jasno ciemno
Iris Kleopatra, ksiądz i budyń

Pustostan

 Im mocniej zaciskam powieki, tym bardziej nie mogę zasnąć. Czy moja dusza odłącza się od ciała kiedy śpię? Gdzie ona wtedy jest? Gdzie jest mój umysł, moje myśli i cały ten lęk? Wyłapuję mikroskopijny ułamek sekundy tuż po przebudzeniu, kiedy czuję się lekko. I jeb! Przypominam sobie. To nie jest tak, że wydarzyło się nagle coś bardzo, bardzo złego i ciągle do tego wracam. To nie było takie proste. Raczej nagromadzenie, kumulacja, nawarstwienie. I ja pod stertą szmat. Nie. Ja jestem tą stertą szmat. A ten krótki przebłysk każdego ranka jest jak beztroska za pancerną szybą. Walę pięścią w szkło zalewając się łzami. Nie potrafię się złościć, mówić o tym, definiować. Tak okropnie się boję, że zwariuję. Nie chcę, żeby zamknęli mnie w jakimś strasznym miejscu. Mój pokój jest wystarczająco straszny. Bo ma ściany. I pieprzone drzwi balkonowe. Nie widziałam nocnego nieba od miesięcy. Dlaczego? W którym momencie świat przestał mnie ciekawić? Dlaczego nie zarejestrowałam momentu przełomowego? Boże, dlaczego nagle obudziłam się w równoległej rzeczywistości i budzę się w niej regularnie każdego ranka?

 

 Z mojego balkonu widać starą czereśnię. Wyczyniałyśmy cuda z kuzynkami, żeby dosięgnąć owoców. To był nasz problem życia. Dostać się do słodziutkich, pieprzonych czereśni, które zjadały ptaki, a nie my. Czy moja dusza podczas snu jest ptakiem? Czy ona szybuje? A co jeżeli nie wróci w porę w moje ciało? Obudzę się bez duszy? Znaczy... martwa. Czyli obudzę się gdzieś indziej. Gdzie!? Nie jestem gotowa umierać, nie jestem gotowa żyć. Świat jest Matrixem, a ja błędem. Pisklęciem ze zgniłego zarodka. Dlaczego wszyscy ludzie są przystosowani, a ja jestem inna? Co mi się stało? Kurwa mać, panie Boże, co mi się stało?!

 

 Przepraszam. Nie chce pogarszać sytuacji. Klnąć w modlitwie. Ale problem polega na tym, że nie wiem co zrobić, żeby zejść na dół i ugotować makaron z sosem. Mam tu takie tableteczki, które niby mają pomóc. Muszę coś z nimi zjeść. Muszę. Tylko, że mam kolejny problem. Kolejny do kolekcji. Bo one, kurwa, w ogóle nie działają! Kiedy one zadziałają? Dziś? Jutro? W tym tygodniu? Proszę, niech one w końcu zaczną działać, do chuja pana!

 

 Powinnam być z siebie dumna. Zjadłam makaron o smaku drewna. Wróciłam na łóżko. Patrzę na czereśnię. Zmierzcha. Jest mi lepiej. Niedługo zasnę. Położę się o dziewiętnastej. Nie będzie za wcześnie? Nie chcę obudzić się w nocy, ale już nie mogę. Ten dzień miał dwa miesiące. I jutrzejszy też będzie tak potwornie długi. Kiedy tabletki zaczną działać?

 

 Kurwa mać! Te tabletki już działają! Kurwa jego, pierdolona, mać! One działają. Tak powiedziała uśmiechnięta pani, w kolorowym pokoiku z wywieszką “psycholog, blabla, magister, blabla, dyplomowany blabla, windą do, kurwa, nieba”. Powiedziała, że działają. Boże, to w takim razie co by ze mną było, gdyby nie działały? Ona kazała mi pokazywać emocje. Mówi, że nie pokazuję żadnych. Emocje… dziwne słowo. Ale jak mam je pokazywać? Ja nie potrzebuję czegokolwiek pokazywać. To się pokazuje samo, przed moimi oczami, kiedy je zamykam. Przecież płaczę mamie w słuchawkę, wybucham gdy tylko słyszę jej głos. Mało? Płaczę kiedy moja dusza wraca na moment w nocy. W dzień nie płaczę, bo potem sinusoida lęków wykańcza mnie na kolejne dwa dni. I wtedy nie mogę zrealizować planu. Nie mogę wstać i zjeść. W sobotę pójdę do sklepu. Dam radę. Zaplanuję to. Trzysta metrów. Dałam radę do psychologa, autobusem, na siłę, to spróbuję wyjść znowu. Tylko, że do niej musiałam... Może muszę coś musieć? Ale nie za dużo! Jedną rzecz na kilka dni. Może mogłabym się jakoś zorganizować? A gdybym nałożyła tusz do rzęs? Nie malowałam się bardzo dawno. Tak. W sobotę będzie ważny dzień. Będę umalowana i zrobię zakupy. Słyszę żniwa za oknem. Słyszę śmiech dzieci sąsiadów grających w piłkę. Jest środek czerwca. Stracę to lato, trudno. Nie chcę niczego, poza dłuższym przebłyskiem beztroski rano. Gdyby on trwał godzinę byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Myślę o Auschwitz. Biedni ludzie. Myślę o hospicjach i psychiatrykach. Świat jest przerażający. A jeśli moja dusza wróci w nocy odmieniona i każe mi wyjść na balkon, a ja będę zbyt zaspana, żeby nad tym zapanować. A jeśli moja dusza nie wytrzyma tego ciężaru i znajdzie sposób na beztroskę. Na zawsze. Nie! W piekle musi być gorzej, nie chce tam trafić. Czy w czyśćcu ludzie czują się właśnie tak? Czy pragną kilku chwil bez mosiężnych myśli?

 

 Pani magister dyplomowana mówiła, że płacz to nie wszystko, że powinnam się złościć. Twierdzi, że mam prawo, że mam problemy, zbyt dużo problemów na mnie jedną i że to nie moja wina. Ale ja nie potrafię pokazywać gniewu. On jest gdzieś wewnątrz, gdzieś bardzo głęboko, otulony szczelnie bezradnością. Nie czuję go. Nie potrafię być zła. Próbowałam. Włączyłam dziś telewizor. Patrzyłam, ale nie widziałam. Słuchałam, ale nie słyszałam.

 

 Przyszedł huragan i urwał mi drzwi balkonowe. Nie wierzę. To się stało naprawdę. One są podwójne, wewnętrzne i zewnętrzne. Przyszła burza, nocą, spała u mnie babcia i to się stało koło pierwszej. Było ciemno i grzmiało, a ja musiałam stanąć na progu balkonu drugiego piętra, tak cholernie blisko tej przestrzeni. Te zewnętrzne drzwi się otworzyły z hukiem i gruchotnęły o mur, po czym wróciły na miejsce, uderzając o te drugie. I tak w kółko. One mają szyby. Przestraszyłam się, że je porozbija i cała burza wejdzie mi do pokoju. Co ja wtedy zrobię? Będzie mi tu padać i wiać... Wiedziałam, że coś z tymi drzwiami jest nie tak! Próbowałyśmy je zamknąć, ale nie udało się, więc związałyśmy klamki. Tłukło nimi już tylko tak trochę. Poszłam spać do drugiego pokoju. Jestem w szoku. Bo najdziwniejsze było to, że kiedy się z nimi szamotałyśmy, to na chwilę zapomniałam... Na krótki moment, taki jak rano, a jednak ciut dłuższy. Minimalnie dłuższy. Moją głowę zaabsorbowało rozwiązanie problemu drzwi. Namacalnego problemu. I teraz nawiedza mnie myśl, nieśmiała, obca, trudna, inna. Bo może to klucz? Te drzwi i podróż do psycholożki? Może naprawdę muszę coś... musieć? Może muszę rozwiązywać problemy? Pojedynczo. Jeden po drugim. Skupiać się na tym. Ha, ha. Idiotka. Ty idiotko! Słyszysz? Idiotko!!! Rozwiąż najpierw problem założenia spodni rano. Nienawidzę siebie. Nienawidzę ciebie, idiotko-marzycielko. Jesteś niczym. Motaniną myśli. Niezdolną do życia. Bezużytecznym obserwatorem. Mimozą bez energii. Plamą do sprania. Największym spośród kolekcji własnych problemów. Nikim i niczym. Błędem.

 

 Płacz usypia lepiej niż zaciskanie powiek na siłę.

 

 

 Babcia nocowała u mnie znowu. Mama jej coś powiedziała, że ze mną nie najlepiej, czy coś. Że jestem wariatką. Na pewno wszyscy tak myślą. Oni wiedzą, że już nic, nigdy ze mnie nie będzie. Że już zawsze będę planować czy pójść siku teraz, czy może jednak za chwilę. Moja babcia nie rozumie. Ona wstaje o piątej. Jest kochana, ale to inny świat. Świat bez takich zmartwień. Ale przecież ja nie powinnam się tak czuć. Ludzie, którzy sobie nie radzą popełniają samobójstwa, okaleczają się, mówią do siebie, krzyczą na ulicach, ranią innych, nie wiem co jeszcze, ale robią dziwne rzeczy i to się rzuca w oczy. A ja po prostu nie mogę się ruszać. I patrzeć w lustro. I przestać płakać. Nic więcej. Zewnętrznie nic więcej. No chyba, że ktoś wyłapie częstoskurcz lub duszności. Wszystko jest w środku. Jak ludzie czegoś nie widzą, to tego nie ma.

 

 W lustrze jest obca twarz, kurwa, nie znam tej twarzy, nie wiem kto to jest! Nie widzę niczego, gdy patrzę w lustrzane oczy. Nie mogę patrzeć w lustro. Jak ja nałożę tusz w sobotę? Po omacku? Odrzucam nurt myśli o dłoniach. Nie, że obce. Po prostu, ja chyba jestem zamknięta w pudełku z własnego ciała. Tak się czują kalecy? Mam zdrowe kończyny, bluźnię, przepraszam Panie Boże. U mnie jest jakoś odwrotnie. Kaleka dusza zamknięta w zdrowym ciele. Mówi mi ta baba z kolorowego pokoiku, że to normalna jednostka chorobowa, jak zapalenie płuc na przykład. Powtarza, że przejdzie. Kiedyś. Chyba. Nie mówi "chyba", ale widzę niepewność w jej oczach. Czuję to. Nie ma nic pewnego w moim życiu.

 

 Poczekam i przeczekam. Nie mam wyjścia. Dziś czuję się troszeczkę lepiej. Przyniosłam sobie kolację do pokoju, żeby nie musieć już wychodzić. Słuchałam jak babcia opowiada o warzywach. Mówiła, że wszystko ładnie obrodziło w tym roku. Cieszę się. Psycholożka wspominała o kontrolowaniu myśli. Trzeba je zatrzymywać, nie pozwalać im płynąć w dowolnym kierunku. Trudne. A emocje pokazywać. Jeszcze trudniejsze. Zaczęłam się złościć w głowie, po ciuchu. Na innych, nie na siebie. Czy to dobrze? A może jeszcze więcej pcham pod tą skorupę?

 

 Od dziś nie będę myśleć o ciele i duszy, ośrodkach dla chorych i świecie jako parszywym miejscu. Już prawie wrzesień. Zostało mało czasu, żeby się zebrać. Nie dam rady chyba. Patrzę w lustro na siłę. To przecież ty. Masz pieprzyk na policzku. Kurwa, twój pieprzyk? No, czyj? Masz zielone oczy. Twoje? Twoje! Kurwa. Powiedziałam to na głos! Ha, ha. Niekontrolowana emocja. Jeszcze raz, no, dawaj!

 — Kurwa.

 Brawo. Złościsz się. Jeszcze raz, szybciej, dynamiczniej, głośniej! Twoja twarz, twój pieprzyk, twoje dłonie!

 — Kurwa mać!

 Usłyszałam własny śmiech. Odbił się od ścian. Co cię denerwuje? Czego nie lubisz? Powiedz to! Głośno!

 — Zimna! Nienawidzę zimna!

 No i, kurwa, elegancko. Starczy na dziś. Jesteś najlepsza. Najlepsza! Uwierz w to, kurwa! Jutro zrobimy coś pożytecznego. Ja i ja. Ta, która leży i ta, która próbuje wstać. Razem rozwiążemy jakiś problem. Malutki, na początek. Wyszczotkujemy psa. Wstaniesz. Pies będzie się cieszył. Masz po co wstać, pamiętaj.

 

 Pamiętałam.

9551 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: wspomnienia

Liczba wejść: 22

Opis:

Dodano: 2019-08-12 15:31:00
Komentarze.
Czytałam, ale pamiętam, że emocjonalnie nie mogłam później przebrnąć. Pamiętam jednak, że to cholernie dobry tekst.
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Pamiętam Twój komentarz tam. No odkopuje tutaj troszkę staroci.
Czy dobry nie wiem, jak go czytam teleportuję
Pozdrówki
Odpowiedz
Jezu, jak to zamiata. Masakrax. (Czemu krótkie kreski?)
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Racja, zmieniam kreski. Ano odgrzebuję sobie różne takie
Dziękuję
Odpowiedz
*berkas 1 r.
Pięknie zawarte emocje, ciekawie się czytało. Trochę smutłem, psycholoszka lekko mnie bawi, ale w sumie nie wadziła za bardzo. Cały pierwszy akapit przypadł mi do gustu, może ten fragment najbardziej "Nie potrafię się złościć, mówić o tym, definiować. Tak okropnie się boję, że zwariuję. Nie chcę, żeby zamknęli mnie w jakimś strasznym miejscu. Mój pokój jest wystarczająco straszny. Bo ma ściany. I pieprzone drzwi balkonowe."
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Dziękuję pięknie, Berkas
Odpowiedz
Test bordowego paseczka
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Działa
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin