online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Drabbowa niemoc
<
TW#1 – Dziad spełniony
>

Opis:

Dla nieznających języka hiszpańskiego (jak ja) polecam współpracę z tłumaczem google. Krytyko, spływaj!

TW#2 – Fiesta de despedida

 Postać: Astronauta

 Zdarzenie: Statek Widmo

 Efekt: Zainspiruj się kulturą Meksyku.

 

 

  Ziemia wyglądała pięknie i majestatycznie. Widok na wpół zacienionego globu potrafił zachwycić. Odcienie zieleni i żółci kontrastowały z ogromnymi połaciami niebieskiego. A wszystko to zwieńczone było białymi, rozsianymi w nieładzie strzępami chmur.

  Martin popatrzył jeszcze przez chwilę na planetę-matkę i ciężko westchnął. Odszedł od niewielkiego okienka i skierował swe kroki do pomieszczenia sterowniczego, by sprawdzić, czy robot naprawczy zdołał już przywrócić zasilanie modułu komunikacyjnego. W czarnych ekranach monitorów zobaczył jedynie odbicie swojej zmęczonej twarzy. System działał w trybie awaryjnym, dzięki czemu możliwe było sterowanie poszczególnymi mniejszymi układami, na przykład tymi odpowiedzialnymi za otwieranie i zamykanie śluz. Na szczęście działał też system odpowiedzialny za wyrównywanie ciśnienia wewnątrz stacji. Tylko tyle albo aż tyle. Jedyne co Martin mógł teraz zrobić, to uzbroić się w cierpliwość.

  Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było zostanie astronautą. Dziecięce marzenia mają jednak to do siebie, że często są bardzo ambitne, wręcz nieosiągalne. Najczęściej zdarza się, że z czasem bledną, kruszą się i ostatecznie ustępują miejsca tym bardziej realnym, samemu pozostając tylko niewyraźnym odbiciem dziecięcej fantazji. Z marzeniem Martina było inaczej. Owszem, jego plany i zamierzenia zmieniały się regularnie, ale fascynacja kosmosem przez cały czas tkwiła gdzieś w świadomości małego chłopca i razem z nim dojrzewała. Po latach nauki i kurczowego trzymania się swoich zamierzeń, pragnienie dziecka urzeczywistniło się, a on sam w pewnym momencie znalazł się w rakiecie, która miała dostarczyć go na stację kosmiczną. Cel został osiągnięty, a Martin od tej pory regularnie latał na ASS „Melior” jako inżynier pokładowy.

  ASS, czyli Adams Space Station w odróżnieniu od Międzynarodowej ISS, była projektem prywatnym. Jej budowę sfinansował Bryan Adams, naukowiec, wizjoner, a przede wszystkim miliarder. Był on na tyle niezadowolony ze stanu badań nad kosmosem, że postanowił zaangażować się w sprawę osobiście, inwestując w przedsięwzięcie ciężkie pieniądze. Bryan doskonale zdawał sobie sprawę, że stacja ze względu na swoją nazwę stanie się obiektem kpin, jednak nic sobie z tego nie robił. Wiedział, że projekt obroni się sam. Tak naprawdę to Adams zawsze lubił iść pod prąd i prowokować. Zatem żarty o tym, jak to ASS „zamiast badać czarne dziury, wyląduje w czarnej dupie”, albo że „gówno zdziała” w ogóle nie robiły na nim wrażenia, ba, bawiło go to, z jaką zaciekłością ludzie potrafili szydzić z jego przedsięwzięcia, samemu tylko pierdząc w stołki i wegetując z dnia na dzień.

  Kiedy wiek pana Adamsa uniemożliwił mu aktywne uczestnictwo w projekcie, firmę przejął jego syn, Dennis, który to ostatecznie docenił upór i umiejętności ambitnego Martina Clarensa zatrudniając go jako inżyniera na nowo otwartej, pachnącej świeżością stacji ASS. Niestety, następca szanowanego pana Bryana nie był tak zdolny jak jego rodzic, nie miał też jego wyczucia i intuicji. Utopił miliony dolarów w chybionych inwestycjach, a firma założona przez jego ojca podupadła zarówno finansowo, jak i pod względem szacunku i wiarygodności. Dennis, zauważywszy problemy przedsiębiorstwa, zaczął oszczędzać i na pewne rzeczy przymykał oko. I właśnie to w końcu się zemściło, ale nie tylko na nim samym i rodzinnej firmie. Ugodziło również bezpośrednio w załogę, z której prawdopodobnie tylko Martin pozostał przy życiu. A i w kwestii tego, czy astronaucie uda się ten stan utrzymać, a jeśli tak to na jak długo, również nie można było mieć pewności.

  Oprócz niego i Patricka Michalsky'ego na stacji w chwili zderzenia był jeszcze Ben Ishimura. Pozostał on jednak w drugiej części stacji i Martin nie miał możliwości dowiedzieć się, czy jego kolega żyje – przecież nieszczęsna komunikacja nie działała.

  Astronauta po raz kolejny podszedł do monitora i postukał w klawisze. Nadal nic. Chociaż w sumie nie powinno go to dziwić. Stacja mocno oberwała. Kto by pomyślał, że kosmiczne śmieci krążące wokół Ziemi mogą poczynić takie szkody? Chyba wszyscy tylko nie cholerny, pazerny Dennis Adams! Gdyby zarządził wymianę wadliwego systemu, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, a stacja nie zostałaby rozerwana na pół. Pieprzony chytrus, teraz się to na nim zemści. Szkoda, że przy okazji mści się też na pracujących dla niego astronautach.

  Martin po raz kolejny przeanalizował w myślach sytuację i po raz kolejny ogarnęła go złość. Pieprzony Adams.

  Zakręciło mu się w głowie tak, że musiał usiąść. Uszkodzenie skafandra zrobiło swoje. Niedotlenienie sprawiało, że trudno było mu skupić myśli. Silny stres i wizja zamarznięcia w głuchej przestrzeni kosmicznej również nie pomagały i panika niespiesznie, cienkimi mackami oplatała Martina. On jednak wytrwale walczył, by się jej nie poddać.

  Odłamki, które z ogromną prędkością uderzyły w stację, spowodowały, że została rozdzielona na dwie części. On i kolega z załogi, Patrick Michalsky byli akurat poza ASS „Melior” i zajmowali się korygowaniem ustawienia paneli słonecznych. Michalsky został trafiony w hełm, a kawałek pędzącego przez przestrzeń kosmiczną śmiecia uderzył w niego z taką siłą, że zerwała się lina łącząca astronautę ze stacją, a on sam został wypchnięty daleko poza jej zasięg. Martin wiedział, że dla Patricka nie było ratunku. Sam dostał w nogę jednym z odłamków, a przez dziurę w jego skafandrze błyskawicznie uszło powietrze. Gdy jakimś cudem wciągnął się do śluzy i ręcznie zamykał właz, już miał ciemno przed oczami. Szczęśliwie, zemdlał tuż po tym, jak w statku wyrównało się ciśnienie.

  Gdy się ocknął, bolała go głowa, a z nosa sączyła mu się krew. Doczołgał się do centrum dowodzenia, ściągnął przedziurawiony skafander i dopiero wtedy zaczął uświadamiać sobie, co się właściwie stało.

  Rój kosmicznych śmieci uderzył w stację. Przestarzałe czujniki nie zdążyły lub zwyczajnie nie poradziły sobie z wychwyceniem zagrożenia, nie dało się więc w żaden sposób zaradzić tragedii. Część stacji, w której znajdował się Martin, mieściła w sumie tylko centrum dowodzenia i niewielkie pomieszczenie techniczne, zapasy pożywienia i zbiorniki tlenu pozostały w drugiej, oddzielonej części statku. To cud, że śluza nie ucierpiała i można było ją zamknąć – inaczej astronauta już byłby trupem.

  Panele słoneczne, które prawie wszystkie zostały rozbite w drobny mak przez dryfujące odłamki, nie dostarczały już wystarczającej ilości energii, toteż stacja, a raczej ten jej kawałek, w którym znajdował się Martin, ciągnęła tylko na zasilaniu awaryjnym. Wprawdzie robot naprawczy starał się jak mógł, żeby przekierować energię z innych układów i przywrócić do życia chociaż moduł komunikacyjny, ale ocalały mężczyzna obawiał się, że wysiłki maszyny spełzną na niczym.

  Nagle z okolic śluzy dotarł do jego uszu trzask, po którym słychać było cichy, jednostajny syk. Martin wstał i zataczając się, podążył w kierunku źródła dźwięku. Jeden z przewodów, którym rozprowadzane było chłodziwo, pękł i teraz wydobywał się z niego gaz. „Niedobrze” – pomyślał astronauta. Wiedział doskonale, że substancja nie jest przeznaczona do wdychania i że należy niezwłocznie uszczelnić przewód. Odwrócił się i najszybciej jak mógł, ruszył do pomieszczenia technicznego po niezbędne narzędzia. Po kilku krokach poczuł silne zawroty głowy, a w oczach mu pociemniało. Zatoczył się i upadł, tracąc kontakt z rzeczywistością.

  Gdy się ocknął, dobrą chwilę zajęło mu zorientowanie się w sytuacji. Rozejrzał się dookoła. Leżał na podłodze centrum dowodzenia ASS. Oświetlenie awaryjne roztaczało blade światło, a monitory nadal straszyły czarnymi ekranami. Martin ostrożnie się podniósł. Kręciło mu się w głowie, usiadł więc pod ścianą przy niewielkim okienku, przez które wcześniej wyglądał i próbował odzyskać pełnię władzy nad ciałem.

  W pewnej chwili uświadomił sobie, że coś słyszy. Jakby... melodię? Było to o tyle dziwne, że na stacji, a przynajmniej w tej jej części nie było żadnych urządzeń, które mogłyby odtwarzać muzykę. Martin uznał, że to jego wyobraźnia płata mu figle. Postanowił się podnieść i ruszyć w końcu do pomieszczenia technicznego. Z przewodu przy śluzie nadal z sykiem wydostawał się gaz, trzeba było to naprawić.

  Wtem znów usłyszał muzykę, tym razem nie miał wątpliwości. Ale jak, skąd?! Znajoma melodia grała coraz głośniej i dobiegała jakby... niemożliwe! Zdawało się, że dobiega spoza stacji!

  Martin wyjrzał przez okienko i znieruchomiał. Nie wiedział jak się zachować, co zrobić. W polu widzenia zobaczył coś, czego zdecydowanie nie powinno tam być. Przez czarną przestrzeń w jego kierunku sunął statek kosmiczny w kształcie... meksykańskiego sombrero. Jasny, połyskujący na złoto kadłub w kształcie zaokrąglonego na górze stożka wyrastał znad szerokiego, obracającego się wokół własnej osi ronda. Z jego krawędzi na wzór pomponów zwisały okrągłe, kolorowe czujniki. Na burcie wehikułu widniał napis „Cuatro Jinetes”.

  – Co jest, do cholery... - powiedział niemal bezgłośnie osłupiały Martin, nie odklejając wzroku od kosmicznego kapelusza, który w takt coraz wyraźniej słyszalnej „La Cucarachy” zbliżał się do śluzy ASS. Wyglądał, jakby zaraz miał dokować.

  Stacją zatrzęsło i rozległ się dźwięk otwieranego włazu, a zesztywniały ze strachu i zaskoczenia astronauta zdołał tylko obrócić się w kierunku źródła dźwięku. Na nic innego nie był w stanie się porwać.

  – Halo, jest tu kto? Caramba! Chyba nikt nie przetrwał – rozbrzmiał męski, chropowaty głos.

  – Czekaj, Guerra, nie bądź taki niecierpliwy, rozejrzyjmy się w spokoju – odpowiedział głos kobiety.

  Nagle zza zakrętu wyłoniła się trójka przybyszów. Martin najpierw zwrócił uwagę na barczystego mężczyznę ubranego na czarno. Rozpięta koszula prezentowała umięśniony, pokryty bliznami tors. Na plecach gość miał zawieszony futerał na gitarę. Za nim szła szczupła, drobna kobieta, ubrana w długą kolorową suknię w stylu hiszpańskim. Była blada, miała zaczerwieniony nos i szkliste oczy, a w dłoni trzymała pomiętą chusteczkę. Trzeci przybysz wytoczył się zza zakrętu na samym końcu. Również wyglądał na bardzo szczupłego, a swoją mizerną budowę chciał chyba zamaskować pod obszernym, wzorzystym poncho. W dłoni trzymał miseczkę nachosów, które jeden za drugim znikały w jego usmarowanych salsą ustach.

  – Widzisz, mówiłam ci, że kogoś znajdziemy! – wykrzyknęła z uśmiechem kobieta, patrząc na Martina. – A ty mógłbyś przestać żreć, trochę kultury! – ofuknęła chuderlawego towarzysza, piorunując go wzrokiem.

  Astronauta stał bez ruchu i z szeroko otwartymi oczami obserwował rozwój wydarzeń.

  – Ach, gdzie nasze maniery! – znów odezwała się kobieta. – Jestem Pestilencia, ten pan z gitarą to Guerra, a obżartuch ma na imię Hambre. Ty jesteś Martin, zgadza się?

  Astronauta skinął tylko delikatnie głową. Jeszcze nie otrząsnął się z szoku.

  – No, nieźle was tu poharatało! – rzucił Guerra, ściskając mocno dłoń Martina. Ale dałeś radę, przeżyłeś. Zuch chłopak!

  – Przybyliśmy na pomoc – rzekła Pestilencia.

  – Zabieramy cię z tego wraku – dodał Hambre, plując na wpół przeżutymi nachosami.

  – Ale jak to? Dokąd? – wykrztusił Martin, który niewyobrażalnym wysiłkiem całego ciała przełamał wreszcie blokującą go niemoc.

  – Na razie na nasz statek. A potem się zobaczy. Prawda, że ma swój urok? – zapytał Guerra, patrząc z dumą przez okienko na kosmiczne sombrero. – A ty wyluzuj, amigo! Już wszystko będzie dobrze.

  – Trzeba go trochę rozluźnić. Zagraj coś! – zaproponowała entuzjastycznie Pestilencia.

  – Mówisz, masz!

  Ubrany na czarno mężczyzna ściągnął z pleców futerał, wydobył z niego gitarę i już po chwili wnętrze ASS „Melior” wypełniło się dźwiękami piosenki „Cancion del Mariachi”.

  Martin jeszcze przez chwilę usiłował logicznie wytłumaczyć sobie wydarzenia ostatnich minut, ale nie potrafił. Postanowił się poddać i popłynąć z prądem. W końcu spotkanie z tak kolorową kompanią zdarza się raz w życiu.

  Już po chwili jego stopa zaczęła postukiwać w posadzkę w rytm granej przez Guerrę melodii. Astronauta uśmiechnął się i z fascynacją patrzył na tańczącą Pestilencię i podrygującego Hambre, który nawet na czas pląsów nie rozstawał się z miseczką nachosów. Martin był tak zaabsorbowany surrealistyczną sceną, że nie zauważył, jak zmartwychwstają monitory i sprzęt pokładowy, a w rogu pomieszczenia zapala się dioda na kamerze kontrolnej.

  – Ole! Dawaj piniatę, Hambre, niech pan Martin sobie ulży!

  Chudzielec ochoczo skinął głową i pobiegł w kierunku śluzy. Za chwilę był już z powrotem i wieszał pod sufitem żółto-fioletową kartonową podobiznę osiołka.

  Martinowi coś nie pasowało. Rozejrzał się i zorientował, że nie jest już w nieciekawym pomieszczeniu centrum dowodzenia stacji ASS „Melior”. Znajdował się w zupełnie białej, przestronnej sali, a wokół niego sypało się konfetti.

  – Chwyć ten kij, amigo! Roztrzaskaj piniatę! – zachęcał Guerra, który zbliżał się już do gitarowego solo.

  Martin poderwał się na równe nogi. Czuł, że odzyskał pełnię sił, a po jego stresie nie było już śladu. Podbiegł do opartego o ścianę kija, chwycił go i zamachnął się na kolorowego osiołka. Astronauta, śmiejąc się radośnie, raz po raz uderzał w kartonową figurkę, a dookoła niego sypały się strzępy bibuły i słodycze. Skończył dopiero wtedy, gdy pod sufitem został już tylko kawałek sznurka.

  – Świetnie, Martinie! – dopingowała Pestilencia, co chwilę wysiąkując nos w chustkę.

  – Brawo, brawo! – wtórował jej Hambre z pełnymi ustami.

  – Dobrze! – krzyknął Guerra, gdy wybrzmiał ostatni akord. – Czas na nas! Chodź, amigo, poznasz naszą towarzyszkę.

  – Jaką towarzyszkę?

  – Piękną pannę Muerte! Czeka na statku, już pewnie wszystko przygotowała. Jestem przekonana, że nie może się doczekać, by cię poznać! – mówiła Pestilencia z przejęciem.

  – Mnie? – pytał na wpół oszołomiony Martin.

  – No a kogo niby?! – zawołał Hambre i uśmiechnął się tajemniczo. – Coś czuję, że będziecie się mieć ku sobie!

  – To na co czekamy? Prowadźcie!

  Martin nie mógł uwierzyć, że spotkało go takie szczęście. Chwilę temu ledwie uniknął tragicznej śmierci w kosmicznej katastrofie. Teraz wraz z wesołą kompanią kierował się na latające sombrero, by poznać piękną panią Muerte! „Warto było zostać astronautą, by doczekać takiej chwili!” – myślał Martin, podążając za trójką nowych znajomych do zapraszająco otwartej śluzy.

 

 

 

 * * *

 

 

  W centrum kontrolnym na Ziemi zawrzało.

  – Panie Harden, mamy wizję! Zasilanie wróciło!

  Siwowłosy mężczyzna z wiecznie zmarszczonym czołem podbiegł do siedzącego przed monitorem technika. Panujące w rozległym pomieszczeniu napięcie było wręcz namacalne.

  – Wreszcie! Próbowałeś się skontaktować z „Meliorem”?

  – Dopiero co uzyskaliśmy łączność, ale działa tylko kamera w centrum dowodzenia. Obraz z pozostałych jest niedostępny.

  – Dobra, Mark. Ważne, że jest cokolwiek. – Harden otarł pot z czoła, wpatrując się w czarno-biały obraz na monitorze. – Martin Clarens żyje, Boże, jak dobrze. Ale... co on robi?

  – Nie wiem, proszę pana. Wygląda, jakby podrygiwał do muzyki.

  – Nie gadaj bzdur, Mark – zrugał technika przełożony. – Może nas usłyszeć?

  – Nie sądzę, ale powinniśmy być w stanie się komunikować tekstowo. Musi tylko spojrzeć na monitor.

  – Bądź w gotowości. Idę zadzwonić do Adamsa – rzucił Harden, odchodząc.

  Widoczny na monitorze astronauta podbiegł do pomieszczenia technicznego i chwycił długi, metalowy klucz.

  – Panie Harden! – krzyknął Mark, jeszcze zanim siwy mężczyzna opuścił centrum kontrolne. – Coś się dzieje!

  Harden z telefonem w dłoni ponownie pojawił się przy stanowisku.

  – O co chodzi?

  – Clarens wziął klucz do śrub i chyba... – Technik wpatrywał się w ekran z otwartymi ustami. – Tak. Rozbija nim monitory i urządzenia pokładowe.

  – Co on, kurwa, wyczynia?! Czy nie wie, że sam teraz kopie sobie grób? – pytał Harden z oburzeniem. Jednak zarówno on, jak i siedzący obok Mark wiedzieli, że są to pytania retoryczne.

  – Wygląda, jakby z kimś rozmawiał, proszę pana.

  – Przecież nikogo tam nie ma, co się dzieje, do cholery?!

  Obydwaj obserwowali, jak człowiek na monitorze odrzuca klucz i kieruje się do zamkniętej śluzy.

  – A teraz co wymyślił?

  – Nie mam pojęcia, proszę pana.

  Astronauta podszedł do modułu sterowniczego, odpowiedzialnego za ręczne otwieranie śluzy i zaczął przy nim manipulować.

  – Nie chce chyba... – Harden nie dokończył.

  Razem z Markiem w pełnym napięcia milczeniu obserwowali, jak Martin Clarens ręcznie otwiera właz i zostaje dosłownie wyssany ze stacji kosmicznej w zimną próżnię.

  Harden długo wpatrywał się w monitor.

  – Chyba trzeba... – zaczął po ciągnącej się w nieskończoność chwili milczenia technik, ale przełożony uciszył go gestem.

  – Ja się tym zajmę. Pan Dennis, cholerny, Adams musi się szykować na kolejną burzę.

16971 zzs

Liczba ocen: 3
78%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 161

Dodano: 2020-09-15 10:46:20
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
TreningWyobrazni A dzień dobry
Odpowiedz
~oko 1 r.
kapitanie - na którym okręcie stacjonowałeś?
nie zapytam o przekąski, bo w zęby się nie zagląda.
ciekawy pomysł. prywatna inicjatywa, kontra moloch. szkoda, że moloch zwycięża.
Odpowiedz
oko problem w tym, że jeszcze na żadnym, czekam aż trafi się idealny szlup czy inny szkuner.
Czemu o przekąski, panie Oko, bo nie załapałem?
Dziękuję za wizytę i mam nadzieję, że nie była ona stratą czasu
Odpowiedz
~oko 1 r.
CptUgluk te wtręty dotyczące jedzenia. piniata i takie tam "meksykanizmy" związane z zadaniem do wykonania.
Odpowiedz
oko okej, pojmuję. W każdym razie ja o przekąskach chętnie rozmawiam, jako że przekąszanie jest jednym z moich zainteresowań.
Odpowiedz
~oko 1 r.
CptUgluk przekąska wymaga czegoś w płynie. żeby w gardle nie zaschło. a wiadomo - po pierwszym się nie zakąsza
Odpowiedz
oko tak, płyn jest w procesie przekąszania niezwykle istotny. Ale różnie bywa, czasem trzeba zakąszać podczas przyjmowania płynów, a czasem po prostu popijać pochłaniane przekąski. Zależy od indywidualnych preferencji.
Odpowiedz
~oko 1 r.
CptUgluk cóż. można polemizować, ale bez płynów trudniej przetrwać niż bez paszy. a popijać można co bardziej pikantną myśl.
Odpowiedz
oko nie można się nie zgodzić. Pikantne myśli, zgodnie z zasadą "ogień zwalczać ogniem", najlepiej neutralizować odpowiednio pikantnymi napojami. Tak myślę
Odpowiedz
~oko 1 r.
CptUgluk a najgorsze, jak zwykle, są poranki
Odpowiedz
Nadmienię tylko:
"cichy trzask, po którym słychać było cichy" - cichych tu trochę nadmiar;
"kieruje (się) do zamkniętej śluzy";
Ależ świetnie wybrnąłeś z efektu i połączyłeś go z resztą zestawu, do tego te hiszpańskie akcenty miodzio, no i nawet zmieściłeś wszystkich jeźdźców apokalipsy! Dobrze się bawiłam przy tym tekście, pomysł fajnie zakręcony.
Odpowiedz
alfonsyna żesz kurna, nie mam pojęcia jak te błędy się przekradają! Dzięki za zwrócenie uwagi, nareperuję to.
Dziękuję pięknie za opinię i dobre słowo. To, że się dobrze bawiłaś przy tekście przyjmuję jako największy komplement

Odpowiedz
"Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było zostanie astronautą." - Od zawsze fascynował go kosmos, od zawsze jego marzeniem było[,] zostanie astronautą.
"On jednak walczył z nią na tyle, na ile potrafił." - "na ile" do zmiany

Widać wyobraźnię i polot, bardzo sprawnie uporałeś się z zestawem. Momentami miałam wrażenie, że masz delikatną tendencję do upychania takich ozdobników, gdzie brzmiały troszkę nienaturalnie, ale to tylko na początku i to również moje osobiste odczucie. Natomiast samo opowiadanie czyta się przyjemnie

Pozdrówki

Odpowiedz
Adelajda dzięki za odwiedziny niby wiem, że to "na ile" jest nieeleganckie, ale często nie mogę znaleźć nic lepszego w jego miejsce. Dzięki za sugestię, będę bardziej zwracał na to uwagę.
Osobiste odczucia są nie mniej ważne, niż nieosobiste a czy możesz mi podać przykład takiego niepotrzebnego Twoim zdaniem ozdobnika? Będę mógł się skuteczniej ustosunkować do sprawy.
Pozdrawiam!
Odpowiedz
"Odcienie zieleni i żółci kontrastowały z ogromnymi połaciami niebieskiego. A wszystko to zwieńczone było białymi, rozsianymi w nieładzie strzępami chmur." - tak jakbyś chciał wszystko już, no ale może tylko moje głupie odczucie
Odpowiedz
Adelajda Dzięki. Czasem może rzeczywiście staram się upiększyć jakieś zdanie, bo wydaje mi się ono zbyt mdłe, płaskie. Tak prawdę mówiąc, to ten fragment i tak został okrojony, bo wcześniej był wręcz przekombinowany :P
Odpowiedz
z wykopem
helloł

"Odszedł od niewielkiego okienka i skierował swe kroki do pomieszczenia sterowniczego, by sprawdzić, czy robot naprawczy zdołał już przywrócić zasilanie modułu komunikacyjnego. " - swe do wywalenia. Jeśli podmiot jest dosadnie określony, śmiało możesz zrezygnować z takich dookreśleń.

"W czarnych ekranach monitorów zobaczył jedynie odbicie swojej zmęczonej twarzy. " - tak samo tutaj.
No i zaraz dalej: "swoich zamierzeń".

Tam dalej masz jeszcze sporo podobnych, ale już nie wyciągam. Będziesz chciał, se znajdziesz.

"– Co jest, do cholery... - powiedział niemal bezgłośnie osłupiały" – z kolei konstrukcja tego zdania sugeruje, że bohater był "bezgłośnie osłupiały". Poprawa szyku powinna pomoc.

No ok.

Pierwsza część opka przytłoczyła mnie szczegółowością w opisie. Cierpisz na ten problem, że każdy detal wydaje Ci się istotny. Każda pierdoła, typu rozmiar kapelusza. No więc nie jest. Ciężko jest amputować własne pomysły, zwłaszcza gdy spływają do łba dziesiątkami. Niestety trzeba.

Bardzo podobał mi się koniec i z perspektywy całości opko ma sens i zwraca poświęcony czas.
Ciao.
Odpowiedz
Canulas Dzięki, że wpadłeś! Będę uważał na zbędne dookreślenia, obiecuję.
Wiem, że cierpię na przypadłość zbyt dokładnych opisów. Nie chcę zostawiać czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi i pewnie dlatego przeginam w tę stronę. Staram się z tym walczyć, ale z różnym skutkiem. Doktorze Canulas, czy da się to wyleczyć?
Dziękuję za sugestie i podpowiedzi, wrzucam je w kolejkę poprawek, które muszę poczynić. Mam nadzieję, że kolejny mój tekst będzie mniej męczący w odbiorze
Cieszę się, że czas się zwrócił. Serdeczne pozdrowionka!
Odpowiedz
Kosmos jest fascynujący, ale kosmiczne katastrofy - przerażające. Robot naprawczy zasługuje na medal, robi wszystko, by ratować zepsuty sprzęt. Meksykańska kompania fajny pomysł! Niedotlenienie może płatać figle.
Pomysłów mnóstwo, dbałość o szczegóły. Uważam to za atuty, nie ma wrażenia, że coś się pojawiło przez pomyłkę. Szczegół oddaje pewność, że podąża się za myślą Autora opowiadania.
Odpowiedz
alka666 dzięki bardzo za wizytę!
"W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku", że tak sobie pozwolę przytoczyć. Kosmos ma w sobie coś i strasznego i intrygującego. Lubię te tematy.
Dziękuję za dobre słowa, starałem się wycisnąć z zestawu ile się da. Cieszę się, że miałaś pozytywny odbiór Pozdro!
Odpowiedz
CptUgluk czytałam o braku rozchodzenia się dźwięku w próżni, a tym samym w kosmosie. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Wszystko poddaję w wątpliwość, więc wszystko jest możliwe.
A jak to jest ze światłem? Jeśli dźwięk nie rozchodzi się w próżni, to jak to robi światło? W jaki sposób docierają do nas promienia słońca? Nie jestem ekspertem w dziedzinie fizyki i astronomii, ale to mnie fascynuje. Pozytywnie
Odpowiedz
alka666 ja też ekspertem nie jestem i nie umiem wytłumaczyć tego naukowo. Jednak światło przemieszcza się i to z prędkością 300 tys. km na sekundę (!). A jeśli dobrze pamiętam to światło ze Słońca dociera do nas w jakieś 16 minut. Jak sobie uświadomiłem jakie to wszystko jest ogromne, to mnie zatkało. A najlepsze, że nasz Układ Słoneczny to tylko zaledwie kropelka w oceanie wszechświata :O
Odpowiedz
CptUgluk no właśnie. A gdzie reszta? Te wszystkie eony? Inne planety, może zamieszkałe? Nie chciałabym, żeby ludzie ich odnaleźli. Te obce byty. Widzisz, wychodzę z założenia, że każdy myśli podług siebie. Jeśli człowieki sądzą, że obcy przybędą na Ziemię, by ją kolonizować i zniszczyć, to właśnie to mają na myśli planując zwiedzanie Kosmosu i odkrywanie odległych planet. Gdzie są Indianie? Innuici, Ewenkowie i Czukcze też zanikają. Chociażby...
Odpowiedz
alka666 ciekawe podejście i możliwe, że tak właśnie jest. A jeśli chodzi o potencjalnych obcych, to jeśli dobrze pamiętam, Hawking pisał, że jeśli tacy istnieją i znaleźliby nas, to już by się nas pozbyli. Więc wniosek z tego, że jeśli gdzieś tam są, to nas jeszcze nie odwiedzili :P ale to tylko jedna z pięciuset tysięcy teorii, tak że tego
Odpowiedz
CptUgluk dlaczego Howking wychodzi z założenia, że obcy by się nas pozbyli? Jest człowiekiem i myśli w bardzo konwencjonalny sposób, jeśli chodzi o obce cywilizacje. Wspomniałam o tym wyżej - każdy sądzi podług siebie.
Z całym szacunkiem dla naukowca, ale mam nadzieję, że jest w błędzie.
Są jeszcze teorie zwolenników starożytnych kosmitów. Wzbudzają kontrowersje. Ale jeśli to oni mają rację?
Odpowiedz
alka666 masz słuszność. Gość bardzo przysłużył się nauce, ale też nie wszystkie jego teorie do mnie trafiają.
Na pewno natomiast wiadomo, że kosmos jest potwornie fascynujący!
Odpowiedz
CptUgluk oj tak!
Odpowiedz
~Halmar 1 r.
Podoba mi się pomysł ujęcia akcji w dialogi. To dynamizuje narrację.
Całość skojarzyła mi się z filmem pt. "Moon" z 2009 r. Ciekawe pomysły i nieźle wykonanie plus dobrze wykorzystany zestaw - brawo
Odpowiedz
Halmar lubię dialogi i mam wrażenie, że jakoś sobie w nich radzę. A przynajmniej mam nadzieję, że wychodzą naturalnie i angażują czytelnika
"Moon" był dobry. Z kosmicznych filmów bardzo lubię jeszcze "Obcego", "Marsjanina" i "Interstellar" (pomijając końcówkę).
Dzięki za odwiedziny i miłe słowa
Pozdrowienia
Odpowiedz
~JamCi 1 r.
Ciekawie, jak na początku byłam trochę znużona, tak potem się wkręciłam. Zakonczenie przewidywalne, ale co to szkodzi? I tak było ciekawie.
Odpowiedz
JamCi staram się walczyć z dłużyznami i niepotrzebnym przeciąganiem zdań. Na razie jeszcze efekty nie są wystarczająco zadowalające, ale przyjmuję pokornie Wasze sugestie i stopniowo wprowadzam je w życie. A co do zakończenia, to tak się wkręciłem w pomysł tych meksykańskich jeźdźców, że postawiłem ich prezentację ponad rewolucyjną kulminacją
Dzięki za odwiedziny, pozdrowionka!
Odpowiedz
~Aja 1 r.
Ubawiłam się - gratuluję pomysłu na zestaw.
Coraz bardziej podoba mi się Twoja wyobraźnia. Będę zaglądać.
Odpowiedz
Aja bardzo dziękuję cieszę się i zapraszam serdecznie, moje drzwi pozostaną otwarte. Pozdrowienia!
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
z wykopem
Kolejne staranne i przemyślane opowiadanie, jestem chwilowo trochę drewniana odbiorczo (ciężko mi zanurzyć się z głową), stąd tyle opinii musi wystarczyć. Masz skłonność do snucia narracji, zdaje się, że to może zrobić z Ciebie pisarza. Ja mam skłonność do kondensacji, stąd... chyba mam gorzej Prawie 17 tys,. zzs, w kolejnej edycji ta ilość musi pójść pod nóż
Pozdrawiam!
Odpowiedz
Ritha wystarczy, przyjmuję tyle z ucałowaniem rączki. Ta skłonność do snucia może też działać na moją niekorzyść, co już parę osób mi wykazało. A wydanie książki jest moim marzeniem, do którego zamierzam uparcie dążyć.
Tak czy inaczej szukam złotego środka to ograniczenie liczby znaków w TW pewnie będzie mi spędzać sen z powiek ale może to o dobrze, będę musiał kondensować.
E tam zaraz gorzej, zależy w co się celuje
Dzięki za odwiedziny, pozdrawiam!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Świetne opowiadanie, Kapitanie.
Nie znam hiszpańskiego ale słowo muerte natychmiast zrozumiałem, bo liznąłem trochę łaciny. Szkoda, bo juz wiedziałem do czego zmierza puenta.
To pomieszanie współczesnej technologii kosmicznej i wizje
ze statku sombrero bardzo ładnie zostało połączone. Wiem, co to wizje, bo przeżywałem takie halucynacje, w które wierzyłem i wydawały mi się tylko nieco dziwne.
Bardzo dobrze wykorzystałeś swój zestaw, kapitanie.
Za słabo Cie ocenili moi poprzednicy. Z wykopem, to za mało.
Ja daje Tobie kopa orbitalnego.
Może i nie jestem prozaikiem, ale uwielbiam czytanie.
A Twoje opko wciąga. To jest istotne. Wciąga i każe czytać, co będzie dalej.
Szkoda, ze zrozumiałem muerte i ze sam przezywałem takie wizje. Druga część opowiadania, w ktorej oglądają bohatera w Houston juz mnie nie zaskakiwała.
Ale i tak daje Tobie kopa orbitalnego.
Jerzy Edmund Alchemik
Odpowiedz
Alchemik dzięki bardzo za tak miły odzew! Cieszę się, że tekst się spodobał. Sam nie znam hiszpańskiego, dlatego pomagał mi bardzo tłumacz Google, szczególnie przy nadawaniu imion jeźdźcom.
Sam halucynacji nigdy nie miałem przyjemności (?) doświadczyć, wszystko jest zatem czyściuteńką fikcją. Tym bardziej się cieszę, że wyszły one zadowalająco.
Dziękuję raz jeszcze za miłe słowa, a także za tego kopa, to bardzo budujące. Miło mi było Pana gościć, Panie Alchemiku.
Odpowiedz
Stacja kosmiczna ASS, świadczy o Twoim poczuciu humoru.
Odpowiedz
Alchemik trochę dupne to poczucie humoru, ale ważne, że jest!
Odpowiedz
~Manta 1 r.
Nieźle Kapitanie, naprawdę nieźle Jak pojawił się statek sombrero miałam takie wtf?? Ale potem wszystko stało się jasne. Fajne, bardzo fajne.
Być może faktycznie na samym początku zbyt dużo szczegółów jak na opko, ale mi to się akurat podobało.
Odpowiedz
Manta Dziękuję pięknie! Meksykańska kompania musiała mieć adekwatny, odpowiednio absurdalny środek transportu
Będę walczył z tendencjami do rozwlekania. Kolejna edycja ma srogie limity znaków, więc w sumie nie będę miał wyjścia.
Pozdrowionka!
Odpowiedz
Świetna, pełnokrwista historia. Choć wyjaśnienie moim zdaniem zbędne. Imię kobiety wyjaśnia wszystko, epilog trochę zepsuł efekt, który osiągnąłeś.
Nie mniej bardzo mocne opowiadanie. Coś ma.
Odpowiedz
pkropka Dziękuję za wizytę i dobre słowo! Mam taką przypadłość, że lubię dookreślać i "dowyjaśniać", żeby nikt nie miał wątpliwości, o co biega. Ale masz słuszność, że czasem trzeba bardziej zaufać czytelnikowi. Będę nad tym pracował.
Pozdrowionka!
Odpowiedz
~hens 1 r.
Widać, ze sie przyłożyłeś do opowiadania. Sporo detali.
Rozumiem, ze opowiadanie inspirowane prywatna branza kosmiczna, co jest na czasie.
Fabula trzyma sie kupy, latwo ja sledzic mimo sporych rozmiarow tekstu.
Odpowiedz
hens Dzięki za zaglądnięcie!
Dokładnie, Elon Musk na czasie.
Kolejny tekst siłą rzeczy będzie krótszy. Będę musiał "ściskać"
Pozdrowienia!
Odpowiedz
~hens 1 r.
Od razu pomyślalem o Elonie.
Poza tym zestaw jest wykorzystany świetnie.
Odpowiedz
Które to TW? Nie ma numeracji.
Początek średnio, typowo informacyjny, nie lubię takich opisów.
Później było, było, aż jebs! Kapelusz pokanał połowę tekstu. 😁
I na koniec bym ucieła, bez tego Adamsa. Nudny koleś.


Odpowiedz
Szudracz numeracji nie wpisałem i liczyłem, że ujdzie mi to płazem :P
Kurczę, kilka osób mi o tym początku mówi, że za długi, za szczegółowy. Z mojej perspektywy wydawał się potrzebny, żeby wprowadzić czytelnika w temat, a nie rzucić od razu na głęboką wodę. Nie wiem, może za mało ufam czytelnikowi. Albo po prostu lubię poopowiadać :P
Dzięki za komentarz, postaram się coś z niego wyciągnąć
Odpowiedz
CptUgluk Opowiadaj, a przy tym rzucaj dialogiem, opisem i wkręcaj fabułę w te opisy. Tam jest surowo, odstaje od reszty zabawnych i jednocześnie smutnych wydarzeń.
Nie wiem jak to inaczej uzasadnić. Zaufanie do czytelnika, już Ty się o ludzi nie martw, dadzą radę w każdych warunkach. W końcu to TW 😁
Odpowiedz
Szudracz dziękuję, takie uzasadnienie w pełni mi wystarczy. Postaram się bardziej ubogacać
Nie no, w TW wierzę bezapelacyjnie
Odpowiedz
Szudracz dziękuję, takie uzasadnienie w pełni mi wystarczy. Postaram się bardziej ubogacać
Nie no, w TW wierzę bezapelacyjnie
Odpowiedz
Hej

Zatem dotarłam i tutaj

"Bryan doskonale zdawał sobie sprawę, że stacja ze względu na swoją nazwę stanie się obiektem kpin, jednak nic sobie z tego nie robił. Wiedział, że projekt obroni się sam. Tak naprawdę to Adams zawsze lubił iść pod prąd i prowokować. Zatem żarty o tym, jak to ASS „zamiast badać czarne dziury, wyląduje w czarnej dupie”, albo że „gówno zdziała” w ogóle nie robiły na nim wrażenia, ba, bawiło go to, z jaką zaciekłością ludzie potrafili szydzić z jego przedsięwzięcia, samemu tylko pierdząc w stołki i wegetując z dnia na dzień......." - Początek interesujący, obrazowo rozpisany, ale już cały ten akapit, który tu wrzuciłam... No... Narrator widać ma tu "wszechwiedzę", ale czy to konieczne? ) Pisać tyle nie tylko o głównym bohaterze, ale i o budowniczym stacji ) Troszku mi się to gryzie. Ponadto sam opis i nastawienie Naukowca-wizjonera do swojego projektu i jego wykonania, oraz nastawienie do opinii publicznej jest ok, ale to taki opis "oczywistej oczywistości". W zasadzie nic odkrywczego (chyba, że chcemy pokazać, iż robił swoje wbrew wszystkiemu, i dlatego mu się udało, ale to też takie, no ... oczywiste)...
(tu wyczuwam, że inspirowałeś się chyba Richardem Branson'em z Virgin Group lub Elonem Musk'iem z SpaceX ?)
Zamiast tego fragmentu chętnie poznałabym choć ogólną budowę, wygląd tej stacji


"Ugodziło również bezpośrednio w załogę, z której prawdopodobnie tylko Martin pozostał przy życiu. A i w kwestii tego, czy astronaucie uda się ten stan utrzymać, a jeśli tak to na jak długo, również nie można było mieć pewności." - tu nas wrzuciłeś z stanu opowieści o przeszłości, do czasu teraźniejszego. Czyli jest to taki punkt zero. To celowe?

Ok, lecę dalej.

"Kto by pomyślał, że kosmiczne śmieci krążące wokół Ziemi mogą poczynić takie szkody?" - kurcze, to nie tak. Obecnie, to jedno z najważniejszych zagrożeń, jakie bierze się pod uwagę, więc twierdzenie "kto by pomyślał...", trąci lekko naiwnością. Projekt stacji i jej funkcjonowania w przestrzeni (choćby określenie orbity) musiał to brać pod uwagę.

"Rój kosmicznych śmieci uderzył w stację. Przestarzałe czujniki nie zdążyły lub zwyczajnie nie poradziły sobie z wychwyceniem zagrożenia, nie dało się więc w żaden sposób zaradzić tragedii." -To bardzo nieprawdopodobne, bo takie roje są obecnie bardzo dokładnie śledzone. Nie tylko zresztą roje, ale i pojedyncze "antropogeniczne" twory. One nie nadlatują niepostrzeżenie. Krążą po ściśle określonych orbitach. Bardziej wiarygodne byłoby, gdybyś napisał nie o "śmieciach" ale np. o roju drobnych kosmicznych skał (drobnych odłamkach skalnych, powstałych np, z rozpadu komety czy planetoidy). Tych nie śledzimy aż tak dokładnie, a o istnieniu wielu nie mamy pojęcia. Wystarczy, że Ziemia przetnie trajektorię, po której krążą wokół Słońca i np. nieszczęśliwie stacja akurat będzie w ich zasięgu. Jest to teoretycznie możliwe. Zresztą jakiś czas temu był taki przypadek w rosyjskim module transportowym - tutaj drobny odłamek przedziurawił kapsułę (zakleili ją "tymczasowo" uniwersalną taśmą )
Na szczęście trafił w nich jeden odłamek - znaleziono jedno uchodzenie powietrza, ale nietrudno sobie wyobrazić, że odłamków mogło być kilka, tylko reszta minęła stację i jej elementy bezkolizyjnie.


"...w kształcie... meksykańskiego sombrero. Jasny, połyskujący na złoto kadłub w kształcie..." - w kształcie za dużo, za blisko...

"...Widzisz, mówiłam ci, że kogoś znajdziemy! – wykrzyknęła z uśmiechem kobieta, patrząc na Martina. – A ty mógłbyś przestać żreć, trochę kultury! – ofuknęła chuderlawego towarzysza, piorunując go wzrokiem." - jadł? i nie miał na sobie kombinezonu? W takich sytuacjach stosowane są pewne procedury. Mamy tu uszkodzoną stację i... jak gdyby nigdy nic trzech przybyszów, bez kombinezonów... To bardzo nierealne...

chyba, chyba,... że nasz bohater ma halucynacje )
Ok, zobaczymy, lecę dalej...

Koniec zacny, i tym się w sumie uratowałeś. Nie było szklanej opery, tylko brutalne realia.

Podsumowując: kawał fajnego pomysłu, upchanego z niezłą formę, wymagającą jednak dopracowania.
Dzięki za lekturę )
Pozdrowionka












Odpowiedz
Agnieszka o raju, przede wszystkim dziękuję za tak obszerny komentarz. Pozwól, że odnosił się będę do niego w porządku chronologicznym

Dobrze myślisz, pan Musk delikatnie mnie zainspirował.

Tak, ten punkt zero jak to nazwałaś był celowym zabiegiem

Z tymi wszystkimi technikaliami masz całkowitą rację. Przyznaję się do niewystarczającej wiedzy w temacie kosmicznych zagrożeń. Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co napisałem jest mocno uproszczone i mija się z realiami. Mogłem przeprowadzić dokładniejszy research, żeby wszystko trzymało się kupy. Szczerze jednak przyznam, że moim priorytetem nie było tu ścisłe trzymanie się rzeczywistości. Stacja kosmiczna i kolizja miały tylko stanowić tło dla spotkania Martina z meksykańską ekipą. Ten punkt opowiadania uznałem za kluczowy, skupiłem się na stworzeniu nierzeczywistego, absurdalnego wręcz klimatu spotkania, do którego dojść po prostu nie mogło (chyba że, tak jak się domyśliłaś, goście byli projekcją niedotlenionego i podtrutego gazem mózgu). Wiem jednak, że babole, które wyłapałaś składają się ostatecznie na całość i rzutują negatywnie na odbiór tekstu. Nie chciałem jednak zgrywać speca, za chudy w uszach jestem w temacie
Tak w ogóle to właśnie coś takiego długo wstrzymywało mnie przed napisaniem czegokolwiek. Coś takiego, to znaczy świadomość, że tak naprawdę nie znam się na wielu rzeczach, o których chciałbym napisać. Obawa przed tym, że ktoś wytknie mi rażącą niewiedzę była jedną z moich wewnętrznych przeszkód.

Faktycznie, nie wiem jak ten zdublowany "kształt" przeszedł przez moje czujniki powtórzeń

Cieszę się, że końcówka zrobiła dobre wrażenie.

Dziękuję Ci bardzo za wnikliwą analizę i poświęcenie czasu na czytnięcie i wyrażenie swojego zdania. To jest to, czego szukałem - obiektywna ocena, wyłapanie błędów i wskazanie kierunku, w którym mogę podążać, by pisać lepiej. Dzięki i pozdrawiam mocno!
Odpowiedz
CptUgluk Tak myślę, że jeśli rzeczywiście nie zrobiłeś głębszego researchu dotyczącego funkcjonowania stacji w przestrzeni i zagrożeń, to może warto by było pominąć opis możliwej przyczyny a skupić się np. na zniszczeniach - przedstawić obraz zniszczeń oczami bohatera, który nie wie, co się wydarzyła a jedynie opisuje, co widzi (zerwana ciągłość poszycia stacji, w wielu miejscach, wyciek płynu... uszkodzenie rdzenia... pręty nośne wystające ze ścian... itd, itp...). Wtedy czytelnik, byłby dodatkowo zaintrygowany, co też kurde się tam wydarzyło...

Ok, tyle ode mła
Tk, czy inaczej - dzięki za przyjemną lekturę )
Pozdrowionka )

Odpowiedz
Agnieszka masz rację, teraz dostrzegam, że narrator był zbyt wszechwiedzący za bardzo chciałem kawę na ławę wyłożyć. I przez to, na tej rozlanej kawie to ja się wyłożyłem.

O nie, nie, Agnieszko. To ja dziękuję I postaram się wyciągnąć wnioski.
Pozdróweczka!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.