online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
ciemno
XII HASTRALL
<
FELKATONIK
>

Opis:

wklejka "a" Objaśnienie podziału https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=10087&a

XII. HASTRALL

 Link do XI https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=10024&a

 

  Deszcze rzadko padały w Fojerti. Zamkowi hydrolodzy, zlewający każdą kroplę opadu zbieranego do wykutej w skale misy, odnotowali zaledwie trzy lata z ostatniego półwiecza, kiedy suma opadów przekroczyła trzecią część łokcia. Miary tej używano powszechnie w Armaangyarze. Każde miasto miało swój wzorzec ze szlachetnych metali odlany w Mennicy Królewskiej, który musiało zakupić wraz prawem do handlu, a kupcy musieli posiadać jego brązową kopię, by każdy (teoretycznie) oszukany klient mógł dochodzić swego w oparciu o obowiązującą miarę. Dla porządku używano jej także w Kerry. Ułatwiało to rozliczenia, a poza tym była to tak dobra miara, jak każda inna. Jedna trzecia łokcia opadu rocznie sprawiała, że Fojerti było, jest i pozostanie stepem, mimo że przepływa przezeń tysiące mil sześciennych wody niesionej korytem Gyaru - "I drugie tyle pod nim" - przemknęło przez myśl obserwującego wielką rzekę z okien Szarej Twierdzy Wielkiego Szambelana Kerry, hrabiego Vaasterynka.

 Człowiek zwrócony do wykutego misternie w skale okna, zamkniętego grubą, ale znakomicie odlaną taflą ołowiowego szkła, stał nieruchomo z założonymi do tyłu rękami pozwalając, by myśli przelatywały przez niego swobodnie, jak krople niesionego wiatrem deszczu przez szary zaokienny pejzaż. Był mężczyzną mniej niż średniego wzrostu, o szerokich ramionach, krępym, łysiejącym od czoła i tylko zwisające z tyłu głowy, spięte srebrną klamrą włosy, opadające długim ogonem na szerokie plecy, świadczyły o wspaniałości jego niegdysiejszej fryzury. Kciuk lewej dłoni gładził jednostajnym ruchem przegub drugiej, głównie dlatego, że kręcenie młynka palcami z przodu byłoby dla właściciela korpulentnej sylwetki o wiele trudniejsze: jedynie szeroki na trzy dłonie pas zatrzymywał potężny brzuch hrabiego na, z grubsza biorąc, swoim miejscu. Ten czterdziestoletni mężczyzna nie zawsze był taki. Długie w porównaniu z sylwetką nogi grały pod obcisłymi sztylpami mięśniami ud i łydek, które jeszcze dziś, pomimo karykaturalnej tuszy przenosiły ciężkie ciało z gracją i lekkością niespodziewaną u tak tęgiego człowieka. Vaasterynk nie chodził. Vaasterynk płynął, co czyniło jego kroki lekkimi, wprawiając w zadziwienie nawet tych, którzy widywali go na co dzień. Drobne stopy i kształtne, smukłe dłonie dodawały mu gracji, ale marny byłby los tego, który dałby się jednym dogonić, a drugim złapać: hrabia bez wysiłku łamał w paluszkach grube monety. Gładko wygolona twarz o zimnych, szarych oczach z wysoko uniesionymi łukami brwi miała wyraz łagodny i lekko zdziwiony. I zachowywała go przy każdej okazji, bez różnicy: święcie, urodzinach czy egzekucji. To, co zmieniało się w niej, to uśmiech. Nim wyrażał ten niepięknej postawy mężczyzna radość, miłość, ironię, pogarda, gniew, okrucieństwo i miłosierdzie, choć na widok tego ostatniego dworski kronikarz połamałby nogi na schodach pędząc po papier i inkaust, by zapisać dzień i godzinę tak niezwykłego wydarzenia. Od czasu śmierci w połogu żony, na wieść o której ten silny mąż długo nie mógł wstać z łoża i która uczyniła go kim był, dając mu w zamian tylko córkę - kochaną lecz będącą zarazem żywym memento tamtej tragedii, miłosierdzie, współczucie, litość, zniknęły ze słownika hrabiego, co tylko pomagało mu zawiadywać balansującymi na krawędzi gospodarką i polityką Kerry. I czyniło zeń najcenniejszego współpracownika samego Księcia.

 Wzrok hrabiego był chmurny jak niebo nad Wyspą. Nawet Gyar, zwykle lśniący w słońcu, miał tego dnia wygląd rozkładającego się cielska chorego gada, pokrytego wysypką ropiejących bąbli otwieranych uderzeniami ciężkich, oleistych kropel deszczu. Przyglądający mu się z wysokości Twierdzy Vaasterynk czuł niemal ból boków wielkiego węża, jakim była mętna, niosąca dziś cetnary mułu rzeka, zdzieranych o tkwiące po bokach bazaltowe krawędzie. Wąż Gyaru ześlizgiwał się mozolnie po własnym śluzie prosto na południe, aż do miejsca, gdzie skały wychodziły z wolna spod równiny, zamieniając się na linii horyzontu w łagodne, przykryte piachem i suchą trawką pagórki i łagodne góry Wapiennego Lasu.

 Pukanie do drzwi przerwało niewesołe myśli hrabiego. Uniósł głowę, wolno odwrócił się od okna. Podszedł zwykłym dla siebie lekkim, tanecznym krokiem do ogromnego stołu sporządzonego z jednej płyty bazaltu spoczywającej na graniastosłupowych nogach, wsparł się oń obiema dłońmi, spojrzał na trwające nieruchomo nabijane miedzianymi guzami ciężkie drzwi...

 - Wejść!

 Ciężkie drzwi uchyliły się tak, jakby człowiek mający wejść do pokoju wcale nie miał na to ochoty. Tak też było. Sędziwy sekretarz hrabiego był świadkiem jego porannego wybuchu i choć podmuch nie zabił nikogo, głównie z powodu nieobecności winowajcy, Breejmlin wolał nie oglądać go po raz wtóry. Tym bardziej, że winowajca stał za nim spokojny, pewny siebie, dumny i piękny. Taką była Hastraal Vaasterynk, trzynastoletnia córka hrabiego i rodzonej siostry władcy Kerry i - wobec jego bezdzietności, ostatni w prostej linii potomek książęcej krwi na Wyspie. Jej obojętny wyraz twarzy i cień grymasu wydatnych ust zbijał Breejmlina z pantałyku bardziej jeszcze niż gniew jej ojca. W kącikach ust czekającej na wejście do Kancelarii dziewczynki stało napisane: "Nie bój się stary. i nie rób ceregieli. Równie dobrze mogłam tam wejść bez twojej zapowiedzi."

 Stojący za stołem hrabia jedynie skinął głową w odpowiedzi na drżące starczym głosem zapytanie, czy oczekująca audiencji hrabianka... Starzec zgiął się w ukłonie wypuszczając resztki powietrza i cofnął, ustępując przejścia przekraczającej próg niespiesznie i pewnie Hastraal. "Jeszcze kilka lat i jej także nie chciałbym stanąć w drodze” - pomyślał. „Cała księżna Vielain. Cała matka." Zamknął dokładnie masywne odrzwia i podreptał do swojego zasypanej papierami pakamery.

 Za drzwiami dwoje ludzi mierzyło się wzrokiem w milczeniu. Pół sekundy wcześniej nim stałoby się to obelgą, dziewczęcy głos przerwał ciszę:

 - Wzywałeś mnie ojcze - dygnęła zbyt lekko i niedbale na swój wiek. i ponad wiek wdzięcznie.

 Hrabia milczał jeszcze przez chwilę kontemplując jej dorosłe, uwodzicielskie zachowanie, rzucające na kolana wszystkich mężczyzn w Twierdzy - od kucharzy po samego Księcia. Na zamku wszystko było dla niej osiągalne. Bez względu na wiek i stanowisko interlokutora.

 - Doniesiono mi, że wbrew mojej wyraźnej woli znowu byłaś w komnacie chorego jeńca. Nie dość, że przesiadujesz tam bez pozwolenia, narażając swoją opiekunkę i pielęgniarki, którym wydałem osobne rozkazy, to jeszcze z nim rozmawiasz. Tak jawnego lekceważenia nie zniósłby prosty czotowy, a co dopiero ja, twój ojciec, Hastraal!

 Stojąca przed wielkim kamiennym stołem dziewczynka nawet nie drgnęła. Głos jej ojca był wysoki i donośny, jak zawsze, ilekroć przychodziło mu unosić się z powodu nieprzewidywalnych poczynań jedynej i niesfornej córki. Zdawał się on jednak nie robić na niej większego wrażenia, choć inni słysząc go takim czuli na policzku zadry katowskiego pieńka. Wysoka nad wiek, o pięknych jasnoplatynowych włosach, szarych oczach i twarzy ujawniającej już pierwsze przebłyski dojrzałej, kobiecej, uderzającej urody, wpatrywała się w postać stojącego za stołem mężczyzny ze spokojem, choć ten widocznie tłumił wybuch, wpierając nabrzmiałe błękitnymi żyłami pięści w kamienny blat całym ciężarem nachylonego ku przodowi ciała.

 Dziewczynka wzięła głębszy oddech unosząc do góry szczyty ładnie zarysowanych nad stanem błękitnej sukienki piersi.

 - Czego nie jest w stanie pojąć prosty czotowy, winien rozumieć dowódca straży, a Wielki Szambelan Księstwa Kerry, szlachcic i hrabia Vaasterynk m u s i rozumieć i... wybaczyć, ojcze.

 Wyraz twarzy hrabiego przypominał młodego koguta głupiejącego na widok stada kokoszek. Ta mała używała sformułowań takich, jak kobieta, której nigdy nie widziała na oczy, jej matka. Dojrzałość, opanowanie i dystans w każdym wypowiadanym słowie córki powstrzymywały go od wyrzucenia słów, dla których wypowiedzenia kazał sprowadzić ją tutaj. Zazwyczaj, czemu zawsze dziwił się po fakcie, ustępował przed jej spokojnym, chłodnym, jakby nie do niej należącym wzrokiem. Dostrzegał gdzieś na jego dnie nieme pytanie, któremu podobne dawno temu jego samego rzuciły do stóp kobiety i tronu.

 Rośli z Vielain obok siebie. On, chłonący wszystko na zamku, zajęty nauką fechtunku, strategii, taktyki, astronomii, nawigacji, algebry i czym tam jeszcze, lekceważący kobiety i niewieście zajęcia wyrostek i ona, księżniczka, której istnienie uświadomił sobie dopiero wtedy, gdy w jednym, przydługim nieco dworskim ukłonie, jednym wejrzeniem uczyniła zeń mężczyznę. "Vieel!" - bezgłośny szept w głowie Szambelana, lekkie drżenie komnaty, mgiełka... Otrząsnął się jak z wody wyskakując ze strumienia wspomnień, gdzie wepchnął go widok żony? córki? kobiety? kochanki??? Sam nie wiedział. w tej chwili obie zlały mu się w jedną, nierozerwalną, kochaną i nienawidzoną niespełnieniem całość. A szept rósł i był już ...wiatrem szeptanym do ucha tamtej, trzymanej w ramionach Pani... Gdzieś w głębi tępy ból wyrwał się z okamienionej kapsuły samotnego serca tnąc ostrymi krawędziami wszystko wokół. Hrabia zesztywniał. Obraz uciekł jeszcze raz w mgłę tamtych oczu i wrócił ostry jak ból sam: jak całe trzynaście lat bólu, trzymanego w zamknięciu żelazną wolą tego człowieka!

 Wiedział, że nie wolno mu dziś uczynić tego, co robił zawsze - potraktować jej jak dziecko, zrugać, pogładzić po włosach, ukryć uśmiech, wybaczyć i zapomnieć. Nie wolno z dwóch powodów: ta dziewczynka (kobieta???) zagroziła najżywotniejszym interesom państwa, sprawie, dla której tylko w ciągu kilku ostatnich dni zginęło wielu najlepszych ludzi z Kerry. I jeszcze więcej innych. W jednym słowie doniesionym mu przez roztrzęsioną opiekunkę i mleczną matkę Hastraal, Bleejmgved zdradziła gościowi - jeśli brać pod uwagę sposób w jaki go traktowano - miejsce jego pobytu, ujawniając tym samym siłę stojącą za wydarzeniami, w wyniku których wyrwany został z rutyny swojego krótkiego, na wzór wojskowy uporządkowanego życia i przewieziony tutaj, pozbawiony wszystkiego, co znał, do czego przywykł i z czym się zrósł. Naraziła ich wszystkich na niebezpieczeństwo upadku planów układanych latami w sokolich gniazdach Szarej Twierdzy. Za coś takiego ćwiartowano żywcem i zrzucano członki z czterech stron wyspy, by nawet w grobie nie mogły połączyć się w całość! Gdyby to był ktoś inny, nie żyłby już!

 Hrabia z zaciśniętymi do bólu szczękami nie czuł nic poza wiatrem przebijającym mu głowę na wylot szarpiącym szeptem: „Vieel... Vieel... Vieel...” Ta, która dopuściła się zdrady nawet o tym nie wiedząc, stała przed nim żywa i spokojna. Ufna! Uzbrojona we własną bezkarność i jego miłość: teraźniejszą, przeplataną bólem i dawną niepomieszaną z niczym. Siostrzenica Księcia! Ostatnia kobieta z panującej linii Ker Korboti. Kobieta! - i właśnie dlatego nie można jej już wybaczyć jak dziecku. Poza tym jest potrzebna. Plany jego i Księcia wobec niej sięgały dalej niż jej życie. Plany omal nie zniszczone przez nią. Jednym ruchem! "Głupiec! Jakim głupcem byłem, durniem, okrutnikiem! Gdybym powiedział jej cokolwiek, uprzedził, ostrzegł!" Vaasterynk wył w środku miotając się pomiędzy tym, czego nie zrobił i tym, co zrobić musiał. Ból zamienił się w chłód, hrabia zadrżał. Nie! Nie wolno mu było nic jej mówić. Było to takim samym elementem gry, jak wszystko inne. Miała odegrać swoją rolę nieświadoma niczego, lekko i naturalnie. I on, jej ojciec, zgodził się na to! Dopuścił do tego i poświęcił ją tak, jak stała: błękitno-stalową niewinną, rozpasaną młodość, patrzącą mu prosto w oczy, w chwili, gdy on natężał całą wolę, dumę, ambicję i żądzę władzy (a może tylko to???), by odbić oczekujące spojrzenie i nauczyć ją w kilku zdaniach nienawiści, obłudy, niewiary, hipokryzji. Wyłożyć, czym może być fanatyzm, powiedzieć, co jej przeznaczono i to, że widzą się najpewniej... ostatni raz! Vieel... Vieel... Hastraal... Córko... córeczko...

 Wyjący z bólu ojciec przymknął oczy. Kiedy je znowu otworzył był już spokojnym, znanym wszystkim na dworze i nie tylko Wielkim Szambelanem Księstwa, szanowanym i respektowanym hrabią Vaasterynk. Wyprostował się, odrywając od blatu zbielałe kostki dłoni, uśmiechnął się smutno i podszedł statecznym, pełnym swobody, charakterystycznym dla siebie krokiem do stojącej nieruchomo dziewczynki.

 - Musisz mnie wysłuchać, córeczko...

 Sposób w jaki wypowiedział to zdanie zaskoczył dziewczynkę tak, że aż drgnęła. Znała ten ton ciepły, serdeczny, ojcowski. Wielu go znało. Tak miał zwyczaj hrabia zwracać się do tych, na których został już wydany wyrok, a ponieważ zesłać kogoś na banicję było na Kerry rzeczą trudną, wtrącenie go do lochu i żywienie na wyspie, będącej i tak więzieniem, pozbawione większego sensu, wymiar kary pozostawał jeden. Czasami jedynie w przypływie dobrego humoru, hrabia pozwalał winowajcy wybrać jej rodzaj. Czasami nie. Coś większego niż smutek, coś martwego w gładkiej twarzy Vaasterynka przebiegło jej zimnym korowodem po plecach. "Szambelan Kerry" - pomyślała o nim, a słowa "ojciec", "tata" zamarły w niej, jakby niepewne, czy kiedykolwiek jeszcze po nie sięgnie.

 Żaden gniew, żadna furia i kara nie byłyby dla niej tak dziwne i nieznane jak ten blady uśmiech i chłód siedzący w oczach, takich samych jak jej, jedynych świadkach łączącego ich pokrewieństwa. Mróz pełznący po nogach aż do gardła, przykuł ją lodem do i tak zawsze zimnej granitowej posadzki.

 - Słucham cię, Panie.

 

 Link do XII wklejka "b" https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=10090&a

 

13560 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~saipwer
Kategoria: inne

Liczba wejść: 12

Folder: Armangyar
Dodano: 2022-01-14 22:27:46
Komentarze

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.