online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
ciemno
Władca rowerów
<
Rewanż - droubble
>
Tagi: #treningwyobraźni

TW#6 - Osiedle (nie)ŻyWe

 Postać: Potwór

 Zdarzenie: Paniczna ucieczka

 Efekt: 34. Opowiadanie pisane w pierwszej osobie.

 

 

 

  Prawie w całym mieszkaniu mieliśmy wymienione okna. Ojciec srogo się napocił, żeby namówić matkę na tę kosztowną operację. Błagania zaczęły się wczesną jesienią, a zakończyły jakoś na koniec listopada i powróciły tuż przed świętami, gdy wyrodna żona weszła w tryb okresowych humorków. Koniec końców doszli do porozumienia i już w styczniu mieliśmy lśniące bielą okna PCV, dwuszybowe, chyba trzykomorowe. Ale jak to w życiu bywa, nic nie może przyjść za darmo, albo raczej – ktoś musi być niezadowolony. Padło na mnie. Starzy zadecydowali (po starym jak dinozaury argumencie matki odnośnie niezadowalających wyników w nauce), że w moim pokoju okna nie będą wymienione. W ten sposób zaoszczędzą z osiem, albo dziewięć stów i przy okazji dadzą mi ważną lekcję życia. Przytaknąłem, jako grzeczny synalek, ale nie miałem złudzeń, że lekcją życia nie była kara za olewanie testów z biolki i gegry, ale świdrująca łeb myśl: Twoja matka woli przehulać pieniądze na wypady z psiapsiółkami, niż wymienić cuchnące grzybem okno w twoim pokoju.

 Znacie je. Białe, drewniane ze złotymi listwami u dołu. Moje pochodziły z końca ubiegłego wieku. Kiedyś miały przeźroczyste uszczelki wewnętrzne, ale po dwudziestu latach zadomowił się na nich na dobre zgniłozielony osad. Nieszczelność była standardem od kilku lat. W gorsze zimowe noce kładłem na parapet stare ciuchy i ręczniki. Kiedy przychodziły letnie ulewy, głównie ręczniki, bo dolna uszczelka stykająca się z ramą odchodziła na tyle, że parapet zmieniała się w jebaną Amazonkę. Polak potrafi i takie tam. I może gdyby nie te okno, nic bym wtedy nie zobaczył.

                                                              ***

 Zima. Koniec pieprzonego stycznia i koniec ukochanych ferii. Ostatnia wolna noc. Zawsze była wyjątkowa. Chciałeś ją przedłużyć w nieskończoność. Zmuszałeś się, żeby nie zasnąć za wcześnie, a rankiem wymuszałeś na organizmie krótkie drzemki od piątej do siódmej alby jak najdłużej odwlekać nieuniknione – niedzielę.

 Tamtej nocy, owszem nie chciałem zasnąć. Robiłem wszystko, by organizm czuł, że jeszcze nie pora. Spoglądałem na digitalowy wyświetlacz budzika. Dochodziła północ. Na parapecie cztery ręczniki i stare spodnie, w których nie chodziłem od dobrych trzech lat. Matka zabroniła obkleić okno taśmą, choć nie sprowadzałem na kwadrat żadnych kumpli. Miałem najmniejszy pokój z naszej trójki. Całe osiem metrów kwadratowych. Niebo było czyste. Mogłem to ocenić nawet przez staromodne firany zawieszone na drewnianym gzymsie od dziadków. Miał kolor zdrowego stolca i śmierdział komuną bardziej niż całe osiedle. Na szafce nocnej obok łóżka stała wypita do połowy Hellena. Biała, jakżeby inaczej. Pomyślałem, że jeden łyk przedłuży tę noc o kolejnych kilkadziesiąt minut. Sięgnąłem po butelkę i wtedy usłyszałem krzyk. Pierwsza myśl – kolejna gala Menele MMA. Często schodzili się pod mój blok przywoływani doń jakąś mistyczną mocą, aurą dawnych jaboli, która unosiła się wokoło. Ale po kolejnych paru sekundach miałem już wątpliwości. Zwykle, kiedy żule stawali w szranki, kanonada dźwięków wynosiła dobrych kilkanaście, o różnej barwie, głośności, przejęciu. Tymczasem równo o północy usłyszałem jeden krzyk. Prosty, a zarazem jakby nieskończony. Szumiał w głowie jeszcze długo, nim rozpłynął się w powietrzu. Upiłem dwa łyki oranżady i podszedłem do okna.

 Szyby zaparowały od dołu do połowy. Pod ręcznikami zbierała się wilgoć. Kiedy przejechałem palcem po uszczelce, na opuszkach pozostał cuchnący grzybem osad. Jednym z ręczników otarłem okno od krawędzi dolnej z jednej strony, do krawędzi górnej z drugiej. Świat na zewnątrz nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, typowy krajobraz nocnego miasta powiatowego. W niektórych oknach sąsiednich bloków migotało mdłe światło kinkietów, w innych blask od ekranów telewizorów. Jednak większość zlała się ze światem w jedną, czarną masę, panującą niepodzielnie aż do brzasku. Pomiędzy latarniami trudno było dostrzec cokolwiek. Przyglądałem się okolicy pod blokiem, ale z każdą kolejną chwilą traciłem zainteresowanie tematem. Gdzieś z tyłu głowy do drzwi umysłu dobijała się myśl, że to ostatnia wolna noc. Następna będzie tą najgorszą, granicą pomiędzy feriami a powrotem do szkoły.

 Wróciłem do łóżka. Miałem plan leżeć na plecach przez kolejną godzinę, ale zasnąłem po kilku minutach. Śniłem o krzyku. Dziwnie to zabrzmi, ale był tematem przewodnim. Szedłem chodnikiem na osiedlu i słyszałem krzyk. Siedziałem przy stole w kuchni, jadłem obiad i słyszałem krzyk. Pomidorowa smakowała metalem i… krzykiem. Zanim zdążyłem we śnie położyć się do łóżka, w prawdziwym świecie był już poranek, a ja przecierałem oczy i próbowałem zrzucić z karku ciążącą myśl – to już niedziela.

                                                           ***

 Z daleka rozpoznałem taśmę policyjną, grupkę funkcjonariuszy i cycatą panią prokurator wrzeszczącą coś w stronę jednego z nich. Wszystko działo się obok ciała dziewczyny, której nie znałem, ale byłem pewien, że to ona krzyczała w nocy. Poczułem, jak nogi uginają się pode mną, świat zaczyna tracić barwy, a potem rozpływa się jak ser na zapiekance. Zdążyłem usiąść na łóżku i schować twarz w dłoniach. Pewnie mogłem coś zrobić, zainteresować się. Wyjść przed blok i sprawdzić, czy wszystko gra. Możliwe, że leżałbym wtedy tam razem z nią, a wszyscy wokoło zgodnie by uznali, że byliśmy parą, ukrywającą się przed swoimi rodzinami. Taka perspektywa wydawała się oczywista. Byłem jedyną osobą mogącą coś zrobić. Los przygotowywał mnie na to od dawna, odkąd matka kategorycznie sprzeciwiła się wymianie okna w moim pokoju.

 Zjadłem ostatnie śniadanie podczas ferii zimowych. Było najgorsze ze wszystkich i to podwójnie. Smakowało winą i poniedziałkowymi lekcjami, które już czekały za rogiem, na razie drzemiąc w czasach, które nadejdą. Ojciec poszedł dowiedzieć się, o co chodzi. Matka siedziała po drugiej stronie stołu i czytała jakieś stare numery magazynów plotkarskich. Kiedy drzwi do mieszkania zaskrzypiała, aż podskoczyła.

 – I co? I co? – dopytywała ojca, stojąc na baczność. Brakowało, żeby mu zasalutowała.

 – Nie znam jej. Nikt nie zna. Ale młoda, może w twoim wieku, Paweł. Może ty będziesz ją znać – powiedział, robiąc kilka przerw między zdaniami, żeby rozgrzać dłonie.

 – Jutro cała szkoła będzie o tym wiedzieć. – Teraz i matka skupiła na mnie swój wzrok. Osaczony dwustronnie, musiałem coś powiedzieć.

 – Ok, mam znajomego. On zna wszystkich, to pewnie ją też – wydukałem na poczekaniu sklejone kłamstewko.

 – Nie do pomyślenia! Na naszym osiedlu! Niedługo wprowadzą godzinę policyjną.

 Ojciec wzruszył ramionami i poszedł do salonu.

 – Przejąłbyś się trochę! – rzuciła jeszcze matka, ale stary siedział już w swoim fotelu i szukał na pilocie przycisku od telegazety. – Musisz uważać. Czy mnie pamięć nie myli, czy miałeś się dzisiaj z kolegami spotkać? – Usiadła z powrotem na krześle, czekając na mój ruch.

 – Tak. Wrócę wcześniej.

 – O wiele wcześniej. Nie później niż o szesnastej.

 – O osiemnastej też będzie dobrze.

 Gdyby moja rodzicielka była Supergirl, właśnie smażyłbym się na skwarkę od laserów w jej oczach. Na szczęście nie była, więc wybałuszone gałki oczne musiały wystarczyć, żebym pojął aluzję.

 – Dobra… szesnasta – rzuciłem i poszedłem do pokoju. Kiedy wyjrzałem przez okno, ciało było już zapakowane w czarny worek.

                                                  ***

 W południe po całej akcji nie było już śladu. Jakby dziewczyna nigdy nie zginęła, nie krzyczała w nocy, a ja nigdy jej nie olałem. Seba napisał wiadomość, że nie przyjdzie. Kiedy starzy usłyszeli o całej sprawie, zabronili mu wychodzić z mieszkanie do końca dnia. Aro miał więcej szczęścia.

 – Mają w to wyjebane. Mam tylko nie szlajać się, tam, gdzie kłopoty same po mnie przyjdą, jak to mawia stary – powiedział przy drugim Harnasiu. – Znałeś ją?

 – Nie i całe osiedle też jej nie kojarzy. Nie była stąd.

 Aro upił trzecią puszkę browaru i głośno beknął. Było z minus pięć, ale siedzieliśmy u niego na klatce, więc dało się wytrzymać.

 – Jest krew? – spytał podniecony.

 – Nic, a nic.

 – Dobra, ale pokażesz mi to miejsce?

 – Po co?

 – Nie wiem, po prostu.

 Nie miałem nic przeciwko. Niedziela mijała leniwie. Po trzecim browcu nie myślałeś tak bardzo o jutrze, o pieprzonym poniedziałku. Wyszliśmy na zewnątrz. Wiatr zelżał. Po niebie płynęły białe chmury.

 – Chodźmy piechotą – zaproponował Aro. Miałem na twarzy wymalowany najgorszy grymas zdziwienia ze wszystkich.

 – Przez pół miasta?

 – Czemu nie? Ostatnia niedziela ferii.

 Nie dał mi odpowiedzieć. Po prostu poszedł. Stałem przed blokiem jeszcze chwilę, potem dołączyłem do Aro, który zachowywał się, jakby wydoił beczkę wina.

 

  ***

 – Się tak zastanawiam – zagaił Aro, kiedy wchodziliśmy na moje osiedle. Było już grubo po piętnastej. Szybka runda u Turka na podwójną baraninę nie chciała się skończyć. W oparach kebaba człowiek traci poczucie czasu. – Ta dziewczyna, była blondynką?

 Wzruszyłem ramionami. Czułem, że policzki przechodzą w stan powolnej martwoty. Już nawet nie piekły. Czekałem aż odpadną.

 – Bo jeśli tak, to może ta nowa była?

 – Nie ma żadnej nowej.

 – Miała dojść do naszej klasy po feriach.

 Nie chciałem się kłócić, bo nie wiedziałem o tym nic, a nic, ale z drugiej strony widok rozbieganych oczu Arka po kolejnych dwóch browarach kazał wątpić w każde jego słowo.

 – Wpadniemy do kostnicy i sprawdzimy – rzuciłem, niewiele myśląc.

 – Za późno, jutro do budy. Trudno, co to jedna ona zaciukana? Będzie więcej. – Szturchnął mnie łokciem i puścił oko. Uśmiechnąłem się krzywo na znak aprobaty. Przed nami mieliśmy moje osiedle i pustą ławkę.

 Usiedliśmy. Sprawdziłem godzinę. Dochodziła szesnasta. Niebo ciemniało coraz bardziej na wschodzie. Na zachodzie łagodna, zimowa łuna kryła się za blokowiskiem.

 – Będę spadał. Miałem być na szesnastą. Wpadniesz do mnie?

 – Jasne. Wyglądam… jak wyglądam?

 – Jak najebany.

 – Udam trzeźwego, naciągnę kaptur. Twoi starzy wierzą w tego… no… Boga?

 – A co to ma do rzeczy?

 – Gówno – oburzył się, a zaraz potem wybuchnął śmiechem. – Jak wierzą, to pewnie nie lubią ludzi w kapturach na kwadracie.

 – I bez tego stary ma o to ciągle pretensje do mnie. Ale pewnie o tej godzinie śpi w swoim fotelu.

 Ruszyliśmy w stronę bloku. Z naprzeciwka w naszym kierunku zmierzała postać. Aro nie zwrócił na nią większej uwagi. Starał się stawiać trzeźwy krok, co wychodziło raz lepiej, a raz gorzej. Postać szła szybko, pewnie. Była wysoka i smukła. W pewnym momencie poczułem na twarzy lodowate ukłucie. Jakby z naprzeciwka setka malutki igieł wbiła się w twarz.

 – Pójdziemy dłuższą drogą? – zapytałem Arka, widząc przed sobą po lewej skręt w wąską alejkę, która koniec końców i tak prowadzi pod mój blok.

 – Jasne, prowadź, szefie.

 Zdążyliśmy w ostatniej sekundzie. Postać minęła nas i poszła dalej, nie oglądając się za siebie. Pomyślałem, że to ostatni fart, jaki przytrafił mi się w tym roku. Odetchnąłem z ulgą. Uniosłem dłoń, żeby poklepać Aro po ramieniu, ale przeszyłem nią tylko lodowate powietrze. Nie było go. Nigdzie.

 Że ja wpadłem w panikę? Niezupełnie. Przynajmniej nie od razu. Rozejrzałem się wokoło. Szukanie narąbanego kumpla to ciężka robota, kiedy sam nie jesteś trzeźwy na sto procent. Czasami czułem w głowie przyjemne wibracje, które kusiły, żeby zaśmiać się w głos i ot tak iść na przystanek, poczekać na pierwszy lepszy autobus, a potem… hulaj dusza. Opanowałem się w porę. Noc nadciągała coraz szybciej. Latarnie rozbłysły żółtym światłem, w którym zamajaczyła olbrzymia dłoń. Tak to wtedy czułem. Jeden z wielu elementów świata. Nic nadzwyczajnego. Ot, monstrualnych wielkości łapa, za nią nadgarstek, cała ręka wychodząca z boku mojego bloku. Szara jak wielka płyta, zakończona pazurami. Ukazała się w kolejnej latarni i tam zamarła jakby czekając na mój ruch. Wtedy do mnie dotarło.

  Ruszyłem w przeciwnym kierunku. Nad głową miałem coś, co zasłaniało z tej perspektywy z połowę nieba. W dzień taki widok od razu zwróciłoby uwagę kogoś z auta przejeżdżającego ulicą nieopodal. Ale po zmierzchu? Byłem zdany na siebie. Myślałem, czy tamta dziewczyna też uciekała, czy po prostu krzyknęła i zginęła od jednego precyzyjnego uderzenia. Wbiegłem do pierwszej lepszej klatki schodowej. Na moim osiedlu nie było domofonów. Wczołgałem się na parter i usiadłem na schodach. Wtulony w ścianę jak najbardziej, milczałem. Szmery z zewnątrz nie ustawały. Nie wiem, ile minęło, zanim nastała cisza. Mam wrażenie, że zemdlałem. Obudziła mnie zimna dłoń Arka. Był cały i zdrowy. Nawalony, ale żywy.

 – Stary, kurwa, żyjesz? – bił mnie po prawym policzku jak zdesperowany narkoman. Odtrąciłem go ręką.

 – Na razie – syknąłem i powoli wyjrzałem w stronę wejścia na klatkę. – Widziałeś?

 – Noo, jak można takie coś przegapić? Cztery lalunie. Jedna lepsza od drugiej.

 – O czym ty pieprzysz? Chodzi o tę wielką łapę, która chciała mnie dorwać. Ona zabiła tamtą dziewczynę.

 Arek spochmurniał. Złapał mnie za kołnierzy kurtki i przyciągnął do siebie. Byłem w szoku. Nie broniłem się.

 – Nie, stary. Cztery laski. Dwie blondi i dwie brunetki. Myśl o nich.

 – Przecież widziałem… – Oberwałem w ryj. Z nosa poleciała krew. Zasłoniłem prawą dziurkę przedramieniem.

 – Paweł, nie było żadnej ręki, żadnego potwora. Nie było nic. Tylko cztery laski, kumasz? Chodź, mieliśmy iść do ciebie.

 – Po tym co mi zrobiłeś?

 – Nie dziękuj.

 

 

 

13723 zzs

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 50

Dodano: 2022-01-09 21:09:06
Komentarze
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
ODPOWIEDZ
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału!
ODPOWIEDZ
CptUgluk 11 d.
"Prawie w całym mieszkaniu mieliśmy wymienione okna" - przepraszam, ale te okna już w pierwszym zdaniu sprawiły, że się uśmiechnąłem
"parapet zmieniała się w jebaną Amazonkę" - zmieniał.
"Koniec pieprzonego stycznia i koniec ukochanych ferii." - tu albo bym wywalił drugi "koniec" albo zamiast "i" dał kropkę. Letka sugestia
"Na szafce nocnej obok łóżka stała wypita do połowy Hellena. Biała, jakżeby inaczej." - o kurka, wróciły wspomnienia z dzieciństwa!
"Kiedy drzwi do mieszkania zaskrzypiała, aż podskoczyła." - "zaskrzypiały" chyba miało być.
Morderczy blok pacający ludzi jak muchy? Absurdalne, ale z drugiej strony upiorne. Ciekawe połączenie, dało się wyczuć grozę Fajnie zbudowałeś klimat, czytając, czekałem na rozwiązanie tajemnicy śmierci tej dziewczyny. Ciekawie zrealizowany zestaw. Pozdro!
ODPOWIEDZ
marok 11 d.
CptUgluk, dziękuję pięknie za odwiedziny
ODPOWIEDZ
Szermierz 10 d.
z dużym wykopem
Przyjemne opowiadanie z mrocznym klimatem. Opis mieszkania przywiódł mi dzieciństwo, po za tym kilka literówek i przekręconych słówek.
"mają w to wyjebane" nie spotkałem się z takim stwierdzeniem, u mnie zawsze było "wyjebane na coś", ale może to zależy od regionu polski. Chociaż spotkałem w swoim życiu człowieka, na ludzi mówił "wyjeby".

Czekałem na finał opowieść, a tu ciach i się skończyło. I teraz jestem rozdarty, bo z miejsca dopowiedziałem sobie ze trzy albo cztery zakończenia.
ODPOWIEDZ
marok 7 d.
Szermierz limit wisiał na karku, ale dzięki
ODPOWIEDZ
z dużym wykopem
"gdyby nie te okno" - muszę to wytknąć, bo to jedna z tych rzeczy, które mnie najbardziej drażnią - "to okno" - wszak ono jest jedno, a "te" to liczba mnoga;
No nie mogłam się nie uśmiechnąć przy tym wstępie o oknach, ale był naprawdę świetny, idzie wyczuć znawcę.
Opko w sumie ciekawe, bo takie niesztampowe w moim odczuciu - choć przez większość czasu mamy tu w zasadzie wiarygodnie poprowadzony obyczaj z nutką tajemnicy, związanej z tamtą dziewczyną, to już końcówka nabiera pewnych znamion absurdu i w zasadzie można ją sobie wielorako tłumaczyć. Ładnie ogarnięty zestaw.
ODPOWIEDZ
marok 7 d.
alfonsyna mama nadzieje, że cie tym nie rozzłościłem za mocno
ODPOWIEDZ
marok nieee, za mocno nie
ODPOWIEDZ
z dużym wykopem
Kurczę, takie trochę weird fiction wyszło. Nie wiem, czy dobrze sklasyfikowałem, ale jestem w trakcie lektury booktourowych "Snów umarłych" i tak mi się jakoś Twój tekst fajnie wkomponował w tę - jakby nie patrzeć - pojemną kategorię. Dobre, jest klimat.
ODPOWIEDZ
marok 7 d.
Zdzislav mi w sumie ciężko zakwalifikować. Zawsze gdzieś tam na granicy, ale na sztywno ciężko mi powiedzieć
ODPOWIEDZ

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.