jasno ciemno
MOJE WSZYSTKO I NIC część XVIII MOJE WSZYSTKO I NIC część XVI

MOJE WSZYSTKO I NIC część XVII

 

 Zabrano ją do szpitala, gdzie po przeprowadzeniu badań wyszło, że Bożena może zacząć rodzić. Dzięki szybkiej reakcji lekarzy udało się powstrzymać poród. Tym razem pobyt w placówce medycznej trwał niecały tydzień i Bożena była na powrót w domu. Tak jak ustalili wraz z Łukaszem po ślubie zamieszkali u jego matki. Odbierając wypis usłyszała od lekarza aby unikała stresu.

 - Łatwo powiedzieć, trudnej zrobić – pomyślała.

 Dobrze wiedziała, że mieszkanie pod jednym dachem z teściową nie będzie łatwe. Lecz w obecnej sytuacji nie mieli wyjścia. Jakie było jej zdziwienie, gdy wrócili do domu, a tam nie zastali ani teściowej, ani jej konkubenta.

 - A gdzie twoja mama – zapytała swojego męża Bożena.

 - Przenieśli się do jego mieszkania – usłyszała w odpowiedzi - Mama powiedziała, że nie chce nam przeszkadzać, ale musiałem jej coś obiecać. Mianowicie, że jeśli będzie się coś złego dzieło damy jej znać – kontynuował.

 Bożena odetchnęła z ulgą i nawet nie przypuszczała, że będą sami tylko do czasu porodu.

 

 Młodzi już następnego dnia po powrocie Bożeny ze szpitala udali się do jej rodzinnego domu. Musieli zabrać stamtąd kilka rzeczy Bożeny między innymi jej wieżę, którą dostała od Łukasza w prezencie na urodziny. Lecz tego popołudnia zabrali tylko jej ubrania i kilka książek. Przed opuszczeniem tego domu wywiązała się kłótnia między nimi a jej rodzicami dokładniej mówiąc między nimi a Zygmuntem.

 - Ani mi się waż brać wieżę – grzmiał Zygmunt.

 - Bo? - pytała Bożena.

 - Co już zapomniałaś, że co w tym domu to moje? - wrzeszczał ojciec.

 - Nie nie zapomniałam, ale wieża jest moja. Ja ją dostałam od Łukasza jakbyś nie wiedział. Ty nawet złotówki nie dołożyłeś. To po pierwsze, a po drugie przypominać ci, że to mieszkanie nie jest twoje. Co zapomniałeś, że czeka was eksmisja? – krzyczała również Bożena.

 - Ojciec nie jest twoim kolegą, abyś mówiła mu na ty – odezwała się matka.

 - Wieżę zabieramy, czy wam się to podoba czy nie – odezwał się milczący Łukasz.

 - Ty się nie wpierdalaj – grzmiał Zygmunt.

 W końcu Bożena udając, że dała im wygrać pociągnęła Łukasza za rękę do swojego dawnego pokoju i tam szeptem wyjawiła swój plan.

 - Misiek posłuchaj mam pomysł. Przyjdziemy tu jutro do południa. Oboje będą w pracy, a ja nadal mam klucze do mieszkania. Przemka też nie będzie więc na spokojnie zabierzemy co uznamy za słuszne, a dzisiaj tylko tę torbę z ubraniami, płytami i kilkoma innymi rzeczami – Łukasz po wysłuchaniu co ma do powiedzenia jego żona uśmiechnął się chytrze po czym objął ją i patrząc jej w oczy rzekł.

 - Kocham cię.

 - Też cię kocham – odparła jak echo Bożena.

 Łukasz niemalże od samego początku dość często wyznawał jej uczucia miłości.

 I tak jak uzgodnili następnego dnia po godzinie dziewiątej rano zjawili się w mieszkaniu jej rodziców. Zabrali wówczas nie tylko wieżę, ale i kilka innych rzeczy należących do Bożeny. Ktoś przyglądający się temu z boku mógł pomyśleć, że zachowują się jak złodzieje. Ale oni wiedzieli, że inaczej się nie da, bo despotyczny Zygmunt nie pozwoliłby na zabranie tego wszystkiego.

 

 Młodzi wiedli spokojnie życie w oczekiwaniu na narodziny ich dziecka. Dodatkowo Łukasz oprócz tego, że pracował po dwanaście godzin często podejmował się innych zajęć, które mogły przynieść dodatkowy dochód.

 - Łukasz nie możesz tyle pracować, ty czasami po pracy w ogóle nie śpisz, bo pędzisz do następnej roboty – mówiła do męża Bożena, ale on zdawał się być głuchy na słowa żony albo mówił.

 - Bożenka, ale ja to robię dla nas – ona nie wiedziała jak namówić go do zmiany zdania.

 Bywały dni kiedy prawie cały czas była sama w domu, bo on latał i pomagał sąsiadom dwa piętra wyżej. Z czasem jednak to, że Łukasz tam biegał i pomagał okazało się być czymś zbawiennym dla nich oraz ich dziecka. Ona sędzina orzekająca w sądzie wojewódzkim on lekarz kardiolog okazali się ludźmi bardzo pomocnymi i życzliwymi.

 

 Wreszcie nastał ósmy stycznia dwa tysiące czwarty rok, tego to dnia Bożena wydała na świat syna. Chłopiec urodził się dziesięć dni po terminie. Śmiali się wówczas, że najpierw pchał się na ten świat przed czasem, a później było mu tak dobrze iż nie miał zamiaru przyjść na świat.

 Bożena rodziła jak na pierwszy raz bardzo szybko, bo zaledwie trzy godziny nawet lekarz był pełen podziwu. Dziecko uzyskało osiem punktów w skali Apgar ponieważ chłopiec urodził się z sinicą.

 Przed salą porodową czekał jej mąż oraz teściowa, a ona sama gdzieś w podświadomości liczyła na pojawienie się również jej rodziców. To było dość dziwne, bo nigdy na nich nie mogła liczyć, a jednak jeszcze gdzieś tam tliły się w niej uczucia, których sama nie rozumiała. Kiedyś nawet rozmawiała o tym z Łukaszem to było na jakieś parę tygodni przed porodem.

 

 - Wiesz nie rozumiem samej siebie. Tyle złego od nich doświadczyłam, tyle upokorzeń, wieczne awantury, a ja gdzieś tam z tyłu głowy nadal oś do nich czuję.

 - Ale przecież to normalne, to są twoi rodzice i chociażby nie wiadomo co robili nadal nimi będą – tłumaczył jej mąż. Była mu wdzięczna za te słowa. Właśnie w takich chwilach i takimi słowami, ale i wieloma czynami udowadniał jej, że ona może na niego liczyć i jest dla niej wsparciem. Łukasz również wiele razy przekonał się, że na swojej żonie może polegać. Dała temu wyraz nie raz i nie dwa. Nawet gdy nie byli małżeństwem, ale później po ślubie również stawała za nim murem i nie miało znaczenia czy w słusznej sprawie czy też nie. Zawsze była po jego stronie. Oboje nie widzieli poza sobą świata. Wielu znajomych śmiało się, że ich niczym nie idzie rozdzielić i to była prawda. Jedynie co ich rozdzielało to noc, kiedy byli tylko parą, a po ślubie praca. Wszędzie razem do sklepu, do lekarza, do urzędu, jednego razu usłyszała od znajomej jedno zdanie.

 - Bożena wiesz jak mawiają, gdy nie wiadomo gdzie jest jedno z was? - padło pytanie koleżanki, gdy ta czekała na Łukasza.

 - Jak? - odpowiedziała pytaniem.

 - Znajdź jedno z nich, a znajdziesz ich oboje – obie dziewczyny wybuchły śmiechem, ale taka właśnie była prawda.

 

 Jeszcze na sali porodowej Bożena musiała podać imię dziecka, oboje z Łukaszem już wcześniej wybrali imiona dla swojego dziecka. Do końca nie chcieli wiedzieć czy będzie dziewczynka czy chłopiec. Dla dziewczynki mieli Wiktoria, a dla chłopca Michał. Cztery dni po porodzie Łukasz odbierał ze szpitala żonę wraz z synem. Przez pierwsze dwa tygodnie wydawało się, że wszystko jest w porządku z jego zdrowiem. Jedynym problemem na drodze do pełni szczęścia stała matka Łukasza. Od momentu narodzin dziecka nie mieli spokoju, a zwłaszcza Bożena. Wiecznie słyszała, że wszystko robi źle. I nie chodziło tylko o to, że nagle nie umie gotować, prać, sprzątać, ale źle ubiera dziecko, źle przewija, źle kładzie i takich źle wynajdywała ta kobieta tysiące aby nie powiedzieć setki tysięcy. Michał miał już jakiś tydzień, gdy młodzi rodzice postanowili postawić się matce i sami bez niej wykąpać syna, co oczywiście spotkało się z wielkim oburzeniem i krytyką ze strony kobiety. Nie dała sobie nic powiedzieć, w końcu młodzi zignorowali to jej zachowanie. W czternastej dobie syna przyszła wiadomość z Instytutu Matki i Dziecka z Katowic, że należy ponownie wykonać badania krwi dziecka. Bożena była załamana, bo według wyników ich syn miał mieć problemy z tarczycą, ale po kolejnej serii badań wyszło, że to fałszywy alarm. Młodzi odetchnęli a ulgą.

 

 Wreszcie nadszedł dzień kiedy oboje szli z małym na pierwszą wizytę do lekarza i nawet przez myśl im nie przeszło, że ten dzień skończy się kłótnią.

 - Jak wyście go ubrali? – mówiła ze złością w głosie teściowa Bożeny.

 - Jak to jak? Normalnie – odpowiedział Łukasz.

 - Dziecko do lekarza powinno być ubrane na biało, a nie na kolorowo – mówiła podniesionym głosem.

 - Pozwoli mama, że to my wraz z Łukaszem będziemy decydować w co i jak ubieramy nasze dziecko – odpowiedziała zdenerwowana Bożena.

 - Ty się nie odzywaj, bo nie jesteś u siebie – wrzasnęła teściowa.

 Nagle do kuchni wszedł partner teściowej i próbował załagodzić sytuację.

 - Daj im spokój, po co się wtrącasz – mówił, a co tylko spotęgowało złość kobiety.

 

 Michał miał już skończone trzy miesiące i Bożena chciała iść do pracy aby odciążyć nie co męża, bo ten wciąż poza pracą nadal chodził do sąsiadów i w ten sposób dorabiał. Ale ten pomysł spotkał się z dużą dezaprobatą ze strony teściowej.

 - Jak wy to sobie wyobrażacie, że wy będziecie mi zostawiać małego i chodzić do pracy. Ja swoje już wychowałam, skoro założyliście rodzinę to sobie radźcie sami – usłyszeli.

 Mimo tego Bożena poszła do pracy Łukasz dogadał się w swoim zakładzie i tak ustawiany miał grafik aby mógł zmieniać żonę, gdy ta szła do pracy. Ale życie tej dwójki nie zamierzało ich oszczędzić, miesiąc później kobieta musiała zrezygnować z pracy, bo u ich małego synka zdiagnozowano napięcie mięśniowe. Zaczęły się wędrówki po lekarzach, a później rehabilitacja trwająca kilka miesięcy. Ta dwójka młodych rodziców robiła dosłownie wszystko aby ich dziecko wyprowadzić z tej choroby. I gdy wydawało się, że wyszli zwycięsko z tej walki na ich barki spadła kolejna zła wiadomość odnośnie zdrowia Michałka. Mały miał skończone dziewięć miesięcy, gdy Bożena była na badaniach kontrolnych. Łukasz był w pracy do osiemnastej więc musiała tym razem pójść sama. Z wizyty wróciła z zapłakanymi oczami i głową pełną najczarniejszych myśli.

 - Bożenka co się stało – zapytał Łukasz jak tylko weszła do mieszkania.

 - Lekarka twierdzi, że Michałek ma problem z serduszkiem i dała skierowanie do kardiologa – mówiła zanosząc się płaczem.

 - A nie mówiłam, że tak może być – usłyszała za plecami głos teściowej.

 - Mamo, możesz przestać – odezwał się niemniej wstrząśnięty tymi wieściami Łukasz.

 Siedzieli oboje na kanapie i zastanawiali się co dalej, gdy nagle Łukasz wstał i tylko powiedział.

 - Ja zaraz wrócę.

 Rzeczywiście wrócił po kilku minutach mówiąc

 - Miśka daj mi to skierowanie małego - ta chociaż nie bardzo wiedziała po co mu, chwyciła za książeczkę zdrowia dziecka wyjęła i podała mężowi to o co prosił, a ten ponownie zniknął za drzwiami. Po godzinie siedział i wyjaśniał żonie co udało się załatwić.

 - Mamy umówioną wizytę u doktor Bogusiak już na poniedziałek na godzinę dziewiątą – mówił. Bożena przypatrywała się na męża i była w szoku.

 - Jak to już na poniedziałek?

 - Tak, byłem u Włodka i on zadzwonił do tej pani doktor, a że się dobrze znają ustalił nam wizytę na poniedziałek. Widzisz, a tak narzekałaś, że tyle czasu tam spędzam.

 To fakt, wiele razy mówiła, że Łukasz dużo czasu tam spędza i im tak pomaga. Ale teraz to się przydało. I tak w poniedziałek mieli wizytę w poradni kardiologicznej, gdzie stwierdzono niewielką wadę serca.

 - Proszę się nie martwić, po tym zabiegu wasz syn będzie zdrów jak ryba – próbowała ich pocieszać doktor Bogusiak – usunięcie tej wady można wykonać w dwójnasób albo przez otwarcie klatki piersiowej lub przez aortę w udzie. To już zależy od państwa jaki sposób wybieracie.

 - A na czym polega cały zabieg? - dopytywali się.

 - W serduszku państwa syna nie zamknął się albo i ponownie otworzył się kanalik, który tak jak pępowina odpowiadał za życie dziecka w łonie matki – tłumaczyła im lekarka – i teraz musimy go ponownie zamknąć za pomocą niewielkiego tamponika lub też sprężynki, która z czasem się wchłonie – słuchali tego wszystkiego i mieli nadzieję, że wszystko się uda.

 - Więc jaka jest państwa decyzja względem rodzaju zabiegu?

 - Ta bez otwierania klatki piersiowej – odpowiedzieli bez namysłu.

 - Mądry wybór – pochwaliła ich – ale taki zabieg przeprowadzany jest w Zabrzu w Klinice Kardiochirurgicznej – dodała.

 - Nic nie szkodzi, najważniejsze aby nasz synek był zdrowy – usłyszała od nich i już chwytała za swój notes i spisała im numer telefonu do tamtejszej kliniki po czym dodała – widzimy się po wszystkim u mnie w gabinecie. Ze łzami w oczach dziękowali jej.

 I tak jak z wizytą u doktor Bogusiak tak i tym razem zadziałali sąsiedzi wykonując tylko jeden telefon, a po nim mieli ustalony termin na dziesiąty styczeń dwa tysiące piątego roku było to niespełna trzy miesiące od wykrycia niepokojących objawów przez pediatrę ich syna. Do dnia zabiegu czas wlókł im się nie miłosiernie. Łukasz starał się nie okazywać, że się boi, ale Bożena była jednym wielkim kłębkiem nerwów. Wciąż smutna, rozdrażniona, a dodatkowo teściowa wciąż wbijała co jakiś czas jej szpilę w plecy była u kresu wytrzymałości. Łukasz wspierał jak tylko mógł, ale i jemu było ciężko. Po raz kolejny byli z tym wszystkim sami.

 

 Wreszcie nadszedł dzień kiedy to Bożena miała wstawić się z synem w klinice w Zabrzu. W drodze do kliniki towarzyszyła jej teściowa, która oczywiście po powrocie do domu nie omieszkała wylać trochę jadu na swoją synową do syna i twierdzić, że są jej winni pieniądze.

 - Musiałam zapłacić dodatkowo za wózek, bo nie było w nim dziecka - mówiła z pretensjami do syna.

 - A my mówiliśmy mamie aby ten wózek tam zostawić - odparł Łukasz.

 - Ta i jeszcze by ukradli - odparła.

 Łukasz już nic nie odpowiedział i dla świętego spokoju oddał matce pieniądze.

 

  Przeprowadzono dziecku kolejne badania i ustalono, że zabieg odbędzie się w czwartek trzynastego stycznia o godzinie trzynastej i jeśli nie będzie żadnych komplikacji to już dwa dni później wyjdą do domu. Bożenka zaraz po uzyskaniu informacji zadzwoniła do Łukasza. A on również przekazał jej co zrobiła jego matka. Była w szoku, ale z drugiej strony nie dziwiło ją zachowanie teściowej.

 Do dnia zabiegu do Bożeny dzwonił tylko Łukasz oraz chrzestna Michałka. Oboje byli jej wdzięczni za to, a zwłaszcza Bożena.

 CDN...

13572 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~julitam
Kategoria: wspomnienia

Liczba wejść: 16

Opis:

Dodano: 2020-11-08 17:46:39
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin