jasno ciemno
Nie odchodź za daleko

Nie odchodź za daleko – 1

 Nad ranem obudził mnie dźwięk zegara, wiszącego nad drzwiami, który w melodyjny sposób tykał swój rytm. Ten sielankowy poranek zaburzyła obecność kobiety w pokoju, która wygodnie siedziała z założoną nogą na nodze, na tapczanie przed telewizorem. Najpierw otępiony wzrok powędrował ku ekranowi, który w jaskrawych kolorach zmieniał obrazy w zastraszającym tempie. Pasma bieli, jaskrawość żółci i plam niebieskich. Porażona tym światłem, szybko zasłoniłam oczy. Kobieta nie zauważyła, że się obudziłam. Głowę miała lekko opuszczoną, oczy co jakiś czas otwierała, po czym wziąwszy głęboki oddech, ponownie zasypiała. Wyglądała, jakby przeżyła ciężką, długą noc.

 Coś było nie tak. Byłam za spokojna. Czułam to. Nie mogłam sobie przypomnieć, co to było. Myśli wędrowały coraz szybciej, napotykając niewidzialną barierę. To tak, jakby ktoś nagle pozamykał wszystkie drzwi, bym nie mogła się przez nie przedostać. Nie wiadomo skąd, ręce ze zdenerwowania drżały coraz bardziej. Ciało zaczęło się wić. Dostałam dreszcze. Gula w gardle ściskała tak mocno, że nie potrafiłam oddychać. Łzy spływały ciurkiem po policzkach. Złość wypełzła ze mnie, powodując kolejne, tym razem niepohamowane piski. Przebiłam się przez tę barierę, do której nie chciałam wracać, lecz zapomnieć o tym wszystkim! O tych snach, które kuły co noc, do tych wspomnień, raniących rozerwane serce. Zlękłam się, kiedy zobaczyłam, że nie widzę nigdzie siostry, a przecież wcześniej tu była.

 – Gdzie ona jest? Co jej zrobiliście? – wrzeszczałam. – Gdzie jest moja siostra? Ja chcę do mamy! – Po chwili dodałam: – Dlaczego mamusiu?

 Nikt nie był w stanie mi odpowiedzieć. "A może ktoś próbował?" Szepty podpowiadały mi po raz kolejny, abym nie dała się zwieść licznym, podstępnym głosom, dodając:

 – Zewnętrzny świat to tylko iluzja.

 Trwała nieskazitelna, mordercza cisza, która w końcu musiała się skończyć. Wstałam. Rozpacz była na granicy wszystkiego. Nie rozpoznawałam kształtów, kolorów, a strumień światła powoli gasnął. Przede mną rozprzestrzeniała się czarną otchłań. Niczym wyciągnięta dłoń, sięgała po duszę i ciało. Panikując, prawie wpadłam na jedną z niskich, nocnych półek. Chwilowe wytrącenie z równowagi wcale nie sprawiło, że się uspokoiłam. Dodatkowy ból pulsował w rytmie bicia serca. Nie przestawałam głośno jęczeć. Wręcz chciałam więcej, mocniej się wyżyć. Chwyciłam się za włosy i zaczęłam je mocno ciągnąć. W tym stanie nikt nie potrafił nade mną zapanować.

 Tego nie dało się opisać. Był to dzień, kiedy dziecko traciło to, co najdroższe – mamę i tatę. Odtąd obcy ludzie mieli być naszą drugą rodziną. Zabrali nas i żadna z nas nie mogła odpowiedzieć sobie w myślach na proste pytanie: "Czy wrócimy kiedyś do domu?"

 ∞

 Kobieta od razu wstała na równe nogi. Teraz twarz wykrzywiła się w nieprzyjemny grymas. Nie mogłam się jej porządnie przyjrzeć, gdyż ciągle przecierałam oczy od płaczu, które strasznie szczypały. Troszkę się zlękłam, gdy energicznym krokiem się przybliżyła. Odsunęłam się na dwa kroki w bok, po czym bardzo gwałtownie, wręcz z histerycznym śmiechem wrzeszczałam dalej.

 – Gdzie jest moja mama? Ja nie chcę tu być! Chcę do mamy! – wydzierając się, ile wlezie, drżącymi dłońmi zaczęłam uderzać kobietę. Nie radząc sobie ze mną, desperacko rozłożyła ręce, w końcu się cofnęła.

 – Dziecko, przecież nic złego się nie dzieje. – Zaniepokojonym głosem przemówiła. – Uspokój się, no już. – Kręciłam głową w zaprzeczeniu, nie miałam zamiaru jej słuchać. Chyba zdawała sobie, że nie będzie łatwo. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze. Z determinacją wypisaną na twarzy, jakby tym samym chciała powiedzieć, że jeszcze się nie poddała, zrobiła kilka kroków w przód. Przytrzymała mnie tak, abym nie mogła się poruszyć. – W tej chwili masz się uspokoić! – Łagodność pękła, jak mydlana bańka, ukazując tym samym jej prawdziwe oblicze.

 – Niech pani mnie zostawi. Ałć, zostaw... Co pani mi robi! – Czułam, jak jej silne dłonie, choć drobne, trzymały i paznokciami wdzierały się w nadgarstki. – To boli. Boli! – powtarzałam. – Pani robi mi krzywdę. Nie chcę tu być! – wołałam, ile mogłam, ale nie posłuchała.

 Po chwili do pokoju wbiegł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Szybko odwróciłam się w tamtym kierunku. Kiedy zobaczył, że jego partnerka siłuje się ze mną, od razu zareagował.

 – Odsuń się Beata.

 Wreszcie mogłam wymasować zdrętwiałe dłonie uwolnione od ucisku. Były zaczerwienione, nadal odczuwałam pieczenie i swędzenie w tym miejscu. Zdarty naskórek przez wbijające się paznokcie, niemiłosiernie szczypał. Przeraziłam się, gdy tylko wzrokiem powędrowałam w górę. To była sekunda. Nawet nie mrugnęłam. Uderzenie, niczym pocisk twardej dłoni znalazł się na policzku przez krótką chwilę, tłumiąc tym samym mój płacz. Z piskiem, upadłam na dywan.

 – Ty... ty mała gówniaro – ciągnął. – Nie rób cyrków. Od dziś mieszkasz tu, w tym oto pokoju i jak nie będziesz przestrzegać naszych zasad, czeka cię kara, czy my się rozumiemy? – Mężczyzna mówił podniesionym głosem i bardzo poważnie, jego postawa była stanowcza. Rozłożył szeroko ręce i energicznie nimi wymachiwał. Wciąż czułam ból i to na nim się skupiłam.

 – Boli – jęczałam. – To naprawdę boli. – Tym razem mówiłam ciszej. Cierpienie ciągnęło się dalej. Zastanawiałam się, za ile minut ponownie oberwę.

 Nagle za kobietą zobaczyłam siostrę. Wyglądała lepiej niż ja, choć jej oczy były tak samo czerwone, jak moje. Cały czas tu była? Nie widziałam przecież, aby weszła tu wraz z mężczyzną.

 – Aga, uspokój się wreszcie! – przemówiła do mnie spokojnym głosem, sprawiając, że jeszcze bardziej byłam na nią zła. "Jak może być taka spokojna? Przecież zostałyśmy same, nie mamy już nikogo." Nie dałam za wygraną.

 – Przestań... – Zacisnęłam mocno zęby, gdyż kolejne krople płaczu nadchodziły. – Co ty wygadujesz? Niby jak mam się uspokoić? Ja chcę do mamy! Chcę do mamusi!!

 Pragnęłam jej ciepłych dłoni, delikatnego pocałunku na czole, który składała nam co wieczór, przykrywając kołdrą i szepcząc do ucha – "śpij moja maleńka kruszynko". – Tego w tej chwili pragnęłam oraz bym mogła się wtulić i poczuć, jak bardzo mnie kocha. Na twarzy siostry o dziwo tak podobnej do mojej, zawitał grymas bólu. Wtedy zrozumiałam, że też cierpiała, tylko wewnątrz, tłumiąc emocje, ile tylko się dało. Ja tak nie potrafiłam. To było zbyt głębokie, bym mogła zdusić to w sobie, zatrzymać, a może nawet odpędzić jak najdalej i zapomnieć. Tym się różniłyśmy jak zawsze zresztą, woda i ogień to mało powiedziane.

 – Zostańcie w pokoju i rozpakujcie swoje rzeczy. – Kobieta wskazała na dwie skromne torby znajdujące się w kącie, blisko biurka. – Zejdźcie następnie na dół, do kuchni na posiłek. Jeszcze jedna sprawa. Od dziś macie do nas mówić ciocia i wujek. To tyle. Tadeusz? – Spojrzała na wciąż czerwonego partnera i ruchem dłoni wskazała drzwi, tym samym mówiąc, że wychodzą. Jej oczy pełne złości nie mogłam wyrzucić z pamięci.

 Tego dnia zrozumiałam jedno. Coś takiego jak przeznaczenie, nad którym nikt nigdy nie zapanował i nie zapanuje, właśnie rozpoczęło swój bieg, prowadząc mnie donikąd.

 ∞

 – To nie musiało się tak skończyć – mówię do siostry podczas rozpakowywania naszych rzeczy do jednej z półek, będąca cała w kolorze czerni. Przybliżając się, ukazywała cienką już warstwę kurzu. Magda nadal milczała. – Co teraz zrobimy? No powiesz coś czy nie?

 – A mamy jakieś inne wyjście? – Oskarżycielskim tonem odpowiedziała. Chciała coś dodać, ale wiedziała, że nie było sensu. Zdecydowanie należałam do osób bardzo upartych. Nie pozostało już nic, może poza odrobiną nadziei na to, że powrócimy do własnego domu, do mamy i taty. Obie bałyśmy się, ale przecież małe dzieci pomimo tęsknoty, szybko przystosowywały się do otoczenia, prawda? A może to my byłyśmy inne. Może to ze mną było coś nie tak.

 Schodząc na posiłek, powitała nas kucharka Ewa, która uśmiechnęła się szeroko.

 – Cześć dzieciaki. Na co macie ochotę? – Trochę skrępowane nową osobą, milczałyśmy. – To wiem, zrobię wam tosty. Chwileczka – dodała jakby do siebie.

 Nie widząc nigdzie opiekunów, odetchnęłam z ulgą. Nie miałam ochoty widzieć ich ponownie, chociaż wiedziałam, że prędzej czy później dojdzie do spotkania. Było to nieuniknione, skoro miałyśmy tu zamieszkać.

 W końcu mogłam na spokojnie przyjrzeć się kobiecie, która teraz zabierała się za wkładanie chleba do tostera. Była tym tak pochłonięta, że nie zwracała na nas żadnej uwagi. Przy tym, od czasu do czasu, marszczyła lekko brwi, aczkolwiek po chwili ten obraz na twarzy znikał i zatracała się w nieznanej mi melodii. Ubrana we wzorzysty fartuch sięgający do kolan, dodatkowo owinięta w pasie zielonym paskiem, jakby chciała podkreślić dość obfitych kształtów sylwetkę. Kolory rzucały się w oczy, ale chyba najbardziej jej czerwone włosy, które w odbiciu promieni słonecznych, mieniły się na różne, ciepłe odcienie. Wydawała się na sympatyczną osobę, tym samym potwierdzając, że się nie myliłam.

 – Mam nadzieję, że będzie wam smakować. Smacznego. – Podała każdej z osobna talerz, na którym znajdowały się rzecz jasna tosty posmarowane (grubą!) warstwą czekolady. Odpowiedziałyśmy po cichu: "Smacznego". Sięgnęłam po pierwszą z brzegu kanapkę i obie wcinałyśmy, że aż się uszy trzęsły, bo byłyśmy naprawdę głodne.

 

9278 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~tanaris
Kategoria: wspomnienia

Liczba wejść: 16

Opis:

Dodano: 2020-08-21 13:29:31
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin