Zsyp codzienny

Canulas
Jeśli napiszesz tekst — głównie rozchodzi się o codziennostrzał — ale może być i coś innego, i nie uważasz, że ten tekst (miniaturka, myśl, pierdoła) zasługuje na osobną publikację, gdyż 1.) Po pierwsze nie śmiećmy, to wklejaj takie "hity" tutaj.
Dziękuję.

Ps. WWOS - Wontaszek wolnien ode spama - każda myśl uchybiająca tematyce będzie kasowana z bezwzględną stanowczością przez specjalnie szkolony zespół moderacyjny.
aniamarzycielka
aniamarzycielka 1 m.
Dowolny wpis z obserwacji - Maski

Ukrywają się pod maskami. Nie muszą się już sztucznie uśmiechać. Idą jak cienie, spowolnione życiem. Wieczna tułaczka od kąta szczęśliwego do nieszczęśliwego życia.
Smutny bal karnawałowy na co dzień. Maskę na chwilę ściągają, by napić się wódki, a potem znów ją zakładają, by ukryć się w czeluści siebie. Ale oczy dalej widać. Wypływają z nich wszystkie bóle, bo w sercu już nie mogą się pomieścić.
Canulas
Canulas 1 m.
Mam taki moment, że doszywam 25% do tajemniczości. Z tego względu podoba mi się. Lekki stan nadooczuwania chyba. ładne.
Canulas
Canulas 1 m.
#TW
#Codziennostrzał
#Czwartek (chyba) Pierdoły obserwacyjne


Co zrobisz, gdy morskie wody zaczną wchłaniać ląd?

Dziś pewien typ w pracy, który jako jeden z nielicznych kojarzy książki, całkiem z dupki – gdyż temat się koło tego w ogóle nie kręcił – przytoczył pewną myśl, podobno Lema. Brzmiała: Bądź dobrej myśli, bo po co być złej?
W pierwszej chwili ciary po plecach i wow/ach, jednak im dalej w dzień, tym bardziej analiza wspomnianej.
Czemu?
Czy takie coś mi pasi?
Jeśli tak, czy zawsze?
Myślę, że nie, nie zawsze. Że jednak moją pożywką bardziej jest wahadełko w myśl tej liny, która traci sens istnienia, jeśli nie rozciąga się pod nią przepaść. Ostatnio wróciłem do pisania. Wyrabiam (jak i niektórzy z was) nawyk codzienności. Same teksty pozostawiają wiele do życzenia. Ten jest tego przykładem.
Tera wypadałoby zrobić kolejny kroczek i zacząć pisać, nie wiem: z większym sensem, planem albo na poważnie. Nie wiem. Ten tekst to ewidentny przykład chujodziennego strzału, więc jest idealny, żeby podbić nowy wątek.
Chyba nawet nie wrzucę go w program, by mi pomógł wyłapać literówki.
Yebać.
Jak mawiał – całkiem łebski – Spranger: Nie ma innej drogi, by odnaleźć siebie, od tej, by chociaż raz się od siebie uwolnić...
... czy może jakoś tam podobnie.
Też yebać.
Ićta we pokoju.

<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>
Dołącz do nas na: https://t3kstura.eu/
"Codziennostrzał — 200 mililitrów słowa pisanego dziennie" to nowa inicjatywa literacka Treningu Wyobraźni mająca na celu wypracowanie systematyczności i regularności w pisaniu.
Ritha
Ritha 1 m.
Dzień 4
#codziennostrzał #tw
Czwartek: Wpis z obserwacji

W związku z zalaniem facebooka politycznymi tematami dziś, pomyślałam sobie jakby to było świetnie, jakbyśmy byli Niemcami. Mówili byśmy co prawda w chujowym języku, ale za to mielibyśmy zajebistą drużynę piłkarską, a nie takich patałachów w świat wysyłać, nie bylibyśmy takim bidnym, zaściankowym, głupim, durnym, bogobojnym, zacofanym, jebanym krajem. Och, słodki Jezu, dlaczego nie jesteśmy Niemcami?
Jezus’ answer: Robiłem co mogłem, jeden rozbiór, drugi rozbiór, trzeci rozbiór, jedna wojna, druga wojna, mata zarazę, może to Wam da radę?
A wiecie co by było jakbyśmy byli Włochami?
Cudownie by było! Upał, plaża, zimne drinki. Dobre żarcie, kobiety, wino, śpiew. E-le-gan-cja.
Albo Hiszpanami?
Szwedami?
Ja wiem, że trawa u sąsiada zieleńsza, ale sorry Winetou, albo jakbyśmy byli Amerykanami? Przynajmniej byśmy robili fajne filmy, a nie, k*rwa, Karolak.
Bordo Literary Universe.
Albo jakbyśmy byli np. Tunezyjczykami. Mielibyśmy przynajmniej ciepło!

Zmienię temat. Nic mnie tak nie relaksuje jak spanie, przeklinanie, oglądanie The Walking Dead i jedzenie 3bitów. Tak wiem, wałkowane tematy.
I przeklinanie.

Jestem zła, defetyczna, nie lubię czwartków, w czwartki jestem zmęczona, a tu jeszcze w piątek trzeba wstać, nie lubię jesieni, nie lubię facebookowej papki, ino na 3 sekundy wejdę – już mnie zalewa, potok, gówna. Lubię jak jest mi gorąco i jak jem, i jak śpię. Prosta obsługa. Maszyna numeryczna. Nie ma weny okrutnie, ale dziś jest wpis z obserwacji, więc wpisuję z obserwacji.
Schudłam trzy kilo. Jeszcze minimum trzy, żeby nie być tłustą, grubą, obleśną świnią.
"Nie jesteś tłustą, grubą, obleśną świnią, Ritha, bla, bla, bla".
Więc jeszcze trzy kilo.
Obejrzałabym Denver, ostatni dinozaur. Lubiłam soundtracka z tej bajki, mocno kojarzy mi się z dzieciństwem.

Tyle, dobrze, że powstał ten wątek, bo to przecie publikować wstyd.

Canulas
Canulas 1 m.
Wykop i enerdżi, jakie sam chciałem zaserwować, ale chyba nie jestem jednak w melodii na potoki słów. Bardzo ciekawy wpis obserwacyjny.
Ritha
Ritha 1 m.
Można tu komentować? Czy jak to działa?

W kazdym razie chciałam napisać:
"Nie ma innej drogi, by odnaleźć siebie, od tej, by chociaż raz się od siebie uwolnić..." - cudne
Canulas
Canulas 1 m.
Okołotematyczne taaa.
Alchemik
Alchemik 1 m.
Dziś czwartkowa, dowolna obserwacja
Hmm, mam obserwować. Obserwować, ale co?. Obserwuję, że nie chce mi się obserwować, ani pisać o tej obserwacji. W mieszkaniu chlew, muszę posprzątać, ale mi się nie chce. Obserwuje więc przepełniającą się popielniczkę. Przynajmniej wyjąć i umyć te gary ze zlewozmywaka, żeby zrobić miejsce. Październik mi się nie podoba. W listopadzie może się przyzwyczaję, ale to już będzie listopad. Hmm, po raz drugi. Czyżbym obserwował u siebie jesienną depresję? Odwaliłem te kilka słów codziennostrzału i finito. będę obserwował dalej.
marok
marok 1 m.

Dzień 2


#codziennostrzał
#TW


Nie mam za wesołych obserwacji. Z tych naocznych, to chyba się starzeje, bo jakoś dziwnie w lustrze dzisiaj wyglądałem. Zupełnie jak nie ja. Może nie mam jeszcze siwych włosów, ale coś jest na rzeczy, mówię wam. A co do obserwacji wewnętrznych, to utwierdzam się w przekonaniu że sentymentalność jest uciążliwa. Bardzo nawet. Wpadają ci do głowy tak z dupy jakieś durne wspomnienia, bo nie wiem, zobaczyłeś ładny żółty liść, albo takom mrufke co jej nigdy żeś nie widział. Cokolwiek. Sentymentalność jest cholernie uciążliwa na dłuższą metę. Nie polecam. To chyba wszystko. Niewiele, ale ma to swoje uzasadnienie. Czwartki zwykle albo są spoko albo są średnie z tendencją do złe. Czyli w sumie jak każdy inny dzień z wyjątkiem tego ósmego, o którym nikt nie wie. Ten czwartek był słaby.
berkas
berkas 1 m.
Może dałoby się stworzyć kategorię tekstową zsyp, która z definicji nie pojawiałaby się na głównej? Bo tak nke wiem czy tu mogę komentować teksty czy nie?
Tutaj znajdują się ukryte posty 3
fanthomas
fanthomas 1 m.
I to jest dobry pomysł
JamCi
JamCi 1 m.
Maroczy wpis z obserwacji zasługuje na osobne okienko :-)
Canulas
Canulas 1 m.
Tak, bardzo spoko wpis. Zresztą tutaj jest takie miejsce zastępcze. Nadal można na głównej, jak coś zacne. Maroczy zacny. Rithy również zacny.
Alchemik
Alchemik 1 m.
#codziennostrzał #tw
Codziennostrzał – niespodzianka na piątek

Na niespodziankę wrzucę wam wierszyk.
To ciekawa niespodzianka, bowiem to pierwszy wierszyk jaki w życiu napisałem, jeszcze w przedszkolu.

Na podwórku stoi ławka.
A nad ławką lata kawka.
Na ławeczce siedzą dzieci,
patrzą się, jak kawka leci.

oko
oko 1 m.
dotąd pisałem je u Alki, ale skoro jest taki śmietnik, to czemu nie tu?

Deszcz. Całkiem niedawny. Padał i padał, jeśli można powiedzieć tak o czymś, co sprawiało wrażenie, jakby dno wanny zbutwiało nad głową i z nieba lały się strumienie zbyt obfite dla tak ubogiego słowa jak deszcz. Krople tłuste jak larwy motyli pasące się na młodych liściach kapusty potrafiły zabić dżdżownice szukające ratunku na asfaltowych chodnikach, bo poniżej traw nie umiały złapać tchu. Lewatywa niebiańska wyczyściła im układ trawienny tak, że wysmuklały natychmiast i rozciągnięte wzorem spaghetti kotłowały się unosząc ponad wodę otwory gębowe.

Stałem pośród mroku i wdychałem wilgoć tężejącą, choć mokra była już wystarczająco, żeby dało się wykręcać ją z włosów, czy oddechu. Odpływ kanalizacji burzowej dławił się i zachłystywał, podziemne garaże rzygały krwią, woda… wszędzie woda. Pełno jej było, choć mrok ograniczał widzenie i tylko boje latarni wystraszonych nawałnicą drżały w zimnych płomieniach niedojrzałej żółci. Gra w klasy, malowana niewprawną, małoletnią ręką rozpuściła się i teraz cały plac stał się terenem potyczki. Zabawy, w której wygrać może tylko jeden, a reszta stanie się tłem dla chwilowej sławy.

Ktoś nerwowo zbierał skrzynki z pelargoniami, ktoś przekleństwami motywował psa, żeby wreszcie pozbył się wilgoci i wrócił na ciepłe legowisko. Inny krył się przez zaciosami wiatru, chcącego rozebrać człowieka, bez zdejmowania z niego choćby jednego gałgana. W podcieniach bram, pod dziecięcą zjeżdżalnią kryły się nadzieje brodzące po kostki w wodzie. Bóg w piaskownicy stawiał pasjansa, co chwila zmieniając zdanie i ścierał zużyte słowa pisząc wciąż nowe – cóż dla Niego tak mała tablica? Pisał i pisał, w trzech, a może siedmiu wymiarach.

Ubrany, a przecież nagi. Lizany wiatrem i nocą. Stałem w zachwyceniu jakimś, które nie zna czasu i obowiązków Gapiłem się, nie licząc kropel. Przenikałem wzorkiem ciemność poszatkowaną na tak drobne interwały, że oko nie miało siły ich zmierzyć. Litościwa noc odebrała pokorę i pozwalała rozlać się wyobraźni bez umiaru. Ktoś uciekał skulony pod rozpadającym się parasolem, ktoś bosą nogą wybijał rytm pospiesznej ewakuacji. Pewnie ktoś scałowywał niebiańskie łzy ze zziębniętych piersi, ale może to tylko moje imaginacje.

Deszcz. Nieskończony, zachłanny, głodniejszy od watahy wilków na przednówku. I noc. Noc, w jakiej skryć się gotów każdy wróg i każdy ciąg dalszy. Zamknąłem okna, lecz rolety uniosłem po kres. Zamknąłem i patrzyłem, a skóra wygładzała się powoli. I tylko jednego wciąż nie wiem. Kto jest ZA SZYBĄ? Ja, czy deszcz?
Canulas
Canulas 1 m.
Cholerka, fakt, jest tu zzyp, ale jeśli coś zacne - a to zacne - zawsze można też na głównej. Ładnie wywijasz słowem. Nie nowość oczywiście, ale ładnie.
oko
oko 1 m.
nie zmieściłem się, bo na głównej też limity... do tej pory zabawy z codzinnikiem uskuteczniałem w komentarzach Alki666, ale dzisiaj milczy - chyba ma inne sprawy, więc przyszedłem na śmietnik, licząc, że się zmieszczę - pisanie ważniejsze od lokalizacji.
nuncjusz
nuncjusz 1 m.
Zsyp dołożyłem rano na postulat Berkasa
alka666
alka666 1 m.
Oko, padłam. Leżę bez sił. Może za godzinkę...
Alchemik
Alchemik 1 m.
Napadłeś na alkę, oko?
Może nie jestem zbyt dobry w prozie, ale bronie przyjaciół.
Canulas
Canulas 1 m.
Uuu, Ślipson napastuje czy szustky...? No ładnie. Uspokujta się bo was porozsadzam
berkas
berkas 1 m.
O bigowie walka! (chyba nie na pióra)
alka666
alka666 1 m.
Nie trza, nie trza. Nikt nie atakuje.
Prosiłam Oko, by dał znać. Zatem dał znać, bardzo subtelnie i nienachalnie
No i coś tam wymyśliłam
alka666
alka666 1 m.
Dzięki Oko za kopa w dupę

Dzięki Alchemik za rycerską postawę

Dzięki Canulas za czujność

Dzięki Berkas za spostrzegawczość
marok
marok 1 m.
Dzień 3


#codziennostrzał
#TW

Podobno była jakaś katastrofa. Słyszeliście? Bo ja nie. Od dwóch dni gram w warcaby z moimi pluszakami i wszystko jest cacy. W przerwach czytam komiksy i rysuję drzewa. Wszystkie czerwone, bo nie mam zielonej kredki. Owszem, przyznaję wczoraj koło południa do drzwi zapukał pączek wielkości sporego psa, a potem słyszałem, jak sąsiad drze japę, że go lukrowany pączek ze skóry obdziera. Ale to nie żadna katastrofa, to po prostu piątek w moim mieście. Teraz jest już lepiej. Mamy sobotę, miasto zalewa właśnie lawa. Spaliła już większość domów na moim osiedlu. My mieszkamy pod ostatnim numerem, więc mogę podziwiać. Zaraz. Nie mogę. Ten cholerny, pluszowy kowboj kantuje za każdym razem, kiedy odwracam wzrok. Przegrałem już piętnaście razy z rzędu. Dobrze, że jutro niedziela – plaga latających krakersów orzechowym. Drań ma na nie alergię. Już słyszę. Ten znajomy dźwięk. Lawa dotarła. Zaraz wszystko będzie płonąć łącznie ze mną. Pokrzyczę sobie, będę przeklinał świat, to zjebane miasto. Coś jeszcze może kilku dawnych znajomych. Czasami to boli bardziej, czasami mniej. Dla was to cholerna katastrofa, dla mnie, raczej sobota.
berkas
berkas 1 m.
zajebiste Maroku! Z dużym wykopem
Alchemik
Alchemik 1 m.
Sobota dopiero jutro.
Tzw. coś czyli chyba droubble. Spoko, napisze te dwieście slow pomimo, ze mi się nie chce.
alka666
alka666 1 m.
Śmiecham Maroku
JamCi
JamCi 1 m.
Marok wrzucaj je na główną, one są super. Poprzednia też.
marok
marok 1 m.
Fajno że się spodobało wam. No nie byłem przekonany czy na główną się nadaje, bo to krótkie dosyć, a nie jest żadnym drabble czy tam droubble
berkas
berkas 1 m.
no kurde wrzuć, bardzo przyjemny tekst, poprawił mi humor.
Canulas
Canulas 1 m.
Noo, racja. Mega kolejny. To już śmiało mogło na głównej być 💀👍
berkas
berkas 1 m.
#Codziennostrzał dziś raczej w kolano dzień 5
Napisz tekst w otoczce katastroficznej (wulkan, powódź, pożar, tornado itp.)


nieznany jegomość wspina się na wulkan
ponoć uśpiony i nieaktywny
krzyczy
skacze
i macha łapami

pokaż na co Cię stać
daj głos
nie wierzę żeś potężną siłą
ot zwykły pagórek

nawet nie dociera do połowy
trafiony gorącą metaforą

światło mu zgasło przed fajerwerkami
kolejny mięczak przesypia sylwestra
od dziś drzemiąc snem wiecznym wraz z panem wulkanem
Canulas
Canulas 1 m.
Kompletnie obok, ale dziś mam takie kojarzenie, że wcale nie twierdzę, że to wina tekstu.
oko
oko 1 m.
A w Pińczowie dzień zawraca. Mgły doznają zawrotów głowy i szlochają rosząc nieużytki zapomniane przez Boga i ludzi. Noc gubi łzy i spadają niechciane gwiazdy – wszystkie; te, którym nikt nigdy nie powiedział – „na zawsze”. Jest ich sporo. I spadają, robiąc dziury w asfalcie, bo jakoś nie przyszło im do głowy spadać na marmury, czy inne, szaro odziane kostki betonowe. Na drzewa pełne jesiennych owoców, albo szyszek otrząsających się z nasienia. Wszystkie taplać się chciały w blasku czerni niepojętej, w kosmosie codziennej nocy, choć sama codzienność paradoksalnie wyklucza mrok.

W taki dzień, który sam nie wie, czy rozłożyć kolana przed nocą i oddać się bez reszty, czy raczej samemu w nią wejść i krzyknąć spazm zapomnienia zerkam powyżej horyzontu. Na Pińczów, w którym jabłka przebrzmiałe gnić już musza na drzewach, albo pleśnieć pod nimi. Gdzie śliwki kryją się futrem grzyba, co nie zna umiaru. Ja też go nie znam. Może jestem kuzynem pleśni? Bratem zgnilizny? Robakiem toczącym życie, żeby zdechło? Wirusem dyskretnie opanowującym ciało żywiciela?

W Pińczowie mrok podarty na ćwierci. Sen przetykany krzykiem nowożeńców, głodem niemowląt i przekleństwami bezsennych. Jestem uzurpatorem. Jestem mrzonką. Jestem dyktatorem mody, jakiej nikt nie rozumie. I nie musi. Ważniejsze, by patrzył. Choćby ukradkiem. Żeby masturbował własne mniemania do ekstazy. By był mój. Była… Było…

On-Ona-Ono… Błądzę pośród zaimków osobowych i sam nie wiem, który z nich miały stać się erekcją. Bo żadnemu nie wierzę, a Pińczów właśnie doznaje ekstazy, rozbiera się w agonii nocy i zanim przywdzieje kolory jest ciepły… miękki, jak kobieta w pościeli, co wspomnieniami wczorajszymi gotowa upiec na rożnie niebo i piekło.

Ja? Domniemaniem jestem zaledwie. Myślą płochą uwitą pośród zarośli, w jakie nikt-nigdy-nikomu nie pozwoli… Jestem, albo tak sądzę buńczucznie. Pośród mroku łatwo być. Obarczony słońcem ugnie się i Herkules. Cóż Ziemia? Paproch na nieboskłonie… A ja? Tak drobnych cząstek nie odkrył dotąd nikt, a przecież nagroda Noble’a czeka na zwycięzcę każdego roku. Są tacy, którym sok z jabłek wystarczy, miast pokus z drzewa dobrych wiadomości. Są tacy, którym niepokalana pierś Ewy, zda się niedojrzałym owocem.

Tymczasem, w Pińczowie, dzień zawraca…
Alchemik
Alchemik 1 m.
Codziennostrzał na poniedziałek

Kontynuacja pewnego opka. Głęboki kosmos
https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=4948

Część druga Jeszcze głębszy kosmos


Tym razem wynurzyłem się z fontanny w świetle dnia. Portal zamigotał tęczowymi kropelkami i zamknął się.
Rozejrzałem się po rynku i podjąłem kilka petów z popielniczki śmietnika. Proksi dotrzymali słowa. Zostałem chodzącym za dnia. Prawdę mówiąc juz się niemal przyzwyczaiłem do nocnego trybu życia. Jednak, kiedyś lubiłem opalać się na słoneczku. Bylem blady jak wampir. Heh, w końcu bylem wampirem za sprawą zmienionych nawyków żywieniowych. Darze, a właściwie zapłaty od chudych w uszach Proksimanczykow. Udało mi się wykonać zadanie, czyli odnaleźć w centrum galaktyki i sprowadzić na Proximę pewnego inteligentnego pająka tworzącego sieci wytrzymalsze niż jakiekolwiek znane materiały kosmosu. Poza tym pająk był artysta, a jego sploty wręcz oszołomialy.
Otrzymałem możliwość pławienia się w słońcu. Chudzi w uszach proponowali dorzucić kuracje antynikotynowa, ale zrezygnowałem. Coś się zmienilo od mojego ostatniego pobytu na Ziemi.
Ławeczki puste, a nieliczni przechodnie, wszyscy jak jeden mąż nosili na twarzach maseczki. Cholera, wyróżniałem się. Nieopodal była apteka, gdzie postanowiłem zakupić na wszelki wypadek to coś na ryja. Rzecz w tym, ze nie chcieli mnie wpuścić.
- Bez maseczki nie wolno!
- Ale ja właśnie chce kupić maseczkę.
- Proszę najpierw założyć maseczkę, a potem kupi sobie pan, co pan chce. Choćby krem do opalania, bo jakiś pan blady.
W końcu dałem jakiemuś smarkaczowi parę złotych (doskonale fałszerstwo Proksich).
Gnojek kupił mi paczkę chirurgicznych. Przy okazji dowiedziałem się o światowej pandemii. Mnie to akurat nie dotyczyło, bo jestem od pewnego czasu nieśmiertelny, a wlasciwie nieumarły. Chudzi w uszach jakoś mi to tłumaczyli, ze nie żyję, ale jednak żyję, tylko inaczej. Zmieniona biochemia, i coś tam jeszcze. mogę wyżyć jedynie na krwi. Ludzkiej krwi, bo zwierzęca otępia i powoduje zachowania atawistyczne. Cokolwiek to znaczy. Najbardziej lubie krew młodych kobitek. Nie jestem zadnym potworem. Zaprzyjaźniam się, a potem delikatnie wysysam. Tylko odrobinę. Później wmawiam dziewuszkom, hipnotycznie, ze te malinki zrobił im obecny chłopak. Gorzej, gdy nie maja chłopaka, ale takie ryzyko. Jedna napraszała się o więcej, nazywając mnie Yanko, swoim aniołem. Ale przecież nie mogłem zasysać za dużo. Nie jestem zadnym potworem. Mam tylko inna dietę. Z pasa Oriona przywiozłem sobie towarzysza, a wlasciwie towarzyszkę. Wyglądała jak miniaturowy czarny kot. Potrafiła tez mrauczeć i miauczeć. Była inteligentna i mila, choc czasami drapała do krwi, ale ja jestem odporny. Gadaliśmy ze sobą na migi. Ja migałem dłońmi, a ona ogonkiem. Sięgnąłem jeszcze po kilka dłuższych petów. Włożyłem jednego w lufkę i zaciągnąłem się mocno. Nie ma to jak Ziemia.
Niestety, niedługo będę musiał znowu włazić do fontanny miejskiej. Mam zadanie w Mgławicy Andromedy. Podobno pewien myśliciel z tamtejszej planety krążącej wokół czerwonego olbrzyma wymyślił równanie na skasowanie Wszechświata. To nieco zaniepokoiło Proksimanczykow. Miałem gościa zlikwidować, albo przekonać, żeby przystał do Proksów. Chudzi w uszach technologie zdobywali, kradnąc ja lub kupując od innych gatunków kosmicznych. A ja bylem pośrednikiem.
Kicia znowu mi mrauczy w kieszeni. Tez jest swoistym wampirem, ale najbardziej odpowiada jej moja krew.




Canulas
Canulas 1 m.
Kurde, co Ty masz z tym brakiem diakrytycznych? Trochę to utrudnia, a poza tym jest wybiórcze, bo niekiedy stawiasz
Alchemik
Alchemik 1 m.
Nie jest wybiorcze, tylko poprawiam z zakreśleń komputera, ale nie wszystko się da.Mam tez pewne sposoby. Jak na przykład potrzebuje a z ogonkiem, to wpisuje prad. Zakresla mi, a ja mam prąd, z którego wiadoma literkę podłączam do wyrazu. Podobnie jest z e z ogonkiem. Wtedy wpisuje bledy, i uzyskuje z tego błędy. Mam jeszcze laptop, który pisze poprawnie, ale co rusz się zacina i kasuje mi tekst. Musze pamiętać, żeby co chwile zapisywać w dokumencie. Przejebane.
Canulas
Canulas 1 m.
Czyli to kwestia sprzęciszcza

Alchemik
Alchemik 1 m.
Oczywiście, ze sprzeciszcza. Chyba nie podejrzewałeś, ze nie wiem jak pisać literki. Niestety, jestem nędzarzem. Korzystam z tego co mam. A chce pisać. Korekta tekstu, niekiedy, trudniejsza jest od napisania tegoż.
Alchemik
Alchemik 1 m.
Wierszyk na codziennostrzał czwartkowy. Taka obserwacja wierszem

Wyliczanka

Minął wrzesień coś się plecie.
W październiku idzie, idzie - złota
brak.

Ja rozumiem - pora roku,
ale żeby zaraz kark
przygięła w dół?

Za pazucha już listopad.
Pajęczyny srebrnym włosem.
Weź poczekaj jeszcze z roczek.
U mnie ostał się pierwiosnek,
w lędźwiach żar.

Wrócę z liśćmi, obiecuje.
Może maj?

Postaram się też uzupełnić ten nostalgiczny wierszyk o pewien opis.
Za oknem wciąż słonecznie, choć chmury już nadciągają.
Liście żółkną i opadają, tworząc na chodnikach przesypujące się kopce.
Wiersz jest napisany w stylu wolnym. Użyłem tu jednak kilka prostych rymów.
ktoś mógłby powiedzieć, że fe, bo rymy gramatyczne, niemal częstochowskie.
Jednakowoż wyliczanki pozwalają na użycie tego typu prostych środków wyrazu.
Nie zaleca się tego początkującym poetom. Ja jednak pisze już od dawna, a więc dosyć świadomie operuje słowem. Uszyję sobie nową maseczkę listopadową. W końcu, maseczki stały się nieodzownym elementem stroju przechodniów.
Na schodkach pobliskiego ganku, korzystając z resztek słońca, wygrzewa się i wyleguje duży, pręgowany kocur. Jak zwykle, kiedy przechodzę obok niego, spogląda na mnie intensywnie i miauczy. Wyraźnie, coś mi chce powiedzieć. Tylko co?
marok
marok 1 m.
Codziennostrzał#7 Wtorek

Dzisiaj do zsypu bo trochę kulawe


Jakby ktoś pytał, nie mam mnie w domu. Przynajmniej dla ludzkich oczu. Ich mierność pojąłem dopiero, kiedy stałem się jednym z nich. Chciałem tylko zażyć świeżego jesiennego powietrza, skąpanego w miejskim szalecie całego wachlarza zapachów. Mieszkałem... nadal mieszkam niedaleko parku. Nie jest on rozległy, ale posiada wręcz wyjętą z baśni plątaninę alejek tworzących brukowe tętnicę, którymi ludzka melancholia ukryta pod płaszczami i ciepłymi kurtkami snuje się wieczorami bez celu, byle tylko móc trwać. Ja też chciałem dołączyć do tych, którzy już rozpoczęli swą codzienną wędrówkę. Nie uszedłem jednak dziesięciu kroków, kiedy poczułem najpierw silne kłucie w sercu potem osobliwe zawroty głowy. Przykucnąłem starając się opanować nadchodzący stan, ale na próżno. Z pewnością straciłem przytomność. W ostatniej scenie zdołałem ujrzeć jeszcze zarys księżyca wychylającego się zza chmur, potem opadła kurtyna.
Zbudziłem się z potwornym bólem głowy. Czułem jak czaszka pęcznieje, niczym gąbka nasiąkająca wodą. Byłem w swoim domu. Leżałem na dywanie w salonie otoczony zewsząd ciemnością rozdzieraną jedynie nocną lamą w rogu pokoju. Już wtedy nie byłem sam. Wymacałem na ścianie włącznik i po chwili salon ponownie stał się przytulnym miejsce, gdzie spędzałem połowę mojego wolnego czasu. Kiedy wstałem spod sofy wypełzły cztery cienie. Milcząco ustawiły się w jednym rzędzie. Nie miały nic wspólnego z materią, podobnie jak ja. Dopiero w blasku energooszczędnych żarówek pojąłem, że stałem się czymś na kształt zjawy. Niewidoczny dla ludzi. Nie myślcie, że nie zadałem im pytań. Zasypała ich lawina ludzkiego bełkotu, naiwnej nadziei, że to tylko głupi sen. Chociaż żaden z nich nie posiadał twarzy ani warg, czułem, że się śmieją. Nawet więcej – nabijają się ze mnie. To wszystko brzmi naprawdę przygnębiająco. I chociaż właśnie po przygnębienie snułem się do pobliskiego parku, to co mnie spotkało, wykorzystam rozważnie i logicznie. Ledwie wczoraj doszły mnie słuchy, iż pod numerem szesnastym na mojej ulicy ktoś otworzył prywatny burdel. Czy to nie odpowiednie zakończenie?

Canulas
Canulas 1 m.
Nie wiem czy za słabe, ale skoro tak uważasz. Fajna końcówka, kilka literówek. Urzekło mnie jednak coś, co prawdopodobnie napisałeś przypadkiem.

"Nie mam mnie w domu". Pewnie miało być: nie ma, ale w tej wersji zajebiscie mi się widzi
marok
marok 1 m.
Przypadki chodzą po Marokach
oko
oko 1 m.
mi się podoba. i wcale nie uważam, że to słabe
oko
oko 1 m.
Klepsydra
Ręką nienawykłą do ciężkiej roboty ścisnąłem życie. Zaskwierczało podejrzanie. Przeszłość ospale wybrzuszyła się pęcherzem poniżej dłoni i bulgotała niezbyt przyjaźnie. Podły byłem dla niej. Nieznośny. Przyszłość z lekkością wznosiła się ponad dłoń, pełna nadziei. Tyle, że pusta absurdalnie. Coś dławiło w piersiach. Chyba nie zdołam się przecisnąć przez wąskie gardło.

Alchemik
Alchemik 1 m.
Piątkowa niespodzianka do południa.


Znalazłem dziś rano wciąż jeszcze żywą muchę. Szamotała się w pajęczej sieci. Nagle przemówiła do mnie piskliwym głosikiem.
- Uwolnij mnie, dobry człowieku, a spełnię życzenie jakie pomyślisz.
No to uwolniłem i pomyślałem życzenie.
Mucha natychmiast zdechła.
oko
oko 1 m.
paskudny jesteś Alchemiku. takie życzenie, to już lepiej było ją zabić przed. a nie dawać nadzieję. to jest sadyzm!
Alchemik
Alchemik 1 m.
Mam bardzo osobisty stosunek do much. Obejmuje awersje do tych bożych (he he) stworzonek i idiosynkrazje na błonkoskrzydłe.
Zwykle zabijam je zwiniętą w rulon "Fantastyka."
Nie uważam tego uczynku za sadyzm. Wręcz przeciwnie. Pająk omotałby ja i wstrzyknął paraliżujący jad. Wciąż z żywej, wyciągałby soki, aż do pozostawienia wysuszonego truchełka.
Pomimo iż nienawidzę much, to tym razem zrobiłem dobry uczynek. Chociaż teraz uważam, ze mogłem pomyśleć zupełnie inaczej. Jakaś niezła babeczka, która jest poetka, albo dużo, bardzo dużo kasy, a moze władza. Może lek na roztrzepanie, bo myślałem, ze dziś jest piątek, a to środa. Mam pomylone codzienne strzały według tematów. Musze odnowić kalendarz.
Ważne jest, ze codziennie coś tam pisze, choc to poza moim światopoglądem.
Alchemik
Alchemik 1 m.
Pomyliłem piątek ze środą. To niby niezwykle, ale u mnie zdarza eis.
Przerobiłem wiec niespodziankę na dribble. Równo 50 slow.


Posłyszałem bzyczenie, bo jest dla mnie nienawistne i skłania do polowania.
W końcu odnalazłem źródło zakłóceń, wciąż jeszcze żywą muchę. Szamotała się w pajęczej sieci. Nagle przemówiła do mnie piskliwym głosikiem.
- Uwolnij mnie, dobry człowieku, a spełnię życzenie jakie pomyślisz. 
No to uwolniłem i pomyślałem życzenie.
Mucha natychmiast zdechła.

oko
oko 1 m.
Na peryferiach widzenia
Wróble przestały mieścić się w żywopłocie. Wystraszone, starały się wcisnąć głębiej, choć noc pospołu z wiatrem strąciła zbyt wiele purpurowych liści, aby sztuka mogła się udać. Chodnikami szli posępni, zamaskowani ludzie-widma. Niebo ciężkie od chmur szukało miejsca, gdzie mogłoby zrzucić trochę tłustych, zaróżowionych brzaskiem chmur. Z wygasłej latarni czarnowzrocze gawrona zanosiło się chropawym śmiechem. Twarze wolne od mimiki, wsobne, ukryte, pozwalały samochodom kraść wciąż senne ciała i wywozić je do innej niż tutejsza codzienności. Klon paradoksalnie płaczący schnącymi liśćmi darł niebo na strzępy czarnymi pazurami, nawet wtedy, kiedy niewielki pies łaskawie dzielił się z nim wilgocią. Szpacze zastępy, hordy dzikie, nie wstały jeszcze na łowy, chociaż wszędobylskie winobluszcze kuszą jagodami jawnie i bezwstydnie. Żółte prostokąty otulają zarodki życia, pieszcząc je pozornym ciepłem, by dojrzały do przyjścia na świat, który dopiero ubiera się w kolory. Wielobarwne drzewa i schowane w czerń kobiety zdają się być niewzruszone spektaklem, malarską sesją, mirażem, wariacją malowaną słońcem na temat poranka. A przecież dzieje się cud stworzenia.
marok
marok 1 m.

#codziennostrzał
#TW





Czwartkowy raport z obserwacji.
Jesień w końcu stała się faktem. Wydłużyli noc, skrócili dzień. Więcej martwych liści, mniej tych żywych. Plucha, coraz chłodniej. Poranne i wieczorne mgły, między nimi stada sarenek, jelonków i tak dalej. Coś jak w jesiennej kolorowance. No ogólnie takie przaśne późno październikowe obrazki. Nie bywam często na ulicach. Nie wiem czy ludzie już padają od noszenia masek czy jeszcze nie. Ale wiem, że pada i to dużo kropel deszczu. A to znaczy – grzybki. Tworzy się łańcuszek z ciekawym zakończeniem. Bo jak dłuższe wieczory to ciepła herbatka. A skoro ciepła, może przyjaciółeczkę zaproszę. A... nie, przecież się pokłóciliśmy dwa dni temu. Już jej nienawidzę. Ale z tyłu głowy ciągle jedna myśl – grzybki, muchomorki, ładne, plamiste... pewnie smaczne. To nie. Jednak zaproszę. W końcu wiecznie nie będziemy się na siebie gniewać, prawda?
Canulas
Canulas 1 m.
Wow, prawdziwo-żywo?
marok
marok 1 m.
Zależy jak patrzeć
Canulas
Canulas 1 m.
Podsumujmy
1.krępujesz się z ustaleniem funkcji życiowej partnerki

2.pisujesz horror i bizzarro

3.teraz dużo zamieszania wszędzie, więc drobne grzechy mogą się prześlizgnąć

4.za moment Day of the dead

Kurde 💀👈

Alchemik
Alchemik 1 m.
Sprawdziłem na kalendarzu. Dziś jest piątek.
A wiec piątkowa niespodziewanka.


Zupełnie niespodziewanie wpadłem w pułapkę. Czyli niespodzianka. Poszedłem z samego rana na grzyby, konkretnie jednego grzyba. To nie pierwszy raz, kiedy pod koniec października kosiłem opieńki na tym karczowisku. Ta polana była moja tajemnica. Wyglądała odstraszająco. Morze pokrzyw, a za nim pniaki, czyli pozostałości lasu. Opieńki nie są zbyt imponujące. Ale uwierzcie. Opieńka miodowa to jeden z najsmaczniejszych grzybów. Lepsza jest tylko opieńka cesarska nazwana tak od kapelusza, który przypomina pirog napoleonki. Autobusem jeżdżę za darmo. To zaleta mojej metalowej nogi. Na ramionach miąłem plecak, a w nim duże biedronkowe torby. Wszedłem w obrzeza lasu. Teraz żabi skok do mojego karczowiska. Pokrzywy, czyli pierwszy bastion chroniący polane.
Przechodzę przez parzący busz. Jestem na granicy pieńków, czyli pozostałości lasu. Las ten wciaz żyje dzięki opieńkom.
Nagle świst, a po chwili wiszę głową w dol. Sprytnie założone sidło złapało mnie za żywą nogę. Gdyby chwyciło za metalowa, to wysunąłbym się z niej. A tak wiszę sobie. Niedługo południe.
Opieńki obrodziły. Nie miałbym ich w co pakować, gdybym nie wisiał. Oj obrodziły w tym roku. Nawet w pokrzywach widzę te zacne kapelusiki Dyndam i dyndam., zastanawiając się, kto mógłby wyczaić moje drogi.
Alchemik
Alchemik 29 d.
Dzis sobota, a wiec droubble. Dwieście punktowa żywego słowa.

Appokalipsa według św, Edmunda.

W roku 2022 odkryto inteligencję ważek. Zbudowano translatory, które potrafiłyby się z nimi porozumieć. Wazki jednak miały w odwłoku porozumienie z ludźmi. Przy okazji odkryto jednak, że muchy tez nie są takie głupie na jakie bzyczą.
- Lubimy gówno - wołały. - Nosimy zarazki, bo to nasze powołanie. Nie lubimy ludziów. Wolimy krowy.
Pająki, które nie bzyczały, tylko nadawały dźwięk strunom pajęczyny, dziękowały za to, że są symbolem szczęścia.
- Zostawcie nas w spokoju - drygały pajęczą siecią. Upierdolimy wszystkie muchy. Przepraszamy za czarne wdowy, lubią zadawać ból.
Co najdziwniejsze delfiny okazały się zupelnie durne. Nie to co kraby pustelniki. Stworzyły całą literaturę pisana w we wnętrzu zagrabionych muszli. Śledzie nie chciały mieć z nami nic wspólnego z powodu połowów w czasie tarła. Dorsze okazały się mało inteligentne.
Aliensy nie chciały już najeżdżać Ziemi.
W chmurach zaczęły pojawiać się anioły z trąbkami, na których trąbiły. Na ten czas zdejmowały maseczki.
Zaczęło padać, ale potop się nie udał, nikt nie zbudował arki.

Halmar pokochała Jerzego Edmunda. Na znak solidarności uciepała sobie fragment prawej nogi.
Oko uznał wyższość poezji nad prozą i poszedł do klasztoru.

Alchemik czym prędzej wyrył kilka swoich wierszy na kamiennych tablicach, bo to było sprawdzone wydawnictwo.

Zwykła APOKALIPSA.
oko
oko 29 d.
Chodnikiem żeglowała żyrafa. Rozkołysana jak rybacki kuter podczas sztormu, postukiwała kopytkami o brukowe kostki, dając złudzenie, że spacerują nim kobiety na szpilkach. Zwierzę było młode i ciekawskie nad miarę. Bezpardonowo zaglądało kolejnym ludziom w okna węsząc, co pichcą na sobotni obiad, albo podszczypywało więdnace na balkonach pelargonie. Chwilę poczochrało się o zjeżdżalnię, po czym skropiło ze dwie, na los szczęścia wybrane latarnie, żeby mieć punkty orientacyjne na przyszłość. Generalnie nudziło się bardzo. W okolicy, już od mniej więcej tysiąca lat, nie pamiętano żadnych wilków… znaczy lwów, czy szablozębnych tygrysów zaczajonych w szuwarach niczym świtezianka polująca na jednodniowego męża.

Zwierzątko smętnie zerkało na wystrzyżone, uczesane korony kulistych klonów i najwyraźniej nie przekonywała go barwa liści mieniących się tęczowo. Żyrafa ostrożnie wygryzła dziurę w listowiu, nadstawiając uszu, gdyż z wewnątrz dobiegł ją zbiorowy stek obelg rzucanych przez wypasione dostatnią jesienią wróble. Przyklejone do szyb małe noski uwięzionych w domach dzieci śledziły każdy jej ruch, szczególnie wtedy, gdy wywijała jęzorem usiłując pozbierać owoce rokitnika nie kalecząc dziąseł. Pluła nimi potem, więc pewnie nie były tym, co żyrafy lubią najbardziej. Zrezygnowana oparła pysk (może żyrafy mają mordy?) o balustradę tarasu i płowiała bez słowa skargi. Przelotny deszcz przeleciał nim odeszła - nasiąknięta i smętna.
Alchemik
Alchemik 28 d.

Czołgi na kurzych łapkach.
Cykliczny wpis niedzielny
Zaczynam od dziś, bo w tamtą niedziele nie wiedziałem, że ma być cykliczny i pisałem o Rithcie. Teraz musiałbym ją podrywać co tydzień. Będę pisał tekst apokaliptycznie magiczny.

Kolejne eksplozje wstrząsnęły wiekowymi murami piwnicznych lochów pod bazyliką.
- Spokojnie, to nie nalot. Pędzą na zachód. Pierdolone, supersoniczne koryta. - Długowłosy, brodaty kuternoga nie wydawał się być zaniepokojony. - Chatki będą gorsze. Ruskie zawsze liczyli na zmasowane natarcie tanków. Pomijając atomówki. Ale to wojna konwencjonalna
- Konwencjonalna...?!
Konwencjonalna wydawała się jedynie ta rozmowa pomiędzy dwojgiem przykutych łańcuchami, wycieńczonych więźniów. Bowiem lochy, jak za dawnych lat, na swój sposób tuliły do wilgotnych ścian odstępców, heretyków i zbrodniarzy.
- Pierdolone średniowiecze – westchnął kuternoga, szarpiąc łańcuchem przytwierdzonym do ściany. - Nisko upadliśmy.
- Feudalizm, to środowisko i natura baśni. Że też dożyłem czasów, kiedy nauka ustąpiła gusłom i zabobonom.
- Nauka ma się całkiem dobrze. Znasz może, kolego, aforyzm Artura C. Clarca? Powiedział kiedyś, że odpowiednio zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Zawsze wierzyłem w magię, ale traktowałem ją jednak jako nieodkryte prawa fizyki. Tylko jeden facet może poradzić sobie z tym wywróceniem Świata na nice.

Trzy metry litego betonu i ołowianych płyt dalej, w jasnym świetle, igła gramofonu natrafiła na niedoskonałość starej, winylowej płyty.
Sprzedaj mnie wiatrowi, chcę..., Sprzedaj mnie wiatrowi, chcę..., sprzedaj mnie wiatrowi, chcę...

Schron z czasów zimnej wojny, zmodyfikowany na rzecz tej przyszłej, bardziej ciepłej, Trzeciej, dostarczał minimum wygód dla naczalstwa Вольного Города Гданьска.
- Osrali Gdynię dywanowym atakiem, panie burmistrzu. Przepraszam. Panie prezydencie. Teraz tam tylko pustka i puszcza.
- Ale przecież Sopot ma wciąż czyste plaże. Przestrzegają umowy i dawnych granic Freie Stadt Danzig.
- Wiem, panie burmistrzu, to znaczy, panie prezydencie, że to było pańskie marzenie. Wolne Miasto Gdańsk i pan negocjujący z Europą. Ale, kurwa mać, na plaży w Sopocie gromadzą się tylko foki i samobójcze walenie. Te które zdechły, nieco śmierdzą. Chyba uciekają od czegoś groźniejszego. Plażowicze nie dopisali, chyba z musu zalegli w Lasach Oliwskich, co jak rozumiem predestynuje ich do miana terrorystów i przeciwników Porządku. Przypuszczam, że i tak porośli już kurzajkami i wrośli w grzybnię. A teraz Ruski upomnieli się o Europę. A jak to Ruskie, to i o wszystko. Niby zawsze byli jej częścią, tylko po niewłaściwej stronie, w ogonie mając Wielkich Mongołów. A pan, panie prezydencie, negocjuje z Carem, a właściwie Carycą Kaliną Putinówną.
- W ogonie?
- W takim mongolskim ogonku DNA, o ile pan rozumie. Choć w obecnych czasach to może być wątpliwe jako nauka. Pamięta pan moje CV? Jestem, a właściwie byłem, biochemikiem i genetykiem.
Alchemik
Alchemik 24 d.
Postanowiłem dzisiaj poobserwować gwiazdy. W tym celu musiałem poczekać na nadejście mroku. W listopadzie mrok przychodzi wcześniej mimo idiotycznej zmiany czasu, w ktorej się nieco gubię.
Gwiazdy najlepiej obserwować z dachu. Mrok w końcu przyciemnił ołowiane niebo. Oj mało będzie tych gwiazd. Na dach prowadziła drabinka do włazu. Ale nie wlazłem, z powodu dziwnych objawów w mojej protezie. Zaczęła dziwnie drygać w okolicy naśladującej stopę. Zmieniłem postanowienie i zacząłem obserwacje mojej nieistniejącej nogi. Zdjąłem protezę, a stopa wciaz mi drygała. Przyglądałem się uważnie. Nic tam nie było. Jednak swędziało cholernie, a po chwili zacząłem mieć bolesne skurcze dużego palucha. Podrapałbym się, a nawet uciepał tenże paluch, ale nie było jak. To bardzo dziwny dysonans poznawczy, więc postanowiłem kontynuować obserwację pustki do jutra.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin