie nigdy nie napawają optymizmem, ale Hultajko ze swej zrzędliwej i napuszonej natury wyjęło jeden element i oznajmiło, że pora na zakupy. Krwisty krzyk przepadł, piekarnik ledwo zipał, a żarcia w lodówce było tyle, co racji żywnościowych dla bezdomnych szczurów. Katastrofa naturalna to jeden z wielu sprawdzianów dla mieszkańców. Ciekawe czy ich duch odwagi będzie kontrolował ich zwieracze?

  Hultajko, otworzyło śluzę transportowca gwiazd-strażników i ustawiło cel podróży jako market Goooood, który znajdował się na peryferiach Małego Wszechświata, w którym oprócz dystryktu Planet City egzystowało trzynaście innych. Zaszczytny (prawie jak zaszczany) tytuł upoważniał do osobistego transportowca w postaci międzydystryktowego kanału ciągnącego się jak długa glista, a następnie rozgałęziającego się na wszystkie możliwe strony. Lista zakupów nie była duża. Sama wycieczka do wielobranżowego marketu — jednego z puzzli wielkiego koncernu zarządzanego przez samego burmistrza Placet City, była wymówką i odskocznią jednocześnie. Może i Hultajko ze swą surowa i jałową naturą nie gardziło seansem z przypadkowego przerabiania na pasach przechodnia w krwistą miazgę albo scen samobójczych w alejach Wschodniej części parku. Ale nigdy nie lubiło patrzeć na własny bajzel i jego konsekwencje. Nigdy jeszcze nie zdołało wywołać tak pokaźnej katastrofy, więc strategicznie wybrało się na niezapowiedziane zakupy. W końcu miało prawdziwy pretekst, żeby ruszyć parzące dupsko.

  Strumień energii popieścił niesforne słoneczko, po czym gwałtowny odrzut wyrwał myśli Hultajko z bezpiecznej strefy komfortu, kiedy nagle wszystko wokoło zmieniło się w rozmazaną plamę. Widoki były przednie, ale tylko dla zjarany w opór ćpunów. Reszta widziała artystyczny nieład, a wszystko trwało dobrych kilka sekund. Market wyrósł nagle przed Hultajko, razem z potężnym bilbordem reklamowym. Naprzeciw znajdował się jeden z niewielu punktów widokowy. Darmowy i sprawny ukazywał dwunasty dystrykt Małego Wszechświata, o dziwnej niewymawialnej nazwie. Z daleka wyglądał jak tekturowe pudło rozmiarów miasta, w którym znajdowała się makieta, po której chodziły różne żyjątka. Dystrykty były tekturowymi pudłami zawieszonymi w przestrzeni, a przynajmniej tak prezentowało się to w wizjerze.

 Przepełnione towarem maści wszelakiej półki sklepowe z jednej strony zachęcały, ale z drugiej przerażały swoją monumentalnością. Hultajko, poczuło na jednym z płomiennych różków czyjś równie palący dotyk.

 — W końcu wylazłeś z tej kanciapy — Wysoki, piskliwy głos na początku brzmiał zupełnie obco. Kontakt wzrokowy rozwiał jednak wszelkie wątpliwości.

 — Ty tutaj? Skończyły ci się maczety? — Hultajko poznało w wysokim jegomościu Guixona Piero.

 — Jestem na wygnaniu. Nie pamiętasz?

 — Nie, strażnik ma wiele zadań i twoja sytuacja jakoś mi koło dolnego płomienia latała.

 — Nietuzinkowo zaczynasz nasze spotkanie po takim czasie.

 Hultajko, tylko uśmiechnęło się i odwróciło.

 — Nie znam cię dziwnie świecąca istoto. Chyba pomyliłeś mnie z kimś innym.

 Guixon nabrał purpury i jadu w usta, który tylko czekał aż wyfrunie z nich jak pocisk. Gniew podsycał ewidentnie pokaźny tyłek Hultajko. Guixon zawsze o takim marzył, tymczasem otrzymał dwie bliźniacze deski do krojenia z wąskim wąwozem między nimi.

 — Od kiedy to robisz za ciecia?

 Hultajko w pierwszej chwili zignorowało pytanie, ale wewnętrzny głos wrodzonego buractwa wrzeszczał jak oszalały.

 — Odkąd doceniono moje możliwości. Planet City to duży dystrykt. Tylko nieliczni dostają taką szansę.

 — I opuściłeś posterunek za dnia dystryktowego? Przecież oni tam teraz pełzają w ciemnościach.

 — Ta pełzają i giną i wrzeszczą i…

  Nawet chamska imitacja słońca miewa koszmary. Jeden właśnie minął, choć była to raczej dłuższa posiadówką w myślach, bo Hultajko nadal było na posterunku, gdzie oświetlało Planet City, a nie w łóżku. Łuna zalewała horyzont. Nie widział już nic. Purpurowe błyskawice przecinały niebo. Koszmar trwał w rzeczywistości, odrębnie od niezbyt przyjemnego snu. Nie, to nie był sen. To była raczej wizja. Bardzo wyraźna. Jakby jeden z możliwych scenariuszy do wykorzystania. Ucieczka, szybkie zakupy, porzucenie nadziei. To jakiś pomysł, ale nawet w tak przegniłej duszy jaką miało Hultajko, czasami coś chwyta od środka za bebechy i nie pozwala ot, tak uciec. Pod plakatem po lewej stronie pokoju wisiała wizytówka z numerem telefonu do Bogów. Opierdol murowany, ale szanse na uratowanie dystryktu znacznie większe.

 

 Bałwanek Franek, w trakcie łuny

 

 Kiedy Franek w końcu wrócił z krainy cholera wie, gdzie to jest, zesrał się. Nie dosłownie, ale ciarki przebiegły po jego plecach, kiedy błękitne niebo stało się bordową, gęstą masą, którą jak noże przecinają błyskawice. Park cierpiał, czuł to, bo ziemia jęczała pod stopami, których nie miał tylko dla nieprawionego oka. Jedynym plusem był fakt, że morda Hultajko w końcu była niewidoczna w dzień, a to wydarzenie epokowe. Z drugiej strony wizja rychłego zniknięcia w nieprzyjemnych okolicznościach katastrofy, jaka rozkręcała się wokoło, nie pocieszała.

 — Pierdolnik gorszy niż w dzień Wiosny — westchnął, wspominając jedyną luksusową dziwkę w Planet City — Wiosnę Lato Jesień. Kiedy swego rodzaju prekursorka wspomnianego fachu pokazała numer butów i jednocześnie wąchała mlecze od spodu, ustanowiono dzień Wiosny.

 — Ej, kup se klej, eeeejjjj — Wiewiórak wyłonił się z zaspy śniegu wyraźnie roztrzęsiony, ale na swój sposób.

 — Przerywasz mi wgląd.

 — W co?

 — Nie wiem, chyba w przeszłość, kiedy wszystko było prostsze, łatwiejsze.

 — Zebrało ci się na ckliwe gadanki, a tu nam dystrykt się rozwala. Weź się w garść, bo jeszcze ci dupa stopnieje od tej sentymentalności — Kapitan Wiewiórak rozgrzebał sobie wygodne miejsce i usadowił się na śnieżnym foteliku, prowizorycznym, ale wyrytym własnymi łapami.

 — No i? Co my możemy wskórać? Jak ma się rozwalić, to się rozwali. Bogowie chyba nie za bardzo nami się interesują.

 — Żyję dłużej od ciebie i powiem ci Franek jedno info. Kraina Mrożonek nie istnieje. Się roztopiła i zmieniła w szwedzki stół.

 — Myślisz, że…— Frankowi odjęło mowę. Niepokój dopadł w końcu i jego.

 — Może twój śnieg też nie jest wieczny? Niech mnie łasice skubną! Może to tak ma być? Czystka chłopie!

 — Skończ! — ryknął, ale jakby nieco zgłuszonym tonem. Przez zimne, śniegowe gardło nadal przepływał niepokój.

 — Boisz się. Ty się naprawdę boisz. Teraz to mnie mogą łasice nawet upiec na rożnie i zeżreć. Bo ty się boisz!

 Wiewiórak zaczął podskakiwać w rytm nuconej przed siebie melodii. Coś na kształt nanananana. Uśmiech nie znikał z jego wysuszonej, nieco zdeformowanej gęby. Ona sama się śmiała, bez udziału woli.

 — A ty nie? — Franek spojrzał na Wiewióraka jak nigdy. Było to spojrzenie z wyrzutem, prawdziwym, niepodsyconym głupim żartem, jakich pełno.

 — Czego chłopie? Żonę mi zaciukali, jak jeszcze w szkole oficerskiej byłem. A młode, przecież wiesz... — Uśmiech nadal nie znikał. Był może nieco mniejszy.

 — Czyli jakby nie masz dla kogo żyć. Tak to mam interpretować?

 — A rob se z tym, co chcesz. Możesz nawet sobie w ten zimny tyłek wsadzić i czekać aż ten bordowy glut spadnie na ziemię i rozpieprzy wszystko. Wszyyyyściutko.

 Zniknął. Tak jak to miał w zwyczaju. Na stare lata wpadał w szał głupoty coraz częściej. Nie widział tego samego świata co Franek, o nie. On patrzył na karton, w którym siedzi i łazi po tandetnej makiecie. Bogowie się nie postarali, myślał. Nigdy nie potrafili zrobić nic od początku do końca dobrze. Nawet jego gatunek to było coś pomylonego, bez sensu. Zresztą jak wszystko inne.

7809 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 22

Dodano: 2019-11-13 22:57:27
Komentarze.
Ooo, seria, jakoś przegapiłem. Zaznaczam se i jutro zaczynam wędrówkę przez Marocze majaki, zapewne surrealne.
Odpowiedz
~marok 1 r.
Bagnisto i grząsko

Odpowiedz
I baja, aż po same... hej przygodo
Odpowiedz
~JamCi 1 r.
W końcu miało prawdziwy pretekst, żeby ruszyć parzące dupsko. - super :-)
Uwielbiam tę serie,nonic nie poradzę. Parę literówek. Rozważania Bałwanka wyglądają jak anlogia do takich jakichś ostatnich wyydarzen... Wzselkie podobieństwo... ???

Odpowiedz
~JamCi 1 r.
No i wisz. Drobiazgi popraw. Mało, ale ze dwa widziałam.
Odpowiedz
~marok 1 r.
Rozważania Bałwanka wyglądają jak anlogia do takich jakichś ostatnich wyydarzen - no to fakt. Taki miałem zamiar
Odpowiedz
"W końcu miało prawdziwy pretekst, żeby ruszyć parzące dupsko." - hehe

"Naprzeciw znajdował się jeden z niewielu punktów widokowy." - widokowym.

Od strony treści najłatwiejsze i najlepsze do przyswojenia, bo abstra-wtrętów mniej.
Dobrze zachowana konsekwencja w bezosobowym opisie Hultajko
Odpowiedz
~marok 1 r.
Pisane w odstępie od 1 i 2 części. Tamte jakby razem pisane, więc abstrakcja była duża, a tutaj już zwolniłem nieco.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin