online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
ciemno
TW#3: Frytki z keczupem
>

Opis:

Postać: Seryjny morderca z kozią bródką / Zdarzenie: Jeden pochmurny dzień / Efekt: 31. Akcja twojego opowiadania toczy się na lotnisku.

TW#6 – Lotnisko

 – Kim pan jest?! To jest damska toaleta!

 – Przepraszam... ja…

 – Po co ci ten nóż? Boże!

 – Tak, mam nadzieję, że się dowie...

 

 *

 

 Detektyw Thomas Lumberjack szedł wolnym, miarowym krokiem w kierunku gigantycznego kompleksu lotniska, którego ceglana, archaiczna konstrukcja, przypominająca raczej dziewiętnastowieczny dworzec kolejowy niż supernowoczesny obiekt, tonęła we wszechobecnej mgle. Zawsze powtarzał, że pośpiech to zły doradca, prawda była jednak taka, że po prostu nie lubił się spieszyć. Reagował nerwowo, gdy inni nieroztropnie próbowali go ponaglać. W takich sytuacjach, w najlepszym przypadku, podnosił rondo filcowego kapelusza, odsłaniając nieco zmarszczone czoło i zmrużone oczy drapieżnika, by samym wzrokiem dać do zrozumienia, że nie tędy droga. Bardziej uparci i nieobyci, chcąc nie chcąc uzupełniali swoje osobiste słowniki o kilka kwiecistych słów, którymi faszerował ich z prędkością colta detective special. Takiego samego, jakiego skrywał pod połą nieodłącznego beżowego prochowca.

 Postawy męża nie rozumiała żona Thomasa, dla której każda minuta wydawała się poprzedzać koniec świata, przez co, wszystko musiało być na „już”, nie na „zaraz”, a broń Boże, na „później”. Ta cecha Evelyn, sprytnie ukryta na etapie narzeczeństwa, zdawała się irytująco przybierać na sile w miarę wydłużania stażu małżeńskiego. Życie mogłoby napisać różne scenariusze dla związku Lumberjacków, gdyby nie fakt, że żona podarowała Thomasowi najcudowniejszą istotę we wszechświecie – córkę o imieniu Leah. Wkrótce potem Thomas dowiedział się o swojej chorobie. I wszystko, czego zapragnął, to zwolnić jeszcze bardziej. A najlepiej całkowicie zatrzymać czas.

 Ale to było dawno.

 Teraz detektyw, który znajdował się tuż przed głównym wejściem do budynku, przyglądał się szaremu, klaustrofobicznie ciężkiemu niebu, opadającemu chmurami na rozległe, sprawiające wrażenie martwego, lotnisko. Jeszcze kilkanaście minut temu ogrzewał twarz w przyjemnych promieniach zachodzącego słońca, wpadających przez grube szyby samolotu. Teraz daremnie wypatrywał jakiegokolwiek dowodu podważającego twierdzenie, że tamte doznania były wyłącznie urojeniami. Światło słoneczne wydawało się błogosławieństwem, którego najwyraźniej odmówiono temu miejscu. W dodatku zanosiło się na deszcz.

 Przez chwilę zatrzymał wzrok na wypłowiałym napisie z nazwą lotniska. Pokręcił głową, kpiąc w myślach z dysonansu między odczytanym słowem a jego desygnatem. Popchnął masywne, drewniane drzwi i wszedł do środka.

 Na spotkanie Thomasa z długiego i wąskiego korytarza wylał się mrok, na którego końcu czyjeś kroki zagrały klasycznie niepokojące crescendo.

 – Detektywie Lumberjack! – Głos, którego właściciel krył się w cieniu wąskiego przejścia, wyrażał radość zmieszaną z ukrywanym napięciem. – Dziękuję, że przyleciał pan tak szybko.

 – Nie miałem wielkiego wyboru, dyrektorze.

 – Och, niechże pan da spokój, zawsze mamy wybór.

 – Wolna wola?

 – Właśnie.

 Z ciemności wyłonił się lekko przygarbiony mężczyzna, ubrany w elegancki, dwurzędowy jasny garnitur, którego koloru, przy tak dużym deficycie światła, nie sposób było precyzyjnie określić.

 – Dlaczego pan mnie wezwał?

 – Mamy tu zagadkę. – Dyrektor ściszył głos. – Niestety dość krwawą.

 

 *

 

 – Tatusiu, gdzie mieszkają gwiazdy?

 – Na niebie, córeczko.

 – Tam, gdzie babcia?

 – No… tak.

 – Czy ja też tam kiedyś zamieszkam?

 – Pewnie tak, ale zanim to nastąpi minie dużo czasu.

 – Jak dużo?

 – Wystarczająco, żebym mógł nasycić tobą oczy. Poza tym...

 – Tak?

 – Ja pierwszy zamieszkam w niebie.

 – Dlaczego?

 – Bo taka jest kolej rzeczy, Leah.

 

 *

 

 Wygląd lotniskowej toalety nie odbiegał znacząco od tego, co prezentowały pozostałe pomieszczenia, znajdujące się w kompleksie. Ściany pokryte wyblakłą, odłażącą strupami farbą odrzucały już na wejściu. Podobnych wrażeń dostarczały brudne lustra i obite, pożółkłe sanitariaty. Do tego jedynym źródłem światła był mrugający sufitowy plafon o niewielkiej mocy, który w szczytowym momencie swoich możliwości zapewniał jedynie przygnębiający półmrok. Dla Thomasa Lumberjacka nie miało to znaczenia. Zdecydowanie bardziej interesowała go kobieta z rozpłataną klatką piersiową, leżąca w zaschniętej kałuży krwi na mozaikowej czarno-białej posadzce. Kucnął przy ciele, szukając śladu, który posłużyłby jako wytrych do sprawy.

 – Wiemy cokolwiek? – Nie odrywał wzroku od ofiary.

 – Niewiele. – Dyrektor pokręcił głową. – To Giselle Lefort, przybyła kilka dni temu.

 – Czy ostatnio wydarzyło się coś nietypowego?

 – Nie, poza tym, że to trzecia ofiara w tym tygodniu.

 – Monitoring?

 – Nie mamy tu kamer.

 Detektyw wstał.

 – Poczęstuje mnie pan papierosem?

 – Doskonale pan wie, że tutaj nie palimy.

 – To może chociaż szklaneczka whisky? Wyszedłem z wprawy, przydałoby się coś na poszerzenie perspektywy.

 Zmieszany dyrektor rozejrzał się, jakby sprawdzając, czy nikt nie podsłuchuje, po czym szepnął:

 – Spróbuję zorganizować kilka papierosów.

 – Dziękuję. Czy on wie?

 – On wie wszystko. Co to za pytanie?

 – Czyli rozwiązujemy sprawę już rozwiązaną?

 – Zapewne, ale on nie lubi wtrącać się w nasze sprawy. Jest zadowolony, gdy sami sprzątamy.

 – Taaa…

 

 *

 

 – Tatusiu, gdzie byłeś! – Mała Leah siedziała zapłakana na parkowej ławce.

 – Przepraszam, skarbie.

 – Bałam się. Bardzo się bałam.

 – Wiem, przepraszam, już dobrze.

 – To było straszne, tak dużo ludzi...

 – Gdy puściłaś moją rękę, myślałem, że idziesz tuż za mną.

 – Zobaczyłam pana, który sprzedawał watę cukrową i na chwilę się zatrzymałam. Gdy odwróciłam głowę, ciebie już nie było.

 – Wiem, córeczko. W tłumie trzeba się pilnować. Już zawsze będziemy się pilnować, dobrze?

 – Myślałam, że mnie nie odnajdziesz, że już zawsze będę sama.

 – Nie, już nigdy nie będziesz sama. Zawsze będę przy tobie i nie spuszczę cię z oka.

 – Obiecujesz?

 – Tak.

 

 *

 

 Hala poczekalni była największym pomieszczeniem w kompleksie lotniska. Thomas, rozsmakowując się dymem zdobycznego camela, opierał się na barierce wewnętrznego balkonu i obserwował oczekujących pasażerów. Stojący obok dyrektor starał się ignorować napastliwe nikotynowe opary.

 Większość powierzchni słabo oświetlonej poczekalni zajmowały gęsto rozstawione rzędy krzeseł. Wszystkie miejsca były zajęte. Ci, którzy nie załapali się na komfort posadzenia czterech liter, spacerowali po sali lub podpierali ściany. Jeśli coś łączyło tych wszystkich ludzi, to bez wątpienia odmalowane na twarzach zagubienie. Niektórzy płakali, inni modlili się. Większość milczała. Jeśli już ktoś mówił, to szeptem. Nikt nie wiedział, kiedy – i czy w ogóle – pojawi się upragniony samolot.

 – I co pan o tym sądzi? – Dyrektor miał nadzieję, że specjalista pokroju Lumberjacka, szybko uwinie się z kryzysową sytuacją.

 – Nic.

 – Słucham?

 – Przyznaję, że nie wiem, co o tym myśleć. Czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyła się taka sytuacja?

 – Nie, nigdy.

 – No, właśnie. Ludzie, którzy tu trafiają, nie robią tego typu rzeczy. Nie dlatego, że nie są zdolni do traktowania innych tak, jak traktuje się świnie w rzeźni, ale dlatego, że o tych zdolnościach zapominają.

 – Jaki z tego wniosek?

 – Za wcześnie na wnioski. Jeszcze nie wyszliśmy z etapu pytań. Zastanawiają mnie dwie rzeczy.

 – Tak?

 – Po pierwsze motyw. Ofiara zawsze zaspokaja jakąś potrzebę sprawcy. Co mogło być nią w tym przypadku? Wymuszenie szybszego odlotu?

 – Nie ma takiej możliwości. Lotów nie da się przyspieszyć, nie mamy na to żadnego wpływu. Poza tym, po czymś takim w ogóle nie ma mowy o odlocie.

 – Druga kwestia, to pytanie, czy sito, przez które przesiewani są ludzie, zanim tu trafią, wciąż jest skuteczne? Innymi słowy, czy morderca, którego próbujemy zdemaskować, był mordercą, zanim tu przybył?

 – To niemożliwe, żeby trafił do nas ktoś, kto był mordercą wcześniej.

 – Czyli nasz rzeźnik swojego fachu musiał nauczyć się już tutaj?

 – Przyznam, że nie jest to dla mnie wygodny wniosek.

 – To tylko hipoteza. Zejdę na dół i powęszę.

 – Dobrze. Kazałem posprzątać toaletę, żeby nadawała się do użytku.

 – Ona nigdy nie nadawała się do użytku. – Detektyw zlustrował poczekalnię. – Jak zresztą wszystko tutaj.

 – To prawda, panie Lumberjack, ale taka jest nasza… ekhm… jego… polityka. Sam pan wie. To ma tak wyglądać. Pokory nie nabierze się podczas pławienia w luksusach rajskiej wyspy.

 – Coś panu powiem, dyrektorze…

 – Tak?

 – W dupie mam taką politykę.

 

 *

 

 – Już po wszystkim, skarbie. – Ojciec głaskał zaczerwienienie na rączce Leah. – Wyjąłem żądło.

 – Nadal boli. – Dziewczynka otarła łzy łokciem.

 – Niedługo przestanie. Byłaś bardzo dzielna.

 – Dlaczego ta zła pszczoła mnie użądliła?

 – Nie była zła. Broniła się przed tobą. Może broniła też ula i swojej rodziny.

 – Ale ja nie chciałam zrobić niczego złego!

 – Ona tego nie wiedziała, może też się bała.

 – Nie rozumiem. Przecież nie chciałam zniszczyć ula.

 – Czasami robimy wszystko, co możliwe, żeby ratować bliskich. Nawet jeśli tylko nam się wydaje, że coś im grozi. Z pszczołami jest tak samo. I bywa, że cena za to jest wysoka.

 – To znaczy?

 – Ta pszczoła umrze. Poświęciła swoje życie.

 – Poświęciła się, choć jej rodzina nie była zagrożona?

 – Tak, zginęła niepotrzebnie.

 – To dziwne.

 – Czasami i pszczoły, i ludzie robią dziwne rzeczy, skarbie.

 

 *

 

  – Czyli nie widzieli państwo nic podejrzanego? – Thomas przyglądał się uważnie trójce osób ściśniętych na wąskiej ławce pod ścianą.

 – Nie, nic. – Starsza kobieta, siedząca między równie wiekowym siwobrodym milczkiem a sapiącym, utuczonym na fast foodach nastolatkiem, pokręciła przecząco głową.

 – Rozumiem, dziękuję.

 – Proszę pana… – Kobieta zatrzymała detektywa, który już okręcał się na pięcie. – Czy wie pan, kiedy odlatuje nasz samolot? Tak długo czekamy.

 – Niestety nie, przykro mi.

 Próbował wydobyć z siebie jakieś słowa otuchy, gdy do sali wpadł asystent dyrektora.

 – Panie Lumberjack, proszę iść ze mną, to pilne!

 Niemal biegnąc, co detektyw dobitnie skomentował pod nosem, wrócili na miejsce zbrodni.

 – Czyściliśmy pomieszczenie parą wodną. – Asystent wyraźnie się denerwował. – Gdy było już naprawdę gorąco, pojawiło się to.

 Thomas spojrzał w kierunku wskazanym przez mężczyznę. Na zaparowanym lustrze odcinał się duży, kreślony palcem, napis:

 

 On jest nasz

 

 – Kto miał dostęp do toalety?

 – Tylko zaufany personel.

 – Proszę wezwać dyrektora. Możliwe, że jest gorzej, niż przypuszczałem.

 

 *

 

 – Boję się, tatusiu... – Nastoletnia Leach leżała bez ruchu na szpitalnym łóżku, ledwo trzymając dłoń siedzącego obok ojca. – To boli, tak bardzo boli. Nie potrafię dłużej…

 – Wiem, córeczko, wiem…

 – Przepraszam.

 – To ja przepraszam, że nie potrafiłem cię uratować. Ja…

 – Czy tam będę szczęśliwa? Czy nie będzie już bolało?

 – Tak, skarbie.

 – Kiedyś mówiłeś, że zawsze będziesz przy mnie, pamiętasz?

 – Tak.

 – Chyba nic z tego, prawda?

 – Kiedyś, choć nie wiem kiedy, odnajdę cię i znowu będę się tobą opiekował.

 – I będziesz mnie bronił? Obiecujesz?

 – Tak.

 – Za wszelką cenę?

 – Tak, skarbie.

 – Jestem gotowa.

 Ojciec skinął na lekarza. Ten zbliżył się do łóżka i podłączył strzykawkę do wenflonu umieszczonego w przedramieniu dziewczynki. Wkrótce śmiertelna substancja zaczęła wypełniać nieuleczalnie chory, bezgranicznie cierpiący organizm.

 – Dobranoc, córciu. – Ojciec nie chciał, aby ostatnią rzeczą, którą zobaczy Leah, były jego łzy, ale nie potrafił ich zatrzymać.

 – Dob… ran…

 

 *

 

 – Odsuńcie się! – Około czterdziestoletni mężczyzna z charakterystyczną kozią bródką, opierał się plecami o ścianę poczekalni i mocno przyciskał do siebie, stojącą przed nim wystraszoną staruszkę. Jednym ramieniem obejmował wątłą szyję kobiety, w drugiej trzymał nóż. Dookoła napierał tłum gapiów, nad którym próbował zapanować naprędce zorganizowany kordon pracowników lotniska.

 – Spokojnie. – Dyrektor, który w towarzystwie detektywa, stał kilka kroków od zamachowca, starał się mówić jak najłagodniej. – Przecież ta pani i tak już nie żyje. To nic nie da.

 – Ich możesz oszukać. – Mężczyzna wskazał głową na zgromadzonych gapiów. – Ale ja wiem… Tutaj wciąż jesteśmy ludźmi. Z tą różnicą, że śmierć, jeśli nas dopadnie, naprawdę kończy wszystko.

 – Kto ci to powiedział?

 – Głos.

 Dyrektor spojrzał wymownie na detektywa.

 – Dlaczego to robisz? – Thomas włączył się do rozmowy.

 – Tylko w ten sposób mogę być znowu z córką. Tylko tak mogę się nią zaopiekować. Obiecałem jej.

 – Gdzie ona jest?

 – A gdzie waszym zdaniem trafiają samobójcy?! Gdzie?!

 Dyrektor i detektyw milczeli.

 – Jak ma na imię?

 – Leah.

 – L-eah? – Thomas bezgłośnie powtórzył imię i poczuł, że jego wzrok oddzieliła od reszty świata wilgotna kurtyna. Zobaczył ukochaną córkę, bawiącą się lalkami w swoim pokoju. Szczęśliwą, beztroską. Tak bardzo chciał ją przytulić. Wyciągnął rękę, jednak gdy już prawie dotykał włosów dziecka, obraz rozmył się w dyskretnych łzach.

 – Głos powiedział, że samoloty odlatują stąd tylko w jednym kierunku, ku światłu, i że... tam jej nie ma. – Mężczyzna cofnął rękę z nożem, szykując się do zadania ciosu. – Powiedział, że jest tylko jeden sposób, żeby do niej trafić: napluć w twarz Bogu i pokrzyżować jego plany. Wtedy sam mnie strąci. Do niej.

 – Stój! – Dyrektor zrobił krok do przodu, podnosząc otwarte dłonie. – Twoja córka nie została potępiona!

 – Co? – Zdezorientowany mężczyzna zatrzymał rękę.

 – Nie ma jej tam... dokąd zmierzasz.

 – O czym ty mówisz?!

 – O tym, że zostałeś oszukany. Twoje dziecko trafiło do ogrodu Pana. Od początku nikt nie miał wątpliwości, że tam jest jej miejsce.

 – Ale przecież…

 – Musisz mi uwierzyć. Ja też słyszę głos, on jednak nie posługuje się kłamstwem.

 – Moje dziecko...?

 – Jest szczęśliwa. I bezpieczna.

 Mężczyzna zwolnił uścisk, krępujący staruszkę i osunął się na kolana. Nóż wypadł z ręki.

 – Jednak już jej nie zobaczysz. – Dyrektor dotknął barku załamanego mężczyzny. – Głos, który słyszałeś w głowie, co do jednego cię nie okłamał. Dopuszczając się zbrodni, której wybaczyć nie sposób, skazałeś się na wieczną banicję, z dala od światła Pana. Nic już nie możemy dla ciebie zrobić.

 Mężczyzna klęczał przez chwilę z opuszczoną głową. Płakał. W końcu spojrzał w oczy dyrektora.

 – Czy naprawdę jest szczęśliwa?

 – Tak.

 

 *

 

 – Jeszcze nigdy, żaden z nich, nie naruszył przymierza w tak jawny sposób. – Dyrektor odprowadzał detektywa do głównego wyjścia. Mówił cicho, jakby nie dowierzając, że grube ściany kompleksu, którym zarządzał, wciąż są w stanie zapewnić mu dyskrecję.

 – Trzeba przyznać, że dość sprytnie wyrwali wam duszę tego nieszczęśnika, przy okazji pozbywając się kilku innych. – Lumberjack pokręcił głową. – To zdaje się pierwszy taki przypadek w historii lotniska?

 – Tak. Nigdy wcześniej nie przekroczyli naszych granic. To było odwieczne, nienaruszalne prawo.

 – Widać nic nie jest wieczne, dyrektorze. Pytanie, co on teraz zrobi?

 – I czy w ogóle coś zrobi.

 – Zwłaszcza że nie lubi wtrącać się w nasze sprawy?

 – Właśnie.

 – A zatem... do zobaczenia?

 – Być może, detektywie. Dziękuję, że pan przyleciał.

 Thomas Lumberjack przytrzymał rondo kapelusza i nieznacznie skłonił głowę. Gdy przekroczył próg głównego wejścia, rzucił jeszcze okiem na wypłowiały napis z nazwą lotniska.

 

 Purgatorium

 

 Pokręcił głową, kpiąc w myślach z dysonansu między odczytanym słowem a jego desygnatem.

15422 zzs

Liczba ocen: 5
98%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Zdzislav
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 41

Dodano: 2022-01-09 13:42:36
Komentarze
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
ODPOWIEDZ
jacek79 13 d.
z dużym wykopem
Sam pomysł żeby umiejscowić lotnisko w czyścu bardzo oryginalny przy okazji zagadka kryminalna… swietna całość!!!
ODPOWIEDZ
Zdzislav 12 d.
jacek79, dzięki, Jacku Fajnie, że zajrzałeś. Pozdrawiam serdecznie!
ODPOWIEDZ
Hiraeth 12 d.
z dużym wykopem
Uszanowanko, pierdoły na początek:

* Wystarczająco, żebym mógł nasycić Tobą oczy. – tobą

* szukając klucza, który posłużyłby jako wytrych do sprawy – klucz, który posłużyłby jako wytrych… Trochę dziwnie to brzmi, jakby narrator sam sobie zaprzeczył. Bo skoro ktoś ma klucz, to nie potrzebuje wytrychu.
* – Poza tym, że to trzecia ofiara w tym tygodniu – nie. Albo wstawiłabym dywiz, nie pauzę, albo dwukropek przed „nie”.

* Dyrektor zrobił zmieszany wyraz twarzy
Zrobić zmieszany wyraz twarzy. No coś mi tu zgrzyta. Sugerowałabym, że albo dyrektor zmieszał się lub coś z twarzą, ale wtedy podmiot przechodzi na „twarz” i tego się trzymamy.
* – Powiedział, że jest tylko jeden sposób, żeby do niej trafić – napluć w twarz Bogu, pokrzyżować jego plany. Wtedy sam mnie strąci. Do niej.
Ta sama uwaga, co do 3 gwiazdki

Całość zgrabnie napisana, z przewrotnym zakończeniem. Pomysłowe, nie powiem : )

ODPOWIEDZ
Zdzislav 12 d.
Hiraeth, ależ Ty masz bystre oko A tak się starałem No nic, trza się brać i poprawiać. Najbardziej wstyd mi za ten klucz - rzeczywiście brzmi słabo. I że niby ja to napisałem? Niemożliwe! Ktoś "życzliwy" dopisał, ot co Dzięki za odwiedziny i sprowadzenie na ziemię Pozdrawiam serdecznie!
ODPOWIEDZ
Canulas 12 d.
z dużym wykopem
Bardzo, bardzo, bardzo dobry pomysł.
Świetnie poprowadzone.
Rzadko gościsz, ale kiedy już wpadasz, z reguły nie ma pytań.
Nie inaczej tu.

ODPOWIEDZ
Zdzislav 12 d.
Canulas, dzięki za dobre słowo. Rzeczywiście, rzadko zaglądam, ostatnio jeszcze rzadziej - niestety logistycznie nie ogarniam wszystkiego, co dookoła mnie, doba za krótka i zwyczajnie nie daję rady. Chciałbym bardziej aktywnie włączyć się w życie t3kstury, ale nie potrafię przeskoczyć prozy życia, która mnie trochę przygniata do gleby. Kilka miesięcy temu postanowiłem, że biorę się za powieść. Miałem dobry plan - pisać bez pośpiechu, małymi kroczkami, akapit po akapicie. Do dzisiaj nie napisałem ani jednego słowa. I tak to jest. Ale jeszcze się zbiorę Pozdrawiam serdecznie!
ODPOWIEDZ
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału!
ODPOWIEDZ
z dużym wykopem
Świetny pomysł i ciekawie poprowadzona fabuła, wraz z tymi wszystkimi retrospekcjami. Zaintrygowało od początku, a potem było jeszcze ciekawiej, finał znakomicie zwieńczył dzieło. Dobra robota, jak zwykle zresztą.
ODPOWIEDZ
alfonsyna, dzięki za odwiedziny i motywujący komentarz Pozdrawiam serdecznie!
ODPOWIEDZ
z dużym wykopem
Świetny tekst, panie Zdzislavie, ale to raczej standard w Twoim przypadku Ciekawa wizja czyśćca, retrospekcje przeplatające się z akcją właściwą pięknie zagrały. Detektyw Lumberjack wydaje się ciekawą postacią i ma potencjał na więcej, fajnie by było potowarzyszyć mu jeszcze kiedyś przy innych śledztwach Pozdro!
ODPOWIEDZ
CptUgluk, dziękuję, Kapitanie Zawsze miło przeczytać, że nie odwaliło się kaszany Może następnym razem też się uda Pozdrawiam serdecznie!
ODPOWIEDZ

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.