online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Dick Roach i tajemnica Poliszy Nela cz. 1 - Inwazja bizarro
<
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 7
>

Opis:

Kolejna przygoda bandy Totentanz

Powiew Zachodu – Skok z powyłamywanymi nogami

 Poprzednia historyjka: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6429

 

 

  Słońce niedługo miało chylić się ku zachodowi. Ulice były opustoszałe – w drugiej części miasta czyniono przygotowania do publicznej egzekucji jednego z – do niedawna – najbardziej poszukiwanych przestępców w okolicy. Randy „Brudas” Silverstone, morderca i złodziej bydła, dyndający w agonii na sznurze był widowiskiem, którego wielu tutejszych nie chciało przegapić.

  Melior stał oparty o ogrodzenie i palił papierosa. Był to tani skręt z byle jakiego tytoniu – mężczyzna krzywił się przy każdym zaciągnięciu. Jednak nie wdychał śmierdzącego dymu dla przyjemności. Ukryty w siwej chmurze, uważnie obserwował ulicę, szczególną uwagę zwracając na znajdujący się po drugiej stronie sklep z bronią.

  Sennymi uliczkami co jakiś czas przejeżdżał powóz, któryś z mieszkańców przechadzał się pogrążony we własnych sprawach albo snuł się sterowany procentami, które wlał w siebie w okolicznym saloonie. Poza tym było spokojnie i cicho.

  Gaduła rzucił na ziemię peta i z satysfakcją rozgniótł go pod butem. Odpiął od paska kieszonkową piersiówkę i pociągnął łyk ginu z nadzieją, że uda mu się alkoholem spłukać smak kiepskiego papierosa. Skinął głową do opartego o latarnię przy najbliższym rogu Binnsa. Stojący na czatach partner odwzajemnił gest. Czysto – można działać.

  Melior odepchnął się od ogrodzenia, poklepał uwiązanego do słupka konia i spokojnym krokiem przeciął ulicę. Stanął przed drzwiami do rusznikarza i rozejrzał się dookoła po raz ostatni. Nasunął na twarz bandanę, poprawił kapelusz i wyciągnął z kabury narzędzie pracy – Schofielda kaliber 0.45 cala. Już czas.

  Pchnął drzwi i zrobił zdecydowany krok w przód. Niespodziewanie, w samym progu zderzył się z klientem opuszczającym lokal. Mężczyzna grzecznie przeprosił i pospiesznie wymknął się na ulicę. Melior obejrzał się. Sytuacja wybiła go nieco z rytmu. Dzieła dokończył rusznikarz, który zza lady zawołał:

  – To złodziej! On pana okradł!

  Gaduła odruchowo poklepał się dłonią po kieszeni, w której zwykł nosić kosztowności. Rzeczywiście, zniknęły pieniądze, sygnet, a nawet kieszonkowy zegarek na łańcuszku. Stanął na środku sklepu zupełnie zbity z pantałyku. Został okradziony podczas własnego skoku!

  – Niech pan go goni, nie mógł uciec daleko! – krzyknął sklepikarz. Zdawało się, że zupełnie nie zauważył sześciostrzałowca w dłoni Meliora i nie zorientował się, że ten już za chwilę miał bez mrugnięcia okiem, grożąc mu bronią, zgarnąć jego utarg i pewnie kilka sztuk broni spod lady. Zwyczajnie chciał pomóc.

  Gaduła poczuł się głupio. Zrobiło mu się żal rusznikarza, a jednocześnie zagotował się z wściekłości. Jak ten chłystek śmiał go obrobić? Pospiesznie skinął głową do mężczyzny zza lady, odwrócił się na pięcie i pędem wyskoczył na ulicę. Rozejrzał się, ale nie zobaczył złodziejaszka.

  – Hej, co jest?! – krzyknął do niego Binns i zaczął wspinać się na konia.

  Melior poklepał się po kieszeni, rozłożył ręce i jeszcze raz omiótł wzrokiem okolicę.

  Gawron na szczęście zachował przytomność umysłu i domyślił się, co jest grane. Westchnął ciężko i przewrócił oczami.

  – Facet pobiegł tędy, pojadę za nim, a ty odetnij mu drogę z tamtej strony – rzucił Binns i dłonią wskazał kierunek. – Dorwiemy gnoja.

  Po chwili zniknął w uliczce, a o rozpoczętym pościgu świadczył tylko oddalający się tętent kopyt na bruku.

  Melior biegiem puścił się w stronę wskazanego przez partnera zaułka. Był wściekły. Miał ochotę stłuc rabusia na kwaśne jabłko i zostawić go skrępowanego na torach, a potem wypatrywać na horyzoncie pary z komina nadciągającego pociągu i słuchać muzyki granej przez sunące po torach koła.

  Ściągnął z twarzy chustę i schował broń – i bez tych rekwizytów jego szaleńczy pęd ulicą mógł zwracać uwagę mieszkańców. Na szczęście publiczna egzekucja to widowisko, które niewielu chciało przepuścić, więc w tej części miasta nie było tłumów.

  Gaduła zaczął się już obawiać, że złodziej im się wymknie. W zaułku nikogo nie zastał, sąsiednia ulica również była pusta. Kiedy już stracił prawie całą nadzieję, usłyszał zduszony okrzyk spomiędzy pobliskich budynków. Wypadł za róg i ujrzał Binnsa trzymającego linę, której drugi koniec owinięty był wokół kostek wijącego się na ziemi faceta. Gawron podbiegł do powalonego, szybkim ruchem chwycił jego rękę i przyklęknął na niej. Drugą dłonią wyszarpnął z kabury Colta i przyłożył zimną lufę do ucha mężczyzny.

  – Leż spokojnie, bo odstrzelę ci szczękę – syknął.

  Melior po kilku sekundach znalazł się przy nich. Spojrzał pytająco na towarzysza.

  – Puściłem konia uliczką, a sam zaczaiłem się tutaj. Złamas przestraszył się pościgu i dał się złapać w pułapkę jak durny zając.

  Gaduła mruknął z uznaniem i skinął głową do Binnsa.

  – Nie ma za co – rzekł ten z uśmiechem zadowolenia – co z nim robimy?

  – Proszę, nie zabijajcie mnie, oddam wszystko! Oddam!

  – Zamknij się, nie ciebie pytałem – warknął Gawron i mocniej docisnął kolanem rękę złodzieja, aż ten jęknął z bólu.

  Melior jeszcze kilka sekund temu chciał widzieć rabusia rozsmarowywanego przez pociąg. Teraz jednak, gdy część emocji już wypocił, biegając ulicami, uznał, że taki los mógłby być nieco zbyt okrutny. Totentanz stać na więcej polotu. Uśmiechnął się pod wąsem.

 

  Melior i Binns patrzyli z satysfakcją na swoje dzieło.

  – No, powiem ci, panie Gaduło, że wygląda to całkiem nieźle.

  Jego towarzysz mruknął z zadowoleniem i pokiwał głową. Odzyskali skradzione kosztowności z nawiązką – rabuś musiał dziś obrobić jeszcze kilka osób. W jego kieszeniach oprócz banknotów, monet i kilku sztuk biżuterii, znaleźli jeszcze naszyjnik z niedźwiedzich kłów i pazurów. Kolekcjonerów łasych na takie ozdoby nie było wielu, ale, tak czy inaczej, wizyta u pasera powinna bez trudu poprawić Meliorowi humor po upokarzającym, zakończonym sromotną klęską skoku na rusznikarza.

  – Ciekaw jestem, kiedy go tu znajdą. Według mnie powinien powisieć do jutra, nie sądzisz? Może by mu głupie pomysły wywietrzały z tej durnej łepetyny?

  Gaduła ponownie skinął głową. Poklepał partnera po ramieniu i gestem pokazał, że czas ruszać. Trzeba znikać, zanim ktoś ich nakryje.

  – Dobra, ale pojedziemy twoim. Moja szkapa chyba zgubiła się w tych uliczkach. Pojedźmy tędy, może gdzieś się tu błąka.

  Melior zaśmiał się i kiwnął głową. Ruszyli, zostawiając rabusia w ciemnym zaułku. Zupełnie nagiego, posiniaczonego, ogolonego na łyso, wiszącego za nogi metr nad rosnącą z każdą chwilą kałużą łez biedaka, który nieświadomie zadarł z dwuosobową bandą Totentanz.

6553 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 53

Dodano: 2021-01-24 20:24:05
Komentarze.
*marok 8 m.
z dużym wykopem
W połowie zorientowałem się że nie Melchior a Melior. Mimo wszystko opowiadanie bardzo fajne. Kolejna z pewnie wielu przygód. Zakończenie podpowiada że niedługo może znowu się coś pojawi
Odpowiedz
marok Melior, imię niepospolite, ale ma swoje korzenie W ogóle główni bohaterowie (i ich perypetie) są inspirowani, a nawet można by nawet rzec - żywcem przeniesieni na papier, ale to osobna historia
Planuję serię miniatur z tym duetem w roli głównej, a może nawet - jak gleba okaże się wystarczająco żyzna - coś większego w tych klimatach
Dzięki za wpadunek!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.