online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 1
<
A my tak łatwopalni (drabble konkursowe nr 3)
>
Praca Wyróżniona

Opis:

Pyk. Chyba zestaw się treningowi przestawił, bo napisał mi postać nuklearną zimę i zdarzenie obdartego, więc sobie zmieniłem na dobrze, ha.

TW#6 - Czystka Ostateczna

 Postać: Obdarty

 Zdarzenie: Nuklearna zima

 Efekt: Skup się na budowaniu napięcia w opowiadaniu – niech tekst zawiera punkt kulminacyjny. Daj nam odczuć narastające napięcie, maksimum i spadek emocji.

 

 

 Ciemność. Chłód. Głód.

 Trójgłowa bestia zatriumfowała

 

 Ludzkość na kolanach

 Dopalają się żywota

 

 Cztery konie osiodłane

 Chwała apokalipsie!

 

  „No proszę, poeci wśród wandali”, pomyślał Albert, z trudem odczytując napis na budynku po drugiej stronie ulicy. Zastanowił się, czy wandalizmem można nazwać malowanie po murach konstrukcji, które już dawno przestały pełnić jakąkolwiek funkcję. Teraz to zwykłe obdrapane ściany, nikomu niepotrzebne, niczemu niesłużące. Ot, stos cegieł ułożony w regularny, planowy sposób. Jedno trzeba jednak przyznać – słowa przekazywane przez mur nie mogły być bliższe prawdy. Kto by się spodziewał, że doczeka prawdziwej apokalipsy?

  Faktycznie, trzecia wojna światowa skończyła się tak, jak przewidywały najczarniejsze scenariusze. Masowe użycie broni atomowej doprowadziło do nuklearnej zimy. Sklepienie świata od tygodni zasnuwała nieprzenikniona zasłona kurzu. Z nieba sypał się popiół – radioaktywny śnieg, który w kontakcie ze skórą zamiast odmrożeń powodował oparzenia. Nie takie jak od ognia, o nie. Te były gorsze, bo nie dało się złagodzić bólu. Nie można było ich wyleczyć. Skóra puchła, czerwieniała i odchodziła od ciała. Nie bez powodu promieniowanie przerażało ludzi. Niewidzialne zagrożenie było tym straszniejsze, że bez odpowiedniego sprzętu dało się przekonać o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy człowiek zaczynał źle się czuć, wymiotował, a na jego skórze pojawiały się brzydkie czerwone bąble.

  Albert chował się w mieszkaniu, dojadał resztki jedzenia i odwlekał nieuchronny koniec, jak tylko mógł. Bo tego, że ten nadejdzie już niedługo, był pewien jak niczego innego w życiu. Od momentu, gdy zobaczył cztery konie cwałujące po zasnutym nieprzeniknionymi chmurami niebie.

  Zawsze myślał, że biblijni jeźdźcy apokalipsy to tylko przenośnia – fantastyczne, obrazowe ukazanie końca ludzkości. Jego światopogląd uległ jednak drastycznej zmianie w chwili, gdy nastąpił początek końca — wybuchła pandemia śmiertelnej, nieznanej dotąd choroby, nadeszły susze niszczące ogromną część plonów i doprowadzające do klęski głodu na świecie, a potem wybuchła wojna nuklearna. Nawet on zauważył analogie do biblijnej apokalipsy. Nie sądził jednak, że Zaraza, Głód, Wojna i Śmierć przybiorą ludzkie twarze i zstąpią na Ziemię osobiście.

  Albert przez kilka ostatnich dni nie ruszał się z mieszkania na drugim piętrze. Miał szczęście – kamienica, w której mieszkał, przetrwała bombardowanie. Zamknął drzwi na klucz i tylko wyglądał przez pokryte popiołem szyby na ulice, przez które co jakiś czas przetaczały się hałaśliwe grupki szabrowników lub, rzadziej, pojedyncze, przemykające zaułkami postaci.

  Chłopak siedział właśnie przy oknie, przeżuwając znalezione w czeluściach kuchennej szafki herbatniki, gdy nagle ktoś załomotał w drzwi piętro niżej. Albert podskoczył na krześle, a ciastko wypadło mu z dłoni. Poczuł, jakby w jego żołądku wyrosła kula lodu. Wstał i najciszej jak się dało, podszedł do „judasza” i wyjrzał na skąpany w mroku korytarz, licząc na to, że wypatrzy intruza. Ktoś pojawił się w jego polu widzenia. Albert nie zdążył jednak przyjrzeć się nieproszonemu gościowi, bo gdy próbował wyłowić z ciemności szczegóły, ten zabębnił pięścią w sąsiednie drzwi. Albert z przestrachu wzdrygnął się i uderzył w wizjer czołem.

  – Kurwa! – zaklął szeptem wściekły na siebie. Wiedział, że właśnie dał nieznajomemu znak, że jest w środku. Spojrzał raz jeszcze i zauważył, że facet podchodzi do jego mieszkania.

  – Wiem, że tam jesteś – powiedział ochrypłym głosem. – Musimy uciekać! Zbliżają się jeźdźcy!

  Albert milczał. Zagryzł wargę, rozważając gorączkowo dostępne opcje. Nie wiedział, co robić. Nieznajomy, jakby czytając mu w myślach, ponownie przemówił:

  – Nie wierzysz, to wyjrzyj przez okno. Kierują się w tę stronę. Trzeba uciekać – powtórzył z naciskiem. – Oni nie zostawiają nikogo przy życiu!

  Albert, wahając się, podszedł do okna i wyjrzał zza zasłony. Rzeczywiście, na rogu ulicy stały trzy potężne konie – czarny, rudy i biały, z których na ziemię zeskakiwali właśnie jeźdźcy. Królujący na Ziemi mrok w normalnych warunkach powinien ukryć postacie przed wzrokiem obserwatora na tyle, żeby ten nie był w stanie dokładnie się im przyjrzeć. Jednak budząca grozę trójca była o dziwo świetnie widoczna na ciemnej ulicy. Co do tego, kto naprawdę krył się pod postaciami jeźdźców, chłopak nie miał wątpliwości.

  Jeden z nich ubrany był w czarny, wojskowy mundur bojowy, kominiarkę i połyskujący hełm. Przez plecy przewieszony miał nowoczesny karabin szturmowy. Drugi przypominał ekscentrycznego pracownika laboratorium. Nosił wygnieciony biały kitel i zasłaniające oczy gogle. Był bardzo szczupły, miał rozczochrane siwe włosy i kozią bródkę. Na ubraniu nosił coś, co przypominało pas z amunicją, tyle że zamiast pocisków w przegródki powtykane miał strzykawki i tajemnicze fiolki. Trzeci jeździec był patykowatej postury. Nosił zabrudzony fartuch rzeźnika, przy pasie podczepiony miał tasak, a w dłoni dzierżył długą, prawie metrową kość. Wszyscy co do jednego zdawali się mierzyć dobrze ponad dwa i pół metra.

  Albert z fascynacją i przerażeniem zarazem przyglądał się postaciom. W pewnej chwili ten przebrany za naukowca spojrzał prosto w okno, jak gdyby wiedział, że ktoś ich obserwuje. Wyciągnął w kierunku Alberta drżący palec. Mężczyzna poczuł na sobie świdrujący duszę wzrok jeźdźca. W chwili, kiedy pozostali zaczęli obracać się w kierunku kamienicy, Albert odskoczył od okna jak oparzony. Miał wrażenie, że łomot jego serca słychać w całym budynku. Wrócił do drzwi i ponownie wyjrzał przez wizjer. Dziwny facet nadal stał na korytarzu.

  – Mówiłem, że idą – odpowiedział na niezadane pytanie. – Myślałem, że razem będziemy mieć większe szanse, ale jak wolisz tu czekać na koniec to twój wybór. Ja ostrzegałem.

  Albert obserwował, jak intruz się odwraca i zaczyna schodzić po schodach. Poczuł ukłucie paniki. Drżącymi rękami, najszybciej jak potrafił, uchylił drzwi.

  – Poczekaj, jaki masz plan?

  Nieznajomy odwrócił się i spojrzał na Alberta. Wyglądał, jakby rolę bezdomnego odgrywał nie od wczoraj. Nosił podziurawioną bluzę, połatane spodnie i rozdarty płaszcz. Na zarośniętą głowę naciągnięty miał kaptur.

  – Przede wszystkim ruszyć się z miejsca. Umykam im już któryś raz. Gdyby ludzie chcieli mnie słuchać, wielu mogłoby pozostać przy życiu – narzekał pod nosem. – Musimy wydostać się z kamienicy, jak odetną nam drogę, będzie nieciekawie. Bierz kurtkę i ruszajmy, trzeba się spieszyć.

  Albert nie potrafił trzeźwo myśleć. Zaufać nieznajomemu czy liczyć na to, że uda mu się schować w mieszkaniu i nie zostać wykrytym? Jeźdźcy w jakiś sposób dostrzegli go przez okno, jaka jest szansa, że uda mu się ukryć? Pierwszy wariant wydał mu się bardziej sensowny. W razie czego łatwiej bronić się przed bezdomnym niż przed biblijnymi siepaczami apokalipsy. Chwycił kurtkę, naciągnął na głowę czapkę i wyskoczył z kryjówki.

  – Za mną, szybko – rzucił nieznajomy.

  – A kim… kim ty w ogóle jesteś?

  – Mówią na mnie Obdarty.

  – A prawdziwe imię?

  – Cóż znaczą dziś prawdziwe imiona? – zapytał przez ramię tamten. Albert w milczeniu przyznał mu rację.

  Zbiegali ze schodów, starając się stąpać jak najciszej. Echo było jednak bezlitosne. W pewnej chwili, gdy już tylko jedna kondygnacja dzieliła ich od parteru i wyjścia z budynku, Obdarty zatrzymał się raptownie.

  – Słyszysz to? Są już przy drzwiach.

  Albert wytężył słuch. Usłyszał skrzypienie ciężkich butów na radioaktywnym śniegu.

  – I co teraz? – zapytał drżącym głosem.

  – Szybko, na górę. Tylko cicho!

  Wbiegali ostrożnie po stopniach. W chwili, gdy Albert postawił stopę na drugim piętrze, rozległ się huk. To jeden z jeźdźców raptownym szarpnięciem wyrwał drzwi z zawiasów, a klatkę schodową wypełnił świst wpadającego do budynku wiatru.

  Albert miał ochotę puścić się szaleńczym biegiem z powrotem do mieszkania, ale gdy dobiegali do drzwi, Obdarty szarpnął go za rękaw.

  – Tu nas znajdą, trzeba iść wyżej – syknął i pociągnął go w górę schodów.

  Chłopak nie protestował, był tak zdesperowany, że całkowicie zaufał nieznajomemu, który zdawał się wiedzieć, co robi. Albert miał tylko nadzieję, że nie zmyli go przeczucie.

  Gdzieś w dole słyszeli ciężkie kroki. Zatrzymywały się one na każdym piętrze i gdy dwie pary nóg szły przeszukiwać opuszczone lokale, trzecia krążyła przed wejściem, nie pozwalając wymknąć się potencjalnym ofiarom. Tymczasem Albert i Obdarty stanęli przed drzwiami na strych. Chłopak spojrzał ze zgrozą na kłódkę.

  – Kurwa, nie wziąłem klucza. Nie wejdziemy tam – powiedział łamiącym się głosem.

  – Może ktoś zostawił otwarte?

  – Niemożliwe, już po nas. – Albert prawie płakał.

  – Uspokój się. Wyjrzyj przez barierkę, sprawdź, na którym są piętrze. Spróbuję otworzyć kłódkę.

  Chłopak próbował protestować, ale nieznoszący sprzeciwu wzrok Obdartego sprowadził go na ziemię.

  Gdy tylko wychylił się i spojrzał w dół, jeździec w stroju rzeźnika przewiercił go wzrokiem i ryknął coś niezrozumiale. Od jego krzyku chłopakowi zakręciło się w głowie. Gdy usłyszał, że jeźdźcy biegiem puścili się w górę schodów, zaczął wrzeszczeć ze strachu i bezsilności. Poczuł nagłe szarpnięcie za kołnierz i został wciągnięty w pachnącą wilgocią i pajęczynami ciemność strychu. Wylądował na ziemi i obserwował, jak Obdarty zatrzaskuje drzwi i zastawia je jakąś szafką, a następnie podchodzi do okienka i zza pazuchy wyciąga zwój liny.

  – Nie sięgnie do samej ziemi, ale powinno wystarczyć, żeby nie połamać nóg – mruknął cicho, po czym zwrócił się do patrzącego nieobecnym wzrokiem Alberta: – Schodzimy po tym na dół, potem obiegamy kamienicę i chowamy się w sąsiednim budynku, jasne?

  – Ale… skąd to masz? – zapytał chłopak, patrząc na linę.

  – Mówiłem, że nie pierwszy raz im umykam. Trzeba umieć o siebie zadbać.

  Albert pokiwał automatycznie głową.

  – A… więc to naprawdę są jeźdźcy apokalipsy? Dlaczego w ludzkiej postaci?

  – Słyszałem, że zrobili, co mogli zdalnie, wiesz, mieliśmy zarazę, głód i wojnę atomową, nie? Mówi się, że teraz jeżdżą i czyszczą. Tropią niedobitków i osobiście dbają o to, by koniec świata był ostateczny – rzekł i się zamyślił. – Tak mówią.

  – Kto tak mówi?

  Pytanie Alberta pozostało bez odpowiedzi – Obdarty skupił się na przywiązywaniu liny do kolumny podpierającej strop. Drugi jej koniec wyrzucił przez okno.

  Wtem rozległo się walenie w drzwi. Chłopak poczuł, jak wszystkie włoski na jego ciele stają dęba.

  – Nie martw się, to ich chwilę zatrzyma. Pójdziesz przodem, ja będę tuż za tobą. Wspinałeś się kiedyś?

  – Ta-tak – wyjąkał Albert.

  – To wiesz co i jak. To tylko pięć pięter. Dasz radę.

  Chłopak pokiwał głową bez przekonania. Wstał i na sztywnych nogach podszedł do okienka. Każde uderzenie w drzwi strychu sprawiało, że mimowolnie chował głowę między ramiona. Gdy zbliżył się do okna, Obdarty wręczył mu linę.

  – No, ruszaj się.

  Albert spojrzał nieznajomemu w oczy i zobaczył w nich nadzieję. Wystawił przez okno jedną nogę. Zaparł się nią o parapet, po czym dołączył drugą. Opuścił się nieco, spojrzał na linę i upewnił się, że chwyt jest mocny, a potem znów zwrócił twarz ku górze. Spojrzał na Obdartego i przeszedł go dreszcz.

  Zamiast w zmęczone, wodniste oczy, patrzył teraz w puste oczodoły. Zarośniętą twarz zastąpiło blade, kościste oblicze, rozciągnięte teraz w przebiegłym uśmiechu. W szkieletowej dłoni Obdarty trzymał finkę z wygrawerowanymi na ostrzu piszczelami.

  – Ty… – szepnął pobladły ze strachu Albert. – Ty jesteś jednym z nich…

  – Na to wygląda.

  Chłopak spojrzał na nóż. W tym momencie Wojna, Zaraza i Głód sforsowali drzwi na strych i stanęli za Obdartym, przyglądając się z zaciekawieniem.

  – Tak to się skończy?

  Upiór wzruszył kościstymi ramionami i jakby od niechcenia zaczął przecinać linę.

  – Śmierć ma różne oblicza.

  Albert usłyszał suchy trzask i Obdarty zaczął oddalać się w szybkim tempie. Kolejnym (i ostatnim) wspomnieniem chłopaka był przeszywający ból i widok sterczącego z klatki piersiowej żelaznego pręta ogrodzeniowego. Ni stąd, ni zowąd przypomniał mu się napis na ścianie sąsiedniego budynku.

  – Chwała apokalipsie – wychrypiał, wydając ostatnie tchnienie.

12428 zzs

Liczba ocen: 4
92%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 246

Dodano: 2020-12-29 12:51:36
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
TreningWyobrazni Cześć, panie automacie. Się robi!
Odpowiedz
CptUgluk naskarże Treningowi, jak na niego mówisz
Odpowiedz
Zatem opowiadanie bardzo fajne, ciekawe. Gratuluję wyobraźni.
Podoba mi się nakręcony świat (nie że chciałabym się tam znaleźć), ale, no dość dobrze go obmyślałeś i odpisałeś.
Fajny motyw z tym Obdartym. Sposób w jaki poprowadzileś opowieść z nim sprawiła, że była ciekawa końca.
Nie lubię służących się opowiadań, tu nie miałam takiego odczucia.
Fajna, nie wybitna, ale fajna lektura
Pozdrowionka
Odpowiedz
Agnieszka super, że moje ostatnie opowiadania się nie dłużą, znaczy jakiś tam progres jest
Dziękuję za dobre słowa! Do wybitności może kiedyś dorosnę, na razie fajność bardzo mnie cieszy
Fajnie, że wpadłaś.
Ps no weź, nie skarż Treningowi
Odpowiedz
Zapomniałeś Waść wypisać u góry zestaw - dorzuć go w wolnej chwili.
Zakończenie bardzo na plus - świetny zwrot akcji wieńczy dzieło. Sama konstrukcja też udana i przemyślana, jest ten dreszczyk emocji, gdy obserwuje się z iskierką nadziei ucieczkę Alberta. Inna ważna rzecz jest taka, że lubię Cię czytać, bo piszesz bardzo schludnie i porządnie, narracja płynna, nigdzie o nic się człowiek nie potyka i to też jest duży plus. To opko wyszło Ci takie w sam raz - ani za krótkie, ani za długie, a zawiera w sobie wszystko, co powinno. Podobało mi się.
Odpowiedz
alfonsyna matkojedyna, rzeczywiście nietakt z mojej strony z tym zestawem, ale już nareperowane!
Dziękuję, miałem obawy, czy to napięcie się uda wywołać. Fajno, że Ci się dobrze czyta, mam nadzieję, że utrzymam poziom i nie zawiodę w przyszłości!
Dzięki za dobre słowo i odwiedziny! Zawsze miło Cię gościć
Odpowiedz
z dużym wykopem
Czepialski:
Gdy jednak wybuchła pandemia śmiertelnej, rozprzestrzeniającej się błyskawicznie choroby, nadeszły susze niszczące ogromną część plonów i doprowadzając do klęski głodu na świecie, a potem wybuchła wojna nuklearna, światopogląd Alberta uległ drastycznej zmianie.- 1/trzeba zdecydować czy pandemia czy rozprzestrzeniająca się błyskawicznie choroba - o jedno masło za dużo
2/ Nie zaczynałbym od "Gdy" a raczej od Światopogląd Alberta uległ zmianie gdy ..."
3/ Gdyby spojrzeć ekonomicznie, to susze są zbędne, bo po zarazie nie ma kto uprawiać roli. Głód i zaraza powodują migrację i konflikty itd, itd. Nie zmieniałbym jednak tej części, bo Twoja konstrukcja w tym miejscu ma sens literacki.
Tyle Czepialski z przypomnieniem, że to jedynie subiektywny punkt widzenia starego grymaśnika, a tekst Twój Autorze!

Ode mnie; za dużo Alberta Tu widać jak istotną jest dobra wizja bohatera. Podpowiem; gdybyś do pojawienia się w tekście (gdy nagle ktoś załomotał w drzwi piętro niżej) drugiej osoby użył sprytnie przymiotników to mógłbyś potem nie "Albercić" i "chłopczyć" tak intensywnie, ergo tekst zyskałby

Moim zdaniem bardzo starannie zrealizowane zadanie w dobrym stylu. Brawo Ty! Dziękuję za tekst
Odpowiedz
Karawan Witam! Czepialskiego zawsze miło widzieć, bo wychwytuje to, co mi umknęło. Dwa pierwsze punkty nareperowałem zgodnie z sugestiami (dziękuję!), trzeci pozostawiam z prostego powodu - chciałem, żeby Głód też mógł się jakoś wykazać, a nie tylko przyjść na gotowe

Z "Alberceniem" i "chłopczeniem" przyznaję bez bicia - mam z tym problem. Widzę, że za gęsto tego w tekście, ale nie potrafię jeszcze dobrze wybrnąć z sytuacji. Będę na to zwracał większą uwagę, bo nie po raz pierwszy mam tego rodzaju zagwozdki.

Bardzo miło było mi Cię gościć, dzięki za dobre słowa i cenne sugestie No i szczęśliwego nowego przy okazji
Odpowiedz
z wykopem
No i takiego Cię lubię, skondensowane lepiej się czyta. Była akcja, adrenalina, miałam przeczucie, że to będzie czwarty jeździec, ale i tak podobało mi się
Odpowiedz
SylviaWyka He, fakt, pisarz kryminałów byłby ze mnie kiepski, bo to nie pierwszy raz gdy ktoś przy moim tekście bez trudu zgaduje, co się wydarzy
Dziękuję pięknie za dobre słowo, cieszę się, że się podobało
Odpowiedz
CptUgluk Dowcip dla Pana Mały Jasio bardzo świńtuszy w szkole, ale robi to zawsze wierszem. Taki mikro-geniusz. Przychodzi pan wizytator. Pani wywołuje dzieci, by się popisały i omija Jasia. Wizytator zauważa i wskazuje na chłopca; "Może powiesz wierszyk?" Dziecko wstaje i zaczyna; "Wzięła Mania miedniczkę i umyła se..." "Jasiu - wtrąca pani przerażona - prozą, prozą!" "dupę" kończy zadowolony psotnik.
Przytoczyłem, by zbić tezę iż wiedza uprzednia musi się sprawdzić w poincie. Autor zawsze może zaskoczyć Czytelnika o ile odpowiednio poda co przygotował.
Odpowiedz
Karawan Dzięki za dowcip, postaram się wyciągnąć z niego naukę
Zgadzam się, że odpowiednie podanie dania jest równie ważne, co jego staranne przygotowanie. No nic, pozostaje tylko gotować i udoskonalać przepisy Dzięki i pozdrawiam!
Odpowiedz
CptUgluk Pisz!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Świetne opko! Bardzo nowatorsko przedstawiłeś jeźdźców. Kiedy opisałeś trzech, pomyślałam, że czwarty ruszył przodem i rozeznaje teren. Tak też było, ale dałeś radę. Obdarty do końca grał swoją rolę, by osiągnąć cel. Kompani odcinali drogę odwrotu i ewentualnej ucieczki. Chytry plan.

Odpowiedz
alka666 Dziękuję pięknie! Chciałem dać jeźdźcom trochę zabawy, no bo ileż można jeździć i po zwyczajnie wyżynać? ;D
Jak już gdzieś wyżej wspomniałem, za kryminały na razie się nie biorę, bo jestem zbyt przewidywalny Ale kto wie, co przyniesie przyszłość.
Dziękuję uprzejmie za wizytację
Odpowiedz
CptUgluk to bardzo dobry pomysł. Jako rozrywka, urozmaicenie monotonii podczas apokalipsy. Czasami trzeba się rozerwać
Lubię Twoje poczucie humoru.
Odpowiedz
alka666 otóż to
Dziękuję Pani (;D)
Odpowiedz
CptUgluk no tak, stara, upierdliwa wiedźma ze mnie
Odpowiedz
alka666 oooj, wcale nie o to mie chodziło, wiesz, że ja tak z sympatyczności się droczę
Odpowiedz
CptUgluk
Ja również
Mam do siebie dystans i jeśli nikt mi nie przywali dobrym słowem, to sama sobie muszę... Tak dla przyzwoitości
Odpowiedz
alka666 no to git! Nie ma to jak przyzwoita przywałka słowna
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
z wykopem
Pierwsza sprawa - masz 32 razy użyte słowo Albert, na rany Chrystusa! Kapitanie Ugluk, zamieńcie czasem imię na inne słowo, chociażby - mężczyzna.

Zestaw wykorzystany od pierwszych akapitów, całe opowiadanie oparte na zestawie, świetnie.

Piszesz coraz lepiej, będzie z Ciebie pisarz, umiesz już kondensować narrację, mamy tu zamkniętą, całościową historię, brakuje mi jeszcze dopieszczenia zdań tu i ówdzie, żeby człowiek zatrzymywał się przy niektórych zdaniach z takim - wow. Poczytaj Cana, on umie zatrzymać czytelnika choćby samymi porównaniami.

Bardzo mi się podobało opowiadanie Fajny klimat, fajny pomysł na "ręczną likwidację niedobitków" i fajne sceny. Co do stopniowania emocji - jeszcze popracuj
Odpowiedz
Ritha O rety, nawet policzyłaś Wiem, cholerka, że mam problem z powtarzaniem imion. Brakuje mi czasem wyjścia z sytuacji, a "mężczyzny" nie chciałem dawać, bo już wziąłem "chłopak" i miałem wrażenie, że to może zamącić.

Przykładam dużą wagę do tego, żeby zawsze zestaw zrealizować w pełni, dzięki za zauważenie.

Bardzo dziękuję za dobre słowa. Staram się brać do serduszka Wasze rady i sugestie, dobrze więc słyszeć, że wychodzi to coraz lepiej. Mam wrażenie, że do Canowego pisania jeszcze kawał drogi, ale na pewno będę chciał czerpać od dobrych wzorców

Wiem, że jeszcze wiele się muszę nauczyć i trochę liter musi jeszcze upłynąć, ale miło słyszeć, że nie cała krew idzie w piach ;D
Pięknie dziękuję za odwiedziny!
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
CptUgluk co do liczenia - ctrl + F i wpisujesz dane słowo
Marok jest też dobrym przykładem rozwoju - przeszedł bardzo długą drogę i rozwija się cały czas, ma dużo lepsze opowiadania niż 3 lata temu - niebo a ziemia. Pracowitość i zawziętość bardzo się przydaje przy pisaniu Trzymam kciuki
Odpowiedz
Ritha i ja również nie zamierzam się zatrzymywać, bo chcę pisać coraz piękniej
dziękuję, każdy kciuk jest na wagę złota!
Odpowiedz
~Halmar 9 m.
Świetna historia, najlepsza z Twoich, moim zdaniem. Od początku do końca trzymająca w napięciu, przemyślana, logiczna, plus bardzo dobre dialogi. Super!
Odpowiedz
Halmar barrdzo pięknie dziękuję! Pomysł wydawał mi się z początku taki średniawy, cieszę się więc, że wrażenia są dobre miło, że wpadłaś!
Odpowiedz
~Manta 9 m.
Ugluku, bardzo fajnie się to czytało Jedyną uwaga jaką chyba mam to kwestia fabuły. Od początku coś mi śmierdziało z Obdartym. To raczej nie byłoby prawdopodobne, by w czasie takiej klęski "bezdomny" walił do drzwi i oferował pomoc, informował o niebezpieczeństwie. Owszem, zdarzają się bohaterowie, ale tutaj od razu zapaliła mi się lampka "jaki on ma w tym cel?" To i fakt, że jeźdźców było trzech, od razu nasuwa myśl, że obdarty to 4 jeździec
Niemniej, cały pomysł, opis jeźdźców oraz radioaktywnego śniegu bardzo mi się podobał!
Odpowiedz
Manta fakt, intryga była grubymi nićmi szyta. Postawiłem tu na desperację Alberta i wykorzystanie faktu, że został przyparty do muru. W sumie żadna decyzja nie była dobra - ani zostać w mieszkaniu, ani uciekać z Obdartym. Uznałem jednak, że złapanie haczyka (czy może raczej brzytwy) przez spanikowanego chłopaka będzie mimo wszystko "do przełknięcia"
Pięknie dziękuję za wizytę i komentarz. Następne intrygi postaram się składać w mniej oczywisty sposób ;D
Odpowiedz
Ja tak dziś szybciutko zaznaczam obecność, dodam, że mi się podobało i uciekam
Odpowiedz
Adelajda Miło mi Cię gościć choć na chwilę Dziękuję za miłe słówko. Pozdrowionka!
Odpowiedz
"Masowe użycie broni nuklearnej doprowadziło do nuklearnej zimy" - 2x nuklearna, wystarczy zamienić na broni atomowej
Już ci zwrócili uwagę na Alberta, więc nie będę kopać leżącego
Świetny motyw ludzkich jeźdźców.
Jedyne ale mam do tego, że mogłeś bardziej ukryć kim jest Obdarty. Może gdybyś tak nie podkreślił, że trzy konie, a tylko je wymienił? Nie wiem czy wiele by to dało, ale na tym słowie się zatrzymałam i od razu zapaliła się lampka "a gdzie czwarty?". Wybór był tylko jeden.
Niemniej opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. Porwał mnie świat i pęd akcji, udała ci się scena ucieczki.
Odpowiedz
pkropka faktycznie aż kłuje w oczy, a mi umknęło, dzięki. Już zmienione na atom
Możem i racja, za długi jęzor mam i gdybym nie napisał, że trzy konie, to nie rzucałoby się tak w oczy, że jednego brak? Dziękuję za zwrócenie uwagi.
Fajnie, że wpadłaś
Odpowiedz
Postęp jest, mniej nawijania makaronu.
Przebieg sprawny, a sami jeźdźcy wyglądają po prostu odlotów. Świetnie, że są tacy realni.
Koniec smutny, ale bywa.
Odpowiedz
Szudracz Nie wiem, czy będę w stanie całkiem wyrzucić makaron z menu - obawiam się, że nie. Staram się jednak ograniczać go na tyle, żeby czytelnik nie zapchał się przed daniem głównym
Jeźdźcy się cieszą, że zostali docenieni
Dzięki za odwiedziny!
Odpowiedz
Odlotowo*
Odpowiedz
~sensol 9 m.
czyta się dobrze. całkiem sprawnie skleciłeś historię. nie moje rejony jeśli chodzi o fabułę, więc nie będę narzekał. ale forma całkiem całkiem. może trochę bym skondensował. parę zdań wyrzucił. albo zmienił. kilka momentów dosłownie.
Odpowiedz
sensol bardzo ostatnio uważam, żeby nie przeszarżować z opisami, ale z pewnością parę rzeczy dałoby się zrobić lepiej.
Dzięki piękne za odwiedziny!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.