online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
Piąta od góry
<
Dendrologiczny patchwork
>

Rura w ziemi — część VI

 

 Link do części V:

 

 Tam, gdzie gniją poziomki…

 

 Zaparkowałem, a właściwie porzuciłem auto w lesie, niecałą milę od celu. Prowadzenie pojazdu rozpraszało, powodując nudności, a chciałem jeszcze raz wszystko przemyśleć. Nie mogłem pozbyć się widoku taranowanego przez pociąg ciała. Chrzęstu miażdżonych pod stalowymi kołami kości. Wyzbyć się z pamięci krótkiego, rwanego krzyku.

 Byłem w zawodzie już dobre siedem lat, ale jeszcze nie odebrałem ludzkiego życia. Poprawka. Nigdy nikogo nie zamordowałem.

 Podczas trwania służby tylko dwukrotnie rozpinałem kaburę. Tylko raz wystrzeliłem. Do tego ostrzegawczo, w powietrze. Nie byłem zatem typem Clinta Eastwooda.

 Przez ostatnie godziny wiele się jednak zmieniło.

 Idąc poboczem drogi, starałem się wszystko dokładnie poukładać. Dodać, odjąć, a na końcu zobaczyć, co mi wyjdzie. Już wstępne wnioski nie były optymistyczne.

 Nadużywanie alkoholu i miksowanie go z lekarstwami na sen, które i tak nie pozwalały mi zasnąć, to zły znak.

 Wielomiesięczna depresja.

 Wyobcowanie.

 Do tego nieustające bóle głowy i rozmowy z duchem martwego syna.

 Niedobrze. Wątpliwości zaczynały narastać.

 Znałem dobrze pobliskie tereny ze względu na rzeczy, jakie się tu ostatnio wydarzyły, jak i dlatego, że urodziłem się i wychowałem nieopodal. Wiedziałem więc, jak skrócić sobie drogę.

 Skręciłem w las, przyświecając latarką. Powietrze było dużo wilgotniejsze, a ściółka piekielnie śliska. Po kilkunastu krokach całkowicie przemokłem, tak, że zęby zaczęły mi szczękać z zimna. Ćmy w głowie poderwały się do lotu, powodując pulsowanie w skroniach. Przez żołądek przetoczyła się fala paskudnych skurczy. Zwymiotowałem.

 Cały drżałem w jakimś rodzaju febry. Niezdolny do wykonania choćby jednego kroku. Od tego momentu reszta była mirażem.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

 Nic nie jest pewne. Wszystko jest tylko serią migających obrazów. Nieskładnych, nieukończonych zdań. Chaosem.

 Jakiekolwiek opieranie się na logice jest błędem. Nauka – farsą. Wspomaganie się wiarą w dzieło stworzenia – obłudą i niedorzecznością.

 Nagle po prostu tam jestem.

 Nie wiem, skąd? Dlaczego? W jaki sposób?

 Widzę to bardzo wyraźnie. Jak idę, a z nosa mi krwawi. Potem obraz się zmienia. Słyszę świszczący dźwięk, jakby czajniczy gwizdek i powracam. Drzewa pod naporem wiatru biją pokłony.

 Jestem cały umazany w błocie oraz krwi, ale nie zwracam na to najmniejszej uwagi. Stąpam ostrożnie, klucząc pomiędzy ofiarami. Dźwięk trzepoczących, próbujących poderwać się do lotu skrzydeł uspokaja. Zapach tlącego się futra daje moc.

 Fosforyzujące niebo rozświetla mrok. Gwiazdy są małe. Tak bardzo, bardzo nieważne. Jedna z opasłych postaci kwili nad ciałem. Podchodzę.

 Bosą stopą rozdeptuję jeża i kołacze mi się teraz niczym kula u nogi, jak w tych starych komiksach o Lucky Lucku. Dostrzegam, że moje ubranie jest w strzępach. Nie mam strzelby i palców, którymi mógłbym ją trzymać.

 Marzę o tym, by wszystko to było tylko złym wpływem lekarstw, agonalnym skurczem lub najczystszym szaleństwem, ale nie jestem w stanie się oszukiwać. Bo oto świat zdjął swą maskę i widzę, jaką ma twarz. Patrzę, jak wykrzywia mordę, rozdeptując wszystkie me idee, miażdżąc wierzenia, opluwając i depcząc ideały. Cała prawda uderza z prostą, ale niezwykle wyrazistą siłą.

 O Boże, który nie istniejesz, myślę. Jesteśmy niczym bakterie. Jak małe drobinki kurzu. O niczym nie mamy pojęcia. Wszystkie wyznania i prawa tego świata to jedynie hamulce na użytek społeczny bądź prywatny. Prawdziwa prawda jest tutaj. Zaklęta w starych rytuałach i pradawnej magii. W zaśpiewie, na który ludzkie ucho jest już od wieków za głuche, a oko dawno oślepło.

 Zbliżam się bez najmniejszej kontroli nad własnym ciałem.

 To wszystko jest jak projekcja filmu dla tylko jednego odbiorcy. Nie w trzecim, a w piątym wymiarze. Dociera do mnie, że Sonny mówił prawdę, choć mylił się co do zwierząt. Nie setki są ich, a tysiące. Trzeba być ignorantem, by nie zauważyć wzorów, jakie tworzą ich truchła.

 Na myśl o tym, że jestem zwykłym mordercą, ogarnia mnie pusty śmiech. Trzęsąca się galareta ludzkiego ciała chlipie, wzbudzając we mnie pogardę.

  — Ukrzyżował mojego pieseczka, więc go zabiłem — łka Bobby, wskazując ręką za siebie. Spoglądam. Ze zmiażdżonej głowy wycieka krew, rozcieńczając się z deszczem.

  — Drucker, biedny idioto. Czy mama ci nie mówiła, że prawdziwa magia jest tylko dla czarodziejów?! — wręcz krzyczę, zanosząc się śmiechem. Jestem szaleńcem dopiero od niedawna, ale już wiem, że uwielbiam ten stan. Stan bez moralności i zasad. Bez odpowiedzialności i żadnych wyrzutów sumienia.

 Uderzam grubego chłopaka, ponieważ mogę. W myśl tego, że przecież nie zdoła się obronić. Biję na przemian. To zdrową ręką, to strzępami drugiej. Przestaję dopiero wtedy, kiedy przez kości czaszki zaczynam rozbryzgiwać błoto.

 Wszystko cichnie.

 

 

 <<<<<<>>>>>>

 

 

 Otworzyłem oczy i po chwili na powrót je zamknąłem. Świat wirował, a głowa ćmiła piekielnie, jakby ktoś powbijał mi w czaszkę gwoździe. Leżałem chwilę bez ruchu, pozwalając narastać falom mdłości, by w ostatniej chwili przechylić się na bok i resztkami ostatniego posiłku zalać ziemię. Próbowałem wstać, ale pierwsze dwie próby okazały się mało skuteczne. Leżałem zatem dalej na dnie głębokiego jaru, na wpół zagrzebany w liściach, i starałem się wskrzesić jakoś pamięć. Wizje jednak nie chciały łatwo ustąpić.

 Wszystko było tak bardzo realne. Bezkresna wolność. Brak hamulców. Czyste zło.

 Upadłem. Na pewno upadłem – starała się mnie przekonać ta część podświadomości, która jeszcze broniła się przed szaleństwem. – Straciłem przytomność i spadłem. Reszta to po prostu miszmasz narkomańsko-pijackich majaków.

 Przy trzeciej próbie jakoś się dźwignąłem, czując pulsujące rwanie w lewej nodze. Piekielny ogień rodził się pod kolanem i rozprzestrzeniał aż do samej pięty.

 Strzelbę znalazłem bez trudu, ale wyjście z jaru okazało się nie lada wyzwaniem. W końcu jednak wdrapałem się na szczyt. Byłem jednak totalnie wykończony.

 W pracy policjanta na równi z dedykacją ważna jest intuicja i to właśnie jej teraz słuchałem. W zasadzie nie miałem nic, poza przeczuciem, że tak właśnie należało postąpić. Biorąc jednak pod uwagę mój stan, to nawet jeśli przypuszczenia okazałyby się trafne, nie byłbym w stanie wiele zrobić.

 Kuśtykając i wspomagając się strzelbą, ruszyłem wolno przez las.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

 Kiedy dotarłem w pobliże starej budowy, wstawał świt, a towarzysząca mu mgła ograniczała widoczność do kilku jardów. Była gęsta, niczym cholerna zupa. Zalewała wszystko mleczną poświatą, zatapiając olchy, sosny i jodły. Nie przepuszczała nawet strzelistym świerkom. Do tego pierwsze promienie słońca dawały piorunujący, wizualny efekt i gdybym tylko był tu w innych okolicznościach, zdołałbym uchwycić kilka naprawdę fantastycznych zdjęć.

 Doczłapałem się jakoś do wraku barakowozu, który jeszcze nie tak dawno służył robotnikom za dom, a z którego jakieś dzieciaki zrobiły sobie wypadową bazę. Dach był na wpół zawalony, zapewne przez wiatr i zgniliznę, a dziury w stropie ktoś uzupełnił gałęziami. W miejscu dawnego okna widniała teraz czarna, nieregularna dziura, dając dobrą widoczność na mgielny las.

 W rogu pomieszczenia leżał stary samochodowy fotel, przytaszczony tu nie wiadomo skąd. Przeniosłem go bliżej okna. Na resztkach omszałego stołu złożyłem broń i usiadłem.

 Byłem nie więcej niż dwadzieścia jardów od miejsca, które dla małego Kevina okazało się grobem i gdyby tylko mgła się nieco rozwiała, z pewnością bym je zobaczył.

 Czekałem.

 Po jakiejś godzinie zaczął mnie morzyć sen, choć starałem się go oddalić na wszystkie możliwe sposoby. Osuszyłem i poukładałem równo wszystkie naboje, później zaś starałem się zliczyć pozostawiane wszędzie ekskrementy. W końcu jednak przemęczenie zwyciężyło. I tak oto, zziębnięty i przemoczony, w towarzystwie trzynastu naboi i dziewiętnastu gówien, zapadłem w sen.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

 Głosy, głosy, głosy. To one mnie wybudziły.

 Przywarłem do dziury po oknie. Mgła nieco się przerzedziła, choć dalej siąpił deszcz. Nie mogłem dostrzec postaci, ale słowa były wyraźnie słyszalne.

 Zgarnąłem naboje do kieszeni, ładując uprzednio dwa, i nie zwracając uwagi na opuchnięte kolano, wyszedłem. O ile gęsta zupa utrudniała widoczność, o tyle pomagała się skradać. Przykucnąłem za wielkim kawałem betonu i wyjrzałem.

 Stojący do mnie tyłem, sądząc po otyłości, był Bobbym. Druckera natomiast rozpoznałbym zawsze i wszędzie. Jeżeli można mówić, że Sonny miał coś z Indianina, to dziadek Druckera musiał być chyba Apaczem. Ospowata, pociągła twarz, orli nos oraz upięte w kitę, czarne włosy czyniły go podobnym sprzedawców koców, rodem z Tijuany. W ręku trzymał maczetę. Rozmawiali.

 Wystarczyło kilka sekund, by się zorientować, że Drucker jest strasznie wściekły. Pytał grubasa, po co ten go sprowadził. Co za sprawa jest tak kurewsko pilna, żeby wracać na miejsce zbrodni?

 Tłuścioch chciał, by tamten gdzieś za nim poszedł i zacząłem obstawiać dwa scenariusze. Pierwszy: Gruby zmiękł i będzie prosił Druckera, by obaj się zgłosili na policję. Uznałem taki pomysł za wiarygodny.

 Drugi to taki, w którym Bobby nie ma wyrzutów sumienia i nie chce, by go złapano. A czując się zagrożony, postanawia zabić. To było dużo mniej prawdopodobne.

 W każdym razie ruszyłem za nimi, starając się trzymać dystans. Wtedy z mgły doleciały dwa zdania i zrozumiałem, że oba scenariusze były błędne.

 

 <<<<<<>>>>>>

 

  — Chyba cię kompletnie pojebało. Po kiego wała miałbym ci zarżnąć kundla?!

 Pół-indianin wyglądał na wkurzonego. Byłem niemal pewny, że zaraz zrobi użytek z maczety. Gruby natomiast przeciwnie. Mówił spokojnie i wolno, choć kompletnie to do niego nie pasowało. To było dziwne.

  — Nie chodzi o psa, Druc, ale o to, co się tutaj wydarzyło. O to, czego byliśmy świadkami. Pamiętasz?

  — Chyba sprawcami, a nie świadkami, tłusty zjebie. Zabiliśmy chłopaka. Nie rozumiesz? Zainteresowało mnie to zdanie. To: „Nie chodzi o psa".

 Do tego wszystkiego zaczął wzmagać się wiatr, co prawdopodobnie było zwykłą zmianą pogody. Tylko czemu stanęły mi na karku wszystkie włosy?

  — Chłopaka, śmaka. Posłuchaj, Druc. Wyglądasz na Indianina. Wszyscy to wiedzą. I mimo że zawsze się tego wypierasz, jestem gotów postawić dwadzieścia galonów Guinnessa na to, że kiedyś pewien biały spotkał uroczą, czerwonoskórą piękność. Więc pytam, czemu jesteś takim jebanym, ignorantem? Przecież wasza nacja, poza chlaniem ognistej wody i ganianiem bizonów, miała cały wianuszek cholernych wierzeń. Czemu nie widzisz, że to, co nas spotkało, było czymś wyższym? Czymś kurewsko nadnaturalnym. Niezwykłym.

  — Chyba ci się pojebało, jeśli myślisz, że możesz tak do mnie mówić. Uznam to za szok spowodowany utratą Saby, ale dodaj jeszcze jedno pieprzone słowo, a za chwilę sam wleziesz do tej rury.

 Robiło się coraz ciekawiej. Ich zaangażowanie w rozmowę spowodowało, że przekradłem się o dwa jardy bliżej. Z tej odległości laik odstrzeliłby łepek gołębiowi.

  — Posłuchaj! Skup się! Chuj z psem. Zresztą sam go tu przyszpiliłem. Chodzi o magię. O moc sprowadzania wiatru. To jak mieć pilota do pogody.

 Wydawało mi się, że Drucker się wzdrygnął. Słusznie. Jeżeli ktoś jest fanatycznie upośledzony, to i maczeta może być nieraz mało.

  — Całkiem ci się poprzestawiało, Bobby. Idę do wozu.

 Mówiąc to, zaczął się wycofywać. Nie odwrócił się jednak plecami. Gruby chłopak postąpił krok naprzód, a potem padł na kolana, unosząc ręce. Wyglądał jak kapłan religii McDonald's przyzywający wielkiego McNuggetsa. Spod koszulki wypełzł mu brzuch, momentalnie pokrywając się błotem. Miałem pewność, że chmury zaczęły przesuwać się szybciej. Ciemniało. Wiatr jeszcze przybrał na sile.

  — Ku…a, przecież kocha...ś tego psa! — zdawało się dolatywać.

  — Albowiem w ostatnim egzaminie, jaki zesłał pan, stało: Ofiarujcie mi, co najcenniejsze. To, co najbardziej kochacie. Ofiarujcie mi, co miłujecie, a spłynie na was łaska moja i blask.

 Patrzyłem, jak grubas wpada w jakiś rodzaj ekstazy. Jak w śpiewnym szaleństwie miesza wulgaryzmy z łaciną. Jak wznosi ręce i uderza nimi o ziemię. Deszcz zacinał z tak piekielną siłą, że aż żłobił w błocie koleiny.

 Patrzyłem.

 Wszystko wyglądałoby na klasyczny przypadek obłąkania. Wyglądałoby, gdyby cholerna pogoda nie grała z nim w jednej drużynie. Wstałem.

 Od razu mnie zauważył i jeśli był zaskoczony, to doskonale to ukrył. Jakby wszystko pasowało do planu. Spojrzałem w kierunku Druckera. Kręcił się wkoło jak bąk, w nieznanym, szalonym rytmie. Poprzez zasłonę z deszczu nie mogłem dostrzec dlaczego. Zwariował? Coś go dopadło? A może jedno i drugie? Trudno. Najpierw sprawa tłustego.

  — Wstań, chłopcze! — wykrzyknąłem. — Koniec sabatu.

 Wyszczerzył zęby tak bardzo, że aż mnie przeszyły dreszcze. Miałem wrażenie, że gdyby nie hałas, usłyszałbym, jak trzeszczą mu mięśnie szczęk. Zdawał się absolutnie pewny siebie. Szalony. Nieobliczalny.

  — Powiedziałem, wstań! Nie wiem, jaką moc ma twój Bóg, ale mój ma niemałą. Zwłaszcza na bliskie dystanse.

 Nie wierzyłem w ton swoich słów. Był tak nieprawdziwie spokojny. Zupełnie odwrotny do tego, jak się czułem.

 Wstał.

  — Koniec wygłupów. Nie wiem, co tu odwalasz, ale tymi cyrkami możesz najwyżej zdezorientować miejscową pogodynkę. Zabieram cię.

 Grałem dalej twardego detektywa rodem z komiksu. Takiego, co pokonuje całą gromadę ciemnych typów, uwodzi tępe blondynki i zawsze puentuje wszystko dowcipem. Żenada.

 Dalej się szczerzył, sugerując, że chętnie by mnie rozszarpał. Uniosłem strzelbę do strzału.

  — Możemy to skończyć tutaj, jeżeli chcesz. Mnie wszystko jedno.

 Mówiłem tylko ja. On patrzył. Miałem broń gotową do strzału, a mimo wszystko czułem, jak coś umyka. Ucieka. Do tego strasznie pociły mi się dłonie. Drżałem.

 Przyszło mi na myśl, żeby po prostu wystrzelić. Zakończyć to w miarę zwyczajnie. Pospolicie. Oczywiście, jeżeli wziąć pod uwagę całą tę popieprzoną historię. Z tej odległości na pewno bym nie spudłował, a nieśmiertelny, do kurwy nędzy, przecież nie był.

 Jednak czegoś się bałem. Coś powstrzymywało mnie przed takim zagraniem. Gdzieś wewnątrz czułem, że to ja jestem teraz pod kreską. Gruby chłopak ciągle ruszał rękoma. Gestykulował. Nie robił tego jednak tak otwarcie, jak przedtem.

  — Przestań się ruszać albo strzelę ci w kałdun! — powiedziałem i w tym momencie pociemniało mi w oczach. Torsje i jakiś rodzaj febry spowodowały, że zgiąłem się w pół, jak scyzoryk. Całą ostrość widzenia trafił szlag.

 Upadłem na ziemię, próbując namacać broń, jednak mięśnie nie chciały współpracować. Obraz stał się jeszcze bardziej nieostry. Widziałem, jak Bobby podchodzi.

 Chyba coś mówił, ale brzmiało to raczej jak bzyczenie. Później rozmyty obraz przeszedł w mrok absolutny i czułem, jak wszystko umyka. To było smutne.

 Nigdy, a przynajmniej od bardzo dawna, nie lękałem się śmierci. Bałem się natomiast tego, że zawiodę. I wyglądało na to, że chyba słusznie się bałem.

 Potem przestałem myśleć.

 

 Link do części VII:

14848 zzs

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 55

Opis:

8 letni staroć, jakby coś: (dużo przekleństw, za które babcia – gdyby żyła – wytargałaby mnie za uszy).

Dodano: 2020-10-29 23:29:16
Komentarze.
Czy tam był Manitou?
Z tym wiatrem i utratą przytomności... Bobby to szaman?
"Indianie i kowboje to życie moje" - coś mi świta z dzieciństwa.
Odpowiedz
alka666 manitou to był u Mastertona 🤷‍♂️
Odpowiedz
Canulas
Był obecny w duchowym życiu Indian. Przeczytałam gdzieś (i Ty też na to trafisz niebawem), że Indianie wcale nie byli chętni duchom. Nie w ten sposób, jak nam przedstawiano. Świat duchów zawsze był dla nich przerażający i ryzykowny.
Po raz pierwszy zetknęłam się z tym w filmie "Duch" z 1982r., kiedy szaman otworzył przejście do świata zmarłych, by wyprowadzić stamtąd uprowadzoną dziewczynkę. Stare cmentarzysko, na nim osiedle i wściekłe duchy, słyszane i rozumiane przez dziecko. Prawdopodobnie medium.
Sorki, ale gdy w opowiadaniach pojawiają się Indianie i rytuały, zaczynam latać okołomyślą. Daleko w czasie...
Odpowiedz
alka666 tak, Rura tym stoi, ale to bardziej część II i III. Jestem zaskoczony, że na tym etapie umiesz wyciągnąć taki wniosek, ale stawiam na szczęśliwy traf
Odpowiedz
Canulas może to przeczucie? Ponoć mam bardzo wyczuloną na pewne aspekty intuicję. Troszkę ucieknę we wspomnienia...

Kiedyś pisałam reckę (książki Andrzeja Górnego, poznańskiego pisarza), gdy podczas czytania książki nagle myśli same odpłynęły do Alberta Camus'a. Niby ot tak. Sama byłam zaskoczona, gdy porzuciłam książkę i rzuciłam się w wir poszukiwań w jego felietonach, zupełnie ich wtedy jeszcze nie znając. W recenzji porównałam problem bohatera książki Górnego do eseju "Mit Syzyfa" oraz "Człowiek absurdalny" i "Człowiek zbuntowany". Tak mi się powiązało... Jakież było zaskoczenie Górnego, gdy miałam odczyt recenzji! Nie mógł uwierzyć, że nie znając go wcale, tak trafiłam w sedno jego młodzieńczych fascynacji Albertem Camus.

Zatem wiesz...no. Czasami coś mnie mocno w głowę bije i to jest to.
To nie traf... Czasami mam psiego nosa
Odpowiedz
"Nie setki są ich, a tysiące" - dziwnie to brzmi, może bardziej "Nie są ich setki, a tysiące";
"W pracy policjanta na równi z dedykacją ważna jest intuicja" - dedykacją? Pewnie miało być "na równi z dedukcją";
"— Chyba sprawcami, a nie świadkami, tłusty zjebie. Zabiliśmy chłopaka. Nie rozumiesz? Zainteresowało mnie to zdanie. To: „Nie chodzi o psa"." - nie wiem czy słusznie, ale wydaje mi się, że od zdania "Zainteresowało mnie to zdanie" to już jest element narracji, więc chyba powinien być tam enter;
Eee nie ma aż tyle przekleństw, jest umiarkowanie pod tym względem. Mnie te wszystkie rytuały intrygują, lubię, kiedy wplata się w opowiadanie elementy jakiegoś folkloru czy kultury. Fajnie to odkrywać od nowa.
Odpowiedz
alfonsyna przepraszam za lakoniczność. Wiesz, że doceniam, ale skupię się na poprawkach hurtem, jak już wrzucę pierwszą część całą, czyli jakoś w przyszłym tyg. Dziękuję Ci za ogrom włożonej pracy i trwanie, pomimo mej lichości zwrotnej
Odpowiedz
Canulas wiem, wiem, ni ma sprawy.
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
Ok, tu przybędę niebawem
Odpowiedz
Ritha zatem do niebawem
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
z dużym wykopem
"Jestem szaleńcem dopiero od niedawna, ale już wiem, że uwielbiam ten stan" - (złoto)

ładując uprzednio dwa, i nie zwracając uwagi - wywaliłabym ten przecinek

Gruby chłopak postąpił krok naprzód, a potem padł na kolana, unosząc ręce. Wyglądał jak kapłan religii McDonald's przyzywający wielkiego McNuggetsa - hahahhaha

— Wstań, chłopcze! — wykrzyknąłem. — Koniec sabatu.

— Powiedziałem, wstań! Nie wiem, jaką moc ma twój Bóg, ale mój ma niemałą. Zwłaszcza na bliskie dystanse. - kolejne świetne

Świetna część, uwielbiam tę narrację, błędów nie ma albo nie widzę (nie widzę też linków), idzie to bardzo cacanie, nie czuć że mozambik
Odpowiedz
Ritha powywalam, ponaprawiam. Zostały dwie i wtedy uczynię wspomniane. Jak bum-cyk-cyk
Odpowiedz
z dużym wykopem
Coraz bardziej wciąga, świetny klimat
Odpowiedz
OmnesMoriuntur helloł, dzięki za odwiedziny i ciepłe słowo
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.