online: 16 zarejestrowanych
jasno
L - śnienie
<
66 Codziennostrzał na poniedziałek
>

. Nagniotki Wtorkowy codziennostrzał. W zamyśle horror

 Miałem sen...

 Gówno tam sen. To był obrzydliwy koszmar. Obudziłem się zlany potem. I przypomniałem sobie, co mi się śniło.

  Goniłem buta. Rozpoznałem go. To był mój własny but zimowy. Najpierw szedł sobie spokojnie. Dziwne, co nie? No bo powinien podskakiwać, a on szedł. W pewnej chwili spojrzał na mnie przez dziurkę do sznurowania, łypnął i zaczął uciekać. Pogoniłem za nim, bo to drugi do pary. Prawy wciąż stał na pamiątkę w szafie. Dopadłem w końcu, a on kopnął mnie w dupę. Obrócił się zwinnie i poprawił w słabiznę. Przebudziłem się z tego okropnego bólu trzymając się, wiecie gdzie. Przez chwilę oddychałem z ulgą. Jak to powiadają sen mara, Bóg wiara. Tylko u mnie z wiarą dosyć kiepsko.

  I tu się zaczęły perturbacje. Zaczęły mnie boleć nagniotki w lewej stopie. Zapomniałem powiedzieć , że nigdy nie miałem odcisków, a lewej stopy wraz z pewnym kawałkiem powyżej pozbyłem się gdzieś trzy lata temu. Pamiętam, jak odskakiwała obuta w wyżej wspomniany spod kół pociągu. Od tego czasu miałem,i owszem, lekkie dolegliwości fantomatyczne, ale sprowadzały się, co najwyżej do swędzenia, którego nie mogłem podrapać. Ale odciski? Spojrzałem za okno. Już trzeci dzień prószył śnieg. Temperatura spadła do minus dwunastu.

 A ja, ku...(wiecie co chcę dopisać), poczułem nagle, że marzną mi palce lewej. Nie mogłem rozetrzeć, to włożyłem skarpetę ciepłą do buta pod protezę. Dokonałem porannych ablucji.

 Ubrałem się w miarę ciepło, aby udać się po zakupy. Po drodze mignęła mi kątem oka jakaś rozmazana postać. Wyraźnie znajoma z gęby. Ale niemożliwe, żeby to był Franek Siewruk, skurwysyn, który dręczył mnie kiedyś w liceum. Skończył z tym, kiedy przywaliłem mu taboretem w czerep. Miał kilka szwów, a ja czasowe zawieszenie w prawach ucznia. Nie,to nie mógł być Franek Siewruk. Onegdaj słyszałem, że wpadł pod tramwaj p[o pijaku i ucięło mu łeb. Inna sprawa, bardzo dziwna, ze nigdy go nie odnaleźli. W końcu służby porządkowe uznały, że ktoś wykradł głowę jako makabryczne trofeum. Wieczorem opatuliłem protezę, bo wciąż marzła.

  Idę se do żabki, dokupić pieczywa, a tu pod latarnią Franek Siewruk, prawie jak żywy. Tylko gdzieniegdzie przeświecał. Wszędzie poznałbym tę parszywą mordę. Uśmiechnął się krzywo. Zmroziło mnie trochę, bo spojrzał na stopy, a tam na lewej mój stary but z kawałkiem byłej nogi. Widzę, że jakiś taki nieposkładany, ale kiedy przeszedł w cień sylwetka nabrała zwartości.

  - To ty żyjesz, kurwa? - zająknąłem się.

  - Niezupełnie, ale składam się jakoś do kupy.

  - Czym ty właściwie jesteś?

  - Nie poznajesz? Przecież to ja, twój stary kumpel z Sopotu, Franek Siewruk. Głowa jest właściwie moja własna., kawałek nóżki pożyczyłem od ciebie, resztę członków gdzie się da.

 Spajam je fantomatycznie. Możesz nazywać mnie fantozomboidem, ale to ja, Franek. Od ciebie chcę tylko kawałek prawej nogi i tego buta do pary, co to celebrujesz w szafie. Myślisz, że nie wiem?

  - Chuja tam ci oddam!

  - Chuja też możesz oddać, bo ten, który żem zdobył kiepsko staje. A słyszałem, żeś kozak i pies na kobity.

  - Nie oddam po dobroci!

  - Chcesz się bić z zomboidem, farfoclu? Nie masz szans, ani taboretu. Myślisz, że zapomniałem?

 

 Jestem marny w bitkach wszelkich, walkach fair i nie fair.

 Ale chuja, za chuja, nie oddam. Prędzej nogę.

 Zauważyłem ciekawą rzecz. W cieniu Franek nabierał cielesności, zaś w świetle latarni, jakby się z lekka rozpływał.

 Toteż powoli zacząłem się wycofywać pod latarnię. Zaatakował pierwszy, lewym sierpowym.

 Nie wspomniałem wcześniej, że był szmają, mańkutem. Udało mi się uchylić, ale pięść musnęła skroń. Wcale tak bardzo nie bolał;o, bo dłoń miał w części fantomatyczną. Poprawił prawą prostą. Tym razem powalił mnie bez trudu, przez ten oblodzony chodnik. Wpadłem na kosz od śmieci. Swoim impetem sprawiłem, że przełamał się na przerdzewiałym stojaku, upadł i wysypał różne świństwa.

 Franek Siewruk wyciągnął zza cholewy mojego własnego buta majcher z ząbkowanym ostrzem.

  - Będzie rżnął kości – pomyślałem. -Nie mam taboretu ale mam coś lepszego.

 I kiedy tak się pochylał nade mną, pochwyciłem wspomniany kosz i przywaliłem, a nawet przypierdoliłem mu w czachę. Ta pękła wskazując siną zawartość. To podobno sposób na zombiaki. Zomboidy są jednak trwalsze. Wciąż się wrednie uśmiechał. No to p[oprawiłem jeszcze raz i jeszcze raz, aż jego głowa przypominała placek, ulubioną potrawę niejakiego twórcy, Maroka, którego poznałem na pewnym zajebistym portalu literackim, jako żem też artysta, co można rozpoznać po stylu mojego pisania.

 Ciało fantozomboida wciąż podrygiwało. Majchrem Siewruka odciąłem mu ten placek, który wcześniej był głową. Resztę korpusu rozczłonkowałem na gulaszowe kawałki. Ochłapy wrzuciłem do kosza dodając śmieci, papier, stare worki foliowe i takie tam (chodzi o zużyte kondomy).

  Żabka była blisko skoczyłem po flaszkę spirytusu. Polałem obficie i podpaliłem. Resztkę wychyliłem dla kurażu. Pięknie płonęło ale śmierdziało paloną padliną.

 Poczułem takież pieczenie w mojej nieistniejącej stopie. Po chwili jednak przeszło. O dziwo przestały mnie nawet uwierać nagniotki.

 Wróciłem do domu lekko chwiejnym krokiem widocznie nie podzieliłem się spirtem z Frankiem sprawiedliwie.

 Ale co tam!

 

 Wasz Alchemik

 

5196 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Alchemik
Kategoria: inne

Liczba wejść: 32

Opis:

Dodano: 2021-01-19 18:03:17
Komentarze.
Fantozomboid
Świetne określenie
Duchów się nie boję, nie wiem co z fantozomboidami
Odpowiedz
He, luźne, groteskowe i całkiem zabawne, panie Alchemiku Widzę, że wracasz do gry! Pozdro!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.