online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
ciemno
CHOROBA
<
BEZWARTOŚCIOWY CZŁOWIEK cz.1/2
>

Opis:

Grudzień 2017

Tagi: #ślepamiłość #babaniefacet #serce #wyrafinowanie

BEZWARTOŚCIOWY CZŁOWIEK cz.2/2

 Stek był wyśmienity. Odpocząłem po jedzeniu, poczytałem, wypiłem jeszcze jedną lampkę wina i poszedłem na spacer. Za około pół godziny miała być Maria. Wolałem już czekać, kiedy się pojawi.

 

 ‘Co bym zrobiła, gdybyśmy się spotkali? Przywarłabym do Twojego ciała, namiętnie pocałowała i w chwili oddechu wyszeptałabym: w końcu jesteś...’

 

 Szedłem promenadą i wspominałem, jak tutaj spacerowaliśmy. Byłem ciekaw, jak będzie teraz, kiedy ciała i umysły zmienił czas.

 

 ‘Tamta noc, jak każda z Tobą skradziona, często jakby w tajemnicy, była piękna… Tylko Ty potrafiłeś mnie tak rozpalić. Tylko Ty masz taką władzę nad moim ciałem i umysłem. To doskonały sygnał – należę do Ciebie.’

 

 Zawróciłem i zszedłem w stronę mola. Serce zaczęło bić mocniej. Zaczynałem się stresować, jak szczyl. Co się dziwić, to w końcu Maria. Zwolniłem, oddychałem głęboko i spokojnie, starałem się zrelaksować. Na molo trochę bardziej wiało, ale przyjemnie. Usiadłem na ostatniej ławce po lewej, przodem do słońca, które kończyło powoli swoją wachtę, ale jeszcze całkiem nieźle ogrzewało twarz. Była druga połowa maja, więc zobaczyć mieliśmy się za dnia, a potem powinno szybko się ściemnić, zaś nastrój stać się czarujący.

 Zamknąłem oczy i słuchałem głosów spacerowiczów, ich kroków na deskach. Dochodzili do końca i zaraz wracali z powrotem, jakby nawet na spacerze nie mogli przestać się śpieszyć, czasami ktoś przystanął, zaśmiał się i porozmawiał o czymś nieistotnym, czasami wydarła się mewa albo dziecko. Życie jest piękne. Odkąd moje stało się realnie zagrożone, zachwycała mnie każda prosta chwila, życie samo w sobie, jego kruchość i piękno.

 Przyjemnie tak posiedzieć z zamkniętymi oczami. Słyszałem na ławce obok młodą parę. Migdalili się do siebie, mlaskali i szeleścili. Najchętniej zjedliby siebie nawzajem. Otoczenie nie istniało. Piękny to czas. Ciekawe, czym dla nich była miłość, jakimi byli ludźmi, z jakiej gliny. Może to miłość takiego kalibru, jak moja i Marii? A może na chwilę. Świat przecież staje się coraz bardziej powierzchowny.

 Poczułem, że ktoś usiadł na mojej ławce. Nie hałasował, nie wiercił się, więc dalej nie otwierałem oczu. Było przyjemnie. Serce biło równo, spokojnie. Zastanawiałem się, na jakie bogactwo świata muszą zwracać uwagę niewidomi. Ile nam widzącym umyka.

 I nagle poczułem zapach Marii, bardzo blisko, obecność i oddech na policzku. Wciąż trzymałem zamknięte oczy. Nie pamiętam, żeby używała takich perfum, ale nie o to chodziło. Czułem jej osobistą nutę, którą tak kochałem. Tak wiele razy próbowałem sobie przypomnieć, jak pachnie, ale nie było szans. Umysł pamięta tylko, że zapach był piękny, ale nie może zapisać składu nuty, żeby potem odtworzyć w nosie.

 Wziąłem głęboki wdech, a zapach wywołał w głowie obraz ukochanej z przeszłości i natychmiastową reakcję za zamkiem rozporka. Nie spodziewałem się tego.

 – W końcu jesteś – wyszeptała.

 Uchyliłem powieki i spojrzałem prosto w jej oczy, ciemne i piękne jak żadne inne, a potem na resztę. Zdjęcia nie oddawały rzeczywistości, szczególnie, że kiepski z niej fotograf. Byłem w szoku, że wygląda tak młodo. Najwyżej na czterdzieści kilka lat. Figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna trzydziestolatka.

 – Moja śliczna – powiedziałem.

 Jakby podkręciła sobą blask słońca, zmieniła z majowego na lipcowe. Zrobiło się jaśniej.

 – Twoja.

 Ująłem jej smukłą dłoń i wstałem, pociągnąłem za sobą, a Maria poderwała się z ławki, jakby nic nie ważyła.

 – Jakaś ty młoda. Jak to?

 Miała na sobie białą sukienkę nad kolana, jeansową, krótką kurtkę, odkryte buty na obcasie i świetne nogi, na ławce leżała torebka.

 Przytuliłem ją i poczułem lekki zawrót głowy. Jak ona pachniała. Wtuliła się we mnie, jakby chciała, żebym ją zamknął w ramionach i była przy tym tak uległa, jakby oddawała mi pełnię władzy nad sobą. Gdybym był młodszy i miał zdrowe serce, podniósłbym ją wysoko. Korciło mnie, bo była taka krucha i szczupła, a moja pompka o dziwo nie kołatała. Może ze zdziwienia, że tak młodo wyglądała? Głupio mi się zrobiło, że jestem taki gruby i zdziadziały.

 Dotknąłem jej twarzy i nie mogłem uwierzyć, że to ona, że jest tu z krwi i kości. Patrzyłem w jej oczy, a potem przesuwałem wzrokiem za dłonią, po opalonej skórze. Wplotłem palce w jej długie włosy, miały kolor burgunda.

 Zakręciło mi się w głowie.

 – Wiktor, co ci jest?

 Wróciłem na ławkę, ona usiadła przy mnie. Złapałem kilka głębszych oddechów.

 – Przepraszam cię, zakręciło mi się w głowie. Niech to, jakaś ty śliczna.

 Zawstydziła się pięknie. Ależ miała klasę.

 – Już mi lepiej.

 Poszliśmy na spacer. Nie mówiliśmy wiele, a już szczególnie o moim stanie zdrowia. Cieszyłem się, że o to nie pytała. Szliśmy objęci, sycąc się swoją bliskością, próbując panować nad myślami. To tak wiele na razie, że słowa wręcz nie były wskazane. Miałem wrażenie, że nasze myśli płyną w powietrzu wokół nas, oplatają jak niewidzialne nici. Tworzyły barierę odgradzającą od świata. Jeszcze chwila i miały nas porwać w powietrze.

 

 To dowód na to, jak bardzo możemy sami siebie oszukiwać. Nie mieć zielonego pojęcia, o czym myśli druga osoba, i wkładać w jej głowę własne pragnienia.

 

 – Ukochany, dlaczego teraz, tak nagle? Co się zmieniło?

 Myślałem o tym, co odpowiedzieć i zdradziłem część prawdy.

 – Pamiętasz jak mówiłem, że może jeszcze będziemy razem?

 – Pamiętam, marzyłam o tym.

 – Dzieci dawno dorosły. I nadszedł czas. Możemy się sobą jeszcze nacieszyć.

 – Czekałabym do śmierci.

 – To smutne spędzić życie na czekaniu.

 Wtuliła się we mnie bardziej.

 – Tak mi ciebie brakowało. Żadne wspomnienie nie przekazuje twojej energii. Jesteś w każdym atomie mojego ciała, w każdej myśli i brakowało mi ciebie, moje ujście.

 Jej słowa podniecały dodatkowo. I bez nich ciężko było powstrzymywać przełączenie myślenia na mniejszą głowę. Uśmiechnąłem się.

 – O czym myślisz? – zapytała.

 – Czuję się jak szczeniak. Nie wytrzymam długo, jeśli nie zdejmę z ciebie ubrań.

 – Nie ma na co czekać.

 No i jeszcze bardziej byłem ugotowany.

 – Przestań, proszę.

 – Sam zacząłeś. Pragnę cię mocniej, o ile to w ogóle możliwe, jak wtedy, kiedy widzieliśmy się u mnie pierwszy raz. Wysiadłeś ze swojego Mercedesa w krótkich spodenkach i w koszulce. Myślałam, że zjem cię w drzwiach, a ty wąchałeś mnie sycąc się zapachem.

 – Wciąż tak pachniesz. Chodźmy do samochodu, muszę cię pocałować, bo zwariuję.

 – W końcu.

 

 Wybacz czytelniku tę cukierkowatość, ale tak to wyglądało. Może kiedy skończysz to czytać będziesz w stanie wyobrazić sobie, co teraz czułem. Całe życie marzyłem o chwili, kiedy się z nią spotkam, poczuję, a w rezultacie szybciej przez to umrę.

 

 Nie pocałowaliśmy się od razu dlatego, że mieliśmy swoje lata i nie wypadało całować się publicznie, ale też odwlekaliśmy tę chwilę, żeby lepiej smakowała.

 Doszliśmy do samochodu.

 – No, ten Mercedes nie jest stary – Maria puściła oczko i niepostrzeżenie oszacowała wartość samochodu.

 Uśmiechnąłem się i otworzyłem drzwi. Wsiadła zadowolona, starając się jeszcze dodać sobie klasy. Uważałem, że niepotrzebnie. W środku mościła się dyskretnie. Dobrze czuła się w luksusie, pasował do niej.

 Całowaliśmy się długo, a ta rozgrzana kotka rozpuszczała mi się w ramionach. Ależ mi smakowała. Jej twarz, włosy, ciało, po którym przesuwał się materiał sukienki, były jak żywe dzieło sztuki, które pragnąłem posiąść bardziej, niż cokolwiek dotychczas. Niewiele brakowało, a wylądowalibyśmy na tylnej kanapie, jak dzieciaki.

 – Jedźmy – powiedziała.

 – Tak. Nie masz żadnych rzeczy?

 – Ach, mam w samochodzie. Gdzieś tam zostawiłam tego grata. Co z nim zrobić, zabrać, porzucić?

 Zapatrzyłem się w jej uśmiech, ależ byłem podniecony. Musiałem się trochę powiercić, żeby ułożyć to i owo.

 – Zostawisz tutaj.

 Wcisnąłem start, silnik zamruczał cicho, a Maria razem z nim. Podjechaliśmy pod jej Skodę i przełożyliśmy walizkę. Oczami wyobraźni widziałem nas już w folwarcznym pokoju.

 W drodze słuchaliśmy Turnaua. W siebie zapatrzeni, jak śpiewał. Nie rozmawialiśmy. Trzymaliśmy się za ręce, coraz bardziej rozanieleni, coraz dalej od tych trzech dekad bez siebie, a bliżej naszej wspólnej przeszłości i przyszłości.

 Pominę opis Budyn, folwarku i tego jak się poczuliśmy, kiedy tu dotarliśmy. Inaczej was zemdli, taki to był melodramat. Jeśli chodzi o samą miejscowość, była to mała wieś turystyczna na Pomorzu, nad sporym jeziorem Sterowe. Dookoła szumiały lasy i było pięknie.

 Nawet nie wnieśliśmy bagaży, tylko szybko poszliśmy do pokoju, ugasić pożar. Bałem się trochę o swoją pompkę, ale dała radę. Bardziej wstydziłem się swojej nagości. Wyglądam jak okrągły kartofel z obwisłymi cyckami na chudych nogach. Figura jak u Gru, szefa Minionków.

 Maria nie widziała tych mankamentów, a przynajmniej nie dała niczego po sobie poznać. Sama wyglądała idealnie, ciało jak wyrzeźbione przez artystę. Kiedy się kochaliśmy czułem się wspanialej, niż kiedy byliśmy młodzi. Pewnie przez te lata tęsknoty i głodu. Zachwycała się mną, jakbym był Adonisem. To podniecało jeszcze bardziej.

 Po wszystkim leżeliśmy długo i rozmawialiśmy. Całe szczęście. Ten sflaczały, rozłażący się worek, moje serce, miał chwilę, żeby się uspokoić.

 Wspominaliśmy czas, kiedy byliśmy tu lata temu, w tym samym pokoju. Ona mówiła, ja słuchałem.

 – Byliśmy zaślepieni sobą, nie widzieliśmy wad. Szkoda, że z czasem codzienność je obnażyła. Ale dobrze, że po latach wracamy mądrzejsi, doceniamy siebie i ogrom emocji, które wciąż są żywe. Jesteś moim ideałem.

 – A ty moim, ukochana, zawsze byłaś.

 Przytuliła się. Nie wierzyłem, że będę czuł ją nagą. I będzie to tak piękna nagość.

 – Żałuję, że byłam taka głupia i uniosłam się dumą. Zamiast nie wypuszczać cię z rąk, moje szczęście.

 – To już nieważne. Teraz jest najważniejsze.

 – Chcę, żebyś wypełnił każdą część mnie.

 I powtórzyliśmy wszystko, ale już spokojniej. Mimo to serce zabolało mnie porządnie, a ramiona zdrętwiały. Nie udało mi się tego ukryć.

 – Kochanie, co ci jest? – zapytała.

 – Serce.

 – Co z twoim sercem?

 Byłem zły, że pyta, ale bardziej, że ten głupi organ wszystko zepsuł.

 – Chore.

 Wziąłem leki i odpoczywałem. W końcu poszliśmy po bagaże. To wyczerpało mnie do cna. Obiecałem powiedzieć o sercu na drugi dzień i szybko zasnąłem.

 

 ***

 

 Śniadanie zjedliśmy w restauracji folwarku. Usiedliśmy mniej więcej w tym samym miejscu, co przed laty, pod oknem, z widokiem na jezioro. Poranek był jasny i spokojny. Wystrój pewnie zmieniał się przez lata. Teraz przeważała biel. Gości było niewielu, oprócz nas tylko kilka osób.

 Patrzyłem na Marię, była śliczna, doskonale pasowała do tego światła.

 – Idealnie, jesteś idealna – powiedziałem.

 – Kocham cię.

 – A ja ciebie, moja śliczna.

 – Wiktorze – zmieniła ton. – Musisz mi powiedzieć, co z twoim sercem.

 Bałem się tego pytania, ale nie było sensu niczego ukrywać.

 

 Zmartwiła się, mówiła, że trzeba się leczyć, że zajmie się mną i trzeba się za to zabrać jak najszybciej, pieniędzy pewnie mi nie brakuje. Powiedziałem, że leczenie nie ma już sensu. Jestem w kolejce oczekiwania na przeszczep, a szanse na znalezienie dawcy, zanim moje wysiądzie, są bardzo znikome. Poza tym mam inne problemy, jak słaba krzepliwość krwi.

 – Pieniądze nie załatwią sprawy? Nie przyśpieszą? – zapytała.

 – Pewnie by załatwiły, ale w nieuczciwy sposób. Pozbawiły życia kogoś innego, kto czeka przede mną. Nie mógłbym tak.

 – Więc co teraz?

 – Nie wiem, ile mi zostało. Mógłbym spędzić mnóstwo czasu w szpitalu, wszczepiliby mi jakąś mechaniczną pompkę wspomagającą i może dożyłbym do przeszczepu. Jeśli mój stan pozwalałby w ogóle na operację, a nie pozwala.

 Posmutniała. Ale nie tak bardzo jak się spodziewałem. Patrzała za okno, na brzeg jeziora. A ja chciałem powiedzieć całą prawdę.

 – Dlatego odciąłem się od swojego życia, żeby przeżyć z tobą tyle, ile się da, ukochana. Zabezpieczyłem żonę, rodzinę i oddaję tobie całą resztę.

 Maria wciąż patrzała za okno.

 – Jak zabezpieczyłeś, jaką resztę?

 Nie rozumiałem, o co pyta.

 – Zostawiłem rodzinie wszystko, żeby nie martwili się o nic, a siebie oddaję tobie. Tak, jak marzyliśmy przez te wszystkie lata. W końcu być razem.

 Dopiero wtedy spojrzała na mnie, z wyrazem twarzy jakiego dotąd nie znałem.

 – Wszystko? Chcesz powiedzieć, że nie masz nic?

 – Zostawiłem sobie tyle, żeby się utrzymać, póki dokonam żywota.

 Wypuściła z dłoni serwetkę i powoli położyła ręce na stole.

 – Niebywałe, tyle lat… – powiedziała do siebie.

 – O czym mówisz?

 Spojrzała na mnie tak, że zmroziło mi przyrodzenie.

 – Wiec mi nie pomożesz? Na nic to wszystko? Może jeszcze mam zapłacić za pobyt tutaj?

 Jakby mnie ogłuszyło. Nie zrozumiałem w pierwszej chwili, o czym mówi. Naprzeciw mnie siedziała jakaś inna kobieta, na pewno nie ta, do której tęskniłem całe życie.

 – O czym ty mówisz, jak miałbym ci pomóc? Nigdy o tym nie pisaliśmy.

 – Myślisz, że mi jest lekko, że nie mam długów, a życie to sielanka? Nie, to niesłychane, nie do pomyślenia. – Maria wstała. – Klucz do pokoju. – Wyciągnęła rękę.

 Siedziałem osłupiały, nic nie rozumiałem. Frajer, który jeszcze nie wiedział, że został wydymany. Ale na życie, nie na pieniądze. Nie mogłem wydusić słowa, nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W głowie zaczęły mi się kotłować sprzeczne myśli i emocje, nie mogłem się skupić na żadnym konkrecie.

 Stała z wyciągniętą dłonią.

 – Nie rozumiem – wydukałem.

 – Czego nie rozumiesz? Nie zostanę tutaj, nie chcę.

 Niepojęty musiał być sposób jej rozumowania. Jak robota, zaprogramowanego na osiągnięcie celu. Bez celu program stał się nieważny, jakby nigdy nie istniał.

 Wstałem, zakręciło mi się w głowie, sparciała pikawka zakłuła, aż ścisnęło mnie w klacie. Usiadłem z powrotem. Nawet nie mrugnęła, dalej trzymała wyciągniętą dłoń.

 – Długo mam czekać?

 Zrobiło się duszno, żołądek zabolał, a krople potu zrosiły czoło. Napiłem się wody i wstałem z trudem, śmiertelnie zmęczony. Maria ruszyła raźnym krokiem, a ja za nią.

 Dotarłem pod drzwi pokoju lata świetlne po niej. Czekała z założonymi rękami.

 – Najdroższa, porozmawiajmy, wytłumacz mi, żebym zrozumiał. Przecież tak się kochamy. – Dotknąłem jej ramienia.

 – Ale weź mnie zostaw! Co ty robisz, dlaczego mnie szarpiesz?!

 – Ledwie cię dotknąłem.

 – Otwórz drzwi.

 Otworzyłem. Wparowała do środka, ja powolutku za nią. Zaczęła się pakować w pośpiechu. Przycupnąłem na brzegu łóżka, ledwie żyłem.

 – Co się stało? – zapytałem kretyńsko.

 Nie odpowiedziała. Odezwała się dopiero, kiedy była spakowana.

 – Zawieź mnie do Gdyni.

 – Nie mogę prowadzić, chyba zaraz zemdleję.

 – Daj mi kluczyki. Zostawię twój samochód tam, gdzie stoi mój i odeślę kluczyk.

 – Nie.

 – Dawaj! Wystarczająco lat na ciebie zmarnowałam, żeby się jeszcze teraz z tobą szarpać. Jej oddałeś wszystko, choć to mnie kochasz. A ja to co? Schorowany, nic nie warty, obleśny dziad! Powinieneś dać mi samochód, to i tak nic za zmarnowanie na ciebie trzydziestu lat!

 Serce zakłuło znowu. Byłem już cały mokry. Jej słowa były jak pchnięcia nożem. Wsunąłem rękę do kieszeni, gdzie był kluczyk i zacisnąłem na nim palce. Podeszła i zaczęła mnie szarpać za ramię. Nie sądziłem, że jestem tak słaby. Wyciągnęła moją rękę bez większego wysiłku, a potem zabrała kluczyk, jak małemu dziecku. Wzięła też portfel z marynarki.

 – Moja śliczna, nie zostawiaj mnie – szeptałem.

 – Ale przestań do mnie mówić, bezwartościowy człowieku.

 Założyła jeansową kurtkę, torebkę na ramię, wysunęła rączkę walizki i wymaszerowała z pokoju, nawet nie zamknęła za sobą drzwi. Wpatrywałem się w nie długo, jak przywiązany do drzewa psiak na leśną drogę, którą odjechał pan.

 Opadłem na łóżko i straciłem przytomność. Ocknąłem się po kilku godzinach i czułem potwornie. Każdy ruch wywoływał wrażenie, jakby moje serce latało w piersi luzem. Dziwne, bo przecież jest ogromne. Podniosłem się z trudem, ubrałem sweter i wyciągnąłem z torby notatnik i pióro.

 Wyszedłem z pokoju.

 

 Powoli doszedłem na pomost, usiadłem na ławeczce i zacząłem pisać. Czyż to nie żałosne? Czyż nie jestem żałosny? Założyciel i prezes firmy o wielomilionowym kapitale. Dał się nabierać przez trzydzieści lat. Tęskniłem i kochałem urojenie utkane kłamstwami, a prawdziwej miłości, którą miałem pod samym nosem, w domu, w pełni nie doceniałem.

 Nie byłem w stanie pojąć, jak ta kobieta musi być lodowata w środku. Wyrachowana, wytrwała spekulantka. Przez tyle lat smażyła najpierw listy na papierze, a potem maile, które układała jak fikcję literacką, starając się łechtać moją męskość i ego, zupełnie nie licząc z uczuciami.

 – Ona nic nie czuje – powiedziałem do przepływającego łabędzia.

 Przez cały czas byłem furtką, pewnie jedną z iluś tam możliwości, którą należało pielęgnować niewielkim kosztem. Z zimną krwią, bez emocji szafowała słowami, sterowała moimi uczuciami i pożądaniem.

 Uśmiechnąłem się. Musiałem przyznać, znała się bestia na męskich potrzebach, wiedziała gdzie i jak posmyrać.

 Zacisnąłem powieki i poczułem coś niesamowitego. Ucisk w gardle i łzy, które zaczęły spływać jedna po drugiej. Jednak potrafiłem płakać. I to z tęsknoty za żoną.

 Ale długo się nie dziwiłem, ani nie tęskniłem. Ból w piersi, najsilniejszy jaki dotąd czułem, skutecznie odwrócił uwagę - raz na zawsze.

17203 zzs

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~brunokadyna
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 28

Dodano: 2022-01-11 13:34:45
Komentarze
Wert 10 d.
z dużym wykopem
Tak sugestywne, że w połowie tekstu oddech straciłem i puls zanikał. Cóż, idee i nadzieje bywają zdradliwe.
ODPOWIEDZ
Wert
Głos serca okazuje się często głosem idioty

Pozdrowionka
ODPOWIEDZ
Wert 10 d.
brunokadyna
Gratuluję trafnego aforyzmu
Też pozdrawiam.
ODPOWIEDZ
z dużym wykopem
Historia znana z wielu filmów, ale Twoja proza razi jak piorun. Prawdziwe życie mijało obok sycąc się ułudą. Lepiej było pogrzebać stare historie i trzymać się z dala od wyrachowanej kobiety.

Czasami życiowe powodzenie odbija się czkawką i żywi sennymi marami.

Pozdrowienia!
ODPOWIEDZ
BozenaJoanna
Dokładnie, jak piszesz. Zamiast cenić to co się ma, wielu tęskni do ślepych zaułków.
Dziękuję za poświęcony czas.

Ściskam
ODPOWIEDZ
alka666 9 godz.
Wybaczam cukierkowatość, chociaż jeszcze mnie mdli.
Chyba Wolałabym, żeby opowiadanie skończyło się z pierwszą częścią. Albo tak jak "Dyniak"

Lubię Twój kunszt pisarski. Uwodzą mnie opowieści mocne, dlatego wybacz, ale ta opowieść nie jest w moim stylu. Ona jedna...
ODPOWIEDZ
brunokadyna 6 godz.
alka666
Staram się, żeby każda była inna, dlatego raz się spodoba bardziej, a raz mniej


ODPOWIEDZ
alka666 6 godz.
brunokadyna to zrozumiałe
ODPOWIEDZ

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.