TW #4 Religijny McDonald’s (1/2)


 Postać: Mieszka we mnie

 Zdarzenie: Znaki

 Efekt: Niechaj zaistnieje magiczny pierścień. Załóż go, wypowiedz życzenie i opisz je.

 

 „Czas płynie, a zegary wciąż się topią.”

 

 Gdy Boży duch wypełnia mnie, jak Dawid śpiewać chcę – la, la. Duży, okrągły, czarno-biały zegar. Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Pierwszy strzał piff-paff. Biel, czysta, nieskazitelna biel. Rażące światła lamp. Pięć, dziesięć, kilkanaście jarzących się żarówek. Wirują, wirują w kółko. Mdli mnie. Gdy Boży duch wypełnia mnie, jak Dawid klaskać chcę – klask, klask. Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Drugi strzał piff-paff. Jestem miękką postacią, tworem surrealistycznego malarza. Wraca obraz, po chwili znów się rozmazuje. Gdy Boży duch wypełnia mnie, jak Dawid wielbić chcę. Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Trzecie piff-paff. Ktoś się pochyla... kobieta. I już jej nie ma. Spłynęła po krześle jak zegarowy naleśnik Salvadora Daliego. Gdy Boży duch wypełnia mnie, jak Dawid skakać chcę. Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Czwarte piff-paff. Ciemność, jaskrawa biel, ciemność, jaskrawa biel. Obraz. Wyostrzenie. Kroplówka. Kap, kap, kap... Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Puk, puk, puk... serce. Pstryk. Ciemność.

 

 ***

 

 Zaczęło się niewinne. Opuszkami palców pieściłem piersi Agnieszki, gdy zauważyłem, że prawa jest trochę większa od lewej. Żartobliwy prezent od matki natury po czterdziestym roku życia? Balsam ujędrniający i powiększający cycki? Żona niesprawiedliwe potraktowała jeden z nich na zasadzie porównania – zobaczymy, czy w ogóle działa? A może zwykła opuchlizna?

 Agnieszka zmarła w lutym dwa tysiące dwudziestego roku przez przerzuty raka sutka i guza naciekowego na prawej piersi z przerzutem do prawego węzła chłonnego na rdzeń kręgowy i opony mózgowe.

 Wspierałem ją, jak tylko umiałem. Towarzyszyłem żonie podczas wizyt kontrolnych i chemioterapii, a także w okresie po chemii, kiedy przypominała zniekształcone odbicie samej siebie w gabinecie luster z domu strachów. Po skończeniu białej chemii włosy nie odrastały. Później już było tylko gorzej. Nie rozpoznawała mnie, kopała...

 Ból, cierpienie odeszły wraz ze śmiercią Agi. Tylko dla Agi. Nasze mieszkanie wciąż oddychało katuszami obrazów choroby, która nieodwracalnie zamalowała widok na przyszłość. Stało się wielką ziejącą raną, kapiącą czerwienią na płótno każdej ściany we wszystkich pokojach. Nie mieliśmy dzieci. Na świecie nie pozostało nic naszego, żyjącego, żadnego namacalnego pierwiastka żony. Zostałem sam z martwą duszą, uwięzioną w żywym ciele.

 Wyjechałem do domku, który dostałem w spadku po rodzicach. Zełwągi – maleńka miejscowość niedaleko Mikołajek, malowniczo położona pomiędzy jeziorami, na północnym skraju Mazurskiego Parku.

 Niedzielny poranek w nowym miejscu rozpoczął się od dziesięciominutowego spaceru do najbliższego kościoła. Owszem, po śmierci żony przechodziłem kryzys wiary, próbowałem odejść, ale wróciłem, bo byłem wychowany w bardzo katolickiej rodzinie, gdzie zawsze na pierwszym miejscu znajdował się Bóg. Zrozumiałem, że emocjonalny bunt w obliczu choroby bliskiej osoby, nie jest przejawem utraty wiary w Boga. Przeciwnie, jest potwierdzeniem więzi z przyjacielem, któremu mogę wykrzyczeć i wypłakać największy nawet ból.

 Wszedłem do kaplicy. Nabożeństwo już trwało. Małe, skromne wnętrze, na frontowej ścianie moją uwagę zwróciły obrazy: Jezusa i mężczyzny, którego nie rozpoznałem, pewnie jakiegoś świętego. Obok stały dwie fisharmonie. Na jednej z nich leżał śpiewnik. Diakon wspólnie ze specjalnie zaproszonym gościem przygotowywali wieczerzę Pańską. Modlili się, unosząc dłonie nad kielichem i wtedy dostrzegłem coś dziwnego. Zaproszony ksiądz na małym palcu prawej ręki nosił duży, antyczny, srebrny pierścień z czarnym oczkiem. W pewnym momencie odwrócił dłonie wewnętrzną stroną do góry, a z sygnetu tak jakby spłynęło parę kropli przezroczystego płynu do kielicha. Rozejrzałem się po wiernych, ale nikt nie wykazywał zainteresowania, większość modliła się w ciszy ze spuszczoną głową. Dalej, kapłani wykonali znaki krzyża i ku mojemu zaskoczeniu przystąpili do podania zgromadzonym pokruszonego na talerzu chleba oraz wody z pucharów. Trochę brzydziłem się dotykać ustami tego samego naczynia co pozostali. Nie przemawiało do mnie przetarcie szmatką, ale przełamałem się i upiłem łyk. Po wysłuchaniu kazania nastąpiła część dyskusyjna, w której każdy mógł zabrać głos. Wszyscy rozmawiali o misji niesienia Słowa Bożego. Na wyznawcach spoczywał obowiązek głoszenia Ewangelii.

 — Ten, który mieszka we mnie to sam Bóg. Mieszka w każdym z nas. „Wyobraź sobie, że wynalazłeś szczepionkę na raka. Jak bardzo starałbyś się rozpowszechnić tę informację? Komu byś o tym powiedział? Ewangelia Jezusa Chrystusa jest szczepionką na wiele życiowych bolączek". *

 Szczególnie te słowa zapadły mi w pamięć. Prawdopodobnie przez porównanie do szczepionki na raka albo dlatego, że nigdy nie próbowałem wyjść z wiarą na zewnątrz. Spotkałem parę osób w potrzebach, starałem się pocieszać, zapominając przy tym, jak ważnym pocieszycielem są Słowo Boże i modlitwa. W ostatnich dniach życia Agnieszki porzuciłem Boga, który porzucił nas pierwszy. Wtedy uznałem, że tak będzie sprawiedliwie.

 Po mszy wróciłem do domu, zjadłem obiad i usiadłem na skrzypiącym, bujanym krześle, znajdującym się na ganku. Pogrążony w myślach obserwowałem płynące białe obłoki po błękitnym niebie, zastanawiając się, dokąd chcą dopłynąć. Wiał delikatny, ciepły, wiosenny wiatr. Opętany pięknem świata wśród chmur nie chciałem wracać na ziemię.

 — Dzień dobry, nazywam się Elżbieta Loranc.

 Przed domem na żwirowej drodze stanęła elegancko ubrana kobieta po trzydziestce. Ciemne włosy miała ulizane i starannie upięte w kok. Zaskoczony niespodziewaną obecnością gościa w geście przywitania skinąłem tylko głową. Chwilę przyglądała mi się z zachęcającym uśmiechem, po czym kontynuowała:

  — Widziałam pana w kościele. Mieszkam dwa domy dalej. Wie pan, tutaj na wiosce wszyscy się znają i jak ktoś nowy przyjeżdża, wybucha mała sensacja. Pomyślałam, że przywitam się po sąsiedzku. Proszę to dla pana. — Weszła po drewnianych schodkach i wręczyła plastykowy pojemnik. — Kawałek sernika. Dzisiaj rano upiekłam. Mam nadzieję, że będzie smakować.

 — Dziękuję, to naprawdę miło z pani strony.

 — Mów mi Ela.

  Zreflektowałem się i wyciągnąłem dłoń.

 — Tomek.

 — Ta przeprowadzka to na stałe?

 — Powiedzmy, że na jakiś czas, póki... — urwałem w połowie zdania.

 Nastała chwila niezręcznej ciszy, którą szybko przerwała sąsiadka:

 — Pewnie masz swoje powody. Goście przyjeżdżają do nas tylko w sezonie wakacyjnym i w ramach urlopu, odetchnąć od zgiełku Warszawy, czy innej metropolii, ale żeby żyć codziennością w takiej mieścinie nigdy.

 — Przepraszam, zaprosiłbym cię do środka, zaproponował kawę, ale niedawno zmarła żona. Nie ukrywam, że miło cię poznać i dziękuję za ciasto, ale wolałbym zostać sam.

  Nie wiem czemu, skusiłem się na wyznanie. Może liczyłem, że prawda szybko przegoni kobietę. Nie miałem ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Potrzebowałem spokoju.

 — Rozumiem, bardzo mi przykro. Musi być ci ciężko. Wiesz, wielebny Albert prowadzi tutejszy Dom Dziecka. Właśnie tam idę. Chciałabym cię komuś przedstawić. Myślę, że to dobry pomysł. Czasami pomagając innym, pomagamy nieświadomie też sobie. Szczególnie kiedy możesz obserwować skutki niesionej pomocy. Uważam, że jak chwilę tam pobędziesz, zobaczysz na własne oczy, zrozumiesz. Chodź ze mną, jeśli ci się nie spodoba, nie będę nagabywać już więcej. Twoje myśli pewnie krążą tylko wokół zmarłej żony. Człowiek nie powinien zostawać w osamotnieniu z żałobą. Coś o tym wiem, trzy lata temu straciłam w wypadku samochodowym męża i córkę.

 — Przepraszam, nie wiedziałem — smutno odparłem, spoglądając na kobietę, która tylko na chwilę spuściła głowę.

 — Trzeba żyć dalej, bo to dar i misja. Nie można dręczyć duszy nieustannym żalem. W takich chwilach warto zająć się czymś konkretnym. To co, idziemy?

 Zamknąłem powieki i odchylając lekko głowę do tyłu, wziąłem głęboki wdech, po czym wypuściłem powoli powietrze. Pomyślałem o dziecku, które chcieliśmy mieć z Agnieszką. Żonie nigdy nie udało się zajść w ciążę, pomimo że oboje byliśmy zdrowi, a na adopcję brakło nam odwagi. Ja nie miałem odwagi. Łatwo przyszło mi przekonanie życiowej partnerki, że nie jest to dobry pomysł.

 Czas skończyć z tchórzostwem. Zrobię to dla Agi, stwierdziłem i odpowiedziałem:

 — Włożę tylko ciasto do lodówki i pójdziemy.

 

 

 Gdy minęliśmy mały brzózkowy lasek i weszliśmy w wysokie trawy, Ela zapytała:

 — Przepraszam, zawsze chodzisz taki zapuszczony?

 — Jaki? — dopytałem niepewny tego, co przed chwilą usłyszałem, przedzierając się przez kolejne zielone kłosy.

 — No, brodaty! — doprecyzowała ze śmiechem.

 — A, chodzi o mój zarost! Cóż... — Przystanąłem i pogładziłem szpakowatą brodę, zastanawiając się nad odpowiedzią. — A co, broda jest taka zła?

 — „Długie włosy i brody nie są z natury złe, podobnie jak nie jest złem posiadanie pustej butelki po alkoholu. Jednak osoba z brodą lub pustą butelką po alkoholu może zostać niewłaściwie oceniona"* — lekko stwierdziła i ruszyła przed siebie.

 — Aaahaaa — wydukałem zamurowany, maksymalnie wydłużając krótkie słowo.

 Chyba powoli rozumiałem, dlaczego wszystkie kobiety w kościele miały podobne uczesanie i ubiór do Eli. Pewnie nie zwróciłem uwagi, ale założę się, że żaden z mężczyzn obecnych na mszy nie posiadał zarostu. Możliwe, że panował tutaj osobliwy prikaz mody. Gdy ocknąłem się z konsternacji, musiałem znacznie przyspieszyć kroku. Zostałem mocno w tyle za żwawą sąsiadką.

 Przez resztę drogi nie odezwałem się już ani słowem. Eli to nie przeszkadzało, opowiadała o sobie, mieszkańcach, różnych gminnych wolontariackich inicjatywach, jak każdy próbuje pomóc i przyczynić się do rozwoju małej społeczności, a także same superlatywy o księdzu Albercie.

  Po dwudziestu minutach marszu dotarliśmy do żółtego budynku. Już na korytarzu rozbrzmiewał śpiew i tupanie nogami. Kiedy weszliśmy do dużej sali, zobaczyłem tańczące i uśmiechnięte dzieci, które śpiewały słowa religijnej piosenki:

 — Gdy Boży Duch wypełnia mnie, jak Dawid śpiewać chcę. La, la — zanuciły chórem maluchy.

 Wśród rozbawionego tłumu dostrzegłem grającego na gitarze księdza Alberta, o którym tyle opowiadała Ela.

 — Gdy Boży Duch wypełnia mnie, jak Dawid klaskać chcę. Klask, klask. — Wszyscy zaklaskali przy kolejnej zwrotce.

 — Gdy Boży Duch wypełnia mnie, jak Dawid skakać chcę. Hop, hop. — Zaczęli ochoczo skakać. Widać było, że ostatnie słowa piosenki sprawiły dzieciakom najwięcej frajdy.

  A ja, sam nie wiem, kiedy dałem się ponieść tej rytmiczno-muzycznej fali. Śpiewałem, klaskałem i podskakiwałem razem z tłumem. Gdy dźwięki gitary ustały, Ela poklepała mnie po plecach. Odwróciłem się i spostrzegłem, że trzyma za rękę małego chłopczyka:

 — To Adaś. Bardzo lubi grać w koszykówkę, byłbyś tak miły i pograł z nim na boisku z tyłu budynku?

 Zaskoczony propozycją nie do odrzucenia, mogłem odpowiedzieć tylko:

 — Taaak, oczywiście.

 Wręczyła mi piłkę i na odchodne dodała:

 — Za pół godziny jest kolacja. Przyjdę po was. Bawcie się dobrze. — Zmierzwiła chłopczykowi brązową czuprynę i zostawiła nas samych.

 Malec zerknął dużymi, piwnymi oczami tylko raz. Stał z opuszczoną głową, a ja nie wiedziałem, jak przełamać pierwsze lody.

 — To co, idziemy? — zaproponowałem i chwyciłem za dłoń malucha, ale wyrwał się z uścisku i ruszył do przodu. Pozostało podążyć za nim.

 Gdy znaleźliśmy się na boisku, podałem dzieciakowi piłkę, którą na zmianę próbowaliśmy trafić do kosza. Raz on celował, raz ja. W pewnym momencie wyrzucił piłkę w dal i usiadł na krawężniku. Oparł łokcie na kolanach, a broda spoczęła na dłoniach splecionych w zaciśniętą pięść.

 — Coś się stało? Możesz porozmawiać ze mną o wszystkim — zaproponowałem nieśmiało, kiedy przysiadłem się obok.

 — Nic. Zmęczyłem się.

 — Widzę, że tak jak ja nie jesteś skory do rozmowy. Czasami słowa szczególnie obcych osób przytłaczają. Odkąd zmarła żona w ogóle nie chce mi się rozmawiać. Jeżeli nie masz nic przeciwko, posiedzę obok ciebie. Tylko pod jednym warunkiem. — Malec spojrzał z ukosa.

 — Ani słowa — powiedziałem i przyłożyłem palec do ust.

 Na twarzy dziecka pojawił się nieznaczny uśmiech. Tak siedzieliśmy sobie w zupełnej ciszy. Poczułem ulgę, że nie muszę wysilać się na sztuczny dialog, a towarzystwo chłopca jakże miłą było odmianą od gadatliwej Eli, która właśnie wróciła.

 — Chodźcie do środka. Czas na kolację.

 Chłopak chwilę ociągał się, po czym podbiegł do kobiety.

 — Tomek, a co z tobą?

 — Bardzo ci dziękuję, ale muszę już iść.

 — Przyjdziesz jutro zagrać? — maluch nagle wystrzelił z pytaniem, wbijając świdrujący wzrok we mnie.

 — Adaś... Taaak, postaram się, jak nie jutro, to w któryś dzień w tym tygodniu — odpowiedziałem niechętnie, drapiąc się po głowie.

 — Obiecujesz?

 — Obiecuję — przytaknąłem i uśmiechnąłem się lekko.

 Zniknęli za drzwiami budynku, a ja udałem się powolnym krokiem w stronę domu.

 

 Mimo słonecznej aury w dzień nocą przyszły majowe przymrozki. Chłód wdzierał się przez uchylone okno w sypialni, które musiałem szczelnie domknąć. Nie mogłem zasnąć. W łóżku przewracałem się z boku na bok. Myślałem o Adamie, złożonej obietnicy. Bałem się odwiedzin w placówce. Bałem się, że chłopiec z czasem polubi mnie. A najbardziej bałem się własnego emocjonalnego zaangażowania. Planowałem wrócić do Warszawy. Zełwągi stanowiły tylko odskocznię, etap przejściowy. Nie chciałem obciążać swojego schorowanego serca i małego dziecka dodatkowym smutkiem rozstania.

 Nie mogąc usnąć, powędrowałem do kuchni zaparzyć herbaty. Za oknem dziwnie migały błyski świateł od latarek. Grupka ludzi minęła mój dom. Szybko zarzuciłem polar i z ciekawości wyszedłem zobaczyć, gdzie podąża w środku nocy. Nawet księżyc wyjrzał zza gęstych chmur i śledził ich. Minęli dwie przecznice cichych domostw i zadbanych ogródków, gdy dotarli do czyjegoś mieszkania. Wyważyli drzwi, aby dostać się do środka. Ukryty w zaroślach przeszukiwałem kieszenie w kurtce i spodniach. Zapomniałem telefonu. Po chwili wyprowadzili czteroosobową rodzinę i zaprowadzili do stodoły. Podkradłem się, by zajrzeć przez szpary w deskach, co zamierzają zrobić. Serce tak głośno dudniło. Przyłożyłem dłoń. Próbowałem uciszyć, ale nie słuchało. Całe ciało drżało, jakby przeczuwało to, co miało nastąpić lada moment.

 

 Link do drugiej części:

 https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2252

 __________

 * Zaczerpnięte z prawdziwych wypowiedzi Mormonów.

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~entropia
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2020-03-04 10:07:39
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
"Duży, okrągły, biało–czarno zegar" - czarno-biały* (krótsza kreska)

Wstęp jest absolutnie w me gusta! Teraz nie mam czasu, ale wrócę tutaj.
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Ritha Tak, tak dziękuję. Dobrze, jeszcze muszę przejrzeć przed powrotem
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Hmm jest krótsza... Z telefonu piszę. Zachwilę prześledzę kreseczki ale od tik-tak raczej wszędzie wystawiałam takie.
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Racja, w oryginale była dłuższa w kolorze! Zakręciłam się!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Nie wiem jak to jest, ale lubię czytać o morderstwach, a nie znoszę o chorobach, brrr.
Kurde, długie, mata manię wpierdzielania takich monolitów, 20 tys. znaków, ok. 8 stron - jak najbardziej do puszczenia w dwóch częściach (inaczej skupienie czytelnika w połowie odpływa w siną dal).
Jestem w połowie, wrócę (ogólnie opko dopracowane).
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Ritha Wczoraj miałam zamiar ciachnąć to na dwie części, ale padłam. Przelecę jeszcze raz całość i zrobię ciach. Co do chorób, to raczej kwestia, że wszyscy mamy dosyć bombardowania wiadomościami nt. Koronawirusa.
Miałam tutaj magiczny pierścień i jakoś przez to co się dzieje samo wyszło w tym temacie. Fikcyjna choroba nienasuwająca skojarzeń z wirusem, na pewno mniej awersyjne, by zadziała.gdyby
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Nie pierścień było by tylko skupienie na tej rodzinie i bardziej bym poszła w samą społeczność. No cóż poszło na zasadzie pierwszych skojarzeń.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
entropia okejo, czekam zatem na wersję ostateczną. Afera koronawirusa mnie akurat bawi (fajne memy wpadają w sieci ), ale wszelkie nowotworowe rzeczy są mocno creepy, brrr! Wolę epidemię niż prywatne tragedie (w kupie raźniej). Okej, wrócę zatem w stosownym momencie
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Ritha Ogarnęłam Na następnym razem powyżej 10/15 tyś znaków będziemy ciąć. Tu trochę dwa jednym, zestawienie prywatnej tragedii, która pociągnęła pewien bieg wydarzeń,i dochodzi do kolejnych dwóch tragedii jednej rodzinnej i drugiej głównego bohatera, od którego rozpocznie się epidemia.
Odpowiedz
~entropia 1 m.
entropia a mnie chyba najbardziej drażnią takie sytuacje gdzie wykorzystuje się ludzi w pewien sposób okaleczonych przez los, wręcz żeruje się na ich nieszczęściu. Jak to było "demony" nie atakują silnych osób, ale te najsłabsze, to jest jak kopanie już leżącego i tyczy to i pedofili w kościele, i wszelakich ruchów sekciarskich, jak i samych bakterii i wirusów. Jednym słowem trzeba być odpornym fizycznie i psychicznie tylko niektórzy nie mają takiego szczęścia, często jedna tragedia pociąga drugą za sobą.
Odpowiedz
*Ritha 29 d.
A ja, sam nie wiem, kiedy dałem się ponieść tej rytmiczno–muzycznej fali. - tutaj też krótsza kreseczka, miss
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Drobiazgi:
"Agnieszka zmarła w lutym dwa tysiące dwudziestym roku" - dwa tysiące dwudziestego roku;
"Wyjechałem do domku, którego dostałem w spadku po rodzicach" - który;
"Zełwągi maleńka miejscowość niedaleko Mikołajek" - przydałby się chyba jakiś myślnik między "Zełwągi" a "maleńka";
"więzi z największym przyjacielem, któremu mogę wykrzyczeć i wypłakać największy nawet ból" - dwa razy "największy" blisko siebie, jakiś synonim byłby lepszy;
"miała ulizane i staranie" - starannie;
"wręczyła plastykowy pojemniki" - pojemnik, bo chyba jeden;
"Nie wiem czemu, skłoniłem się na wyznanie" - to "skłoniłem się" w tym kontekście trochę brzmi niejasno (bo można zrozumieć jako skłoniłem sam siebie, co prawdopodobnie miałaś na myśli, ale narzuca się na pierwszy plan takie skłonienie się typu skinienie głową), więc może "skusiłem się na wyznanie" albo coś podobnego?
"Nie można dręczyć duszę nieustannym żalem" - duszy;
"To, co idziemy" - przecinek raczej po "co" a nie przed - tak jest w dwóch miejscach w tekście;
"nabrałem głębokiego wdechu" - bardziej "wziąłem głęboki wdech" albo "nabrałem głęboko powietrza", bo "nabrałem wdechu" to niezbyt fortunne wyrażenie;
"— Przepraszam, zawsze pan chodzi taki zapuszczony?
[...]
— A, chodzi pani o mój zarost! Cóż..." - tu tylko chciałam zwrócić uwagę, że przed chwilą przeszli na "ty", a teraz znowu "pan/pani" - to chyba się powinni zdecydować
"prikaz mody" - a nie miało być "przykaz" albo coś w ten deseń?
"Za półgodziny jest kolacja" - pół godziny;
"splecionych w zaciśniętą pięść" - skoro obie dłonie splecione to bardziej w pięści - powinna pozostać liczba mnoga;
"Tylko pod jednym warunkiem?" - to chyba nie było zdanie pytające, więc pytajnik zbędny;
"To była mroźna, majowa noc" - nie wiem czy "mroźna" dobrze współgra z "majową", bo sugeruje mróz, a mrozy w maju to raczej się nie trafiają, może bardziej po prostu zimna albo chłodna;
"Nie chciałem obciążać swojego schorowanego i małego dziecka serca dodatkowym smutkiem rozstania" - coś tu chyba nie gra, bo słowa "swojego" i "serca" zupełnie odbierają temu zdaniu logikę i sens, może miało być coś w rodzaju "Nie chciałem obciążać schorowanego serca małego dziecka dodatkowym smutkiem rozstania"?
Ok, na ten moment dość szybko się wciągnęłam w tę historię, jak zwykle u Ciebie zbudowana wiarygodnie, widać, że się przykładasz do najdrobniejszych szczegółów. Coś więcej pewnie napiszę, jak doczytam już całość. Na razie wrażenia bardzo pozytywne.
Odpowiedz
~entropia 1 m.
alfonsyna Przymrozki Majowe! No wiesz?
Trochę za dużo duperelek, tak coś czułam, że będzie, za szybko za dużo tekstu na raz napisanego i wrzuconego. Wrócę też, teraz nadrabiam tw. dziękuję!
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
entropia no przymrozki tak, zdarzają się, więc może tylko ja mam takie skojarzenia, że od razu mi się wyobraziły jakieś konkretne mrozy przy tej "mroźnej nocy". Chociaż przy obecnym klimacie to kto wie, czy maj nie będzie zaśnieżony. Duperelki się zdarzają przy szybkim pisaniu, nie jest tak źle.
Odpowiedz
~entropia 1 m.
alfonsyna muszę jutro ująć uściślić że to przymrozki majowe. Teraz już mamy ciepło w dzień a w nocy i nad ranem szron.
Odpowiedz
*Ritha 29 d.
Czytam, czytam, dużo lepiej taki krótsze (człowiek nie ma w głowie - o Boże jakie długie, mam 7 minut, czy zdążę), zaraz a propos treści się wypowiem
Odpowiedz
*Ritha 29 d.
"Chyba powoli rozumiałem, dlaczego wszystkie kobiety w kościele miały podobne uczesanie i ubiór do Eli. Pewnie nie zwróciłem uwagi, ale założę się, że żaden z mężczyzn obecnych na mszy nie posiadał zarostu. Możliwe, że panował tutaj osobliwy prikaz mody" - skojarzyło mi się z Żonami ze Stepford

Świetna końcówka. Czy to jakaś sekta? Świetna narracja. Świetne opowiadanie, entropio.
Niebawem zajrzę do dwójki.

Odpowiedz
~entropia 29 d.
Ritha Trochę nie proporcjonalne pocięcie 2/3 i 1/3 ale w tym miejscu mi pasowało najbardziej, w sumie można by było zrobić i trzy części. Będę pilnować się Tak sekta w przypisie pod linią i gwiazdką - wzorowałam się na Mormonach, Kościół Jezusa Chrystusa w Dniach Ostatnich, w cudzysłowiu są dwie ich wypowiedzi z szczepionką i brodą i butelką po alkoholu Skojarzenie jak najbardziej zasadne Cieszę się, że spodobało Ci się pomimo choroby
Odpowiedz
~Adelajda 28 d.
Również mam skojarzenia z jakąś sektą, szczególnie początek nakierowuje na taki tok myślenia. Całość ciekawa, tajemnicza, ciekawa jestem, co dalej, później podpełznę pod drugą część
Odpowiedz
~entropia 28 d.
Adelajda Dobre skojarzenia Dziękuję i zapraszam w wolnej chwili na cdn.
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
Sam początek, od: "Gdy Boży duch..." jest fenomenalnie upiorny.

Tekst z życiowymi tragediami w tle, to najprawdziwsze horrory i w takich naprawdę mam jakiś opór, żeby się przypierdalać do technicznych aspektów, ale...
"Później już było tylko gorzej. Nie rozpoznawała mnie, kopała nogami... " - można kopać rękami?

Noo, ciekawe. Idę zara do drugiej. Na razie to takie "Żony ze Stepford" w lokalnym wydaniu. Utopijna idylla pod kopułą z miski.
Ciekawe, ciekawe. Fajnie scharakeryzowani. Zwłaszcza mały koszykarz. Raczej nie pzrepadam za dziećmi w opkach, ale tego polubiłem.
Odpowiedz
~entropia 28 d.
Canulas Podobne do Rithy skojarzenia dziękuję
Odpowiedz
~entropia 28 d.
A tak noga poleciała.
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
entropia - o kurdeee Faktycznie
Odpowiedz
+berkas 23 d.
Ło matko mocne
Odpowiedz
~entropia 20 d.
berkas Dziękuję
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin