online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Niebieska lekkość bytu #konkursbizarro
<
Cyberprzestrzeń (drabble konkursowe nr 16)
>

Opis:

Hops. Nie bijcie za naukowe bzdury. Dla jasności - jeśli chodzi o uczucia z efektu, zaszczepione zostały Noemu.

TW#5 - Nowy świat

 Postać: Noe żyjący współcześnie

 Zdarzenie: Wybuch wulkanu

 Efekt: 88. Po wybuchu supernowej Betelgezy ginie życie na Ziemi. Autorze, jesteś jednym z nielicznych, którzy przetrwali. Przemyć swoje uczucia do któregoś z bohaterów.

 

 

 Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje,

 przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja,

 jako w niebie tak i na ziemi.

 

  — Hej, Mark, długo tam jeszcze? Streszczaj się!

  — Chwila, ostatnie próbki!

  — No to ruchy!

  "Ruchy, ruchy". Cymbał. Przecież wiem, że mam się streszczać, a on wie, że to nie takie proste. Nie przeszkadza mu to jednak drzeć ryja. Pokrzykiwanie w niczym nie pomaga, robi się tylko bardziej nerwowo. Niestety mam tak, że z nerwów trzęsą mi się ręce — jeśli nie chcę potłuc bezcennych próbek, to muszę robić wszystko ostrożniej, czyli wolniej. Popędzanie Stevena daje więc zupełnie odwrotny skutek. Ale nie ma sensu mu tego tłumaczyć, to tylko dodatkowo przedłuży całą akcję. Robię swoje w ciszy.

  Cholera, jedna z lodówek wysiadła. Preparaty potrzebują niskiej temperatury, żeby przechowywany w nich materiał genetyczny przetrwał. Jest dla mnie jasne, że kilku pakietów nie da się już uratować. Przepadły. Niestety nie jestem w stanie nic zrobić, a dźwiganie bezużytecznego balastu mija się z celem. Takie zresztą są wytyczne. Brać wszystko to, co się nadaje, z reszty nie będzie pożytku. Pakuję więc ostatnie ocalałe egzemplarze do kasetki, zabezpieczam pudełko i wkładam do hermetycznie zamykanej torby. Bagaż swoje waży, ale nie dziwi mnie to, w końcu wypchany jest po same brzegi. Zapisuję jeszcze na szybko oznaczenia z zepsutej lodówki. Nie zapamiętam dokładnie, a muszę o tym odpowiednio zaraportować.

  — Cholera, Mark, zepnij dupę! Musimy ruszać! — rzuca przez ramię Steven. W jego głosie słyszę irytację.

  — No to na co czekasz? — odpowiadam z przekąsem, przekraczając próg i wymijając niecierpliwego partnera. — Chodź.

  Mijamy wybebeszone laboratoria i splądrowane gabinety. Kiedyś miejsce takie jak to, pełne długich korytarzy i zimnych, skąpanych niegdyś w świetle jarzeniówek sal, byłoby pułapką, z której chciałbym jak najszybciej się wydostać. Teraz dużo bardziej wolałem opuszczony kompleks badawczy od "gołego nieba".

  Wybuch supernowej sprawił, że atmosfera Ziemi została zniszczona. Tego nie spodziewały się nawet najtęższe naukowe głowy. Światowej klasy profesorowie twierdzili, że nie ma w pobliżu gwiazd na tyle dużych i na tyle starych, żeby mogło się zdarzyć coś takiego. Przynajmniej w najbliższym czasie. Okazało się jednak, że kosmos zadrwił z nauki i po raz kolejny pokazał, jak mała jest nasza wiedza o wszechświecie. Bo właśnie to się stało – wybuchła supernowa. W konsekwencji Planeta Matka umarła i przestała się opiekować swoimi dziećmi. Wykraczający poza wszelkie skale poziom promieniowania i brak zdatnego do oddychania powietrza skutecznie uśmierciły praktycznie całe życie na planecie. Przetrwali nieliczni. Jednak tu nie ma już czego szukać. Ziemia nie nadaje się do zamieszkania. Cała nadzieja na przetrwanie życia spoczywa teraz w rękach pana Noah.

  — Dobra, lecisz pierwszy, ja tuż za tobą — instruuje mnie Steven.

  Biorę głęboki wdech, a potem wydech. Powietrze ze świstem przelatuje przez filtry maski ochronnej. W kombinezonie biega się niewygodnie, tym bardziej z ciężkim i delikatnym bagażem pełnym próbek DNA. Nie ma jednak rady. Jeszcze jeden wdech. Teraz.

  Ruszam i biegnę przez przestrzeń dzielącą kompleks badawczy od transportera. Śluza otwiera się, a ja wpadam do środka. Odwracam się i obserwuję, jak mój partner pokonuje ten krótki dystans, przyjmując na siebie solidny ładunek niewidocznego, lecz śmiertelnie niebezpiecznego promieniowania wysokoenergetycznego. Gdy Steven jest już w pojeździe, drzwi się zamykają, a my ruszamy do bazy.

  Jedziemy w milczeniu. Nikomu nie jest do śmiechu, nie słychać żartów, komentarzy. Tylko sucha, pozbawiona ładunku emocjonalnego wymiana informacji. Jak daleko do celu, jakie odczyty dozymetrów, jaki skład powietrza. Wcale mnie to jednak nie dziwi. Stoimy w końcu na progu zagłady ludzkości. Została nas garstka. Przed nami misja, której powodzenie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jest to raczej rozpaczliwy zryw człowieka, który uczepił się woli przetrwania na tyle, żeby zepchnąć w odmęty umysłu wszelkie, bądź co bądź uzasadnione, wątpliwości.

  Każdy z nas stracił najbliższych. No, prawie. Mnie to jakoś bardzo nie dotknęło. Tak się złożyło, że wychowałem się w sierocińcu. Nie znałem swoich rodziców ani nikogo z biologicznej rodziny. Zawsze byłem sam i przyzwyczaiłem się do tego. Niemniej wielu się załamało. Między innymi mój pracodawca, pan Noah. On bardzo ucierpiał. Stracił żonę i trzech synów. Jednak nie porzucił swojego celu, dąży do niego mimo przeciwności.

  — Za dwie minuty będziemy w bazie — słyszę zniekształcony przez maskę głos kierowcy.

  Dojeżdżamy zgodnie z planem. Szybki bieg do bazy, trzaśnięcie ciężkich wrót za plecami. Jeszcze tylko dekontaminacja i będzie można wreszcie zrzucić niewygodny kombinezon.

 

 Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

 i odpuść nam nasze winy,

 jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

 

  Zastajemy pana Noah na kolanach. Klęczy przed zawieszonym na ścianie krycyfiksem. Steven chce się odezwać, ale powstrzymuję go gestem. Dajmy mu jeszcze chwilę.

  Od momentu zmiecenia przez wybuch większości istnień ludzkich, Noah bardzo się zmienił. Posiwiał, skurczył się w sobie. Wygląda, jakby w ciągu tego niedługiego okresu postarzał się o ładnych kilka lat. Kiedyś pełen pasji, zdeterminowany i pogodny, teraz sprawia wrażenie, jakby coś wyssało z niego całą wolę życia. Jest cieniem dawnego siebie. Modlitewna poza tylko potęguje to odczucie. Wygląda teraz jak... starzec. Leciwy, zmęczony życiem dziadek. Widać, że toczy wewnętrzną bitwę. Chociaż sądząc po jego stanie, to nawet wojnę – okrutną i wyniszczającą.

  Noah rozchyla powieki i ociera łzy wierzchem dłoni. Kończy modlitwę znakiem krzyża. Wstaje ciężko i spogląda na nas. Jego zmagania widoczne są nawet w oczach. Poczucie misji, którą należy wypełnić, bije się w nich z beznadzieją i rozpaczą. Na razie jednak nie poddaje się i starzec mimo wszelkich przeciwności twardo trzyma się swoich postanowień. Nie mam pojęcia, skąd bierze tyle siły. Gdyby moją rodzinę zmiotła supernowa, pewnie zostawiłbym to wszystko w cholerę i wyszedł na dwór, żeby i mnie przypiekło. A może to wiara trzyma go w pionie? Ja sam w żadnych bogów nie wierzę, ale pan Noah wydaje się znajdować w religii mocne oparcie. I dobrze. Może właśnie dzięki sile, którą daje mu jego Bóg i poczuciu misji, którym się kieruje, mamy jeszcze jakieś szanse na przetrwanie?

  — Witajcie. Dobrze, że jesteście. Czy wszystko poszło zgodnie z planem? — pyta zmęczonym, łamiącym się, ale uprzejmym głosem.

  — Tak, panie Noah. Ostatnie próbki DNA zostały zabrane z laboratorium. Ale... — zawieszam na chwilę głos, bo wiem, że ta wiadomość nie poprawi mu humoru — część nie przetrwała. Jedna z lodówek wysiadła i jej zawartość nie nadawała się do użytku.

  — Niedobrze... Tego się właśnie bałem — mruczy Noah i zdaje się jeszcze bardziej kurczyć. — Jak oznaczone były te preparaty, pamiętasz?

  — Tak, Rodentia — sprawdzam dane w notesie, żeby nie pomylić — od jeden do czterdzieści osiem i Carnivora, dwadzieścia do... — zerknięcie w zapiski — sześćdziesiąt siedem.

  Noah kiwa tępo głową, ale wzrok ma wlepiony gdzieś w przestrzeń. W jego oczach jest coś niepokojącego. Zalążek szaleństwa? Po chwili przytomnieje.

  — Nic nie poradzimy. Całe szczęście, że reszta jest cała. Dobrze się sprawiliście, chłopcy. Idźcie odpocząć. Czekam jeszcze tylko na transport z Globalnego Banku Nasion i będziemy szykować się do wylotu. Będę was potrzebował przy przygotowaniach, każda para rąk w tej chwili jest nie do przecenienia. Odpocznijcie.

  Wychodzimy z sali i rozchodzimy się do swoich tymczasowych kwater. Zamykam za sobą drzwi i roglądam się po pokoiku, którego wyposażenie stanowi zdezelowana polówka z wysłużonym materacem, mały stolik i sterta owiniętych folią gratów zalegająca pod przeciwległą ścianą. Siadam ciężko na łóżku, które odzywa się jękiem zmęczonych sprężyn. Siedzę tak chwilę, a potem ściągam buty i przytulam głowę do poduszki.

  Przed zaśnięciem myślę jeszcze o tym wszystkim. Zastanawiam się, czy cała akcja ma szanse powodzenia. A może raczej jak małe są te szanse. Ekspedycja na Marsa i próba zaszczepienia tam życia. Ostatni ludzie, ci, którzy przetrwali katastrofę, mają opuścić wymarłą Ziemię i zasiedlić Czerwoną Planetę. Że niby pod szklaną kopułą damy radę przetrwać. Ba, nie dość, że przetrwać, to jeszcze sztucznie odtworzyć w laboratoriach ziemską faunę i florę przy użyciu próbek DNA przetransportowanych z naszego świata w specjalnych hermetycznych transporterach. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym to wszystko wydaje mi się bardziej nierealne i oderwane od rzeczywistości. Jak niby tego dokonać? Czy w ogóle Mars nadaje się do zamieszkania? Czy jego wybuch supernowej też nie "uśmiercił"? I czy w ogóle tam dolecimy? A nawet jeśli, to co z Arsia Mons? Jeszcze do niedawna uważany za wygasły, wulkan zaczął wykazywać niepokojącą aktywność. Nie wiadomo ostatecznie, na czym stanęło, bo doniesienia o nim pochodzą sprzed katastrofy i nie zostały definitywnie potwierdzone. Co, jeśli niespodziewana erupcja tuż po naszym lądowaniu zmiecie kolonię z powierzchni Czerwonej Planety? Albo wulkan wybuchnie przed naszym przybyciem i o żadnym lądowaniu w ogóle nie będzie mowy? Zbyt dużo niewiadomych, zbyt wiele wątpliwości. Jedyne co wiem na pewno to to, że na Ziemi zostać nie możemy. W innym wypadku wymrzemy w ciągu kilku miesięcy jak nie szybciej. Decyzja o przenosinach na Marsa to takie ostatnie rozpaczliwe podrygi ludzkości, łapanie się zardzewiałej brzytwy przez chorego na hemofilię desperata. No ale chyba lepiej zrobić cokolwiek, chociaż spróbować, niż położyć się i czekać na śmierć. Jeśli Noah w to wierzy, to znaczy, że może wie o czymś, o czym nie wiemy my?

 

  Budzi mnie pukanie do drzwi.

  — Mark, wstawaj! — Bardziej zdecydowany łomot. — Mark, słyszysz? Na nogi, już!

  Cholerny Steven, gdyby nie to, że jest jednym z ostatnich żyjących ludzi, to bym go udusił. Ale przed powyrywaniem nóg z dupy się chyba nie powstrzymam. Zrobię to jednak, jak już będzie po robocie. Niech się na coś przyda.

  — Już idę, przestań nawalać! — odkrzykuję.

  Wkładam buty i otwieram drzwi. Za nimi widzę mojego wiecznie poirytowanego kolegę.

  — Dłużej się nie dało? — Steven z wymalowaną na twarzy dezaprobatą mierzy mnie wzrokiem, ale nie daję mu satysfakcji i ignoruję jego docinki.

  — Co tam się stało?

  — Jak to co? Transport z nasionami przyjechał. Pakujemy graty na Arkę. Wszyscy już pracują, tylko śpiąca królewna wygrzewa dupę pod kołdrą.

  — Tylko szkoda, że jebany smerf maruda nie zamknie japy — nie wytrzymuję i odbijam piłeczkę, a potem wymijam czerwieniejącego na twarzy Stevena i nie czekając, kieruję się do hangaru.

  Pośrodku ogromnego pomieszczenia o półokrągłym sklepieniu znajduje się ona. Arka. Monstrualny, strzelisty frachtowiec dumnie spogląda w górę, prezentując się w całej okazałości. Wokół niego krąży kilkadziesiąt osób. Część to ekipa techniczna. Panowie biegający w kaskach i dbający o to, żeby statek spełniał wszelkie możliwe wymagania techniczne. Pozostali, kobiety i mężczyźni w różnym wieku, pakują na Arkę towary, spośród których co najmniej siedemdziesiąt procent stanowią nasiona oraz materiał genetyczny niezbędny do zasiedlenia nowej planety. Pod samym statkiem stoi z kolei najważniejsza figura w całej tej rozgrywce – Noah. Nie przypomina on jednak staruszka, z którym rozmawiałem zaledwie kilka godzin temu. Mężczyzna emanuje teraz jakąś tajemniczą mocą. Jego długie falujące siwe włosy i opadająca na klatkę piersiową srebrna broda, nadają mu dostojnego wyglądu. Kojarzy mi się z mędrcem, królem, który dobrze wie, co robić. Z... ojcem? Spokój i pewność, które od niego biją, pozwalają nawet uwierzyć, że cała misja ma sens. Że wyprawa na Marsa nie jest tylko odwlekaniem w czasie niechybnej śmierci, ale naprawdę może być rozwiązaniem zapewniającym nam przetrwanie. Tego też nie wiem. Muszę jednak przyznać, że... cholera, ufam facetowi. Wierzę, że damy radę. Może Bóg faktycznie nas poprowadzi? Niech tak będzie.

 

 I nie wódź nas na pokuszenie,

 ale nas zbaw ode złego.

 

 Amen.

12364 zzs

Liczba ocen: 3
71%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 121

Dodano: 2020-11-30 12:45:42
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
TreningWyobrazni Ach, pani Trening, witam serdecznie!
Odpowiedz
~oko 10 m.
modlitwa wpleciona w treść jest niezła. kłóci się ze słownictwem dialogowców, ale widocznie tak to sobie wymyśliłeś Kapitanie.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
oko te modlitewne przerywniki to w sumie taki eksperyment, uznałem, że trochę ubarwią treść. Co do dysonansu, o którym wspomniałeś, w dialogach kieruję się (przynajmniej taki jest mój cel) przede wszystkim naturalnością. Uważam, że rozmowy rządzą się nieco innymi prawami niż narracja i mimo że czasem może się to gryźć, mnie to osobiście nie przeszkadza. Dzięki za wizytę!
Odpowiedz
~oko 10 m.
CptUgluk ubarwiły. na pewno. to trochę, jak mantra, którą powtarza się bez zrozumienia. I ładnie utkałes ją w opowieść rozkładając akcenty 0 to naprawdę dobry pomysł. ja po prostu nie lubię wulgaryzmów i jeden na pół roku, to wszystko, co mi się mieści. na T3 czytam opowieści zawierające więcej, niż zdążę pożyć. czasami gniecie bardzo, czasami mniej. wulgaryzm (dla mnie) musi mieć niezwykłe uzasadnienie, a nie tylko wzruszenie ramion, że "tak się obecnie mówi". może i mówi, ale to nie oznacza, że "tak się pisze", bo słowo pisane powinno nieść więcej, niż rynsztok spod monopolowego. a niestety - bełkoczą wszyscy. to źle. nie mam w sobie zgody, choć zdarza się i mi - i za każdym razem mam dylemat: zostawić, czy usunąć. często usuwam. emocje można wyrazić słowami, omijając banalną wulgarność.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
oko pewnie, że da się wyrazić nawet najsilniejsze emocje bez choćby cienia wulgarności. Sam w tekście staram się ich nie nadużywać, ale jestem zdania, że skoro funkcjonują one obok "normalnych" słów, nie można ich totalnie pominąć. I jeśli wprowadzamy do fabuły patologicznego bandziora, dajemy mu coś do powiedzenia i chcemy wiarygodnie go przedstawić, to uniknięcie przekleństw jest zadaniem karkołomnym. Z resztą w emocjach, kłótniach wulgaryzmy są czymś powszechnym, ja dążę do tego, żeby moje postacie były wiarygodne, nawet kosztem estetycznej przyzwoitości oczywiście to moje zdanie, szanuję Twoje i muszę Ci przyznać rację z tym, że słowo mówione nie musi, a czasem nawet nie powinno się przekładać na literaturę.
Odpowiedz
~oko 10 m.
CptUgluk każdy z piszących buduje świat. niekoniecznie taki, w jakim chciałby żyć. ale buduje. i przekazuje wartości, w jakie sam wierzy. reszta jest już tylko zwierciadłem, w jakim odbija się wrażliwość czytelnika. można być ortodoksem, albo rzewnym poetą - każdy znajdzie poklask i pokrewne dusze. marszczę nos, ale - jeśli służą wulgaryzmy? trudno/świetnie! nikomu nie udało się napisać czegoś, co spodoba się wszystkim. widziałem to u siebie w komentarzach, gdy jedni mówili "brawo", a inni "chłam" - pewnie każdy tak ma. pozostań po jaśniejszej stornie mocy i wierz, ze to co robisz, ma sens. inaczej... ech...
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
oko nigdy się nie dogodzi każdemu, to jest święta i niezmienna prawda. Faktem jest, że też cały czas się uczę, próbuje sił w narracji pierwszoosobowej, trzecioosobowej, dużo opisów, mało opisów, skakanie pomiędzy płaszczyznami narracyjnymi. T3 daje świetną sposobność do tego, żeby poeksperymentować. Szanowni czytelnicy podpowiedzą, co wychodzi, a co mniej. Dlatego się tu tak rozgościłem, jak nigdzie indziej wcześniej
Odpowiedz
~oko 10 m.
CptUgluk zostań sobą - inni zrobią z Ciebie paprykarz szczeciński. nie dogodzisz, a stracisz. eksperymentuj do woli, ale słuchaj rozważnie, bo mądrali nie brakuje. szczególnie w sieci. ten konkurs drabble był perfidny. aż się prosiło obnażyć całe to sieciowe zakłamanie - próbowałem, ale bezskutecznie.
Odpowiedz
~alka666 10 m.
Byłam chwilkę, ale za krótko, by przeczytać w całości. Jeszcze tu wdepnę

Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
alka666 zapraszam zatem w wolnej chwili
Odpowiedz
~alka666 10 m.
CptUgluk zawsze jestem pełna sceptycyzmu jeśli chodzi o zasiedlenie Marsa. Wiedząc, że pewne hipotezy zakładają w odległej przeszłości istnienie życia (i być może ludzi) na Czerwonej Planecie, zastanawiam się po co tam wracać? Jeśli tam byliśmy, to planeta jest przestrogą dla nas. Jak pięknie ją zniszczyliśmy. Jeśli to nie my spowodowaliśmy zniknięcie atmosfery z orbity, to pewno zrobiło to powiększające się słońce. Najpierw Olbrzym, potem Wybuch, a następnie Karzeł? Chyba tak to szło? Ale może coś pokręciłam. Odlatując na Marsa skazujemy się na szybszą śmierć. Ale to takie moje dywagacje - alki z wersalki

Podoba mi się Twój Noe. Właśnie tak wyobrażałam sobie mędrca. Od dziecka chciałam poznać jakiegoś mędrca z siwymi, długimi włosami, brodą i wąsami.
Jak przystało na dzisiejsze czasy, zamiast po parze zwierząt, wystarczą próbki DNA.
Zaiste, modlitwa pięknie wkomponowana w treść oddaje klimat misji.

Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
alka666 z tym zasiedleniem Marsa to bardziej chyba chodzi o odciążenie naszej przeludnionej planety, która zreszta i tak posłuży nam już tylko przez pewien czas. Według jednej z teorii, jeśli ludzkość nie da rady na czas ogarnąć jakiejś innej planety do zasiedlenia, zginie wraz z końcem Ziemi. Aaale to jeszcze za trochę
Właśnie, uznałem, że idąc z duchem czasu ludzie nie bawiliby się w zoo na statku, a właśnie prędzej zabraliby ze sobą próbki DNA. Lżej, łatwiej i nie trzeba się martwić, co zrobić z tonami łajna.
Dziękuję bardzo za dobre słowa
Odpowiedz
~alka666 10 m.
CptUgluk zacny pomysł z DNA. Bardzo!

Odpowiedz
"Może właśnie dzięki sile, które daje mu jego Bóg" - którą;
"pod szklaną kopułą ramy radę przetrwać" - damy;
Zestaw nie wyglądał na najłatwiejszy, ale widzę, że dość sprytnie sobie z nim poradziłeś i wykorzystałeś wszystkie elementy. Ciekawie wyszło to przełożenie historii Noego na bardziej współczesne czasy i możliwości - lubię takie miksy. Na kwestiach naukowych chyba nie znam się aż tak, ażeby coś tam wytykać, choć zastanowiło mnie, skąd oni wzięli te wszystkie próbki DNA, skoro życie na Ziemi zniszczone - czyżby były jakieś zapasy wcześniej, a może odzyskali jakoś żmudnie? Tak czy owak, ciekawą kwestią pozostaje też, co z tej ekspedycji ostatecznie wyszło i czy w ogóle cokolwiek się udało. Biblijny Noe dał radę, ale ten Twój chyba jednak ma nieco trudniej. Pozostaje to w sferze domysłów.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
alfonsyna dzięki, babole skorygowane.
Faktycznie ten zestaw sprawił mi nieco więcej trudności. Ale co to by była za zabawa, jakby wszystko zbyt gładko szło
Co do próbek, to przyjąłem, że skoro istnieje Bank Nasion, to i magazyn próbek DNA wszelkich żywych stworzeń też miałby rację bytu. Oczywiście nie jest to w żaden sposób poparte naukowo, po prostu przyjąłem takie rozwiązanie na użytek opowiadania
Końcówkę niestety pożarł limit znaków. Chociaż może to i lepiej? Tak jak mówisz, pozostaje to w sferze domysłów. Albo lepiej - w sferze wiary.
Dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
Czuć napięcie. Noe został fajnie przedstawiony. Jakoś tak zabolała mnie jego pewność, bo patrząc na zdarzenie wiemy, co się później wydarzy. Tzn. Tak to interpetuję.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
szopciuszek Dziękuję za dobre słowa!
Mój Noe przeżywał ostry kryzys, jednak wiara postawiła go na nogi. Czy się udało, czy nie, pozostaje to już w kwestii domysłów lub wiary właśnie - wedle uznania Cieszę się w każdym razie, że udało się stworzyć jakieś pole do interpretacji własnej.
Dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
~Karawan 10 m.
z wykopem
Czepialski
"Więc" jakby trochę mniej gęsto na górze...

"Tego nie spodziewał się nikt, łącznie ze światowej klasy naukowcami." - Jeśli nikt to już nikt! Gdyby zdanie brzmiało: "Tego nie spodziewały się najtęższe naukowe głowy, że nie wspomnę o pozostałej części ludzkości" to przesłanie i sens logiczny byłyby zachowane. Podejrzewam, że można coś z tym zrobić
Tyle Czpialski

Odnoszę wrażenie, że Autor nie za wyraźnie widział swojego interlokutora. Ambiwalentnie odczytuję uczucia bohatera do Noaha. Reasumując; mógłbym w postawie bohatera dopatrzyć się "gorączki podróży", ale brakuje mi wyraźnego stosunku do dwu NPC, Stevena i Noaha. Pomysł fajny, choć nie Mars (bo jęśli Ziemia - trzecia od słońca to wszystkie zewnętrzne, Mars, Jowisz et cosortes usmażone także) ale to detal. No, tyle marudzenia pogrzebowego towarzystwa
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Karawan dziękuję, skoryguję te "więce" (dopiero teraz widzę, że mi się ich bezsensownie namnożyło), z drugim wspomnianym zdaniem też powalczę, żeby brzmiało lepiej.
Fakt, przydałoby się pogłębić relacje między bohaterami. Jednak limit znaków trochę mi w tym przeszkodził. Chciałoby się i dobrze zarysować kontekst i świat przedstawiony, i odpowiednio rozwinąć postaci, niestety nie potrafię chyba jeszcze takich rzeczy pogodzić Nie chcę tu zwalać winy wyłącznie na ten limit, bo wiem, że pozostali autorzy są w identycznej sytuacji, no ale nie ukrywam, że wyczerpanie tematu jest w takich warunkach wyzwaniem
Mars wybrałem dlatego, że (zgodnie z moją wiedzą) jest to aktualnie jedyna planeta, na której byłaby szansa zamieszkać. Merkury i Wenus są za blisko Słońca, a dalej gazowe giganty takie jak Jowisz i Saturn nie nadają się do zaludnienia. Stąd padło na Marsa. Wiadomo, też mało prawdopodobne, ale tak jak wspomniałem w tekście - Noah chciał spróbować czegokolwiek, zamiast po prostu się poddać.
Dziękuję, panie Karawanie za feedback. Miło, że wpadłeś
Odpowiedz
Chciałoby się wiecej przekomarzań bo Mark i Steven rozwijaliby się fantastycznie w tym kierunku ( tak czuję, twój dryg do tego)
Ogólnie nie zawiodłam się, lubię Cię czytać!
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
SylviaWyka jak się trafi jakiś fajny zestawik, który pozwoli na więcej dialogowych "starć", to chętnie pójdę w tym kierunku. Lubię przydialożyć i wydaje mi się (mam nadzieję, że bardzo się nie mylę), że nieźle mi to wychodzi
Dzięki, pani Sylvio, zawsze miło Cię gościć pozdrowionka
Odpowiedz
~nimfetka 10 m.
z wykopem
Wciągnęło mnie. Ciekawie napisany, porządny tekst.
Choć przeraziłam się trochę przypadkowym podobieństwem naszych prac, więc od razu pragnę zaznaczyć, że nie zerkałam na treningowo-wyobraźniowe teksty przed dodaniem własnego. I dla pocieszenia, też wplotłam masę naukowych bzdur.
Podobało mi się.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
nimfetka oo, zaciekawiłaś mnie bardzo z tym podobieństwem! Zajrzę do Ciebie się przekonać (choć i tak miałem wstąpić, zaglądam w każdy Treningowy tekst przed oceną) zostawię po sobie ślad. No i oczywiście dziękuję pięknie za odwiedziny i dobre słowa
Ps Niech żyją naukowe bzdury
Odpowiedz
~nimfetka 10 m.
CptUgluk, niech żyją!
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
z wykopem
Naprawdę piszesz całkiem ok. Atakujesz opisem pod wieloma kątami, przemycasz osobiste dygresje, dbasz o szczegół.
Twoją bolączką jest to, że masz teksty obliczone na powieści, przez co w formie opowiadania urywają się w miejscu, które w powieści kończyłoby po prostu dany rozdział. To nawet nie zarzut, a obserwacja.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Canulas może dzieje się tak, bo pisanie zacząłem właśnie niefortunnie od powieści. Na przygodę z opowiadaniami tak naprawdę wyruszyłem dopiero tutaj i jestem w trakcie uczenia się.
Nawet jeśli to by był zarzut, to i tak dzięki Będę Was, doświadczonych opowiadaczy, gonił i mam nadzieję, że kiedyś doścignę. Dziękuję za odwiedziny!
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
CptUgluk kłaniam się
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Canulas a tak przy okazji, masz jakąś radę, jak mógłbym z tym powalczyć? Nie wiem, nastawić się na coś na starcie, czegoś konkretnego unikać? Jak zrobić, żeby "powieściowa forma" nie zdominowała "formy opowiadaniowej"? Serio pytam, bo może po prostu coś mi umyka albo się źle zabieram do roboty?
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
CptUgluk w sumie nie wiem. Obecnie mam najgorętszy okres w pracy, więc niemal całą parę kieruję tam. Jak mi coś wpadnie do łba, to się podzielę, ale nie chcę mundrkować na siłę.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Canulas przyjmuję takie wyjaśnienie i życzę, żeby pary starczyło również na inne czynności. Pozdro!
Odpowiedz
~Manta 10 m.
Mi też bardzo przypadły do gustu dialogi pomiędzy Markiem i Stevenem, są bardzo realne i sprawiają, że całość dobrze się odbiera.
Bardzo ciekawe opowiadanie, dużo się dzieje, fajnie, że wybrałeś taka narrację (czas teraźniejszy) to dynamizowało akcję. I oczywiście bardzo sprawnie napisane! Super.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Manta Dziękuję! Chłopaki za dużo sobie nie pogadali, tym bardziej się cieszę, że zapadli w pamięć
Narracja w czasie teraźniejszym to eksperyment, zwykle trzymam się czasu przeszłego (no i sporadycznie przyszłego, że wspomnę mój debiut tutaj :P).
Dzięki piękne za odwiedziny
Odpowiedz
~pkropka 10 m.
Masz dryg do sci-fi. Lekkie, przyjemne i z odpowiednią dawką emocji.
Pięknie wykorzystany zestaw.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
pkropka dziękuję, pani pkropko, cieszę się, że udało się wyważyć całość tak, żeby wyszło strawnie
Dziki za odwiedziny!
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Wiesz, co jest fajne? To, że zdecydowanie widać progres między tym opowiadaniem, a Twoimi pierwszymi tekstami tutaj. Nie wnikam dziś w technikalia, ani logikę, po prostu mi się podobało i czytało się lekko, przyjemnie panie Ugluk. Warto było Cię tam trochę na początku podźgać dla takich efektów Pozdrówki.
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Adelajda ja tu właśnie dla takiego motywacyjnego dźgania jestem (pomijając wyborowe towarzystwo i obcowanko z fantastyczną twórczością)! Strasznie mi przyjemnie słyszeć, że progres jest zauważalny. Pięknie dziękuję za wizytę!
Odpowiedz
~Halmar 10 m.
Świetne to jest. Narracja bardzo sprytnie skonstruowana, w trakcie lektury miałam wrażenie, że jestem tam z wami
Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Halmar Bardzo dziękuję za miłe słowo! Cieszę się, że osiągnęłaś stan "wczuwki" ;D
Dzięki za odwiedziny, nie krępuj się zaglądać
Odpowiedz
Hej,

"Cholera, jedna z lodówek wysiadła. Preparaty potrzebują niskiej temperatury, żeby przechowywany w nich materiał genetyczny przetrwał. ..." - i tu rozbudziłeś moja ciekawość Świetne posunięcie


"Światowej klasy profesorowie twierdzili, że nie ma w pobliżu gwiazd na tyle dużych i na tyle starych, żeby mogło się zdarzyć coś takiego. Przynajmniej w najbliższym czasie. " - no, tutaj z tym to troche kontrowersyjnie pojechałeś - obecnie twierdzi się, że wybuch supernowej Betegezy może nastąpić w każdej chwili (a precyzyjniej, mógł nastąpić już dawno temu - jej szacowana odl. od naszego Układu Słonecznego wynosi ok 600 lat świetlnych - tyle lat leci jej światło do nas - więc jeśli wybuchła 600 lat temu to możliwe, że jutro to zobaczymy na niebie A czy leży daleko - w skali kosmosu - rzut beretem. W skali naszego podwórka - wiadomo

"Wykraczający poza wszelkie skale poziom promieniowania i brak zdatnego do oddychania powietrza skutecznie uśmierciły praktycznie całe życie na planecie. Przetrwali nieliczni. Jednak tu nie ma już czego szukać. Ziemia nie nadaje się do zamieszkania." - ciekawe, choć dość zawężone i mało doprecyzowane te stwierdzenia. Powietrze zdatne do oddychania - w sensie dla człowieka? bo rośliny mają nieco inną tolerancję, niektóre zwierzęta również, że o bakteriach itp nie wspomnę. Inaczej ma się sprawa z życiem w wodzie - która stanowi naturalny filtr. Gleba również... Piszesz że "nie ma tu czego szukać = nie nadaje się do zamieszkania" - a co z życiem ludzi pod ziemią? (choćby wykorzystanie szybów pokopalnianych). Wysyłasz wszystkich od razu w kosmos - a na Czerwonej Planecie jest obecnie gorzej niż na Ziemi. Czyżby po wybuchu supernowej coś się zmieniło? Jeśli tak, to skąd o tym wiadomo? Brak mi tu takiej choćby zajawki, typu, że np w przeszłości próbowano ja terraformować czy coś i teraz oczekuje się, że może to się udało...?


"...lecz śmiertelnie niebezpiecznego promieniowania wysokoenergetycznego. " - był research brawo

"A nawet jeśli, to co z Arsia Mons? Jeszcze do niedawna uważany za wygasły, wulkan zaczął wykazywać niepokojącą aktywność." - tu fajnie pojechałeś Podoba mi się

Fajny motyw z tą modlitewna przeplatanką.
Minus - to dużo, wg mnie, za dużo - patosu. Też miewam z tym problem. Brak mi takiego zwykłego "brudu", codziennego, egzystencjalnego podejścia.
Duży plus, ze wychodzisz poza schemat. No i tematycznie - bardzo w mój gust
Pozdrowionka ))



Odpowiedz
!CptUgluk 10 m.
Agnieszka wiedziałem, że na Ciebie można liczyć, jeśli chodzi o rzetelną analizę pod kątem kosmiczno-logicznym

Z tym zaskoczeniem naukowców piłem raczej do tego, że nie spodziewali się oni, iż wybuch gwiazdy tak odległej może aż w takim stopniu wpłynąć na życie na Ziemi. I wiem - jest to kontrowersyjne pod względem naukowym, naciągnąłem to, żeby mi się wpasowało w fabułę.

Z potencjalnym podziemnym życiem na Ziemi i podróżą na Marsa również masz rację. Jednak motyw Noego aż prosił się o epicką podróż Arką, a gdzie będzie bardziej epicko niż w kosmosie? To też naciągnięte na potrzeby tekstu. W domyśle akcja dzieje się w czasach, kiedy Mars jest już częściowo "oswojony", stąd wzmianka o szklanej kopule. O terraformacji faktycznie mogłem wspomnieć, niestety nie wyrobiłbym się w limicie znaków. Trza było ciąć informacje, no i wyszło, jak wyszło.

Patos był w tym przypadku przeze mnie pożądany, przynajmniej w odniesieniu do Noego, który jest postacią wyrwaną z Biblii, która z kolei też uderza we wzniosłe, poważne tony. Sugestia silnej wiary w Boga miała być tu wyczuwalna. Rozumiem jednak, że mogło to przeszkadzać

Dzięki bardzo za wizytę i obszerny komentarz, zawsze miło Cię gościć Oczywiście zapraszam przy kolejnej okazji!
Odpowiedz
CptUgluk Ok, przyjmuję wyjaśnienia do wiadomości
Pozdrowionka )
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.