online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Grzybon
<
Przemiana (drabble konkursowe nr 11)
>

Opis:

Walczę z rozwiązłością słowną i choć tekst jest raczej opisowy, to staram się być oszczędniejszy w środkach. Z jakim skutkiem - chętnie dowiem się od Was :)

TW#3 – Trzy filary

 Postać: Statyczny obserwator końca świata

 Zdarzenie: Kłopoty z szybkoschnącym klejem

 Efekt: Twój bohater robi jedną rzecz, która sprawia, że w oczach innych staje się bohaterem narodowym.

 

 

  Martin po raz pierwszy od kilku tygodni czuł radość i ekscytację. Nieczęsto doświadczał podobnych emocji. Ostatnio jego życie przypominało zapętlony w nieskończoność, nudny jak flaki z olejem czarno-biały film. Codziennie budził się około siódmej i jadł niewyszukane śniadanie, bardziej z przyzwyczajenia niż z głodu. Kanapki z masłem i tanią wędliną popijał słabą herbatą ekspresową. Parzył ją tyle, żeby esencji starczyło jeszcze na co najmniej dwa zalania. Potem golił się, przeglądał prasę, słuchał ulubionych audycji radiowych i czekał, aż kolejny dzień bezpowrotnie przeminie. Dwa razy w tygodniu odwiedzał go tylko syn sąsiadów, który robił Martinowi podstawowe zakupy w zamian za niewielką pieniężną gratyfikację. Czasem też przychodził Steven, osiedlowy gaduła, ale jego gospodarz najczęściej nie wpuszczał – nie chciał po raz kolejny wysłuchiwać najnowszych teorii spiskowych, którymi tamten najwyraźniej żył. Wolał towarzystwo własnych czterech ścian.

  Jednak ten dzień był inny. Dziś miała przyjechać do niego córka z dziećmi. Elizabeth, samotna matka na co dzień mieszkała za granicą, nie widywali się więc często. Żona opuściła Martina dawno temu, więc zarówno Betty, jak i wnuki – Ben i Frankie stanowili jego jedyną rodzinę. Trzy promyki, które jako jedyne potrafiły przebić się przez ołowianą zasłonę beznadziei, otaczającą jego życie. Trzy iskierki rozniecające motywację do kolejnej próby podniesienia się z łóżka. Trzy impulsy pobudzające starcze, niepełnosprawne ciało do życia. Ta trójka była całym jego światem.

  Martin z trudem pchnął koła rydwanu (jak zwykł ironicznie określać swój wózek) podjechał do kuchennego stołu.

  Nienawidził swoich ułomności. Nigdy nie pogodził się z faktem, że do końca życia będzie częściowo sparaliżowany. W ogóle, gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że zostanie okrzyknięty bohaterem narodowym za udaremnienie zamachu terrorystycznego, z pewnością popukałby się w głowę z niedowierzaniem. Takie jednak były fakty.

  Nie był w żaden sposób szkolony, nie chodził na żadne kursy samoobrony. Po prostu przyszedł tego dnia na miejski rynek obejrzeć wystawiane przez dzieci jasełka. W pewnej chwili zauważył jak zakapturzony facet z podejrzanie wypchanym plecakiem szybkim, sztywnym krokiem zmierza w kierunku sceny, a w ręku trzyma podłużny przedmiot. Martin poczuł, że coś jest nie tak i zareagował instynktownie. Złapał mężczyznę za nadgarstek. W oczach nieznajomego ujrzał determinację i obłęd. Facet chciał się wyrwać, a wtedy Martin zaczął krzyczeć, wzywać pomocy. Nie mógł mieć pewności, ale miał przeczucie. Wtedy szamotanina rozpoczęła się na dobre, coś mignęło, rozległ się huk, a Martin padł na ziemię, wywracając przy okazji zakapturzonego gościa. Nie wiedział, co się dzieje. Ktoś coś krzyczał, ludzie się rozbiegli, a przy nich pojawiło się kilku policjantów. Potem Martin stracił przytomność.

  Okazało się, że znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie – facet z plecakiem planował zamach terrorystyczny. Znaleziono przy nim dwie sztuki broni krótkiej, nóż i materiały wybuchowe. Prasa trąbiła, że gdyby nie interwencja Martina, mogłoby być nawet kilkadziesiąt ofiar, z czego dużą część stanowiłyby dzieci. Takim sposobem niepozornego mężczyznę okrzyknięto bohaterem narodowym. Niestety przy okazji stał się też inwalidą – w trakcie szamotaniny z terrorystą został postrzelony w kręgosłup.

  Co prawda na początku Martin otrzymywał od miasta pomoc. Dostawał listy z podziękowaniami, sfinansowano jego kosztowne leczenie, które jednak nie było w stanie przywrócić mu władzy w dolnej połowie ciała. Dziennikarze dobijali się do niego, prosili o wywiady, nieustannie męcząc go pytaniami, telefonami. Nie szukał rozgłosu, nie czuł się bohaterem, unikał reporterów, którzy w końcu odpuścili i przestali się nim interesować. Potem, stopniowo wszystko ucichło, a on został sam ze swoim życiem i ułomnościami, których nie umiał zaakceptować. Wiedział, że zachował się słusznie, ale cena, jaką musiał dożywotnio płacić za swoje bohaterstwo, wgniotła w ziemię jego poczucie wartości z siłą kilkutonowego odważnika, a on sam z dnia na dzień coraz głębiej zanurzał się w bagnie przygnębiającej powtarzalności.

  Dziś nareszcie trochę radości miało wlać się do jego życia. Nawet odpowiednio przygotował się na tę okazję. Syn sąsiadów, za dodatkowym wynagrodzeniem (trudniejsze zamówienie), oprócz codziennych zakupów dostarczył mu wczoraj prezenty dla gości. Chłopak musiał się trochę nachodzić, ale ostatecznie dał radę wypełnić misję. Martin chciwie chwycił przekazywane mu paczki, pospiesznie zapłacił młodemu i odesłał go. Liczyło się dla niego tylko to, by odpowiednio zapakować prezenty. To jednak było wczoraj. Teraz mężczyzna z dumą przyglądał się leżącym na stoliku upominkom – lornetce dla Bena i parze łyżworolek dla Frankie. Dzieciaki na pewno się ucieszą. Nie mógł się doczekać, by zobaczyć uśmiechy na ich beztroskich buziach. To jednak nie koniec, jeszcze coś zostało do zrobienia.

  Na kuchennym stole leżał na wpół wypełniony zdjęciami album, a obok niego walało się mnóstwo fotografii, które walczyły o to, by móc się w nim znaleźć. Martin uznał, że powrót do przeszłości będzie dla Betty idealnym prezentem. Wspomnienie czasów, kiedy wszystko było łatwiejsze, weselsze. Wspomnienie wspólnych wakacji, urodzin, świąt. Wspomnienia, które trzymały podstarzałego inwalidę przy życiu i wstrzymywały go przed ostatecznym przedawkowaniem leków nasennych. Betty będzie wzruszona, na pewno.

  Martin spojrzał na zegarek – miał jeszcze pół godziny. Wklei do albumu resztę zdjęć i zdąży jeszcze wstawić wodę na herbatę. Chwycił tubkę szybkoschnącego kleju i mimowolnie spojrzał na opakowanie. „MaxSprint Glue Super Fast”. „Kto wymyśla te nazwy?” – zapytał sam siebie w duchu. Potrząsnął głową z rezygnacją i wrócił do selekcjonowania fotografii.

  Praca zajmowała mu więcej czasu, niż sądził. Denerwował się, ponieważ „MaxSprint Glue Super Fast” rzeczywiście bardzo szybko wysychał – wręcz za szybko. Martinowi często drętwiały ręce, nie był już tak sprawny manualnie, jak kiedyś. Zanim udało mu się wkleić zdjęcie, klej zdążył już wyschnąć, więc praca nad fotoalbumem niebezpiecznie się przeciągała. A czas leciał nieubłaganie.

  – Nie zdążę, cholera, no! – powtarzał pod nosem. Przerwał na chwilę i zamyślił się. Przecież to tylko książka ze zdjęciami, nic się nie stanie, jeśli nie zdąży wkleić tam kilku fotografii.

  On jednak chciał, żeby było idealnie. Pragnął przyjąć swoich bliskich najlepiej, jak tylko umiał. Przecież tak rzadko się widzą. Muszą wiedzieć, że są dla niego najważniejsi, muszą!

  Wskazówki zegarka nieubłaganie posuwały się naprzód. Były głuche na próby zaczarowania rzeczywistości przez zmagającego się z problemem złośliwie drżących rąk staruszka. Ten zaś nerwowo spoglądał to przez okno, to na tarczę zegara i coraz bardziej się denerwował. W pewnym momencie ujrzał znajomy samochód. Czerwone kombi skręciło w trzypasmówkę i przedzierając się przez spory ruch, przygotowywało się do parkowania.

  W chwili, gdy zobaczył, jak auto zatrzymuje się przy ulicy, nerwy i wątpliwości Martina po prostu zniknęły. Wypchnęła je wszechogarniająca radość zbliżającego się spotkania z córką i wnukami. Pal sześć ten album! Nie to jest najważniejsze. Betty na pewno i tak doceni starania schorowanego ojca.

  Martin obserwował przez kuchenne okno, jak z samochodu wysiada szczupła kobieta o kasztanowych, spiętych luźno gumką włosach. Betty była piękna, po matce. Na szczęście odziedziczyła po niej urodę, a nie charakter, inaczej też pewnie już dawno urwałby się im kontakt. Rola samotnej mamy przysporzyła jej już kilku siwych kosmyków i garść zmarszczek, ale w teatrze życia Elizabeth radziła sobie wyśmienicie. Martin był z niej dumny.

  Kobieta otworzyła tylne drzwi, a z auta wyskoczyło dwoje dzieci. Ben był tylko o rok starszy od Frankie, ale wyraźnie odskoczył od niej ze wzrostem. Był dość wysoki jak na dziesięciolatka. Na szczęście tylko tym odstawał od rówieśników – nadal miał w sobie tę dziecięcą beztroskę i radość życia. Dalej uwielbiał marzyć, a ostatnio podobno zainteresował się obserwacją ptaków, stąd dziadek pomyślał, że lornetka będzie świetnym prezentem.

  A Frankie? Była słodka i niewinna. Aniołek o pyzatej buzi. Wręcz zarażała ciekawością świata i pozytywnym nastawieniem. Uwielbiała rysować i Martin był pewny, że i tym razem dostanie od niej w prezencie obrazek przedstawiający jakieś puchate zwierzątko. Kochana Frankie.

  Martinowi uśmiech nie schodził z twarzy. Przestało mieć znaczenie jego inwalidztwo, nie liczyło się już to, że nie zdążył wkleić zdjęć do albumu. Teraz najważniejsze było to, że już za moment będzie mógł przytulić córkę i wnuczęta.

  Betty spojrzała w okno, uśmiechnęła się, po czym wskazała na nie palcem, mówiąc coś do dzieci. Cała trójka zaczęła wesoło machać wklejonemu w szybę mężczyźnie.

  W tej chwili stało się coś, co spowodowało, że mimika Martina uległa zmianie. Roześmiana, pełna szczęścia twarz momentalnie przybrała kolor szarego papieru, a z wyglądu zaczęła przypominać kamienną płaskorzeźbę. Czas zwolnił i mimo że wszystko trwało zaledwie parę sekund, mężczyzna poczuł, jakby świat się zatrzymał, a on sam trwał w nieskończenie długim, przerażającym zawieszeniu.

  W kierunku Betty i dzieci mknęła rozpędzona ciężarówka.

 

  Roger powtarzał sobie, że już nigdy tego nie zrobi. Koniec z ćpaniem. Nie potrafił zliczyć, ile inhalacji miał już na koncie. Co prawda nigdy nie był matematycznym orłem, ale częstowanie mózgu toksycznymi oparami na pewno nie pomagało mu w poprawnym przetwarzaniu informacji.

  Rozpuszczalnik, klej, obojętnie. Byle było tanie i mocno kopało. Można było stosunkowo niewielkim kosztem odpłynąć do krainy błogiej nieświadomości.

  Od kiedy wyszedł z więzienia, nie wdychał. Szukał pracy, chciał coś zmienić, spróbować lepszej drogi. W trzeźwości. Dostał nawet propozycję – praca na czarno, ale zawsze to coś. Niestety – jak na ironię była to fucha kierowcy w firmie dostawczej, a jemu przyszło rozwozić klej. Jednak darowanemu koniowi nie zagląda się pod ogon i Roger przyjął ofertę. A że był człowiekiem słabym, pokusa zwyciężyła.

  Przed kolejną jazdą Roger postanowił powąchać choć przez chwilę. Dzień był do dupy, a parę sztachnięć mogło poprawić sytuację.

  „Parę sztachnięć” okazało się mieć większą moc, niż zakładał. Nie było jednak rady, robota sama się nie wykona, a on nie może sobie pozwolić na utratę pracy. Zatoczył się, ale znalazł drogę do kabiny. Odpalił silnik i ruszył.

  Pierwszym co zobaczył po odzyskaniu świadomości, był niebiesko-czerwony błysk w pękniętej przedniej szybie i dziecięcy bucik zawieszony na jednym z przęseł ogrodzeniowych.

 

  Martin zapomniał o swojej niepełnosprawności i odruchowo próbował wstać. Oczywiście bezskutecznie. Nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku, zaczął więc rozpaczliwie wymachiwać rękami, próbując ostrzec córkę przed niebezpieczeństwem. Historia jednak została już zapisana i nieustępliwie dążyła do kulminacji.

  Dalej były tylko strzępy. Strzępy zdarzeń i fruwających ubrań. Huk, zgrzyt metalu i dźwięk ciężarówki wbijającej się z impetem w ogrodzenie. Jednak zanim samochód dostawczy z logo „MaxSprint Glue Super Fast” zatrzymał się na metalowych prętach, zdążył jeszcze zmieść z chodnika Betty, Bena i Frankie.

  Martin biernie obserwował, jak jego córka przelatuje nad ogrodzeniem i ląduje na asfalcie parkingu, a jej ciało zastyga w nienaturalnej pozie. Patrzył, jak Ben wylatuje w powietrze jak szmaciana kukła i wbija się w szybę jednego z zaparkowanych aut. Był świadkiem tego, jak Frankie zostaje praktycznie wprasowana przez kilka ton stali w metalowy płot.

  Mężczyzna zastygł w bezruchu przed oknem kuchennym. Jego blada twarz była jak wyciosana w kamieniu. Nie potrafił się ruszyć, zesztywniałe ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Czuł tylko pustkę, nicość, w której w jednej chwili się zatracił.

  Jego świat runął.

  Myśli Martina powędrowały ku zalegającej w szafce fiolce tabletek nasennych. Wreszcie będzie z nich użytek.

  Jego rozdarte serce znalazło ukojenie, jeszcze zanim uprzątnięto miejsce wypadku.

12273 zzs

Liczba ocen: 5
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 119

Dodano: 2020-10-11 11:51:21
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW
Odpowiedz
TreningWyobrazni szanuję za refleks!
Odpowiedz
~oko 1 r.
temat do łatwych nie należał, ale dałeś radę kapitanie. zaskakujący koniec świata - taki bardzo osobisty.
Odpowiedz
oko dziękuję. Przyznaję, że ten zestaw sprawił mi chyba najwięcej problemów, najdłużej się zbierałem do pisania.
Z początku pomysł był zupełnie inny, a koniec świata bardziej globalny. Jednak uznałem, że wolę poeksperymentować i spróbować zagrać emocjami. Cieszę się, że poszło, bo wcale nie byłem taki pewny co do rezultatu.
Odpowiedz
~Aja 1 r.
z wykopem
Lubię bardzo Twoje teksty - ten, nie należy do zabawnych. Wykorzystałeś bardzo dobrze zestaw i pozostawiłeś z myślami. Bardzo dobrze napisane.
Odpowiedz
Aja dziękuję, bardzo mi miło. Z początku miałem pójść w stronę humorystyczną i przedstawić temat lekko i zabawnie. Ostatecznie tekst skręcił w inne rejony, bo pierwotny pomysł wydawał mi się nie dość dobry. Cieszę się, że się spodobało, bo miałem pewne wątpliwości
Odpowiedz
CptUgluk

Bardzo przygnębiający tekst.A jednak wciągający. Świetny opis osobistego dramatu. Osobistego końca świata.
Bardzo prawdopodobny psychologicznie. Dobrze wykorzystany zestaw.
Ja, osobiście, wole koniec świata traktować nieco z przymrużeniem oka.
Ale to ja.
Odpowiedz
Alchemik dziękuję! Autentyczność i wiarygodność, szczególnie jeśli chodzi o postaci, jest dla mnie bardzo istotna. Staram się, żeby człowiek był człowiekiem, nawet jeśli ten człowiek to tylko wytwór wyobraźni.
Miałem podejść do tekstu z przymrużeniem oka, jednak zestaw bardziej mi się wpasował w smutne klimaty. Po cichu liczę na to, że kolejne losowanie będzie bardziej sprzyjające humorystycznie
Dzięki za odwiedziny!
Odpowiedz
Witam,

Bardzo poprawnie poprowadzona narracja. Opowieść snuje się spokojnie, by w końcu porządnie zagrać na emocjach czytelnika.
Podoba mi się styl oraz to, że tekst jest dopracowany. Widać dużą dbałość o szczegóły.
Z minusików - troszkę mi się miejscami dłużył, ale to może być tylko moje indywidualne odczucie.
Pozdrawiam

PS. Wkrótce odwiedzę inne twe opka
Odpowiedz
Agnieszka dzięki za odwiedziny!
Miło, że się podobało
Wymieniony przez Ciebie minusik wskazuje na to, że jeszcze nie osiągałem pożądanego rezultatu i moja gonitwa za króliczkiem płynności nadal trwa
Pozdrawiam również!

PS. Będzie mi bardzo miło!
Odpowiedz
"otrzymał postrzał w kręgosłup.
Co prawda na początku Martin otrzymywał" - spróbuj ograniczyć tu "otrzymywanie", bo bliskie powtórzenie;
"przysporzyła jej już kilka siwych kosmyków" - kilku;
Lubię takie prywatne, osobiste końce świata. Mają indywidualny charakter i przez to bardziej poruszają. Dobrze wybrnąłeś z zestawu, no i ta przerażająca wręcz ironia z szybkoschnącym klejem i rozwożącą go ciężarówką - świetny pomysł. Szkoda tego Martina - chyba nie można sobie wyobrazić gorszego końca świata niż ten, który spotkał jego.
Odpowiedz
alfonsyna dziękuję, nareperuję błędy, ale nie wiem czy mogę to zrobić teraz, po deadlinie, czy na razie zostawić i poprawić je już po etapie oceniania?
Uznałem, że taki osobisty koniec świata bardziej poruszy, niż klasyczna apokalipsa. Jak to mówili? Jak umrze jedna osoba to jest tragedia, jak tysiąc to już statystyka?
Dziękuję za dobre słowa i odwiedziny
Odpowiedz
CptUgluk takie drobiazgi to sobie możesz poprawić od razu jeśli chcesz, wszak dużo tego nie jest.
Odpowiedz
alfonsyna Poprawione, już powinno wszystko grać
Odpowiedz
CptUgluk no i elegancko
Odpowiedz
~Manta 1 r.
Wybrałeś taki opisowy, powiedziałabym gawędziarski styl do napisania tego opowiadania Natomiast mi to nie przeszkadzało. Nie było dialogów, które dynamizują akcję, jednak może faktycznie do opowiedzenia tej historii były zbędne? I tak miała dużo emocji w sobie.
Technicznie czytało się dobrze, dlatego, że zadbałeś o komfort czytelnika i mamy sporo akapitów, a nie ścianę tekstu
Staruszek okazał się bohaterem, ale był też człowiekiem. Ciekawe ile razy zastanawiał się, czemu po prostu nie odpuścił? Owszem uratował mnóstwo osób, ale sam skazał się niepełnosprawność. Smak tego bohaterstwa był na pewno bardzo, bardzo gorzki.
Miałam małą nadzieję, że zakończysz te opowiadanie pozytywnie. Dałam się nabrać na tę sielskość w sposobie pisania i radość oczekiwania na rodzinne spotkanie
Dobra robota!
Odpowiedz
Manta bardzo lubię dialogi, ale w tym akurat opowiadaniu nie miałem okazji ich użyć. Okazji, ani odpowiedniego uzasadnienia. Umyśliłem sobie, żeby odpowiednio zbudować klimat i postać głównego bohatera, a potem jednym zwrotem akcji zmienić cały wydźwięk i zakończyć z przytupem.
Mam jednak nadzieję, że kolejny zestaw pozwoli mi trochę dynamiczniej podejść do sprawy i wpleść nieco dialogów. Za dużo się już porozpisywałem, o czym wiele osób mi tu mówi
Dzięki bardzo za odwiedziny o komentarz
Odpowiedz
Nadal jest ta maniera, a jeszcze to i tamto, bo. 😉
Przyspieszasz zawsze pod koniec, a zaczynasz konkrety w połowie. Myślę, że masz taki rozrusznik, który najpierw odpali dopowiedzenia, a gdy już ruszy na tym podłożu, to jedzie bez problemu. Jeszcze u nikogo czegoś podobnego nie wyłapałam. 🙃
Są też dosadnie podpięte akcenty emocjonalne. Nie było trudności z odnalezieniem się po tamtej stronie. Naj mniej udany był fragment z zamachem, chodzi o akcję, ciąć i już. Jeździ na rydwanie i tyle postrzlony po zamachu. Nie musi być to szczegółowo rozwlekane, jeśli chodzi np. o zadanie konkretne z TW. Czasami jednym zdaniem wykorzystuje zestaw. Moje spostrzeżenia. 😉


Odpowiedz
Szudracz chyba coś w tym jest. Po prostu lubię zbudować sytuację, miejsce i klimat, zanim przejdę do konkretów. Jak widać trudno mi to przezwyciężyć. Ale liczę na to, że każdy kolejny zestaw da mi okazję do eksperymentowania, może kiedyś znajdę złoty środek wciągnąłem się w TW i mam nadzieję, że wyciągnę z tego jak najwięcej doświadczenia
Dzięki za odwiedziny i spostrzeżenia!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Noo ok. Ciekawe. Zatem:

Na początku myślałem, że znów przedobrzyłeś, że za dużo informacji, za wolno płynie akcja.
Tak uważałem, choć jednocześnie doceniałem staranny zapis.
Jednak myślałem: czemu ma służyć ta drobiazgowość.

Jednak:
Pomimo tego że przynajmniej antagonista "Marciniego świata" jawi się z początku dość sztampowo, to po przemyśleniu jednak nie.
Otóż bowiem jest on jedynie narzędziem, nie kimś z gruntu złym. Po prostu wykoślawionym przez życie i własną niemoc. A jako taki - takie narzędzie - bardzo dobrze, że nie epatuje nadoryginalnością, bo ta (gdyby na przykład miał motywy, czy coś) odwróciłaby uwagę od tragizmu. A tragizmem jest tu zły splot okoliczności. Wyimek miejsca oraz czasu. Przypadek.
I ja w tej konwencji Twoje opowiadanie w pełni kupuję i przekreślam własne - początkowe rozterki.
Tak to musiało zostać napisane.
O Matrinie więcej i dokładniej. Żeby móc mu współczuć, należało go trochę poznać, do czego z kolei potrzebna była przestrzeń.
Zapewniłeś to.

Potem rodzina - i wszystko przyspiesza. On to widzi i chlast. Przyspieszenie następne, bo o Martinie sama końcówka jedynie sugeruje. Niedopowiada, choć nakreśla, co się stało.
I teraz słuchaj: Nie miałem pomysłu na dzisiejszy CODZIENNOSTRZAŁ do tego momentu. Twoje opko mi go podało na tacy.
Co więcej ten obserwacyjny codziennostrzał został przeze mnie napisany tutaj, jako dalsza część komentarza. No ale właśnie go kasuję i wstawię potem oddzielnie. Dziękuję za inspirację i dobry tekst.










Odpowiedz
Canulas rety, dzięki bardzo za komentarz i dobre słowa! Cała przyjemność po mojej stronie. Tak sobie właśnie to w głowie poukładałem, że bez dobrego wprowadzenia nie będzie możliwe uzyskanie założonego efektu. Mogłem ominąć to i owo, jednak uznałem, że takie pozornie nieistotne pierdółki w tym przypadku budują tło i nadają historii sensu, a postaci niezbędnej głębi.
Miło, że weszło i drugie miło, że w jakiś sposób zainspirowało. Z ciekawością zapoznam się z Twoim codziennostrzałem.
Pozdrawiam
Odpowiedz
z wykopem
Bardzo dobrze wykorzystałeś zestaw, świetna historia mimo że smutna. Wygląda na przemyślaną, starannie zbudowany świat. Przykry ten jego los, ale bardzo to realne.
Odpowiedz
SylviaWyka dziękuję za dobre słowa! Jak już gdzieś wyżej pisałem, miało być na wesoło i zupełnie, zupełnie inaczej. Koncepcja się jednak zmieniła i postanowiłem popróbować smutnych klimatów. Cieszę się, że Ci podeszło
Odpowiedz
~Halmar 1 r.
Cudo wyczarowałeś ze swojego zestawu. Świetna narracja, bardzo sprawnie poprowadzona. A co najważniejsze - wzbudza emocje. Cała niesprawiedliwość i podłość świata w pigułce. Ale bez przerysowania. Świetne, plastyczne opowiadanie.
Odpowiedz
Halmar nie wiem czy cudo, ale dokładałem starań, żeby dało się czytać dziękuję pięknie za dobre słowa, cały czas uczę się pisania i takie opinie są naprawdę budujące. Cieszę się, że Ci się podobało.
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
z wykopem
Zaczytałam się, pierwszy raz u Ciebie się autentycznie zaczytałam. Dobrze poprowadziłeś narrację, na granicy przedetalizowania, ale jednak jeszcze zasadnie - dałeś pole na zbudowanie podwalin pod końcówkę. Bardzo udane opowiadanie.
Odpowiedz
Ritha cieszę się i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś sprawić, żebyś znów się zaczynała dzięki za miłe słowa!
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
CptUgluk na pewno się uda
Odpowiedz
~sensol 1 r.
z dużym wykopem
smutna historia. piszesz tak jak lubię, bez udziwnień. wszystko zrozumiałem gratulejszyn
Odpowiedz
sensol zrozumienie tekstu przez czytelnika jest dla mnie jednym z najważniejszych aspektów. A brak udziwnień wynika albo z tego, że po prostu tak wyszło, albo z tego, że nie umiem za bardzo udziwniać :P tak czy siak wielkie dzięki za odwiedziny i dobre słowo!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.