jasno ciemno
Bez powrotu Tylko nie mów w jidysz (całość)
Praca Wyróżniona

Maska swastyki

 W tamtej historii czas niczego nie zmienił. Dni, które mieściły w sobie najpodlejsze pokolenie tresury, a więc całe masy dzierżących władzę szyderców z batem, przychodziły mi na myśl, ilekroć słyszałem odgłos nadjeżdżającego pociągu.

 

 Była wczesna jesień. Sercowe liście topól spadały ludziom na roześmiane twarze. Jeszcze złociło się wszystko wokół, jeszcze napasione korony drzew szumiały w takt wiatru. A potem ktoś tchnął w powietrze niezwykłą siłę i sprawił, że parki pełne były ciemnych, anorektycznych krzewów o wyłupiastych oczach. Tory kolejowe przestały kusić samobójców szybkim rajem. Od torów zaczęto uciekać.

 

 Wszyscy wytężyli słuch, by uchwycić oddech sprawcy tych przemian, lecz przez kościste gałęzie dębów i olch nie przedostawał się żaden ludzki dźwięk.

 

 *

 

 Spędziliśmy za bramą obozu pięć miesięcy, zanim zapakowano nas do niebieskiego pociągu. Dopiero wtedy, gdzieś w głębi, w ciasnym zakamarku mózgu zapulsowało żółte, ostrzegawcze światło. Przez bezsilność przedzierał się już ostatni z ludzkich popędów – głód. Spojrzałem na dziesiątki, może setki zapałkowych sylwetek przytulonych do siebie zbyt ciasno i z całych sił próbowałem skupić myśli na czymś innym, niż liczenie ich wystających żeber. Zamiast oczu mieli już puste jamy, wyolbrzymione i rozdęte głowy smętnie zwisały na cienkich szyjach. Stefan, najwyższy z mężczyzn, zażartował, że wiozą nas do fabryki cukierków, a tam będziemy ręcznie zawijać słodycze, bo mamy sprawne i chude palce, że jesteśmy wybrani. Kilka osób cynicznie się zaśmiało. Chwilę później połykali łzy, oglądając z przerażeniem własne ręce. Jakby dopiero w tamtym momencie uświadomili sobie, że są tak liche jak odnóża pająków, a sylwetki coraz bardziej przypominają owadzie korpusy. Wszyscy, bez wyjątku, byliśmy nieforemni, niekształtni, z malejącą wiarą i mikroskopijnymi żołądkami, które jednak rozszerzały się niczym worki, kiedy rzucono nam ochłap czerstwego chleba.

 

 Przyjąłem jedyną, wygodną pozycje – na kolanach. Miejsca było tak mało, że ocierałem się niemal każdą częścią ciała o resztę zgromadzonych. Czułem, jak zostawiają na mnie tłuste ślady brudnych palców, jak swędząca skóra staje się coraz bardziej szorstka. To wtedy zdałem sobie sprawę, że nigdy już nie zmyję tego z siebie, bo nie istnieje takie mydło, które byłoby w stanie zlikwidować odcisk tego, co z nami zrobiono.

 

 Pociąg przyspieszył. Smród niemytych, ludzkich członków dusił i przyprawiał o mdłości. Z zaułków dobiegał złowieszczy jęk, kiedy raz po raz głowy uderzały o siebie. Wielu straciło przytomność. Wygłodniałe charty padały jak pacynki, a ci którym udało się utrzymać pozycję zbiegali się wokół nieświadomych jak roje much nad padliną. Patrzyli w nadziei, że nie otworzą już oczu.

 

 — Ej, ty! Modlisz się?! — krzyknął ktoś z boku, wbijając mi paznokcie w ramię. Odwróciłem się. To był Kosa, wysoki chłopaczek, którego niegdyś męczył tyfus i jedną nogą witał już gaz. Cudem wydobrzał, więc z powrotem przydzielono go na blok. Dostrzegł nas jeden z trzymających broń; reakcja była niemal natychmiastowa, młody dostał butem z taką siłą, że upadł na ziemię niczym mokra sterta szmat. Uderzenie było na tyle prezycyjne i mocne, że przez dłuższy czas jego nos oblewał się szkarłatem. Leżał nieruchomo, co rusz deptany przez innych, próbujących zorganizować sobie więcej przestrzeni. I kiedy wydawało się już, że nie da rady unieść głowy, dźwignął tułów, odszukał mnie wzrokiem i ponownie krzyknął, kładąc nacisk na ostatni wyraz.

 

 — Modlisz się? To zapytaj, czy twój Bóg był kiedyś głodny!

 

 Po tych słowach strzelono mu w otwarte usta.

 

 Przez następną godzinę nikt nie odważył się odezwać. Nauczeni nie pokazywać emocji, zaklęci w ciszy i bezsilności udawaliśmy, że kolejna śmierć nie jest dla nas niczym szokującym. Żyliśmy ramię w ramię z przedsionkiem piekieł, więc krew i odgłosy broni przestały dziwić. "Im mniej ludzi, tym więcej miejsca", pomyślałem, traktując swoją podłość lekko, nie rozmyslając nad tym, czy tak przystoi. Świat spsiał, a my wszyscy byliśmy jego najgorszym odłogiem. Tak nam wpojono. Współczucie ginęło, kiedy w grę wchodziła nadzieja na własne przetrwanie. Bardziej niż niesłusznej śmierci żałowałem zagrabionej szansy na odpowiedź, choć modlitwę już dawno przestałem postrzegać jako ratunek. Wymazywałem z pamięci każdą, ale słowa same łączyły się w zdania i przywoływały w pamięci obraz matki, która płakała ze wzruszenia, ilekroć udawało mi się w całości odmówić "Ojcze Nasz".

 

 Stukot kół był coraz szybszy, a kolana krwawiły od twardego podłoża. Myślałem tylko o tym, dokąd podążamy. Łączyło nas jedno – szare maski upokorzenia zamiast twarzy i wytatuowane numery, pokazujące, że wewnątrz pociągu nie ma już ludzi, a tylko ciągi cyfr. Myśli kulące się przed przyszłością i zagubione ręce. I wreszcie ciemność. Mimo światła, które przecież oglądaliśmy z okien baraków, i które przyszło nam ujrzeć po wyjściu z wagonu, zatopieni byliśmy w odmętach lepkiego mroku. W niczym nie odnajdywaliśmy pocieszenia, gdyby choć udało się znieczulić psychikę ochłapem nadziei, byłoby łatwiej znieść, że świat przybrał maskę swastyki i rozdaje ją wszystkim zaproszonym na ten błazeński, prymitywny bal. Niestety, to i wiele innych było poza naszym zasięgiem.

 

 Po kilku godzinach w półmroku i jednym postoju na załatwienie potrzeb, dotarliśmy do jakiegoś punktu. Nagły blask oślepiał oczy. Skuto nas kajdanami i poprowadzono ulicami w głąb miasta. Wzajemne podjudzanie wyprutych z emocji ludzi, ordynarne żarty i nastawianie człowieka do człowieka, sprawiło, że źrenice wielu z nich nabrały jeszcze ciemniejszego wyrazu. Głód sprowokował, iż zaczęto patrzeć na siebie jak na posiłek. Przyjaźnie przestały być ważne, hierarchia wartości, która wydawała się jeszcze tak mocna pół roku temu, upadała z każdym celowym szturchnięciem, z każdym podstawieniem nogi i wszyscy wiedzieliśmy, że ginąć będzie nadal, bo w obliczu śmierci i braku najważniejszej ludzkiej potrzeby – bezpieczeństwa – relacje schodziły na dalszy plan. Wszystko było chwilowe i prowizoryczne.

 

 W naszej grupie, jak się później okazało, naliczono pięćdziesiąt osób. Pociąg z resztą więźniów odjechał dalej. Stanęliśmy przed ceglastym budynkiem, pokrytym od dołu mchem. Poczułem olbrzymi ścisk w żołądku. Wpatrywałem się w tę ciemną zieleń, wyobrażając sobie, że napełnia mi brzuch na wiele dni. Jeden z esesmanów musiał to zauważyć, bo podszedł do ściany i zwyczajnie się na nią odlał. Mocz spłynął po murach i oznaczył punkt, który wizualizowałem jako strawę. Chwilę później machnął ręką w geście zaproszenia i wyszczerzył wielkie zęby, mrucząc jakieś plugawe słowa. Wtedy coś we mnie pękło. We mnie i w wielu innych, stojących ze mną, wycieńczonych kukiełek. Czułem się tak, jakby ktoś zabrał mi najcenniejszą rzecz, podważając jej wartość i plując przeżutymi resztkami prosto w twarz. Zwymiotowałem, choć w środku miałem już tylko samą żółć. Zerknąłem na pozostałych – w ich oczach rozkrzewiała się złość dzikich kotów. Przez sekundę zapragnąłem walki i zagrabienia najcenniejszej dla oprawców rzeczy – broni. Widziałbym jak krzyczą coś w swoim ohydnym języku, ale nie mogą się obronić. Zupełnie jak my. W końcu, któryś z nas zabiłby wszystkich, strącając do królestwa Judasza i patrząc, jak oczodoły błagają o litość, a w ostatnim jęku wybrzmiewa ledwo uchwytny cykor. Oczywiście, nie zrobiliśmy żadnej z tych rzeczy, choć w głowie na nowo obudzono chęć zemsty. "Obyś był kiedyś tak głodny i zeżarł ten zaszczany mech", zdążyłem pomyśleć, zanim znów poszczuto nas wściekłymi pyskami, zapędzając jak owce do zagrody.

 Błyskawice co rusz przecinały granatowe niebo, choć nie spadła ani kropla deszczu. Zza księżyca przezierał stalowy, szary lęk. Krzyk narastał. Próbowano rzucać się na druty, szarpać za nie i wyciągać daleko ręce. Z przerażeniem patrzyłem jak dwójka, na oko trzydziestoletnich mężczyzn, próbuje wciskać głowy między kraty, w nadziei, że kości czaszki chociaż minimalnie rozciągną pręty na bok. Jeszcze większe przerażenie poczułem chwilę później, gdy zdałem sobie sprawę, że nikt do tamtych nie strzelił. Zignorowano krzyk, zignorowano desperackie próby ucieczki i wreszcie, całkowicie pominięto zmianę zachowania. Znów dostaliśmy wodę. Pragnienie było jednak zbyt duże, a głód jeszcze większy, by ugaszono to kilkoma łykami. Światła zgasły. Wyczekiwaliśmy.

 Było ciemno, tym ciemnej, im bardziej myślałem o tęsknocie za obozem. To miejsce rozpierzchło się we mnie na tyle, że każda zmiana pobytu na inną, niż jakkolwiek bezpieczna przystań, wprawiała w konsternację. Dlaczego nie zabito nas wcześniej? Dlaczego przewieziono właśnie tu, skoro istniało miejsce, gdzie pod naskórkiem jakiejś fałszywej idei i w imię nienawiści można było zabić tysiące osób z taką łatwością?

 Czułem, że zakłóciła się jedność między tym co wiem, a widzę. Pośród szepczących przekleństwa i modlitwy głosów, próbowałem zrozumieć czego chcę i co powinienem zrobić. Odrzucałem od siebie powracającą wiarę, że powrócimy w miejsce skąd nas siłą wywieziono, że nie wydarzy się złe, gorsze, ostateczne, bo przecież gdzieś tam czeka dom.

 Kiedy jednak i tej nocy zabrano kilka osób, postanowiliśmy raz jeszcze pokazać siłę i gotowość do walki. Wrogość pojedyncza i zbiorowa, tak długo ukrywana w strachu, wyszła na powierzchnię. Zaczęliśmy bić siebie nawzajem. Uderzać głowami o ściany i kraty. Tak, by widowisko przyciągnęło jak najwięcej osób. W głowie kotłowała się myśl, że jeśli będziemy konsekwentni, dotrwamy do następnej zimy, jeszcze tydzień, dwa miesiące i będzie piękniejsze jutro, a ta noc jest naszym największym sprzymierzeńcem. Po zmroku łatwiej być Judaszem, łatwiej zdradzić wszystko, co się do tej pory wyznawało, odrzucić zasady. Odnaleźć w sobie jakiś zwierzęcy instynkt. Chęć przetrwania za wszelką cenę.

 Jeśli nie Bóg, to coś wielkiego dawało nam znać przez nagły napływ sił, że to jedyna droga do wyzwolenia. "Przyjdą do nas, a wtedy odbierzemy im broń", pomyślałem, tak jak wielu innych. Wystarczyło krótkie spojrzenie w ich stronę, by dostrzec, że im bardziej czas kurczył się w swoich ramach, tym większa agresja przeciw zabawom w kata rosła w naszych sercach.

 — Nie mamy nic do stracenia — rzekłem cicho, spostrzegając, że niektórzy z powątpiewaniem patrzą na kotłujące się jak w klatce ludzkie członki.

 — Bzdura! Bzdura! Zastrzelą nas jak świnie, bez mrugnięcia okiem. Zamknijcie się, póki jeszcze jest szansa! — głos dotarł z sąsiedniej celi.

 — Racja — zawtórował następny. — Skończymy jak Kosa. Dostaniemy kulę w otwarte gęby! A tak przynajmniej mamy wodę!

 — Chcesz się oddać w ręce zbira, bo ugasiłeś pragnienie? Pieprzyć takie miłosierdzie, kiedy chwilę później zaciągają następnych pod ostrze. Nie zdziwiłbym się, gdyby napluli do kubka, zanim wypiliśmy.

 Ucichło.

 — Moglibyście spróbować — przerwał elektryzującą ciszę jakiś młodziak. — Andrzej ma rację. — Nie widziałem w ciemności jego głowy, ale wydawało mi się, że skinął w moją stronę. — Świat jest taki pusty. Spróbujmy odwrócić czas. Wy spróbujcie. Ja mam inne życzenie.

 Nikt nie zapytał jakie. Nawlekaliśmy słowa na czekanie, kiedy znów przemówił:

 — Nie chcę ginąć z ręki Niemca. Wiem, że mnie spalą, a to tak mocno przeraża, bardziej niż myśl, że nie będę umiał się obronić. Oskarżą i wykonają wyrok. Wszystko potrwa kilka minut, potem przyjdzie ktoś następny i weźmie moją odciętą głowę, zapakuje do skrzyni i z resztą bezwładnych członków spali. Ten popiół śni mi się nawet na jawie. Chciałbym, żeby zakopano mnie pod ziemią, by przetrwał choć szkielet, świadczący, o tym że byłem kiedyś człowiekiem — zaszlochał. — Gdybym mógł, oddałbym duszę i błagał choćby o ten dół, metr dwadzieścia pod glebą.Kiedy wszystko na świecie skurczyło się do mordu i nie ma gdzie pomieścić miłości, pozostaje mi mieć nadzieję, że te bydlaki rzucą na ciało choć garść piachu.

 — To chyba bez różnicy — szepnąłem. — Nie sądzę...

 — Mylisz się — przerwał od razu i popadł w jakieś dziwne utrapienie. Wszyscy wytężyliśmy słuch, ale przez dłuższy czas nie powiedział ani słowa. Słychać było za to nerwowe szuranie, odgłosy oddawania moczu i płacz, malejący z minuty na minutę. Odkąd nas wyłapano i osadzono w obozie nie znaliśmy innego zapachu niż zatęchły, duszący smród potu i ekskrementów, ale tu, pośród wilgotnych ścian, stawał się jeszcze bardziej dokuczliwy.

 — Chcę umrzeć sam. Przechytrzyć ich. Niech któryś z was zawiąże mi rękaw koszuli na szyi i zaciska mocno, dopóki nie upadnę — stanowczy głos przeniknął ciszę.

 Kilkoro z nas próbowało go pocieszyć, choć brzmieliśmy mało wiarygodnie. Podkładaliśmy chłopakowi wszystkie nadzieje na wydostanie się, lepsze dni, może nawet piękniejsze niż przed wojną, że minie kilka miesięcy i znów będzie dobrze. Będzie cicho. Tak spokojnie, że usłyszymy oddech ziemi, głos ulgi, a później długo nikt nie pozwoli na takie cierpienie.

 W obliczu tego, że walka była zbyt zaawansowana i nijak nie zmierzała ku końcowi, nasze słowa nosiły znamiona fałszu. Wojna zaczęła przyjmować wszystkie ofiary, bez względu na pierwotne pobudki, ofiary pochodzące zewsząd, każde mięso, czyli tych, którzy sprzeciwią się, by świat przybrał barwy swastyki. Wymyślaliśmy szczęście, nie wierząc w ani jeden jego okruch. Wymyślaliśmy jutro, nie wiedząc czy wszystkie wczoraj to jeszcze rzeczywistość.

 Nikt z nas nie odważył się pomóc w uduszeniu, choć jeszcze w pociągu obojętnie patrzyliśmy na śmierć. Tu było inaczej. Pojawiły się nieznane emocje, wartości. Blade współczucie.

 Rano chłopak już nie żył. Nigdy nie dowiedziałem się czy ktoś mu rzeczywiście zacisnął "pętlę", czy jednak miał na tyle odwagi, by zrobić to sam.

 Ta śmierć to był koniec naszego dialogu i początek dziwnego smutku, który rozpierał naznaczone stygmatami serca. Początek otrzeźwienia i tysiąca myśli, dlaczego człowiek popełnia samobójstwo tylko po to, by nie widzieć satysfakcji w oczach oprawców. Próbowałem zrozumieć tę brutalność mordu. Nie odnalazłem sensownych powodów.

 Została nas garstka. Nie mówiliśmy już nic. Zrozumienie przyszło przez skinienie głowy. Usiedliśmy obok siebie. Potem zrodził się krzyk, wrzask zagłuszający strzały na zewnątrz. Dręczeni dzień i noc przez małostkowe, zbydlęcone szarże trwaliśmy w letargu, zastanawiając się, czy warto jeszcze żyć. Teraz jednak, śmierć i całkowita rezygnacja jednego z więźniów, sprawiła, że ze wszystkich sił liczyliśmy na wolność. Kroki ciężkich, masywnych butów, specyficzne kroki, które stawiają tylko ludzie trzymający broń słychać było coraz głośniej. Każdy milimetr przybliżał nas do celu. Kiedy byliśmy już oko w oko z wrogiem wszystko ucichło. Palcami wskazaliśmy na trupa. Jeden z esesmanów pokręcił głową, wyjął kartkę i niezdarnie coś nabazgrał. Później wszedł, kopnął młodzika kilka razy w tułów, sprawdzając czy aby na pewno nie żyje i nachylił się, żeby sprawdzić numer. To był błąd. Dopadliśmy do niego. Celę zalała nienawiść. Dwoje z nas zginęło, kiedy esesmani strzelali zza krat. Reszcie udało się zbiec w głąb budynku. Trzymając się za ręce, biegliśmy przed siebie. Niewiele myśląc, używaliśmy broni na oślep. "Nie dać się złapać, nie dać się złapać", to jedyne, co dobiegało do głowy. Starczyło sił, by uciec przez bramę. Walka z ogrodzeniem trwała dłużej. Słabsi nie podołali. Słyszałem, już z dala od ceglastego budynku, ich ostatni krzyk. Chwilową radość stłumiło przerażenie, kiedy spojrzeliśmy na siebie.

 — Numery! — krzyknął ktoś. — Trzeba coś z tym zrobić!

 Nie mając nic pod ręką, zaczęliśmy drapać do krwi, obijać ciało tak, by nie było znaków, że jesteśmy z obozu. Schroniliśmy się w opuszczonym budynku, dygocząc z przerażenia i jednocześnie ciesząc, że jesteśmy sami. Wierzyliśmy, że prędzej czy później ktoś nam pomoże. Pozbyliśmy się ubrań i tak doczekaliśmy zmierzchu.

 Nocą wsiedliśmy do pociągu.

 Najstarszy, przynajmniej z wyglądu, esesman otworzył masywne drzwi budynku. Ulokowano ludzi po kilku w ciasnych klitkach z drutami. Płacz, który rozległ się w momencie zatrzaśnięcia kłódek był dokładnie taki sam, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy dokonano selekcji i przydzielono do pracy. Płakano z jakiejś dziwnej radości, zmieszanej z lękiem. Przez chwilę poczuliśmy się bardziej wolni, choć ograniczeni do jeszcze mniejszej powierzchni.

 Wszystko powoli ogarniała szarzyzna. Zostaliśmy sami, bez nadzoru, ale i bez wyjaśnień. Dano nam wody i po raz pierwszy od kilku miesięcy przespaliśmy całą noc. Rano naliczono czterdzieści osób, a świat przybrał barwy jeszcze ciemniejsze niż dotychczas. Spod sąsiedztwa krematorium trafiliśmy wprost nad izbę straceń. W progi gilotyny. Katowicka "Czerwona wdowa" roztoczyła nad nami wizję szybkiej, bezbolesnej śmierci.

 Kolejnej nocy słychać było już tylko wrzask zdzieranych gardeł. W tym niekontrolowanym krzyku rodził się bunt.

 

 

16714 zzs

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: wspomnienia

Liczba wejść: 62

Opis:

Dodano: 2020-10-07 13:35:41
Komentarze.
~oko 3 m.
okropne. strach, który paraliżuje. i setka oprawców trzyma w szachu tysiące, chociaż ci, gdyby drgnęli sprawiliby, ze oprawcy posraliby się ze strachu w gacie. nie cierpię takich tematów. czytałem z bólem, ale to ni Twoja wina, tylko tematu. znaczy - chyba dobrze napisałaś, bo szarpie.
Odpowiedz
~jotka 3 m.
oko
No w zamyśle było tak, żeby wywołał emocje. Stary tekst, pisany pod TW jeszcze na innym portalu.
Dzięki za odwiedziny 😊
Odpowiedz
z dużym wykopem
Yezu, ciary. Pamiętam. Słuchaj, weź Ty już nie gub tekstów czy coś, bo jak tak myślę, to sporo pogubiłaś i to - ho-ho - nie byle jakich.
Odpowiedz
~jotka 3 m.
Canulas
Nooo szkoda mi niektórych. Dopiero po czasie zaczęłam zapisywać, ale część poszła do kosza. :x
Odpowiedz
jotka ja pierdzielę. Dramat. No więc już - tak - nie - czyń 🙃
Odpowiedz
~Aja 3 m.
z dużym wykopem
Trudno skomentować taki tekst. Powiem więc tak - potrafisz mocno walnąć w szczękę czucie.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin