TW #20 Po burzy


 Postać: Jeż

 Zdarzenie: Deszczowa noc

 

  Umieram ze starości. W pewnym momencie ciało po prostu się poddaje, ale nie mam mu tego za złe. Leżę w szpitalnym łóżku. Co jakiś czas pojawia się pielęgniarka; rzadziej, rodzina. Czekam.

  Podobno w ostatnich chwilach człowiek przypomina sobie całe swoje życie. Po części tak, po części nie. Spośród wszystkich złych rzeczy, które mnie spotkały, jedno wspomnienie nie daje mi spokoju. Powraca raz za razem, drapie w kark, nie ustępuje. Dlaczego akurat ono? Trudno powiedzieć, domyślam się tylko. Jakie to dziwne, że nawet w późnej starości nie wie się wszystkiego.

 

  Miałam wtedy dwanaście lat, cudowny wiek, gdy nie jest się już dzieckiem, ale jeszcze nie do końca weszło się w nastoletnią skórę.

  Wracałam rowerem od babci. Miała dom na wsi, oddalonej o paręnaście kilometrów od niewielkiego miasta, gdzie mieszkałam razem z rodzicami i siostrą. Co jakiś czas na otoczonej polami szosie pojawiał się zbłąkany samochód.

  Gdy byłam już mniej więcej w połowie drogi, zauważyłam w oddali jakiś niezgrabny kształt. To był jeż. Pechowe zwierzę musiało wypełznąć z krzaków w najgorszym dla siebie momencie. Ktoś go potrącił. Na głowie, nad oczami, widniała rana – skóra została zdarta do żywego mięsa. Do tego jedna z łapek sterczała pod dziwnym kątem.

  Jeż siedział na środku szosy, musiał być w szoku, inaczej dawno by już z niej zszedł. Zsiadłam z roweru i zaniosłam zwierzę na pobocze. Natychmiast postanowiłam go stamtąd zabrać, ale nie mogłam tego zrobić tak od razu. Miałam na sobie jedynie krótkie spodenki i bluzeczkę na ramiączkach. Żadnej torby, plecaka, nic.

  Głowiłam się nad tym i głowiłam. W końcu powiedziałam mu: „Wrócę po ciebie, obiecuję”. Powtórzyłam to parę razy, jak zaklęcie, a potem wsiadłam na rower i pognałam do domu. Czułam jak coś we mnie narasta. Nadzieja, ekscytacja, wzruszenie – wszystkie te uczucia przyjęły formę drażniącej guli, która umiejscowiła się gdzieś w żołądku.

  Wpadłam do domu, w kilku zdaniach wyjaśniłam mamie, co się stało, a potem chwyciłam ulubiony, bordowy plecak i już mnie nie było. Kiedy dojechałam do miejsca, które wcześniej zaznaczyłam sobie w głowie, nigdzie nie mogłam dostrzec jeża. Rozglądałam się, przeczesywałam zarośla – nic, jakby zapadł się pod ziemię.

  Do moich uszu dotarło szczekanie. Parę metrów dalej, przy jednym z rosnących na poboczu drzew, stała grupka dzieci z psem, który ujadał zaciekle, wyprostowany jak struna.

  Znalazł mojego jeża. Pobiegłam do nich i bez zastanowienia wcisnęłam się pomiędzy ciekawskie głowy. Chwyciłam przestraszone zwierzę w ręce. Z jakiegoś powodu nie potrafił zwinąć się w kulkę. Nie odpowiadając na zdziwione spojrzenia, ostrożnie wsadziłam go do plecaka. Jeden z chłopców zapytał jeszcze drwiąco, czy to mój jeż. Powiedziałam, że tylko zabieram go do weterynarza, po czym zawiesiłam plecak na kierownicy i powoli ruszyłam do domu. Nie mogłem jechać zbyt szybko, żeby nie zrobić mu krzywdy.

  Na miejscu od razu pobiegłam do kuchni i rozgorączkowana rozpięłam zamek. Jeż spał, oddychał miarowo, było mu ciepło i przyjemnie. Gdyby był kotem, pewnie usłyszałabym mruczenie. Gula w żołądku drgnęła, ale szybko odsunęłam ją w najdalszy możliwy kąt. Nie lubiłam płakać, nawet przy własnej mamie, która akurat wchodziła przez otwarte drzwi.

  Zdążyła przygotować dla niego niewielki karton, wyłożony starymi szmatkami. Przebudził się, gdy go przenosiłam, więc dałyśmy mu jeszcze trochę psiej konserwy. Potem umieściłam go w nowym legowisku.

  Na to popołudnie zapowiadali okropną burzę, a przecież musiałam jeszcze jechać do weterynarza. Miał gabinet na drugim końcu miasta.

  Wahałam się. Nogi mnie bolały, bo zrobiłam tego dnia sporo kilometrów. Do tego zaczynało już mocno wiać. Nie potrafiłam przyznać przed sobą, że po prostu nie chciało mi się znowu wsiadać na rower. Energia uleciała, zostałam tylko ja – zwykła, leniwa dziewczyna, która przez chwilę myślała, że stać ją na to, żeby postąpić właściwie.

  Jeż spał, wyglądał dobrze, spokojnie.

  Powiedziałam mamie, że nie jadę. Chciałam, znaleźć u niej potwierdzenie, że to dobra decyzja. Choć pewnie bardziej chodziło mi o to, żeby przerzucić na nią część odpowiedzialności. Usłyszałam tylko: „Jak chcesz”. Zostałam w domu.

  Niedługo potem faktycznie przyszła straszliwa burza. Trzaskały pioruny, wiał wicher, deszcz walił w szyby. Jeż spał w pudełku.

  Rano od razu poszłam zobaczyć co u niego. Obudził się i chodził po kartonie. Uszczęśliwiona dałam mu więcej jedzenia, ale nawet na nie nie spojrzał. Dreptał niespokojnie po swoim legowisku, wciskając głowę w tekturowe ścianki. Rana napuchła, męczyła go. Nie zachowywał się tak, jak powinny zachowywać się jeże. Wiedziałam, że jest źle, ale nie mogłam jechać do weterynarza; była sobota.

  Gula w moim żołądku zastygła, zamieniła się w kamień i tak już została. Przez pół dnia patrzyłam na chodzące bezładnie zwierzę. I czekałam.

  Zrozumiałam, że umieranie potrafi być długie. Siedziałam w kucki nad kartonem, a jeż chodził od ściany do ściany. Coraz wolniej, coraz bardziej nieporadnie. Szukał czegoś, a może uciekał od bólu, który wciąż pęczniał na jego czole? Patrzyłam, nie licząc na to, że doczekam się odpowiedzi. Nie dotykałam go, nie głaskałam; wytłumaczyłam sobie, że tak sprawię mu tylko większy ból.

  W końcu się zatrzymał. Leżał i ciężko oddychał. Przerwy pomiędzy kolejnymi haustami powietrza stawały się coraz dłuższe. Zrozumiałam, że nie zostało mu wiele czasu. Minęło pięć minut, dziesięć, pół godziny. Po raz kolejny zdziwiłam się, że umieranie potrafi tyle trwać.

  W końcu wziął oddech tak głęboki, że całe jego ciało drgnęło. Jakby resztkami sił chciał złapać uciekające z niego życie. Ale przecież nawet człowiek nie potrafi dotknąć powietrza.

  Razem z siostrą zakopałyśmy go pod gruszą. Powiedziałam jeszcze mamie, że to wszystko było niepotrzebne. Odparła, że swoją ostatnią noc spędził w cieple i z pełnym brzuchem, a to przecież też się liczy. Nie wspomniała nic o weterynarzu, ale po spojrzeniu wyczułam, co myśli. Gula we mnie drgnęła, ale pozostała na swoim miejscu. Nie płakałam.

  Jakiś czas później spotkałam tamtego chłopca z psem. Zapytał co stało się z jeżem.

  Zdechł. Tak właśnie powiedziałam. Tata zawsze uczył mnie, że ludzie umierają, a zwierzęta zdychają. Wtedy nie miałam powodów, żeby mu nie wierzyć.

  Chłopiec odwrócił wzrok, rozmowa się urwała. Nidy więcej się nie zobaczyliśmy.

  Parę lat później jedna z moich babć zmarła w szpitalu. Miała zapalenie płuc. Nie było nas przy niej w chwili śmierci.

  Podobnie jak w przypadku jeża, wtedy też nie płakałam. Próbowałam się do tego zmusić, bo przecież tak trzeba, ale łzy nie chciały płynąć. Właśnie przez te moje suche oczy było mi jej strasznie żal. Układałam to sobie w głowie na różne sposoby, jednak nic mi się nie zgadzało. Nie zasługiwała na to, żeby własna wnuczka nie zapłakała nad jej grobem. Nie pamiętałam już o twardej guli w żołądku, nie czułam jej – stała się częścią mnie.

 

  Kiedy odwiedziła mnie siostra, równie pomarszczona jak ja, opowiedziałam jej tę historię. Myślała o tym przez dłuższą chwilę, bezgłośnie poruszając ustami. Powiedziała, że pamięta jeża, ale w ogóle nie przypomina sobie burzy. Szkoda, że nie zdążyłam zapytać o to matki.

  Lekarze mówią, że nie zostało mi już wiele czasu. Gdybym miała więcej sił, pewnie roześmiałabym się im w twarz. Zrozumieliby.

  Coraz rzadziej zastanawiam się nad tym dlaczego akurat to wspomnienie tak często do mnie powraca. W końcu były w nim też ciepłe i budujące momenty. Najbardziej lubię myśleć o chwili, gdy wiozłam śpiącego jeża w plecaku, zawieszonym na kierownicy roweru. Jechałam powoli, dbając o to, by nie zranić go jeszcze bardziej.

  Wtedy byłam jeszcze dobrym człowiekiem.

 

 

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~szopciuszek
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2019-11-10 08:36:11
Komentarze.
Pewnie już wiecie, ale t3kstura zjadła mi akapity
Odpowiedz
Witamy nowy tekst oraz szopciuszka na t3!
Odpowiedz
~pkropka 4 m.
Witaj szopciuszku
"Od razu postanowiłam go stamtąd zabrać, ale nie mogłam tego zrobić tak od razu" - 2x od razu
Ciekawe ukazanie charakteru człowieka. Chciała pomóc, zrobić to co właściwe, ale czegoś zabrakło. Serca, chęci?
Postawa matki też wiele zdradza. Ocenia, choć po cichu. Wydaje się wspierać, ale nie dzieli się energią potrzebną do działania. Ma rację, że pełny brzuch jest ważny, ale to nic, jeżeli zabraknie miłości.
Bardzo smutna historia.
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
Nie pamiętałam już o twardej guli w żołądku, nie czułam jej – stała się częścią mnie.
Ano smut. Nie da się być tak bardzo dobrym człowiekiem jakby się chciało, tak dobrym, zeby móc być z siebie zadowolonym. Zawsze można więcej, lepiej. Ale to nie znaczy, ze to, co się daje to nic. Czasem czegoś nie wystarczy. Czasem lepiej darować sobie swoje słabości i być po prostu dobrym tak, jak się umie.
Mocny dający do myślenia tekst.
Uwielbiam jeże. Ciężko mi mijać bezbronne truchełka na drodze.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
Uderzył mnie ten tekst. Bardzo mnie uderzył być może z powodów osobistych, nigdy nie miałam "okazji" obserwować proces umierania, aż w ciągu ostatniego roku owa wątpliwej przyjemności "okazja" nadarzyła się dwukrotnie. Takie rzeczy zmieniają postrzeganie wielu spraw. Do tego temat zwierząt - bardzo mi bliski, bo uwielbiam te skurczybyki małe futrzaste. Przypomniał mi się mój pies, chomik w agonii i kilka innych zwierzaków. Ehhh. Bardzo prawdziwa historia, zwłaszcza uchwycenie wyrzutów sumienia, skrywanych gdzieś tam głęboko. Podoba mi się, szarpie.
Pozdrawiam
Odpowiedz
~entropia 4 m.
Szopciuszku szarpiesz za serducho i wspomnienia, większość z nas takich doświadczyła, w dzieciństwie chęć bohaterstwa niesienia pomocy małym dzikimi zwierzątką jeż, ptaszek który wypadł z gniazda, kotek itd, i śmierć bliskiej osoby, w tym roku zmarła mi babcia, była przy niej moja mama... Hmmm kurde no.. pięknie okrutnie prawdziwie przedstawiłaś proces jakże powolny dla niektórych śmierci, okres terminalny, czyli oczekiwanie na śmierć potrafi trwać nawet latami.

Siedziałam w kucki nad kartonem, a jeż chodził od ściany do ściany. Coraz wolniej, coraz bardziej nieporadnie. Szukał czegoś, a może uciekał od bólu, który wciąż pęczniał na jego czole? — ta ucieczka od bólu z zestawieniem z ucieczką od bólu psychicznego i cierpienia bohaterki. I jak sobie pewne rzeczy tłumaczymy czasami dokładając coś do naszych historii wspomnień, by czuć się lepiej i z czystym sumieniem.

Odpowiedz
~Adelajda 4 m.
"Parę lat później jedna z moich babci" - babć
"W końcu zatrzymał się." - W końcu się zatrzymał. (unikniesz się na końcu zdania)
"Chłopiec odwrócił wzrok, rozmowa urwała się." - Chłopiec odwrócił wzrok, rozmowa się urwała. (tu podobnie)

Bardzo poruszający tekst. Jest w tym coś prostego, niepozornego, co uderza człowieka. Najbardziej zastanawiająca jest dla mnie końcówka. "Wtedy byłam jeszcze dobrym człowiekiem." - to zdanie rodzi wiele pytań. Czy tylko w dzieciństwie byliśmy niewinni? Czy wraz z dorastaniem tracimy niewinność nieodwracalnie?
Pięknie zbudowana historia.
Pozdrawiam.
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
"Podobno w swoich ostatnich chwilach człowiek przypomina sobie całe swoje życie." - swoich, swoje. Dużo. Swoje można uciąć.

Ty Szopciuszka, jesteś drugim po Nimfetce objawieniem roku Pańskiego anno domini 2019. Masz bardzo dobre teksty. Takie desery, które zostawia się na sam koniec, choć paradoksalnie dziś zacząłem TW czytać od Ciebie.
Dobry, metafizycznie emocjonalny i przemyślany tekst. Umieć wskrzeszać emocje w prozie codziennego życia to wielka sztuka. Ty ją posiadasz i zgracją żonglujesz jej kulami.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin