online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 5
<
Powiew Zachodu – Przeklęta szkapa (cod#1)
>

Opis:

Niedziela - sam opis akcji lub scena walki. Trochę mi się rozwlekło, sorry.

Powiew Zachodu – Monopol na Księżycowy Blask (cod#2)

 Poprzednia historyjka: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6377

 

 

  Profesja bimbrownika nie jest lekkim kawałkiem chleba. Trzeba lawirować między dybiącymi na (nie całkiem) uczciwych przedsiębiorców stróżami prawa, gimnastykować się z omijaniem blokad na drogach i wyprowadzaniem w pole agentów rządowych, użerać się z trudną klientelą i biedzić z organizowaniem niezbędnej w tym fachu aparatury i składników – w końcu alkoholu nie destyluje się z powietrza. Do tego, żeby przyciągnąć nowych nabywców, nie można stać w miejscu, nieustannie gotując jedno i to samo. Ordynarny smak bimbru trzeba czymś urozmaicić, dodać przyprawy, owoce, aromaty. Dbanie o satysfakcję klientów sprawia, że da się utrzymać biznes na powierzchni.

  Ze wspomnianych problemów należy sobie zdawać sprawę, rozkręcając działalność. Trzeba też umieć sobie z nimi poradzić. Jednak nie są to wszystkie kłody, jakie musi przeskakiwać przedsiębiorca w drodze do krainy sukcesu. Jest jeszcze konkurencja – ludzie, z podobnym pomysłem na zarobek. Goście traktujący wytwarzanie i sprzedaż nielegalnego alkoholu za swoją szansę na dostatnie życie. Szumowiny, które nie zawahają się przed niczym, by zostać monopolistami na tym niepewnym rynku. Tacy jak oni drogę do celu wyrąbywali sobie czasem działaniami bardziej subtelnymi jak dywersja czy sabotaż sprzętu konkurencji, utrudnianie dostaw czy kradzież klientów lub, częściej, po prostu sięganiem po bezpośredni, skuteczny i niejednokrotnie ostateczny środek komunikacji – broń palną.

  Biznes Meliora i Gawrona kwitł. Kupiona za niemałe pieniądze bimbrownia zaczynała wreszcie przynosić zyski. Dlatego, gdy do przedsiębiorczego duetu doszły słuchy o panoszącym się na ich terenie, podkradającym klientów gangu, partnerzy musieli reagować szybko i zdecydowanie. Zwłaszcza że zaufany informator doniósł im o fakcie, iż wspomniani intruzi działali już pełną parą. Przy jednej z chatek na uboczu bezczelnie zainstalowali destylator i jak gdyby nigdy nic, gotowali bimber i rozprowadzali go po okolicy. Nie dość, że stanowiło to poważną, nieuprawnioną ingerencję w strefę wpływów działającej już na terenie bimbrowni, to jeszcze mogło ściągnąć miejscowym biznesmenom na głowę spore problemy. Nieostrożne działanie amatorów z pewnością postawi agentów rządowych w stan podwyższonej gotowości. A węszący w okolicy stróże prawa, wtykający długie nochale w nieswoje sprawy, stanowili bardzo poważne zagrożenie dla nieźle prosperującego i całkiem dochodowego biznesu. Dla Meliora i Binnsa oznaczało to nic innego jak konieczność podjęcia natychmiastowych działań profilaktyczno-zaradczych.

  Informator poinformował rewolwerowców także o tym, że intruzi, którzy szarogęsili się na ich terenie, byli dobrze uzbrojeni i przygotowani do obrony źródła zarobku. Niezmiennie wystawiali warty i pilnowali destylatora. Dlatego też banda Totentanz, licząca zaledwie dwie osoby – właściciela bimbrowni Meliora i jego partnera, pana Binnsa, od razu przeszła do ofensywy. Nie mając przewagi liczebnej, mężczyźni nie mogli raczej liczyć na to, że uda im się przepłoszyć bandytów. Cichy sabotaż aparatury też nie wchodził w grę – nie było możliwości, by niepostrzeżenie podkraść się do destylatora. Musieli więc postawić na opcję ofensywną.

  Uzbrojeni w kilka lasek dynamitu, noże, karabinek powtarzalny i nieodłączne rewolwery wyruszyli niedługo przed zachodem słońca. Informator wyrysował im na skrawku papieru prowizoryczną mapę, żeby mogli bez przeszkód trafić na miejsce. Pomimo zdecydowanego braku talentu kartografa-amatora, mężczyźni bez trudu odgadli, gdzie powinni się skierować. To był ich teren, znali go i wiedzieli jak się po nim poruszać.

  Minęli monumentalny, czerwony ostaniec i w dolinie za nim zobaczyli dym. Wiedząc, że już blisko, zsiedli z koni. Przychyleni, zbliżyli się do skarpy. Rzeczywiście, była tam niewielka chatka, a obok niej rozbito obóz. Kilka namiotów i ognisko pośrodku. Siedziało przy nim trzech mężczyzn. Z obozowiska docierały odgłosy, świadczące o tym, że gentlemani w dole musieli chyba popróbować swojego towaru, bo głośno się śmiali i pokrzykiwali jeden przez drugiego.

  Niedaleko domku czwarty bandyta pełnił wartę. W dłoni dzierżył karabin. Palił papierosa i zazdrośnie spoglądał na towarzyszy przy ognisku.

  Melior i Binns spojrzeli po sobie. Informator mówił o piątce, może szóstce ludzi. Reszta widocznie siedzi w chatce albo pracuje przy destylatorze. Może być też tak, że któryś z nich pojechał po składniki lub wyruszył sprzedać towar. Trzeba mieć to na uwadze.

  – No dobra, to jak to robimy? – zapytał Binns.

  Melior, zwany też przekornie Gadułą, zmarszczył nos i się zamyślił. Po chwili na migi przedstawił towarzyszowi swój plan.

  – Powinno się udać – stwierdził Gawron. – Ale nie wiemy, gdzie są pozostali. Co będzie, jak nas zaskoczą?

  Milczący uniósł dłoń, pokazując partnerowi, by ten się nie przejmował. Potem wskazał na siebie, swój rewolwer, uśmiechnął się i pokazał uniesiony w górę kciuk.

  – Okej, jak uważasz. To ja się przygotuję, a ty zejdź na dół i podejdź od strony tych krzaków – poinstruował Gawron i wskazał koledze na krzewy, rosnące wzdłuż prowadzącej do chatki dróżki. – Tylko błagam, uważaj i nie ześlizgnij się ze zbocza, bo cały plan trafi szlag.

  Melior spojrzał na partnera z oburzeniem. Znów podniósł dłoń. „Spokojnie, będzie dobrze”. Naciągnął na oczy gogle baloniarza (na co Binns pokręcił z dezaprobatą głową), wetknął do drugiej, pustej kabury dwie laski dynamitu i ruszył wzdłuż skarpy. Zaraz za domkiem teren znów opadał, dzięki czemu Gaduła mógł podejść do celu niezauważony. Musiał się tylko kawałek cofnąć i trzymać prawej strony dróżki.

  W czasie, gdy towarzysz skradał się do chatki, Binns położył się przy urwisku i naładował broń. Przetarł rękawem lunetę, naszykował dynamit i zapałki. Zajął pozycję i czekał.

  Kilka minut później zobaczył przemykającego między zaroślami w dole Meliora. Skontrolował sytuację w okolicach chatki. Trójka wesołków nadal degustowała samogon, a strażnik przed domkiem odpalał kolejnego papierosa. Spokój i cisza. Akcja powinna przebiec bez komplikacji.

  Nagle drzwi budynku stanęły otworem, z wnętrza wychylił się łysy brodacz i zaczął coś krzyczeć do palacza. Binns spiął się i spojrzał na towarzysza, który nieustępliwie przesuwał się coraz bliżej celu. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że facet ponownie zniknął w chatce. Już zaczynał się obawiać, że będą musieli improwizować.

  Kiedy Melior znalazł się na ustalonej pozycji nieopodal chatki, spojrzał w górę i pokazał skierowany w górę kciuk – sygnał, że można zaczynać.

  Binns skinął głową, trochę do partnera, a trochę do samego siebie. Wiedział, że nie może się pomylić. Przykucnął, chwycił laskę dynamitu, potarł zapałką o spodnie i przyłożył płomień do krótkiego lontu. Wiedział, że ma niewiele czasu, zanim ładunek wybuchnie. Gdy rozległ się syk, mężczyzna odczekał dwie sekundy, wycelował, zamachnął się i cisnął laską, celując bezpośrednio w ognisko.

  Rzut był wymierzony idealnie, podobnie jak jego moment. Dynamit wylądował tuż obok paleniska. Gawron nie był nawet pewny, czy pijani bandyci w ogóle zrozumieli, co się święci. Nie mieli już jednak na to szans. Ładunek eksplodował, wyłączając z gry całą trójkę.

  Strażnik sprzed chaty aż przysiadł. Zaskoczony głośnym hukiem zaczął rozglądać się dookoła. W chwili, gdy odwracał głowę w kierunku Meliora, ten akurat odciągał kurek rewolweru. Bandzior dostał kulkę prosto w oko i padł bez życia na ziemię.

  W tym samym czasie Binns naszykował sobie karabinek i już przez lunetę obserwował drzwi chatki. Kiedy te otworzyły się i wypadł z nich łysielec z zaskoczoną miną, mężczyzna już ściągał spust. Kula trafiła w klatkę piersiową, a impet usadził brodacza na progu. Ranny próbował jeszcze wycelować z dubeltówki w znajdującego się na skarpie strzelca, ale Gaduła wytrącił mu broń celnym kopnięciem, a następnie wysłał go do diabła za pomocą drugiej kuli kalibru 0,45 cala.

  Gdy partner ubezpieczał go od góry, Melior stanął w progu i przeczesał wzrokiem ciasne wnętrze. Nie było tam żywej duszy. Ponownie pokazał Binnsowi podniesiony kciuk i wkroczył do domku. W chacie śmierdziało tak, że od samego przebywania w środku można było urżnąć się w trupa. Wyposażenie stanowiła zaledwie jedna mała szafka, dwa łóżka, krzesło i stolik. Pod ścianą leżały też drewniane skrzynki – pięć pustych i jedna wypełniona wypełnionymi przezroczystym płynem butelkami poprzekładanymi słomą. Widocznie skubańcy zdążyli już upłynnić większość towaru. Być może faktycznie był jeszcze jeden bandzior, który akurat wyjechał w sprawach biznesowych? Cóż, jeśli tak, to pewnie srogo się zdziwi po powrocie. Będzie się za to mógł uważać za szczęściarza, że dostał drugą szansę od losu.

  Melior chwycił skrzynkę alkoholu i wyniósł ją na zewnątrz. Odstawił ładunek, pomachał do Gawrona i gestem pokazał, by ten sprowadził konie. Obszedł chatkę i na tyłach, pod niewielkim daszkiem ujrzał spory destylator. Uśmiechnął się z satysfakcją. Wyciągnął z drugiej kabury dynamit i obydwie laski wetknął między chatę, a aparaturę. Rozwinął lont i rozciągnął go na odległość kilkunastu metrów od budynku. Wrócił niespiesznie po skrzynkę bimbru i czekał, aż partner zjawi się na dole. W międzyczasie spróbował alkoholu. Przełknął, skrzywił się i rozkaszlał. „Podły trunek, ale do odratowania, szkoda zmarnować”, pomyślał.

  Po kilku minutach zjawił się Binns z kwaśną miną. Jechał na koniu Meliora.

  – Cholerna kobyła, uciekła na dźwięk eksplozji – poskarżył się. – Musimy jechać na twoim. Zostaw te flaszki, nie zmieścimy ich.

  Teraz to Melior wyglądał na niezadowolonego. Wyciągnął cztery butelki ze skrzynki i włożył je do juków zawieszonych przy końskich bokach. Odnalazł końcówkę lontu, odpalił zapałkę od buta i dokończył dzieła. Zajął miejsce za Binnsem i ruszyli w górę ścieżki.

  Byli kilkadziesiąt metrów od chatki, kiedy dynamit eksplodował, tworząc w ścianie domku sporą wyrwę i ciskając destylatorem w dół zbocza. Pozostały w zbiorniku alkohol rozchlapał się na wszystkie strony i zapalił, rozświetlając okolicę i rzucając różnokształtne cienie na skały po drugiej stronie doliny.

  – Dobra robota, Melior – pochwalił partnera Gawron.

  Gaduła skinął głową i błysnął zębami. Wskazał głową na ścieżkę i wykonał dłonią gest w okolicach szyi.

  – Zgadza się, trzeba to oblać – przyznał mu rację towarzysz. – Niech tylko najpierw znajdę mojego przeklętego konia.

 

 

 Następna historyjka: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6405

10484 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 112

Dodano: 2021-01-17 19:03:40
Komentarze.
Skoro Ci się rozwlekło, to ja sobie idę i później wrócę Dobra?
Odpowiedz
alka666 jak najbardziej, zapraszam w wolnej chwili
Odpowiedz
CptUgluk eksplozja musiała być spektakularna! Szkoda tego bimbru...
Odpowiedz
alka666 szkoda, ale co zrobić. Chłopaki ugotują lepszy
Odpowiedz
CptUgluk na pewno
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.